O mnie, o książkach, filmach, wystawach, kolażach i dress-party z poczuciem humoru, niekiedy sarkastycznie a nawet złośliwie.
sobota, 03 grudnia 2016

Wczoraj po dyżurze w "Bibliotece sąsiedzkiej” pojechałam do Hali Ludowej (a nawet Stulecia).

Odbywają się tam kolejne Targi (niegdyś Promocje i ta nazwa bardziej mi się podobała) Książki. Nie gościłam na nich przez kilka lat i zobaczyłam, że czas się tam zatrzymał.

Targi, czyli handel. Przedstawiciele wydawnictw, a nawet innych firm stoją i czekają na klienta.

Owszem są spotkania z autorami (w różnych miejscach miasta) i warsztaty dla dzieci ale to już było.

Statyczne to jakieś, kompletnie nienowoczesne. Postawiono stoiska, zapełniono książkami, katalogami i zakładkami (nie wszędzie) i na tym koniec.

Oczywiście dokładnie przeczytałam program – ofertę targów.

Czego bym chciała? Ano, aby działano na zmysły człowieka, który tam przyszedł – na słuch, wzrok, smak i serce. Nic z tego.

Wybrzydzam ale nie mam pomysłu? A właśnie, że mam.

Miasto jest Europejską Stolicą Kultury więc dlaczego by nie połączyć, w tym tak dużym przecież miejscu, różnych jej dziedzin? Wszystko związane oczywiście z książką.

Tak więc na przykład: studentka Akademii Teatralnej podobna do Bondy czyta fragment jej książki.

Student ucharakteryzowany na Wajraka siedzi obok planszy wyobrażającej wilka i czyta rozdział „Wilków”.

Dowcipnisiów bardzo proszę o nieumieszczanie komentarzy, że powinien wilczo wyć.

Inny z przypiętą wizytówką głoszącą, że to sam Eberhardt Mock, opowiada jego życiorys, zaprasza chętnych do tego, aby na specjalnym druku zostawili odciski swoich linii papilarnych. I krótko objaśnia jak to z nimi jest w trakcie śledztwa.

Tym bardziej, że jest tam stoisko Wyższej Szkoły Policyjnej w Szczytnie. Można by to było połączyć.

Wyobrażam sobie też, że obok stoiska z wydawnictwami muzycznymi ktoś cicho gra, nawet prosząc o datki o kapelusza.

Wrocławski krasnal Życzliwek mógłby rozdawać papierowe słoneczniki, inne krasnale zakładki lub kalendarzyki z logo wydawnictw.

Obecność świętego Mikołaja z prezentami też nie zaszkodziłaby.

A  wyobraźcie sobie, że hrabia Aleksander Fredro przechadzając się zaczepia klientów i za cytat z jego sztuki daje fajną zakładkę, pocztówkę czy wrocławski breloczek – cokolwiek wrocławskiego ale przydatnego, bo widziałam porzucone baloniki.

A przy kulinarnych wydawnictwach częstują czymś pysznym. Kulinaria to też kultura przecież.

Brakowało też (według mnie) połączonego stoiska Miejskiej i Dolnośląskiej Bibliotek Publicznych gdzie można by było nie tylko wziąć informację pisemną o ich działaniach ale także sprawdzić to w Internecie.

I tym stoisku pojemnik na bookcrossing. Na pewno klienci targów zapełniliby go darami, a inni uzupełnili swoje biblioteczki.

Mamy XXI wiek a te targi są XIX – wieczne, zamiast interaktywne i multimedialne.

Jeśli mnie zaraz po powrocie do domu przyszło do głowy tych kilka pomysłów to dlaczego organizatorzy na to nie wpadli?

I nie twierdzę, że moje są genialne jednak organizatorzy powinni mieć i zrealizować sto razy lepsze ale jakoś nie mieli żadnych.

Wieje nudą na tych targach – niezależnie od wspanialej zawartości eksponowanych książek.

Jeśli TARGI to noblesse oblige – zróbcie coś, aby były atrakcyjne nie tylko dla tych z pełnym portfelem lub przemożną chęcią posiadania nowości.

Marzy mi się, aby targi książek były okazją do spotkań pełnych zabawy, śmiechu, radości i nauki.

Żeby wołały: przeczytaj mnie, weź mnie ze sobą lub zapisz autora i tytuł a potem wypożycz w bibliotece.

Miało być świetnie a wyszło jak zwykle.

Jako że blog ten ma w nazwie kota to poniżej zdjęcia z nimi właśnie:

tu zwróćcie uwagę co głosi napis na bluzce ekspedientki


 

 

 

 



sobota, 26 listopada 2016

Paula Hawkins - „Dziewczyna z pociągu”, Wydawn. Świat Książki 2015

 

WSTĘP: „… u kobiety wciąż liczą się tylko dwie rzeczy: uroda i to, jak sprawdza się w roli matki”.

O autorce:

Paula Hawkins, brytyjska pisarka, urodziła się 26 sierpnia 1972 i  wychowała w Harare w Zimbabwe.

Jej ojciec był profesorem ekonomii i dziennikarzem ekonomicznym.

 W 1989 roku przeprowadziła się do Londynu, gdzie studiowała filozofię, nauki polityczne i ekonomię na Uniwersytecie Oksfordzkim. Pracowała jako dziennikarka  gazety The Times w dziale biznesu. Napisała ekonomiczny poradnik dla kobiet The Money Goddes.

