O mnie, o książkach, filmach, wystawach, kolażach i dress-party z poczuciem humoru, niekiedy sarkastycznie a nawet złośliwie.
sobota, 08 grudnia 2018

 

 

Mariusz Szczygieł – Nie ma, Wydawn. Dowody na istnienie, 2018

 

WSTĘP: „W tej książce nic nie jest zmyślone. Gdybym zmyślał byłaby o wiele ciekawsza”. Mariusz Szczygieł

O autorze: Mariusz Szczygieł urodził się 5 września 1966 roku w Złotoryi. W 2000 roku ukończył studia na Wydziale Dziennikarstwa i Nauk Politycznych Uniwersytetu Warszawskiego.

W początkowej fazie swojej kariery współpracował z pismem „Na przełaj”.

W latach 1995-2001 prowadził telewizyjny program „Na każdy temat”.

Po zakończeniu współpracy jest reportażystą w dużym stopniu ukierunkowanym na Czechy. Pracuje jako dziennikarz i reporter  „Gazety Wyborczej”, wykładowca reportażu w Instytucie  Dziennikarstwa UW.

W 2014 roku założył wydawnictwo „Dowody na Istnienie” w ramach Fundacji Instytut Reportażu.

Jest laureatem Europejskiej Nagrody Książkowej.

Wydał m.in. książki: „Gottland”; „Zrób sobie raj”; „Projekt prawda”; „Nie ma”.

O książce:

Każdy pisarz, jeśli mu zależy, aby książka była kupowana i czytana, bierze udział w akcji promocyjnej. Spotkania czy to w mediach, czy w trakcie targów książki prowadzą dziennikarze.

Sposobem na zainteresowanie potencjalnych czytelników jest sensacja.

Cóż takiego sensacyjnego jest w książce „Nie ma”? Oczywiście postać braci Kaczyńskich choć ani jeden tekst nie jest im poświęcony. Ale tak się złożyło, że historia życia sióstr bliźniaczek  jednojajowych (to ważne) splotła się z tymi panami.W jaki sposób to już przeczytacie sami.

Dziennikarka na spotkaniu we Wrocławiu zapytała czy w książce zamieścił wszystko czego się o nich dowiedział. Szczygieł odpowiedział, że nie. I dodał, na podstawie losów sióstr Woźnickich, że po ludzku bardzo współczuje Jarosławowie Kaczyńskiemu.

„…śmierć jednego z bliźniaków nie jest śmiercią tylko jego. Jest też śmiercią tego, który zostaje. On żyje ale jak cień”.

Także w trakcie spotkań autor mówi, że określeniu „nie ma” słowo „ma” stanowi 40 procent. Czyli nie jest tak że wszystkiego nie mamy, coś nam zawsze pozostaje. Najlepszym przykładem jest

czeska poetka, która nie pisała, bo nie wierzyła w swój talent, dopiero śmierć męża spowodowała chęć czy przymus pisania.

Czy księgowa, która wszystkie zdarzenia swego, niełatwego życia, zapisuje w Excelu – sukcesy, porażki, zdarzenia duże i małe.

„Jest pewien typ ludzi, którzy muszą się nauczyć pewnej sztuki…. Muszą nauczyć się cieszyć drobiazgami”.

Bohaterowie tej książki są bardzo różni – molestowana córka, mężczyzna czekający na koniec świata, malarz, ukraiński żołnierz, który „zapisał się na wojnę”, transseksualista, rzeźbiarz, właścicielka dziwnego domu w Pradze, sklep z rzeczami po umarłych.

Najbardziej wstrząsający jest tekst „Śliczny i posłuszny”, o kompletnym braku uczuć wyższych i inteligencji emocjonalnej.

Oczywiście wzruszył mnie bardzo tekst o kocie, który według mnie ma ten klimat co wiersz Szymborskiej na podobny temat.

Według autora „Reportaż to nieumiejętność przeżycia własnego doświadczenia egzystencjalnego za pomocą fikcji”.

