O mnie, o książkach, filmach, wystawach, kolażach i dress-party z poczuciem humoru, niekiedy sarkastycznie a nawet złośliwie.
sobota, 11 sierpnia 2018

 Wojciech Chmielarz – Podpalacz. Wydawn. Marginesy 2018

WSTĘP: „…śledztwo trzeba zamykać najszybciej jak to możliwe, bo inaczej ginie się pod lawiną wniosków, akt, dokumentów…”

O autorze:

Wojciech Chmielarz urodził się w 1984 roku w Gliwicach. Pisywał dla „Pulsu Biznesu”, „Polityki”, „Nowej Fantastyki”.

 Autor powieści: cykl Jakub Mortka (5 książek), cykl gliwicki (2 książki).

 W 2013 i 2014 nominowany był do Nagrody Wielkiego Kalibru. W 2015 otrzymał ją za powieść „Przejęcie”. Napisał też powieści: Królowa głodu i  Żmijowisko.

O książce:

„Podpalacz” to pierwsza część z cyklu Jakub Mortka, który jest policjantem  dość stereotypowym –nieustępliwy, twardy, bez poczucia humoru.  Na skutek bardzo stresującej i angażującej pracy rozpadło się jego małżeństwo. W dodatku po zapłaceniu alimentów nie stać go na wynajęcie samodzielnego mieszkania. Nie czyta książek.

Niby twardy a nie stać go było, aby zwrócić uwagę imprezowiczom, nie zawalczył o zmniejszenie alimentów mimo że żona dobrze zarabiała. Taki ambitny wrażliwiec z niego.

W książce poza Mortką mamy przegląd różnych typów ludzkich: student hazardzista , kobieta nie sprzątająca kup swego psa, małżeństwo muzyków, których zespół nosi nazwę „Kiszka Kartoflana”, grają oni fekal rock (piosenki o kupie), według mnie konsekwentnie zespół powinien nazywać się raczej „Kiszka Stolcowa”, ambitna ex-miska, która śpiewała ale poparzona wyskoczyła przez okno i taki był koniec kariery życiowej i wokalnej.

 Poza tym dowcipna złośliwie pani patolog, która kiedyś uwiodła a potem oblała na egzaminie studenta. Zero wdzięczności tym okazała.

Jest też sympatyczny strażak Kowalski bez rozbuchanego ego dzięki czemu nie przeszkadza mu, że żona zarabia więcej od niego.

No i gangster oraz jego  pomagier Zając.

W tej menażerii tylko bibliotekarek brakuje.

Nie obyło się też w ksiązce bez seksistowskich uwag o zmianach w ciele kobiety po porodzie. I odkrywczego mizoginistycznego stwierdzenia, że o to, aby mężczyzna był zadbany musi starać się kobieta. On sam, biedaczek nie może, ma ważniejsze sprawy na głowie niż mycie się czy pranie odzieży.

Intryga jest tu dość przewidywalna i największą zaletą „Podpalacza” jest pokazanie na czym polega zwyczajna,  codzienna praca policji i z czym muszą się borykać jej funkcjonariusze. Mają kiepskie komputery – określam to na własny użytek: chodzą jak chore krowy. Mało zarabiają i mają wrednych szefów.

Trafia się też w tym środowisku alkoholizm i przemoc domowa, ukrywana oczywiście.

„Policjanci musieli mieć wysokie statystyki wykrywalności przestępstw, więc koncentrowali się na tych łatwiejszych i bardziej pospolitych, bo one dawały większe szanse na sukces”.

Polecam osobom lubiącym czytać kryminały.

sobota, 04 sierpnia 2018

Mam gorące chwile nie tylko z powodu upału. Ale on rzutuje na moje odruchy. Postawiłam gorącą herbatę na stoliku obok tapczanu, jeden ruch ręką i chust zawartość na mój bok i tapczan. Wrzasnęłam i za suchą szmatę się złapałam, aby choć trochę wytrzeć napój. Narzuta tak jak ja - nie lubi być gorącym oblewana.