Jako powieściopisarka zadebiutowała w 2015 roku thrillerem ”Dziewczyna z pociągu”, który szybko znalazł się na listach bestsellerów. Książka odniosła olbrzymi sukces również poza granicami Wielkiej Brytanii.

 Prawa do jej wydania sprzedano do 47 krajów, na podstawie książki powstał film pod tym samym tytułem.

Mieszka w południowym Londynie.

(Na podstawie Wikipedii).

O książce:

Co można robić dojeżdżając codziennie do pracy pociągiem? Szczególnie, że wraca się tą samą trasą.

Można czytać, rozmawiać ze współpasażerami lub podsłuchiwać ich konwersacje, przeglądać Internet lub pracować.

Rachel – główna bohaterka powieści, z okien pociągu obserwuje życie mieszkańców dwóch domów położonych przy torach.

Zazdrości im, bo jest pewna, że, w odróżnieniu od niej, mają szczęśliwe życie. Zgrzytem w tej sielance jest scena na tarasie. Złudzenie pryska.

Narratorkami opowieści są trzy kobiety – oprócz wyżej wymienionej  Anna i Megan. Pozornie szczęśliwe mężatki, Anna jest też matką.

Megan nurtuje pytanie „Dlaczego nie mogę mieć tego, czego chcę?”, Anna boi się skutków poprzedniego życia swego męża.

Każda z nich relacjonuje wydarzenia konkretnych dni zaczynając od piątku piątego lipca 2013 roku. Akcja powieści kończy się we wtorek 10 września. Między tymi datami są retrospekcje z 2012 roku.

Ta książka to kryminał psychologiczny. Najpełniej opisaną postacią jest Rachel – kobieta po traumatycznych przejściach, nie radząca sobie ze swoim życiem i nałogiem, bez pracy i nadziei.

Zagadki są dwie – co działo się w pamiętną sobotę z Rachel, która na skutek urazu straciła pamięć i gdzie jest Megan.

Za pomocą monologów wewnętrznych Rachel, Megan i Anny poznajemy ich przeszłość i obecne życie.

Są tu też bohaterowie mężczyźni – mężowie, kochankowie, rudy pasażer, terapeuta. Każdy z nich to postać negatywna i podejrzana.

Autorka umiejętnie myli tropy, nie wiemy do końca co tak naprawdę się stało i dlaczego.

Świetnie stopniuje napięcie dzięki czemu trudno oderwać się od lektury.

Polecam.

 



sobota, 19 listopada 2016

Adam Wajrak - Wilki. Wydawn. Agora 2015

WSTĘP:

Ta książka jest "...też o strachu przed wilkami, który towarzyszy wszystkim Europejczykom. Przywiozłem go do Puszczy i i tu się go pozbyłem".

O autorze:

Adam Jerzy Wajrak urodził się 3 lipca 1972 - polski działacz na rzecz ochrony przyrody i dziennikarz związany z "Gazetą Wyborczą".

 Autor artykułów i książek o tematyce przyrodniczej.

 Jest autorem lub współautorem książek:

  • "(Za)piski Wajraka"
  • "Zwierzaki Wajraka", wspólnie z żoną Nurią Selva Fernandez)
  • "Kuna za kaloryferem, czyli nasze przygody ze zwierzętami",  wspólnie z Nurią Selva Fernandez)
  • "Przewodnik prawdziwych tropicieli"
  • "To zwierzę mnie bierze"
  • "Wilki"

O książce:

"Wilki" zaczynają się od psa imieniem Antonia. Suczka nie przypominała ani wilka, ani wymarzonej przez autora rasy.

Miała "długi pysk jak u mrówkojada, a na jego końcu spory nochal. Do tego małe rezolutne oczka".

Odegrała jednak w życiu państwa Wajraków ogromną rolę także w związku z wilkami.

Autor zastosował dobrą metodę - najpierw trochę o sobie prywatnie a potem sporo danych dotyczących wilków. Gdy czytelnik znuży się naukowymi danymi następuje opis kontaktów z ludźmi i zwierzętami. Także zabawnych momentów.

Są tu relacje z wypraw w poszukiwaniu padliny i odchodów zwierząt, które bada żona autora Nuria, z pochodzenia Hiszpanka.

Mamy więc opowieść o udomowionym nie do końca wilku Kazanie, jego zwyczajach i próbie zdominowania każdego napotkanego człowieka i zwierzęcia. O tym czego bał się najbardziej i jak bezkrwawo potrafił bawić się z bratem.

"Wilk jest... w naszej kulturze demonem, symbolem dzikości, nienasycenia, ciemności, krwiożerczości".

Wajrak opisując życie wilków próbuje nas przekonać, że to nieprawda.

Przy okazji otrzymujemy rys historyczny kontaktów między ludźmi a wilkami na przestrzeni wieków i jak to wygląda obecnie w różnych krajach.

W Polsce są one teraz pod ochroną, w PRL-u płacono za zabijanie wilków, a jak jest gdzie indziej dowiecie się z tej książki.

Wajrak zapoznaje nas z wieloma faktami dotyczącymi życia tych zwierząt - między innymi jak długo trwa ciąża, jak duży bywa miot i od czego zależy ilość szczeniąt.

Tłumaczy dlaczego wilki napadają na zwierzęta domowe.

Twierdzi, że mają większy mózg od psów, są od nich mądrzejsze i lepiej współpracują w stadzie.

Opisuje jak brzmi ich wycie i w jaki sposób zakłada się im odbiorniki telemetryczne.