Ale nie podchodźcie na spotkaniach do niego mówiąc „Miałam/em ciekawe życie”. Aby się Wami zainteresował to zdanie musi go porwać, chwycić za gardło a może rozbawić.

Na koniec Szczygieł wyjawia co napisałby światu przed śmiercią? A Wy?

Polecam.

sobota, 01 grudnia 2018

Jak co roku postanowiłam zwiedzić Wrocławskie Targi Dobrych Książek w Hali Stulecia. Okazja była podwójna, bo dostałam zaproszenie z wrocławskiego wydawnictwa Via Nova na spotkanie z autorami wyboru i opracowania tekstów do księgi pt. "Orbis Wratislaviae. Wrocław w relacjach dawnych i współczesnych", którymi są Krzysztof Ruchniewicz i Marek Zybura.

Ale od początku - gdy weszłam na salę gdzie są stoiska poszczególnych wydawnictw usłyszałam jak dziennikarka mówi do mężczyzny, że z kolegą fotografem są z portalu "Czytam Wrocław". A, że dzwoniła niedawno do mnie z pytaniem czy nadal piszę na swoim blogu to ją zaczepiłam. Bystrze od razu mnie skojarzyła, bo moje podobizny są na stronie www.wroclaw.pl w dziale "Blogi książkowe z Wrocławia". Teraz zrobiono mi zdjęcie z książką, jaką miał fotograf a która jest wywiadem - rzeką z byłym prezydentem naszego miasta. Czy ma to być silny akcent na zakończenie prezydentury? Czy laurka sobie samemu do potomności?

Potem następne z ofiarowaną mi przez dziennikarkę:

Nie musiałyśmy wymieniać kontaktów, adresów i telefonów bo ma mój numer zapisany w służbowej komórce. Obiecała zadzwonić w styczniu gdy będzie książkowo - medialna posucha, aby porozmawiać o podarowanej pozycji.

No to pospacerowałam sobie po hali zbierając katalogi oraz zakładki. Przy okazji kupiłam tylko za 8.-zł nowy numer pisma "Książki", normalnie kosztuje 11,99.- zł (już by się nie wygłupiali z tym jednym groszem). Ciekawa jestem czy druk i w tym numerze będzie brudził ręce.

Zachciało mi się pić podeszłam więc do jednego baru - nie mieli wody niegazowanej, w drugim też nie, na korytarzu w trzecim też nagazowana, a w czwartym pan nie miał wydać ze 100,-zł oraz terminala do zapłaty kartą. No i się nie napiłam. 

Spotkanie z panami profesorami odbyło się w sali zielonej. Prowadziła je autorka książki "Kamienice" Joanna Mielewczyk.

Panowie opowiadali o tym co zawiera książka i jak dokonano wyboru tekstów oraz ilustracji. Podziękowali także sponsorom, tłumaczom i autorom.

Natomiast odpowiem tu na pytanie dlaczego akurat mnie przysłano zaproszenie na to spotkanie skoro wstęp był wolny i każdy mógł tam przyjść. 

Otóż pewnego dnia na facebooku prof. Ruchniewicz zapytał mnie czy mogą w książce umieścić mój tekst o powodzi "Dziennik niezatopionej". Zgodziłam się pytając czy otrzymam egzemplarz autorski. Potwierdzono i wczoraj po spotkaniu dostałam to wydawnictwo.

Ma swoją wagę - w przenośni i dosłownie bo wysoka jest na 28, 5 cm,  szeroka na 23 cm, gruba (z okładkami) na 2,7 cm. Pięknie wydana, z licznymi ilustracjami. O samej książce napiszę innym razem.

Mój tekst jest na 277 stronie. Na koniec poprosiłam panów o autografy.