No i skojarzyła mi się sytuacja z przypiekaniem boku w "Potopie" - pamiętacie? Tam było gorzej.

Poza tym pokroiłam podomową bluzkę, aby jak najwięcej powietrza przez nią i przeze mnie przepływało. Gdzieś ktoś (książką, film) też tak potraktował odzież. Pamiętacie może gdzie była taka scena?

Poza tym napisałam opowiadanie "Ostatni bankiet prezydenta". Więcej dla masowania szarych komórek niż na konkurs MFO. Wysłałam ale wiem, że teksty z poczuciem humoru uważane są za gorsze i lekceważone. Tak przecież było z filmami Stanisława Barei, którego koledzy po fachu i krytycy mieli za twórcę gorszego gatunku a teraz niektóre z nich są kultowe. Nie żebym się z nim porównywała. 

Upały a więc pamiętajcie:


sobota, 28 lipca 2018

 

Jest tak gorąco, że mój mózg nie pracuje. Jerry Durrell w serialu o tej rodzinie na Korfu (polecam jego książki zaczynając od "Moja rodzina i inne zwierzęta") opiekuje się zwierzętami a ja walczyłam z molami.

Znowu odrodziły się w szafce kuchennej. Wyjęłam wszystko co tam było, szafkę i rzeczy umyłam octem. Przy okazji coś wyrzuciłam, przesypałam przyprawy do zamkniętych pojemników, okleiłam je karteczkami z nazwą pasującą do zawartości. Suche kawałki chałki starłam na tarce i wsypałam do metalowego pudełka. Od Dany (dzięki ) dostałam dwa woreczki z lawendą, przypomniałam sobie, że mam też trochę w szufladzie z bielizną, więc dodałam jeszcze dwa i umieściłam na półkach. Podobno mole nie lubią jej zapachu. Odwrotnie niż ja.

Nie jestem oryginalna - marzę o obfitym, najlepiej całonocnym deszczu i sporym ochłodzeniu - tak do 24 stopni. 

A poza tym zmarła piosenkarka Kora, młodsza ode mnie o 2 lata.


sobota, 21 lipca 2018

 

Elżbieta Isakiewicz – Kocio. Wydawnictwo Sic! 2018

WSTĘP: „ … żaden z niego celebryta, nie uczęszczał na kursy wizerunku, nie przycina u barbera wąsa, ba, nie ma nawet bankowego konta!”

O autorce:

 Elżbieta Isakiewicz (z domu Główka)  urodziła się  25 lutego 1958 w Sopocie. Tam ukończyła liceum ogólnokształcące a studia polonistyczne w Warszawie.

Pracę jako dziennikarka rozpoczęła w studenckim tygodniku „ITD”. Potem współpracowała z  „Tygodnikiem Solidarność”, „Nowy Świat”, „Gazeta Polska”i „Tygodnik Powszechny” (do 2011 roku).

Miłośniczka kotów, Czechowa, dobrego wina i wysokich obcasów.

Dotychczas wydała 11 książek. Otrzymała wiele nagród i wyróżnień, a w 2000 roku Nagrodę ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

O książce:

O istnieniu Elżbiety Isakiewicz dowiedziałam się z facebooka. A gdy okazało się, że jej książkę „Kocio” można zamówić przez Internet i odebrać niedaleko domu to nie mogłam odmówić sobie tej przyjemności.

Książka podzielona jest na cztery części, są to: „Z charców losu”; „Z dziennika powszedniego”; „Epilog”; „Aneks”.

Każda z nich ma swoje rozdziały – opowieści, charców losu i z dziennika  jest po dziewiętnaście, w „Epilogu – dwie, w „Aneksie” – dziewięć.