W dawnej Polsce polowano na wilki dla skór, dopiero w XVIII-XIX wieku zaczęto je tępić. Kinomani zapewne pamiętają scenę z filmu "Popioły".

Przestrzega posiadaczy psów: "Las to nie jest miejsce dla wolno hasających psów", bo spotkanie z wilkami może się źle skończyć.

Dowiemy się także kiedy wilka udomowiono i gdzie odbyło się to po raz pierwszy. A także co to jest krajobraz strachu.

Człowiek jest największym wrogiem zwierząt a szczególnie kłusownicy - jest w książce parę drastycznych scen i zdjęć obrazujących skutki działania tych osobników.

"Wnyki nie wybierają. Choć są zastawiane na jelenia lub dzika zabijają też rysie i wilki. Łapią się w nie nawet żubry"

To książka nie tylko o wilkach, a także o ludziach z nimi związanych, o gangach kruków, orłach bielikach, jeleniach, dzikach, drzewach i rysiach - w Puszczy Białowieskiej i w Bieszczadach.

Jak myślicie ile gatunków kręgowców to  padlinożercy?

Tego i wiele innych rzeczy dowiecie się z tej książki.

A jeśli poczujecie niedosyt proszę przeczytać Farleya Mowata "Nie taki straszny wilk".

Obie pozycje polecam.

 

 

 

 

sobota, 12 listopada 2016

Agata Tuszyńska – Narzeczona Schulza. Apokryf. Wydawn. Literackie Kraków 2015

 

WSTĘP:

 Józefina Szelińska, Juna, w latach 1933 – 1937 była narzeczoną Brunona Schulza, autora „Sklepów cynamonowych” i „Sanatorium pod Klepsydrą”. Ukrywała to niemal przez pół wieku. W powojennych ankietach podawała stan cywilny: samotna.

O autorce:

 Agata Tuszyńska urodziła się  25 maja 1957w Warszawie – polska pisarka, poetka i reportażystka.

Studia ukończyła na Wydziale Wiedzy o Teatrze PWST  w Warszawie, doktorat z nauk humanistycznych otrzymała w Instytucie Sztuki Polskiej Akademii Nauk.

W latach 1987-1992 pracowała jako adiunkt w Instytucie Badań Literackich. W latach 1996-1998 wykładała w Centrum Dziennikarstwa w Warszawie, a od 2001 roku wykładała sztukę reportażu i wywiadu literackiego na Uniwersytecie Warszawskim.

Od 2011 roku związana jest z Instytutem Reportażu w Warszawie.

Karierę literacką zaczynała w periodykach kulturalnych jako autorka tekstów o teatrze, łącząc to z zainteresowaniem biografistyką i reportażem literackim. Debiutowała w roku 1990 biografią findesieclowej aktorki warszawskiej, Marii Wisnowskiej.

Napisała m.in. „Długie życie gorszycielki”, „Singer. Pejzaże pamięci”, „Rodzinna historia lęku”, „Oskarżona: Wiera Gran”.

O książce:

Apokryf - termin ten stosuje się zarówno do utworów o nieustalonym pochodzeniu, autorstwie i autentyczności, ale także dla tych, dla których ich „apokryficzność” jest doskonale znana i zamierzona przez, chociażby, autora.

Tuszyńska jest autorką biografii niebanalnych, często kontrowersyjnych postaci.

W tej książce przybliża nam postać pisarza i rysownika Brunona Schulza opisując życie jego narzeczonej.

Tekst ma dwojaką narrację: w pierwszej osobie Juna opowiada swoje kontakty z Schulzem i życie, resztę dodaje autorka. A że to apokryf  fakty autentyczne przeplatają się z domysłami, z tym co Tuszyńska sobie wyobraziła.

Bohaterowie książki poznali się we wrześniu 1932 roku w Drohobyczu. Oboje byli nauczycielami, ona lubiła uczyć, on nienawidził tego zajęcia. Ona miała wtedy 28 lat, on 41.

Właściwie wszystko ich różniło – nie tylko wzrost i wiek. Wiele o tych różnicach w sferze codziennej, filozoficznej i etycznej pisze autorka. Ich związek nie mógł się udać.

Wraz z nimi chodzimy na spacery i słuchamy o czym opowiada Schulz. Od literatury, filozofii przez zainteresowanie pociągami aż do chorób jakie go nękały.

Choć „On tym przyziemnym padołem gardził”.

Poznajemy jego obsesje, nastawienie do ludzi i świata. Przyjaciół obojga płci i znajomych, zwyczajnych i tych z twórczego środowiska.

A także wrogów. I  kochanki.

Upodobania erotyczne, które przenosił na swoje rysunki. I czym była „Instrukcja cielesnej obsługi”.

Jaką miał rodzinę i wobec niej zobowiązania oraz dlaczego w końcu nie wyrwał się z miasteczka, które go przygnębiało ale było właściwie jedynym miejscem na ziemi gdzie mógł żyć. „Drohobycz jako matecznik jego pisarstwa, jako jego kosmos”.

Wszystko co widział i przeżył przetwarzał: „Nie liczyło się właściwie nic, czego nie uznał za przydatne w swojej sztuce”.

Dowiadujemy się także co Schulz robił w czasie wojny i jak zginął.

Dzięki autorce poznajemy też szczegóły życia codziennego przedwojennej Polski – jakie wtedy były kosmetyki – mydła, puder, krem, cenę majtek i co Schulz lubił jeść i pić.