Trochę mnie bawi fakt, że mój tekst stał się przykładem prywatnego opisu tamtego czasu. Bo jest drukowany już trzeci raz: pierwszy -  w "Gazecie Wyborczej" w ramach konkursu na dziennik z czasu powodzi, drugi - w książce "Dolny Śląsk. Pamiętam powódź" i teraz w "Orbis Wratislawiae". (zdjęcie z internatu bo moje wyszło zamazane)


 


Tak więc żadnej książki nie kupiłam a wróciłam z pełną i ciężką torbą.


 





sobota, 24 listopada 2018

Od dwóch tygodni jakiś zgryźliwy potwor siedział w moim gardle. Nie udało mi się go przepędzić, więc popędziłam do koleżanki lekarki (Danka - wielkie dzięki) bo po tym jak pani doktor w przychodni zapisała mi lek, który spowodował porażenie nerwu twarzowego, nie mam do niej zaufania.

Ale że byłam przez ten czas rozkojarzona to któregoś dnia po wycinaniu i klejeniu gdzieś odłożyłam najlepsze nożyczki. Wczoraj przez wiele godzin ich szukałam prosząc o pomoc św. Antoniego. Przeważnie pomaga chyba że sytuacja jest beznadziejna. I dzisiaj na dywanie znalazłam malutki papierek zawierający podobiznę nożyczek. Aluzju poniał - pewnie w szale sprzątania po wycinaniu wrzuciłam nożyczki do śmieci. To się jakiś nurek ucieszy. 

Na dolegliwości oprócz leków stosuję poczucie humoru. Mam książeczkę Wisławy Szymborskiej pt.: "Rymowanki dla dużych dzieci", w której są limeryki, lepieje, odwódki: 

Wy, co macie zaszczyt mieszkać w Peszcie

nigdy kota pod włos nie czeszcie.

Może brutalni ludzie

tak robią w pobliskiej Budzie,

ale Wy? Zreflektujciesz się wreszcie!

*****************************************

Król Popiel, tyran i niecnota,

bezsilnie się po wieży miota.

Osaczon przez zgłodniałe myszy, 

srodze pogryzion charczy, dyszy:

"Kota! Królestwo dam za kota!"

 


sobota, 17 listopada 2018

Rzadko kupuję książki ale tej się nie oparłam. Chodzi o "Nie ma" Mariusza Szczygła. Jestem w trakcie czytania i przypomniałam sobie osobiste spotkanie z autorem.

Będąc młodym reporterem przyjechał do Gołdapi na zjazd kobiet tam internowanych w stanie wojennym. Też się załapałam :). Nikt mnie w życiu tak nie docenił jak esbecy :).

Było to w lipcu,w dziesiątą rocznicę zamknięcia obozu, czyli w lipcu 1992 roku. We wrześniu tego samego roku w "Gazecie Wyborczej" ukazał się reportaż "Nad naszą sielanką".

Wczoraj za pomocą facebooka zapytałam czy będzie na Wrocławskich Targach Dobrych Książek, odpowiedział, że przyjedzie,nawet weźmie udział w spotkaniu autorskim. Chciałabym dostać na książce autograf ale czy się przebiję przez tłum wielbicieli? 

Oto bliski mi fragment z w.w. książki: "A ja coraz częściej łapię się na tym, że mój wewnętrzny rytm kompletnie nie współgra z żadną poezją". 

Ja na pytanie dlaczego nie piszę wierszy i nie lubię poezji odpowiadam: bo ja jestem taka raczej prozaiczna.

Autor w "Nie ma" pisze m.in. o rzeźbiarzu, który mieszka na wsi i w szopie obok domu ma mnóstwo (ok. 100) czaszek, oczywiście nie autentycznych. Dziewięć z nich to jakby czaszki przyjaciół, którzy go odrzucili - taką psychoterapię sobie zastosował.