Autorka przeplata kolejne rozdziały krótkimi tekstami zakończonymi frazą: Kot stoi wyżej” – dodam od siebie, że nawet wtedy gdy leży.

Wiem, bo mieszkałam po czternaście lat z czarnymi kotkami, najpierw z Alodią, a potem z Misią. Powstała dzięki nim moja mała książeczka zawierająca rymowanki i kolaże pod tytułem: „Do serca przytul kota”.

„Kocio” zawiera oczywiście opowieści nie tylko o kotach, przecież nie żyją na bezludnej wyspie, ale i o ludziach.

Te historie przekazują nam osoby różniące się płcią i  wiekiem.

Dziewczynka: „Nic nigdy nie będzie tak bardzo moje jak łaciata kotka, której już nie zobaczę”.

Mężczyzna opowiadający  o rannym kocie,  Lusia Żydówka, chłopiec ze Śląska, seniorka idąca na cmentarz obok klasztoru, autorka, mąż kobiety w ciąży, Piotr Wierzbicki.

Dzięki autorce dowiadujemy się z czego wynika charyzma kota: „… żeby zdobyć władzę kot nie musi wspinać się po żadnej drabinie”.

Przy okazji Isakiewicz nawiązuje do ulubionych autorów: Czechowa, Dostojewskiego, Gombrowicza, Leśmiana.

W „Epilogu” poznajemy historię góralki Rojówny, kot oczywiście też tam jest.

„Los synów ludzkich jest taki sam jak los zwierząt, jednaki jest los obojga. Jak one umierają, tak umierają tamci. Człowiek nie ma żadnej przewagi nad zwierzęciem”.

„Aneks” nosi podtytuł: czyli ścinki z notatnika kociej maminki i są to zabawne anegdoty z życia autorki i jej kotki nazwanej Kiler oraz kocura Pershinga.

Styl jakim posługuje się autorka wymusza na czytelniku wielkie skupienie, aby nie uronił ani jednej frazy i myśli.

To proste historie opowiedziane w nieprosty sposób przefiltrowany przez wrażliwość, serce i talent autorki.

Polecam do wielokrotnego czytania.

piątek, 13 lipca 2018

W tytule są mufinki i sok z buraków - wiem, połączenie od czapy :). Ale przecież nie ma przymusu picia tego soku przegryzając mufinkami. Można spożywać osobno.

A teraz przepisy:

SOK z buraków:

składniki:

- buraki, ilość zależy od wielkości naczynia

- sól, liście laurowe, ziele angielskie, czosnek, chrzan

Do słoja lub garnka ceramicznego wkładamy pokrojone w plastry buraki oraz obrany czosnek, chrzan, ziele angielskie. Zalewamy przegotowaną wodą, osoloną  - 1 łyżka stołowa na 1 litr wody. Ja dodałam trochę soku z kiszonych ogórków.

Po kilku dniach (5-6) można pić sok, jeśli dla kogoś jest zbyt intensywny można go rozcieńczyć wodą przegotowaną.

MUFINKI - na 12 sztuk 

Składniki przygotować w 2 osobnych pojemnikach (osobno mokre i suche).

PIERWSZY: 1 szklanka mleka, pół szklanki oleju, 2 jajka - wymieszać

DRUGI: 250 g mąki, niepełna szklanka cukru, 1 cukier wanilinowy, 1 łyżeczka proszku do pieczenia - wymieszać.

Połączyć obie zawartości i wymieszać. Można dodać bakalie: rodzynki, skórkę pomarańczową, płatki migdałowe.

Można też podzielić masę i do jednej dodać kakao i zrobić osobno waniliowe i osobno czekoladowe lub dwukolorowe, najpierw do połowy foremki wlewamy jedną masę, a potem drugą.

Wlewać do foremek powoli, najlepiej do papierowych włożonych do mufinkowej formy. Można też do metalowych  lub silikonowych pojedynczych.