Józefina przeżyła Schulza o wiele lat. Była nauczycielką i bibliotekarką.

Poznajemy jej wojenne i powojenne losy. Co się z nią działo w 1968 roku i jak, mieszkając w Gdańsku, przeżyła rok 1970 i 1980.

Autorka relacjonuje także kontakty listowne i osobiste Szelińskiej z pisarzem Jerzym Ficowskim, który zbierał dokumenty dotyczące życia i twórczości Brunona Schulza a potem o nim pisał w periodykach i książkach.

Tuszyńska czytała listy Józefiny do Ficowskiego, korzystała z jego zbiorów, przeszukała archiwa we Lwowie, Gdańsku i Warszawie.

Rozmawiała z uczniami Schulza i współpracownikami Józefiny w Gdańsku.

Książka zawiera  zdjęcia bohaterów i reprodukcje niektórych rysunków Schulza.

Polecam.

 

 

 

 

 

 

 

 



sobota, 05 listopada 2016

Pasztelańska Joanna, Pasztelański Rafał – Policjanci. Za cenę życia. Wydawn. Znak Horyzont, Kraków 2016

 

WSTĘP:

 Policjant – najniebezpieczniejszy zawód w naszym kraju. Przez ostatnie 25 lat polskich policjantów zginęło dwa razy więcej niż polskich żołnierzy.

O autorach:

Joanna Pasztelańska – jest dziennikarką „wolnym strzelcem”. Była w Turcji po trzęsieniu ziemi w 1999 roku, relacjonowała wybory w Iranie. Zajmowała się farmą niewolników pod Londynem i ukrytymi sierocińcami dla dzieci z wadami genetycznymi po wybuchu w Czernobylu.

Od kilkunastu lat opisuje sprawy trudne i niewyjaśnione na terenie całej Polski.

Rafał Pasztelański – dziennikarz, zajmuje się przede wszystkim zorganizowaną przestępczością. Pracował dla wielu mediów: „Kuriera Polskiego”, „Życia”, Życia Warszawy”, „Wprost”, TVP info.

 O książce:

Dedykacja: „Pamięci Jarosława Trzaskamy, policjanta z Wydziału do Walki z Terrorem Kryminalnym i Zabójstw Komendy Stołecznej Policji”.

To „…książka reporterska. Szorstka, bo dla facetów, chwytająca za serce, bo przecież też dla kobiet. Każda historia to oddzielny scenariusz na film”.

Autorzy opisują historie życia i śmierci dziewięciu policjantów, którzy zginęli na służbie po 1989 roku.

Każdy rozdział ma wymowny tytuł, zaczyna się od „Marek ginie jako pierwszy” a kończy „Marek w starciu z morzem”.

Para dziennikarzy rozmawiała z kolegami, znajomymi i rodzinami poległych funkcjonariuszy.

 Poznajemy ich życie prywatne, żony, także byłe, dzieci  i pasję z jaką uprawiali swój zawód, a także słabości i niepowodzenia, syndrom wypalenia i depresję.

To także opowieść o męskiej przyjaźni, miłości, odpowiedzialności i ideałach.

Jak giną? W trakcie skoku spadochronem, bez powodu, ratując tonącego czy w trakcie gangsterskich porachunków lub od noża.

Przy okazji autorzy opowiadają historię milicji i policji i zarys jej organizacji.

Opisują broń którą funkcjonariusze posługują na przestrzeni lat, sprzęt mający chronić ich życie, zaniedbania organizacyjne i systemowe, nadużywanie  stanowiska, czy tuszowanie błędów przez władzę.

O tym, że przestępcy opłacają informatorów pracujących w policji, której nie zależy, aby ich ujawnić i ukarać.

Na początku każdego  rozdziału jest zdjęcie policjanta, a na końcu podano krótką notkę biograficzną omawianej postaci.

Dla mnie ta książka jest jednym wielkim oskarżeniem:

„Gdyby tamtego feralnego dnia obowiązywały odpowiednie procedury, nie zabrakło wyposażenia  czy odrobiny rozsądku u przełożonych, żyliby nadal”.

Odniosłam wrażenie, że giną najlepsi – najbardziej zaangażowani, czujący się policjantami nie tylko na służbie ale także poza godzinami pracy.

Czytałam „Policjantów” zainteresowaniem ale dawkowałam sobie treść, bo nagromadzenie negatywnych faktów jest zbyt duże, abym mogła to znieść w jednej dawce.

Część dochodu ze sprzedaży książki zostaje przekazana na Fundację Wdów i Sierot po Poległych Policjantach.

Książkę kończą „Podziękowania”, „Księga pamięci”, „Słowo od Policji” i „Źródła ilustracji”.

Książkę otrzymałam w prezencie dla Biblioteki sąsiedzkiej od znajomej, która zna opisywane środowisko. Bardzo dziękuję.

 



sobota, 29 października 2016

 Tytuł wpisu nie oznacza, że najpierw się najadłam a potem leczyłam. Choć teoretycznie mogło się tak (albo i gorzej) skończyć.

W środę na terenie Stowarzyszenia Żółty Parasol duet Kasia i Asia poprowadziły warsztaty kulinarne. Tematem był makaron z różnymi sosami. Uczestników przyszło sześcioro - w tym jeden młodzieniec (lubi gotować), ja jako jedyna seniorka, więc międzypokoleniowo.