Dobrze go rozumiem - dla mnie te 20 opowiadań zawartych w książce "Wrocław, koty i... Opowiadania prawie kryminalne" to też psychoterapia, bo zabijam w niej swoich wrogów. 

sobota, 10 listopada 2018

 

Zrobiłam machniom z Izą Moniką Bill. Ja dałam Jej swoją książkę "Wroclaw, koty i... Opowiadania prawie kryminalne" w zamian dostałam nowy tomik Izy pt.: Wycinki". Oto dwa wiersze z tej książki:

Noc w fabryce

kiedy światła

w fabryce gasną

a księżyc latarnik

wychodzi na obchód

po niebie

maszyny wypatrują

spadających gwiazd

wysłużonymi diodami oczu

spuszczają ciśnienie w barach

mruczą jak stare koty na piecu

sny o misce oleju

masażu sprężonym powietrzem

romantyczne splatają warkocze

z materiałów na osłonki

nierozważnie zachwycają się

kolorem wschodu słońca

jedyną barwą która

nigdy fizycznie nie dotknie

ich wnętrza

W chmurach

wiatr alpinista

na drabinie atmosfery

sięga koronek błękitu

a one

łagodnieją

bieleją

a one stają się

aniołami

a one tańczą

i gubią swoje baletki

spadają płatami śniegu

a one gubią swoje spódnice

spadają mgłą

a one gubią granat korali

spadają deszczem

na moje dłonie

wyciągnięte

 

piątek, 02 listopada 2018

Wczoraj było Święto Zmarłych, dzisiaj Dzień Zaduszny i z tej okazji mogłabym tu zamieścić wiersz Kot w pustym mieszkaniu". Ale byłoby to pójście na łatwiznę, więc przeczytajcie Jej dwa utwory - poważny i dowcipny.

"O śmierci bez przesady"

Nie zna się na żartach,
na gwiazdach, na mostach,
na tkactwie, na górnictwie, na uprawie roli,
na budowie okrętów i pieczeniu ciasta.

W nasze rozmowy o planach na jutro
wtrąca swoje ostatnie słowo
nie na temat.

Nie umie nawet tego,
co bezpośrednio łączy się z jej fachem:
ani grobu wykopać,
ani trumny sklecić,
ani sprzątnąć po sobie.

Zajęta zabijaniem,
robi to niezdarnie,
bez systemu i wprawy.
Jakby na każdym z nas uczyła się dopiero.

Tryumfy tryumfami,
ale ileż klęsk,
ciosów chybionych
i prób podejmowanych od nowa!

Czasami brak jej siły,
żeby strącić muchę z powietrza.
Z niejedną gąsienicą
przegrywa wyścig w pełzaniu.

Te wszystkie bulwy, strąki,
czułki, płetwy, tchawki,
pióra godowe i zimowa sierść
świadczą o zaległościach
w jej marudnej pracy.

Zła wola nie wystarcza
i nawet nasza pomoc w wojnach i przewrotach,
to, jak dotąd, za mało.

Serca stukają w jajkach.
Rosną szkielety niemowląt.
Nasiona dorabiają się dwóch pierwszych listków,
a często i wysokich drzew na horyzoncie.

Kto twierdzi, że jest wszechmocna,
sam jest żywym dowodem,
że wszechmocna nie jest.

Nie ma takiego życia,
które by choć przez chwilę
nie było nieśmiertelne.

Śmierć
zawsze o tę chwilę przybywa spóźniona.

Na próżno szarpie klamką
niewidzialnych drzwi.

Kto ile zdążył,

tego mu cofnąć nie może.

NAGROBEK

Tu leży staroświecka jak przecinek

autorka paru wierszy. Wieczny odpoczynek

raczyła dać jej ziemia, pomimo że trup

nie należał do żadnej z literackich grup.

Ale też nic lepszego nie ma na mogile

oprócz tej rymowanki, łopianu i sowy.