Piec 20 minut w 200 stopniach, dobrze jest sprawdzić patyczkiem czy są upieczone.


 

Polałam je gorzką czekoladą wymieszaną z odrobiną imbiru i posypałam cukrem. Płatki są z różyczki jaką dostałam od M.M. - pierwowzoru policjantki Kasi w moich opowiadaniach.

sobota, 07 lipca 2018

Jestem raczej fanką herbaty ale postanowiłam iść do Muzeum Narodowego na warsztaty pt. "Kawowa podróż z Etno Cafe" pełna nadziei na uzyskanie informacji połączonych z dobrą zabawą.

Przyjechałam wcześniej więc przeszłam się po parku gdzie platany zrzucają korę i odsłaniają jasne placki. Nie do zjedzenia, niestety. Za to obok Panoramy Racławickiej nabyłam dwie gałki lodów i konsumując je łyżeczką przeglądałam aktualny numer "Co jest grane". 

Potem całkiem spokojnie poszłam do muzeum. Do wyznaczonej godziny brakowało tylko pięciu minut. Udało mi się usiąść, na szczęście,  bo czekaliśmy 20 minut obserwując defiladę wychodzących pracowników. Jedna z pań schodziła ze schodów tyłem. Przyznaję, że trochę mnie to zdziwiło. Ale też było symboliczne dla dalszego ciągu.

Bo zapowiadano warsztaty a była pogawędka sympatycznego znawcy kawy. Niestety pogawędka a nie dobrze przygotowana prelekcja z zajęciami praktycznymi.

Opowiedział trochę o kawie w Peru i o poznanych tam osobach związanych z jej produkcją.

O urządzeniach do parzenia kawy. Trochę o obróbce owoców krzewu kawowego. Wyjaśnił też dlaczego w środowisku kawa "kopi luwak" nie jest akceptowana.

Mieląc kawę (trzy razy) zagłuszał swoje słowa. Sala nie była nagłośniona i wiele z wypowiedzi słuchaczom umknęło. Potem zaparzał kawę i nią częstował. Mleka czy śmietanki i cukru nie podano. Nie skosztowałam.

Prezentacja z komputera też była taka sobie, łagodnie mówiąc. Widocznie spodziewałam się zbyt dużo. Ale noblesse oblige, w końcu to Muzeum Narodowe a nie świetlica w wiejskim domu kultury.

W dodatku trwało to dwie i pół godziny, nikt nie wyszedł, ja też nie i żałuję. Do picia kawy mnie nie przekonano. 

Okropnie zmęczona poszłam o godz. 19, 30 na przystanek autobusowy, na szczęście było już chłodno.

W autobusie moją spódnicę polubiła trzymiesięczna bokserka ale nienachalnie czyli nie zostały z niej (kiecki) tylko strzępy.  

Tak więc przed i po spotkaniu było lepiej niż w trakcie.

sobota, 30 czerwca 2018

 

„Kochając Pabla, nienawidząc Escobara” reż. Fernando Leon de Aranoa

WSTĘP: Nieważne jak zarabia, ważne jak wydaje

O filmie:

Kolumbijska prezenterka telewizyjna Virginia Valejo napisała wspomnienia w których opowiada o swoim związku z narkotykowym baronem Pablo Escobarem.

Sfilmowano je obsadzając w głównych rolach parę aktorskich gwiazd związanych ze sobą także poza ekranem.

Tytuł sugeruje opowieść miłosną a jest to historia kilku lat życia Escobara, który w młodości  kradł samochody a od lat siedemdziesiątych do końca życia w 1993 roku kontrolował przemyt narkotyków na teren Ameryki Północnej i Południowej.

Niewiele do zagrania ma Penelope Cruz jako Virginia. Jest pokazana jako uwiedziona władzą i pieniędzmi celebrytka uważająca, że nieważne jak kochanek zarabia, ważne jak wydaje. Zakochana jest głucha i ślepa na to co i jak robi kochanek oraz na fakt, że ma żonę i dzieci. A przecież  ona też  jest w tym chorym związku manipulowana i wykorzystywana.