Obie z sąsiadką miałyśmy w miseczkach mąkę pszenną i semolinę (Semolina – gruboziarnista mąka lub drobna kasza otrzymywana z pszenicy twardej (durum), używana do przemysłowej produkcji makaronu lub kuskusu). Oczywiście plus jajka, sól, oliwa i woda.

Makaron można barwić różnymi sposobami: burakiem, szpinakiem, przecierem pomidorowym, kurkumą a także sepią (Sepia – czarnobrązowy barwnik otrzymywany z woreczka czernidłowego mątw. Rodzaj atramentu, wytwarzany z głowonogów, stosowany od końca XVIII wieku).

Za radą Kasi ten barwnik zastosowałam no i okazało się, że sepia zrobiła nas na szaro zamiast makaron na czarno. oto dowód (zdjęcie wklejam, bo po pokrojeniu makaron tworzy fajną grafikę):

Mieliśmy do wyboru różne składniki do zrobienia sosu, ja wybrałam grzyby (plus cebula, czosnek, śmietana, natka pietruszki).

Jeśli chodzi o leczenie (otwór w plamce oka mego lewego) to postanowiłam dać szansę publicznej służbie zdrowia. W środę pojechałam do szpitala ze skierowaniem i kserokopią wydruku komputerowego badania. Labiryntem korytarzy dotarłam do pokoju 4A na parterze. Uzyskałam jedynie informację, że mam się stawić nazajutrz na szóstym piętrze.

Pogubiłam się kompletnie wracając, niestety nie miałam takiego szczęścia jak Tezeusz i żadna Ariadna nie obdarowała mnie kłębkiem nici.

Z Wikipedii: Ateny składały coroczną ofiarę królowi Krety Minosowi, wysyłając siedmiu chłopców i siedem dziewcząt na pożarcie przez Minotaura, mieszkającego w Labiryncie potwornego syna Minosa. Tezeusz zgłosił się jako jeden z siedmiu i zabił Minotaura. Następnie wydostał się z Labiryntu przy pomocy Ariadny, córki Minosa, która dała mu kłębek nici (Dedal przed ucieczką powiedział jej, aby osoba która wchodzi do labiryntu przywiązała jeden koniec kłębka nici do progu drzwi i go rzuciła, wtedy kłębek potoczy się do miejsca gdzie nocuje Minotaur).

Nazajutrz był czwartek, czyli "Dzień narzekania" - szpital to doskonałe miejsce na tę czynność.

Spędziłam tam trzy i pół godziny, najpierw czekałam pół, a w środku (z zakropionymi oczami - nie lubię tego) godzinę. Żeby mnie chociaż uprzedzono, że tak długo potrwa przerwa w badaniach. Bo nie wiedziałam czy się coś stało i lekarka gdzieś padła a ja tu siedzę jak ta durna nadaremnie, czy musiała wykonać inne obowiązki, co oznacza, że albo organizacja pracy jest do niczego, albo mają za mało personelu.

Badano mnie znowu najróżniejszymi aparatami i wyszło to samo. Mam otwór w jednym oku i zaćmę w obu. Mam czekać na telefon w sprawie operacji otworu - raczej na wiosnę to będzie.

To na koniec zapytałam panią chirurg czy nie można by było zrobić obu operacji za jednym zamachem. Przecież już i tak leżałabym tam na stole operacyjnym. Ale NIE!

Na operację zaćmy trzeba się zapisać do kolejki - na 2020 rok! Dobrze choć, że dostałam (choć na początku usłyszałam, że muszę iść do okulisty w normalnej przychodni) skierowanie na ten zabieg. No i wtedy powtórzy się dokładne badanie - czy nie szkoda ich czasu?

A teraz scenka rodzajowa jaką usłyszałam w trakcie badania, dwa przyrządy dalej:

Przy aparacie z jednej strony pani chirurg, z drugiej seniorka.

Pani doktor pyta:

- czy może pani leżeć na plecach?

Seniorka:

- Kochana, ja zawsze śpię na brzuchu.

Pani doktor:

- Proszę nie mówić do mnie "kochana" bardzo tego nie lubię. Pytam czy może pani leżeć na plecach, bo tak będzie w czasie operacji.

- Kochana, to chociaż podłóżcie mi poduszeczkę pod głowę.

Pani doktor:

- Prosiłam panią, aby nie mówiła do mnie "kochana".

Seniorka:

- Ale kochana, u nas na wsi ja tak do wszystkich mówię.

Nie żebym się wyśmiewała ze starszej pani. Ale jest to dowód na to, że mówimy jednym językiem a dogadać się trudno.

BIBLIOTEKA Sąsiedzka (ul. Wyszyńskiego 75A) zaprasza:

w poniedziałki, środy i czwartki w godz. 11-14, a w piątki w godz. 12-18.

Mamy też nową "książkę tygodnia":



 


sobota, 22 października 2016

„Ostatnia rodzina” reż. Jan P. Matuszyński

WSTĘP:

Zdzisław Beksiński urodził się  24 lutego 1929 w Sanoku, zmarł 21 lutego 2005 w Warszawie – polski inżynier, malarz, rzeźbiarz, fotograf, rysownik i artysta posługujący się też grafiką komputerową.

Tomasz Sylwester Beksiński urodził się 26 listopada 1958 w Sanoku, zmarł 24 grudnia 1999 w Warszawie – polski dziennikarz muzyczny, prezenter radiowy, tłumacz języka angielskiego.

O filmie:

Film zaczyna się i kończy sceną śmierci. Pierwsza powstała w wyobraźni Zdzisława, druga w rzeczywistości. Obie są koszmarne.