Przechodniu, wyjmij z teczki mózg elektronowy

i nad losem Szymborskiej podumaj przez chwilę.

sobota, 27 października 2018

 

 

„Kamerdyner „ reż. Filip Bajon

WSTĘP: Kolejne pogranicze według Bajona

Filip Bajon widocznie lubi tematykę pogranicza skoro nie wystarczył mu „Magnat” i jego telewizyjna wersja  czyli serial „Biała wizytówka”.  Opowiadał on 36  lat z dziejów książąt pszczyńskich Hochberg von Pless właścicieli kopalni oraz polskich górników.

Tym razem przez 45 lat znajdujemy się na Kaszubach, czyli na pograniczu Polski i Prus. Zamiast księcia mamy hrabiego von Krauss (Adam Woronowicz w porównaniu z którym Buster Keaton miał rozbuchaną mimikę twarzy).

Wątki w obu filmach się powtarzają z drobnymi zmianami. W „Magnacie” jeden syn staje się faszystą, drugi jest playboyem a trzeci gejem. Książę jest cyniczny i wyrachowany a w dodatku to podglądacz i podsłuchiwacz – szpieguje własną służbę osobiście i za pomocą lokaja. Jego żona nie wytrzymuje i odchodzi.

Natomiast hrabia jest erotomanem i „zalicza” wszystkie pokojówki przyczyniając się do przyrostu naturalnego swoich wsi. Dobre panisko.

 Żona (Anna Radwan) od niego nie odchodzi a nawet przygarnia sierotę - syna hrabiego i jednej z pokojówek. Otrzymuje on imię Mateusz (nudny Sebastian Fabjański, jako rozczochrany artysta lub ulizany kamerdyner) i jest wychowywany z dziećmi ojca. W trakcie nauki okazuje się, że bękart jest uzdolniony muzycznie więc nie będzie finansowana jego dalsza nauka. Niedobre panisko.

Syn hrabiego z prawego łoża jest gejem, który staje się nazistą. A córka zakochuje się w przyrodnim bracie. Czyli kolejni zdegenerowani arystokraci.

Nie ma tu, niestety, zapadającej w pamięć sceny „cała jestem w maku”, za to film rozpoczyna się krwawą sceną narodzin Mateusza. I krwi w filmie nie brakuje.

Najlepszą i najbardziej przekonującą postacią w tym filmie jest Janusz Gajos jako Kaszubski patriota i działacz (może wzorowany na Witosie) Bazyli Miotke.

Świetny jest też Łukasz Simlat jako nauczyciel muzyki alkoholik, znajdujący cel swojego życia w faszyzmie.

Sądząc po Hitlerze może być prawdziwą hipoteza, że do doktrynerskiej ideologii dają się  przekonać głównie ludzie z kompleksami.

Ziemie kaszubskie (z wikipedii można się dowiedzieć jaki obszar zajmują) i ludzie w czasie I i II wojny przechodzą różne koleje ale kogo obchodzi los Kaszubów. Po II wojnie też nie mieli lekko.

Film trwa 145 minut i według mnie jest za długi, spokojnie można by było wyciąć parę scen. Poza tym dlaczego słowa o losie Kaszubów padają na tle ciemnego ekranu?

Piękne wnętrza, kostiumy i zdjęcia to trochę za mało, aby mnie przekonać do tej historii.

 

 

 

sobota, 20 października 2018

 

Julian Barnes – Zgiełk czasu. Świat Książki 2017

WSTĘP: „Sztuka to szept historii, który wzbija się ponad zgiełk czasu”

O autorze:

Julian Barnes urodził się 19 stycznia 1946 roku w Leicester (Anglia). Po ukończeniu Magdalen College pracował jako leksykograf. Następnie jako publicysta i krytyk literacki w czasopismach i w telewizji.

W 1981 roku debiutował powieścią „Metroland”.

W 2011 otrzymał nagrodę Booker Prize za „Poczucie kresu”.

Opublikował też kilka kryminałów pod pseudonimem Dan Kavanagh.

O książce:

Czasy terroru w różnych krajach i epokach najczęściej są opisywane przez postaci tyranów.