Cały ekran i akcję wypełnia świetny Javier Bardem ucharakteryzowany na brzuchatego, niechlujnego i prostackiego macho.

Mamy tu też trochę typowych zachowań gangsterów znanych z innych produkcji – rozchełstani obradują nad basenem i zabawiają się z prostytutkami.

Prawdziwa jest bezwzględność Pabla  stosującego zasadę srebro lub ołów, czyli przekupstwo lub śmierć. Dzięki czemu nie tylko zostaje jednym najbogatszych ludzi na świecie ale i politykiem.

Bo każdy ma swoją cenę.

To opowieść o ludziach z patologicznymi  charakterami,  zachłanności, manipulacji, pogardzie dla wszystkich i wszystkiego oprócz pieniędzy. Jest w filmie parę okrutnych scen, bo to prymitywni mordercy przecież są, którzy  nie są w stanie odróżnić dobra od zła. Bo dobre jest tylko to co oni uważają za słuszne i korzystne. To wada wszystkich typów trzymających władzę.

 Jedyną słabością tego potwora jest rodzina – ilustruje ją scena w której Escobar tłumaczy synowi, że nie wolno mu zażywać narkotyków.  Swoją drogą ciekawa jestem co się stało z jego dziećmi.

W filmie nie pokazano skutków tego biznesu czyli narkomanów.  Szkoda, bo jakiś młody głupi widz może pomyśleć, że dilerka to świetny pomysł na szybkie zarobienie dużych pieniędzy i życie w luksusie. 

Takie indywidua kończą albo w więzieniu za podatki jak Al Capone albo na śmietnisku swojego życia.

I bardzo słusznie.

piątek, 22 czerwca 2018

 

 Nie ma u mnie tak, że wszystko idzie gładko. A jak czasem pójdzie (dwa poprzednie spotkania autorskie) to mój diabeł – stróż sobie to na mnie odbije z nawiązką.

Z dzisiejszym spotkaniem autorskim w Klubie Osiedlowym „Tęcza” na Popowicach od początku było pod górkę. Najpierw z powodu bólu zęba (nie mojego) i wycieczki do Lwowa (też nie ja) trzeba było przesunąć termin z 15-tego na 22 czerwca.

Przygotowałam różne materiały do pokazania (książki, po kilka egzemplarzy– „Wrocław, koty i…; „Do serca przytul kota”; „Zabawy literackie”; „Świat według haiku”, podstawki na nie, dekupażowe ikony, zakładki, torby papierowe z lepiejami naklejonymi, kolaże, kartki okolicznościowe, zakładki - sówki - wyszły 2 ciężkie torby). Postanowiłam więc pojechać na spotkanie taksówką.

Zaczęłam wydzwaniać na 40 minut przed spotkaniem, w jednej korporacji powiedziano mi, że będę musiała czekać 30 minut, w drugiej nie doczekałam się połączenia z dysponentem, w trzeciej, czwartej i piątej – nie mają wolnym taksówek na moim terenie.

A to wszystko trwa. Choć siadłszy płacz. Spotkanie jest o godzinie 17.

Poszłam do postoju taksówek – żadnej. Autobus odpowiedniej linii akurat odjechał.

Dzwonię więc do klubu, z prośbą o przyjechanie po mnie. To niemożliwe, bo w mieście są straszne korki. Więc uprzedzam, że się spóźnię. Autobus przyjechał o godz. 17,10. Dobrze choć, że mogłam usiąść. Jedzie się ponad 20 minut.

W dodatku but obtarł mi piętę. Nie ma komu dać w mordę.

Dojechawszy nie dodzwoniłam się do klubu a chciałam aby mi ktoś pomógł nieść torby.