To pierwszy demon – demon śmierci, która przewija się przez cały film. A dotyczy nie tylko starszego pokolenia.

Na warszawskim blokowisku w  M-5 mieszka Zdzisław Beksiński (Andrzej Seweryn) z żoną (Aleksandra Konieczna), swoją matką i teściową.

W budynku nieopodal  żyje ich syn Tomasz (Dawid Ogrodnik) ogarnięty demonem depresji, nadwrażliwości i nieumiejętności radzenia sobie z rzeczywistością. Nie radzi sobie także z demonem śmierci. Mimo ogromnych możliwości intelektualnych.

Zdzisław jest ogarnięty demonem malarstwa, pełnego okrucieństwa, grozy, przemocy i śmierci.

A także kupowania coraz nowszego sprzętu audiowizualnego i nagrywania siebie samego i swojej rodziny.

Jego żonę pożera demon codzienności, czyli dbania o seniorki, męża i syna, którzy bez niej nie poradziliby sobie z prozą życia.

Ta proza jest w filmie dokładnie pokazana  za pomocą częstych podróży obskurną windą, rozmów, wspólnych posiłków, chorób i pogrzebów.

Zdzisław przez otoczenie odbierany był jako spokojny, życzliwy i pogodny człowiek. Jakby wszystkie swoje demony umieścił na obrazach i dzięki temu one go nie dręczyły.

Takiego szczęścia nie miał Tomasz, demony prawie nigdy go nie opuszczały.

Demon śmierci pokonał całą rodzinę, a Zdzisława w parze z cudzym demonem zawiści i zachłanności.

Trójka aktorów gra wspaniale, są bardzo wiarygodni i przekonujący.

Bardzo polecam.

 

 

 



sobota, 15 października 2016

 Tytuł wpisu jak powyżej, bo diabeł stróż daje mi nieźle popalić. Oczywiście są doświadczenia przykre mniej lub więcej. Sami osadźcie jaki s te opisanie. I które się Wam najbardziej podoba - wpiszcie w komentarzu.

Na Kongresie Kultury przy Stoliku Dobrych praktyk powiedziałam o naszej "Bibliotece sąsiedzkiej",która nie ma pieniędzy na zakup nowości i poprosiłam o dary. Wszyscy zapisali numer mojego telefonu i NIKT się nie odezwał. Sukces inaczej.

Niedawno tak było jeszcze ciepło - i komu to przeszkadzało? Chyba moim butom i pięcie oraz diabłu. Tak mi but obżarł piętę, że boli mnie i piecze. Jeśli chodzi o to ostatnie to wolę pieczenie ciasta drożdżowego.

Od jakiegoś czasu boli mnie prawa strona twarzy. Z lewą miałam podobne doświadczenia więc pojechałam prześwietlić ząb. Zdjęcie udane ale niczego nie mówi. Za to gdy dentystka przebiła się przez koronkę to ja zaryczałam ("Niech ryczy z bólu ranny łoś... a nawet łania). Ząb został podtruty co czułam cały dzień ale już bez ryków. W trakcie zabiegu przyszła baba z jajami. I nie chodzi tu o charakter. Załapałam się na 10 sztuk. Jeszcze nie sprawdziłam czy pyszne.

Przed wizytą u stomatolożki wybrałam kasę z bankomatu klikając "tak" na pytanie o wydruk potwierdzenia. A że się spieszyłam to go nie odebrałam. Siedząc na przystanku dotarło to do mnie (refleks szachisty) ale już nie miałam czasu wrócić. No i się stresowałam, że jakiś haker na pewno z tego wydruku może wejść na moje konto i zgarnąć pieniądze. Czasem przy bankomacie leżą cudze wydruki, więc miałam nadziej, że i mój tam jest. Pojechałam więc po wizycie zębowej pod bankomat ale nadzieja ma płonną była. Stres mnie obalił na wznak. A nie mogłam biec do banku, aby zablokować konto bo musiałam iść na masaż.

Fizjoterapeuta stał na korytarzu przed gabinetem, więc zapytałam czy specjalnie na mnie czeka i gdzie czerwony dywan. Powiedział, że go właśnie zwinął, bo sprzątał. Jak dobrze, że ma poczucie humoru! To duża ulga bo możemy w trakcie zabiegu sympatycznie porozmawiać.

W banku okazało się, że panikarą jestem i z wydruku żaden haker nie dostanie się do mojego konta. Ufff....

Uczulenie po pastylkach do prania potraktowane maścią prawie minęło. Ale prawie czyni dużą różnicę.

W środę prowadziłam zajęcia robótkowe w klubie seniora DK "Bakara", udało mi się zapomnieć opaski na głowę ale w porę się spostrzegłam i ją odzyskałam. Diabeł nie mógł tego przeboleć i zepsuł mi napa w kurtce. Zawsze czujny jest, niestety.

Wczoraj w "Bibliotece sąsiedzkiej" dostałam telefonicznie zadanie specjalne, aby w oknie wystawić napis i książkę. Fajnie ale jak ją podeprzeć? No to zajrzałam do stojącego w kuchni pojemnika na papier, wyciągnęłam kartonowe szczątki i udziałam podpórkę. Dobrze, że mam tam kilka kartek z dużego kalendarza - było na czym zrobić napis.

A w domu tak zachłannie jadłam obiad aż ugryzłam się bardzo mocno w język. Aby mi odgryziona część nie przeszkadzała dzisiaj ją odcięłam, bez znieczulenia :). Lancetu nie mam ale siekiery też nie. Nożyczki wystarczyły.

Na dyżur w bibliotece przyniosłam dla koleżanki słoiczek miodu, odłożyłam go, aby na stole (przy robieniu podpórki i napisu) nie przeszkadzał i jak wychodziłam nie mogłam go znaleźć. Szukałam chyba wieczność i trochę dłużej.

Dzisiaj po odrobieniu sobotnich zajęć domowych poszłam - no zgadnijcie dokąd? Oczywiście do biblioteki, aby zdjąć z dwóch regałów książki, bo jutro mają zostać przesunięte w inne (lepsze) miejsce). Książki i półki odkurzyłam. Trwało to godzinę ale niestety przez ten czas w sąsiedniej sali panie tańczyły zumbę przy bardzo głośnej muzyce. A ja hałasu nie znoszę. No i teraz boli mnie głowa.

NIE będzie już dress-party w maju i listopadzie. Gospodyni mieszkania poczuła się zmęczona przygotowywaniem mieszkania do giełdy i sprzątaniem po niej. Doskonale ją rozumiem. Powiedziała, że młodsze pokolenie powinno przejąć pałeczkę i ja się z nią zgadzam. To czekam na zgłoszenia.

A Ani dziękuję za wiele lat sympatycznej współpracy.

ZAPRASZAM do "Biblioteki sąsiedzkiej" przy ul. Wyszyńskiego 75A szczególnie w piątki gdy trzy bibliotekarki (po kolei) mają dyżur w godz. 12 - 18. W listopadzie w piątek wypada święto, więc będziemy tam w czwartek  10-tego godz. 13-17.

Co tydzień w oknie będziemy wystawiać "Książkę tygodnia":



sobota, 08 października 2016

 Życie emeryta przeważnie składa się ze zwyczajnych zdarzeń. Ale staram się wśród nich znaleźć coś zabawnego lub interesującego. Przeczytajcie poniższy tekst i sami zdecydujcie co jest jakie.

Na rozpoczęcie roku akademickiego "Studium 3. wieku" w SKIBie przybyło wiele osób mimo paskudnej pogody. Albowiem "Nie ma złej drogi do mej niebogi" :).

Nagrodzeni zostaliśmy recitalem w wykonaniu Wiesława Gawałki - byłego solisty i tancerza naszej Operetki (której już nie ma) oraz wykładowcy SKIB-y. Artysta senior ma niespożyte siły - śpiewał i  tańczył prawie godzinę bez przerwy. Usłyszeliśmy utwory z różnych musicali - jak "Kabaret", "Hello dolly", "West side story" czy "Upiór w operze". Ten ostatni trochę nas postraszył sprzęgając sprzęt nagłaśniający. Artyście powieka nie drgnęła.

Wczorajszy dyżur w "Bibliotece sąsiedzkiej" był intensywny - a to sprzątaczka z odkurzaczem i hałasem, a to prezeska Stowarzyszenia z wymogami biurokratycznymi dotyczącymi projektu, czyli pozyskania pieniędzy,  czytelniczka jedna, czytelniczka druga (82 lata) z nietypową prośbą, abym jej wyczyściła komórkę z sms-ów, których i tak nie odbiera.

Rozmawiałyśmy m.in. o tym, że robi porządki w domu, w wyniku czego obiecała mi podarować 2 słoiki duże z guzikami. Nie są one (guziki) kiszone, w occie, tomacie lub oleju albo jakiejś zalewie :), czyli przetworzone. I bardzo dobrze. Przydadzą mi się na zajęcia robótkowe w klubie seniora.

Diabeł stróż dokopał mi bardzo za pomocą pastylek do prania. Dostałam koszmarnego uczulenia - smaruję porażone miejsca maścią przepisaną przez dermatologa. A więc alergicy - trzymajcie się z dala od tego wynalazku.

Ukradł mi także obieraczkę do warzyw. Nie mógł sobie jej kupić. Taki oszczędny jest? Skąpiec raczej i złodziej.

Nie poddałam się i jarzyny na zupę obierałam zwykłym nożem.

Postanowiłam (choć parę zębów jeszcze mam, hahahaha), że jarzyny (marchew, pietruszka, seler, brukselka, kalarepka), kilka drobiowych żołądków i mięso z porcji rosołowej, też drobiowej, po ugotowaniu zmiksuję. I wyszło naprawdę coś pysznego. Polecam.

Za to nie polecam gotowych dań zakupionych w "Garmażerce narodowej" mieszczącej się na moim osiedlu. Kiedyś nabyłam tam łazanki z kapustą i kiełbasą. Sama nazwa chyba miała być reklamą polskiej kuchni. Nie udało się.




sobota, 01 października 2016

 Tak wygląda wejście do jednego z budynków Dolnośląskiej Szkoły Wyższej we Wrocławiu. Co najbardziej mi się tu podoba? Oczywiście widok znajomy ten - czyli biblioteka.

A znalazłam się na terenie tej uczelni, bo zaproszono mnie, abym w ramach Międzypokoleniowego Dnia Seniora opowiedziała o tym co robię na emeryturze, aby zachęcić słuchaczy do działania/rozwijania pasji.

W piątki mam dyżur w "Bibliotece Sąsiedzkiej" i nie zdążyłabym dojechać na godzinę trzecią, więc przyjechano po mnie autem. Lubię to :).