Cudem prawdziwym nie zabłądziłam. Dobrze, że wcześniej planując dojazd autobusem sprawdziłam na planie miasta jak mam iść od przystanku.

Przyszło na spotkanie 10 osób, w tym cztery moje znajome, jedna z mężem – dzięki dziewczyny!

Powiedziałam, pewnie mało składnie, co robię w ramach bycia twórczą seniorką zachęcając do działania. Pokazałam co przyniosłam i przeczytałam jedno z opowiadań „Zbrodnię na Psich Budach”, moje lepieje, altruitki, haiku, limeryki.

Szefowa klubu wspomniała, że napisałam jednoaktówkę „Odwet seniorek”. Tekst przyszłym odtwórczyniom z DK „Bakara” podoba się ale musiałam zmienić zakończenie na łagodniejsze („za dużo trupów” – usłyszałam taki przekaz). Zrobiłam to wczoraj i zabrałam kartkę ze sobą. Na koniec, po spakowaniu wszystkiego,  przekazałam ją szefowej klubu i okazało się, że to notatki dotyczące spotkania a nie zmiany w tekście sztuki.

Dostałam w prezencie praliny z nadzieniem alkoholowym i chyba się nimi upiję, a najchętniej wpakowałabym je wszystkie (z papierkami w które są owinięte) diabłu w pysk. Może by mu zaszkodziły.

Dobrze choć, że dzisiaj aura była przyjazna i słońce nie prażyło jak na Saharze.

Dałam ten wpis tutaj, nie ukazał się, to druga próba. Wielkość czcionki fiksuje.

sobota, 16 czerwca 2018

 

„Zimna wojna” reż. Paweł Pawlikowski

WSTĘP

Dwa serduszka cztery oczy łojojoj

Co płakały we dnie w nocy łojojoj
Czarne oczka co płaczecie, że się spotkać nie możecie
Że się spotkać nie możecie, ojojoj

O filmie:  

Zimna wojna  to umowna nazwa trwającego w latach 1947-1991 stanu napięcia oraz rywalizacji ideologicznej, politycznej i militarnej pomiędzy ZSRR i jego państwami satelickimi  a państwami niekomunistycznymi skupionymi od 1949 w NATO i paralelnych blokach obronnych (SEATOCENTO) – pod politycznym przywództwem Stanów Zjednoczonych.

Taką definicję podaje podaje  wikipedia.

A to jak wpływała ona na ludzkie losy próbuje pokazać reżyser w filmie „Zimna wojna”. Robi to za pomocą losów Zuli (Joanna Kulig) i Wiktora (Tomasz Kot).

Ona to wiejska dziewczyna wyłowiona przez łowców talentów (Kulesza i Kot), którzy jeżdżą po kraju nagrywając ludowe piosenki i wybierając uzdolnioną młodzież, aby stworzyć zespół pieśni i tańca „Mazurek”. Towarzyszy im ubek Kaczmarek (Borys Szyc), bo tacy jak on pilnowali wtedy wszystkiego i wszystkich. Prawomyślność i ukochanie panującego ustroju obowiązywało bezwarunkowo.

Zula jest po przejściach i z przeszłością, o Wiktorze wiemy tylko, że jest kompozytorem. Ich związek pełen jest pasji zarówno tej dobrej jak i złej. Żyć bez siebie nie mogą ale ze sobą także nie. Miotają się tak przez cały film. Polityczne układy utrudniają im życie ale, według mnie, głównie ich własne charaktery i brak konsekwencji determinują los tych dwojga młodych. Miłość może i wszystko wybaczy ale nie zawsze potrafi dokonywać mądrych wyborów.

Akcja  tego czarno - białego filmu toczy się nie tylko w Polsce ale i w Berlinie, Jugosławii  oraz Paryżu. Bohaterowie nie uciekną jednak od siebie samych i siebie nawzajem. Wszędzie im będzie źle i jakiej by decyzji nie podjęli nic nie zmienia się na lepsze.