Byliśmy na miejscu przed umówioną porą mogłam więc zaobserwować co się dzieje.

Mam parę uwag krytycznych ale biorę pod uwagę, że takie obchody organizowano tam po raz pierwszy.

Nie byłabym sobą gdyby mnie coś nie rozbawiło.

Zaraz przy wejściu (chociaż dość nisko stąd zdjęcie niezbyt udane) wisi "Regulamin Międzynarodowego Dnia Seniora w DSW" podpisany prze rektora Kwaśnicę. Pojęcia nie mam dlaczego uznano za konieczne wywiesić taki druk tym bardziej, że na kartce A-4, zagubiony wśród innych ogłoszeń. Założę się, że nikt tego nie tylko nie przeczytał ale nawet nie zauważył. Zdjęcie pokazuje tylko część tekstu, bo punktów jest 13.

Sympatyczna pani Ania zaprowadziła mnie do biblioteki i przedstawiła. Ja powiedziałam koleżance po fachu o "Bibliotece sąsiedzkiej" dzięki czemu z ich oferty bookcrossingu mogłam wziąć 4 książki.

Oczywiście przeszłam się po bibliotece. Spodobał mi się pomysł - sugestia, aby czytelnicy po wyjęciu książki z półki nie odkładali jej tam z powrotem tylko na stoły, nawet są tam naklejki z numerami działów według Uniwersalnej Klasyfikacji Dziesiętnej. Wszyscy pracownicy wypożyczalni wiedzą, że czytelnicy nader rzadko wstawiają książki na właściwe miejsce. Nawet mając w ręku zakładkę. A odnaleźć źle wstawioną książkę jest bardzo trudno.

Postawiono tam, niestety, bardzo wysoką ladę - barykadę, w dodatku naklejono na niej napis "lada biblioteczna". Czyżby obawiano się, że czytelnicy nie zorientują się w charakterze tego mebla? Lub potraktują jako okazję do ćwiczenia skoku przez płotki?

Coś mi tu (regulamin plus ten napis) pachnie wybujałą biurokracją.

Spotkania z zaproszonymi dla przyjemności i korzyści seniorów odbywały się w holu gdzie były też różne stoiska: NFZ i z bezpłatnymi badaniami kontrolnymi. Nie skorzystałam.

To nie była dobra koncepcja - ten hol. Ciągle przechodziły różne osoby, rozmowy przy stoiskach też nie ułatwiały odbioru tego co mówili zaproszeni goście.

Widziałam też występ zaproszonego młodego mężczyzny. Widziałam, bo nic nie usłyszałam mimo że miał w ręku włączony mikrofon. W dodatku (o zgrozo) rozwalił się na czerwonej kanapie zamiast wstać i nawiązać bliższy kontakt z publicznością. Że nie wspomnę o dużej różnicy wieku między nim a słuchaczami, należało więc okazać im trochę szacunku.

Na spotkanie przywiozłam ze sobą torbę dowodów na moje działania: kolaże, ikony, torby na zakupy, woreczki na prezenty, kartki okolicznościowe, 2 teksty moich opowiadań, kilkanaście zakładek sówek, ramki ozdobione różnie, album ze zdjęciami sleeveface.

Zakładki sówki i kolaż - z adresem mojego bloga zostały rozdane. Z moich doświadczeń wynika, że ludzie lubią coś dostać na spotkaniu - potem mogą to pokazać rodzinie i znajomym, Powspominać. Pochwalić się.  Wiem, że niektórzy to szybko wyrzucą.

Oczywiście stałam w czasie swojego wystąpienia i to blisko krzeseł seniorów.

Przedstawiono mnie jako blogerkę piszącą o książkach, więc ktoś zapytał mnie jaką pozycję mogłabym polecić. Pełna zachwytu opowiedziałam o "Domu tęsknot" http://kotnagalezi1.blox.pl/2015/10/Niezwykla-kamienica.html mówiąc, że to lektura obowiązkowa dla każdego wrocławianina/anki. Wspomniałam także, że warto chodzić na zajęcia z rękodzieła do Dolnośląskiej Biblioteki Publicznej w rynku i do Ecocentrum na Nadodrzu.

A potem okazało się, że wszyscy obecni to byli seniorzy ze Żmigrodu - ha,ha,ha.

Panie prowadzące spotkanie po zakończeniu stwierdziły, że jestem szołmenką.  Chyba nie - po prostu nie jestem gadatliwa typu - ple-ple-pl-bla-bla-bla ale jak mam coś do powiedzenia to nie zapominam języka w gębie.

Na zakończenie tych obchodów był dwuczęściowy koncert piosenek Nataszy Zylskiej, Marii Koterbskiej, Anny Jantar, Niemena i Grechuty, a potem kilka z tekstami Agnieszki Osieckiej. Śpiewały dwie młode kobiety, bardzo się starały, niestety złe nagłośnienie lub akustyka spowodowały, że w miejscu gdzie siedziałam były decybele zamiast śpiewu.

Do domu wróciłam autobusami z dość oddalonego przystanku ale szybko przyjechały, więc nie było to uciążliwe.

Jeśli młodzi organizatorzy przyszłorocznej takiej imprezy nie obrażą się i wezmą pod uwagę moje zastrzeżenia co do organizacji to wróżę im sukces. I dziękuję za zaproszenie.

p.s. żeby nie było niedomówień - wystąpiłam bez honorarium, nawet go nie oczekiwałam.


 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 70
O autorze
Tagi
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Dodatki na bloga
”znaczek