To gorąca wojna między dwojgiem ludzi, którzy nie radzą sobie z ograniczeniami wewnętrznymi i zewnętrznymi. To miłość tragiczna i  właściwie niezależna od tego co się dzieje wokół z góry skazana na przegraną.

Przez film przewija się wykonana przez Joannę Kulig ludowa piosenka „Dwa serduszka” w wersji polskiej i francuskiej. W części paryskiej słyszmy  muzykę francuskich klubów. Romantyczną aurę podbija także piosenka „Serce” z radzieckiego filmu ‘Świat się śmieje”.

Według mnie największą zaletą tego filmu są aktorzy grający główne role. Miłosna szarpanina jakoś do mnie nie przemawia.

Bohaterowie noszą imiona rodziców reżysera i im on go zadedykował.

Reżyser sprytnie nawiązuje w filmie do problemu związanego z akcją „metoo” oraz do losu uchodźców co zapewne spodobało się w Cannes gdzie film otrzymał nagrodę „Złotą palmę” za reżyserię.

Gdybym jednak miała wybierać między tym filmem a „Rewersem” Lankosza wybrałabym „Rewers”.

 

 

sobota, 09 czerwca 2018

Jerzy Srokowski 1910 - 1975, grafik, karykaturzysta, ilustrator książek dla dzieci

Kiedy młodzi artyści zdawali egzamin wstępny do warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych razem z Jerzym Srokowskim pytali go czy Mieczysław Srokowski autor "Kultu ciała" (Modernistyczna powieść erotyczna z 1910 roku. Główny bohater - trzydziestoletni literat Czesław Bratkowicki przyjeżdża do Warszawy gdzie poznaje piękną Hannę Złotopolską. Początkowo niewinny flirt przeradza się w cyniczną grę erotyczną komplikującą coraz bardziej życie osobiste obojga.) ten pornograf nie jest przypadkiem jego krewnym.

- To mój ojciec - odpowiedział.

Mój komentarz: rodziców się nie wybiera

**************************************************************************************

Jan Styka 1858 - 1925, malarz, współtwórca "Panoramy Racławickiej", malował obrazy obrazy historyczne, religijne, portrety

Jan styka stanął  pewnego razu przed sądem w charakterze świadka. Zeznając m.in., że jest największym polskim malarzem. 

Jeden z przyjaciół słysząc te słowa zarzucił mu, że jest zarozumiały. A na to Styka:

- Sam krępowałem się to mówić. Ale nie miałem innego wyjścia. Zeznawaełm pod przysięgą...

Mój komentarz: no, nie miał biedaczek.

*****************************************************************************************

Sławomir Szpakowski 1908 - 1994, grafik, karykaturzysta

Pewien ziemianin obejrzawszy swój portret zawołał z oburzeniem:

- Płacę za portret cztery tysiące a pan namalował mnie nagiego!

- Jeżeli pan życzy sobie być ubranym - z godnością oświadczył Sławomir Szpakowski - to będzie kosztowało pięćset złotych  drożej ... według krawieckich cen.

Mój komentarz: za co te 500.- zł, za garnitur czy tylko koszulę i spodnie

*****************************************************************************************

Artur Maria Swinarski 1900 - 1965 poeta, dramaturg, satyryk, karykaturzysta

Świetny satyryk i karykaturzysta Artur Maria Swinarski miał udać się do Kairu jako attach prasowy ambasady. Zanim zdecydował  się na wyjazd w Egipcie wybuchła epidemia cholery. Zapytany przez przyjaciół czemu odwleka wyjazd Swinarski odpowiedział:

- Po cholerę tam pojadę?

Mój komentarz: a może po kasę?



Tagi: anegdoty
19:54, alodia1949 , różne
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 79
O autorze
Tagi
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Dodatki na bloga
”znaczek