Julian Barnes nie poszedł tą drogą, zainteresowała go sytuacja artysty, który musi wybierać między twórczością a kompromisami na jakie musi się godzić, aby przetrwać.

„Przeznaczenie to tylko wzniosłe określenie czegoś, na co nie da się nic poradzić”.

Wybitny kompozytor Dymitr Szostakowicz (1906-1975) większą część życia spędził w Związku Radzieckim za rządów Stalina. Musiał więc, choćby częściowo, spełniać oczekiwania władzy, która uważała, że „Każda muzyka miała być natychmiast  zrozumiała i przyjemna dla mas”. A jeśli taka nie była to spotykały artystę represje. Nawet samo ich oczekiwanie było psychiczną torturą. „Ostrzyli sobie szpony na jego duszy”.

Powieść zaczyna się od momentu gdy bohater całymi nocami, z walizką przy nodze czeka obok windy aż przyjdą i go zaaresztują, bo w gazecie zamieszczono druzgocącą krytykę jego utworu.

Nikt w tym kraju i ustroju nie miał poczucia bezpieczeństwa a już szczególnie ludzie wybitni – pisarze, naukowcy, muzycy, bo na nich było ciągle zwrócone czujne oko władzy. A władza miała przekonanie o tym, że wie wszystko i lepiej niż obywatele, na każdy temat.

Jak żyć i tworzyć w takim kraju, aby uniknąć śmierci lub choćby tylko zesłania na białe niedźwiedzie – to pytanie nieustannie nękające rosyjskich artystów. Na ile można poddać się wymaganiom tyrana, aby móc żyć bez wstrętu do samego siebie.

Związki artystów z politykami bywają skomplikowane – artyści chcą być bezwarunkowo akceptowani i wysoko nagradzani a politycy w zamian oczekują wdzięczności w postaci twórczości zgodnej z wymaganiami ideologii jaka w danej chwili jest obowiązująca.

Tyrania żądała miłości do partii, do wielkiego wodza, do ludu ale nie do drugiego człowieka.

„Jego zdaniem grubiaństwo i tyrania były ściśle ze sobą sprzężone”.

Przy okazji  poznajemy szczegóły życia prywatnego kompozytora jak na przykład to, że „Koty nigdy mu nie utrudniały mu komponowania”.

Poznajemy także mechanizmy działania władzy radzieckiej – zarówno polityczne jak i gospodarcze, najczęściej niezgodne z logiką i moralnością. Oraz metody jakimi mierni artyści niszczyli lepszych od siebie.

„Zgiełk czasu” czyta się powoli, bo nagromadzenie zła jest tak intensywne, że wrażliwy czytelnik nie jest w stanie znieść jednorazowo zbyt wielkiej dawki.

Książka ma 3 rozdziały: „Przed windą”; „W samolocie”; „W samochodzie”.

Podobnie jak „Ojciec chrzestny”, który jest  świetnym filmem o nieświetnych ludziach,  „Zgiełk czasu to świetna książka o bardzo nieświetnych czasach i władcach.

Bullock napisał „Studium tyranii” a Barnes „Zgiełk czasu”. Obie bardzo polecam.

 

 

 

sobota, 13 października 2018

 Wojciech Orliński  - Lem. Życie nie z tej ziemi. Wydawn. Czarne. Agora 2017

WSTĘP: „Świetna książka! Dowiedziałem się z niej wielu rzeczy o własnym ojcu” Tomasz Lem

O autorze:

Wojciech Orliński urodził się 2 stycznia 1969 roku w Warszawie. Ukończył chemię na uniwersytecie w stolicy. W latach dziewięćdziesiątych był działaczem Polskiej Partii Socjalistycznej.

Od 1997 roku pracuje w „Gazecie Wyborczej”.

W 2005 roku przebywał na stypendium w Wiedniu.

Od 2011 roku jest przewodniczącym NSZZ „Solidarność” w Agora S.A.

To znawca twórczości Stanisława Lema. Wydał encyklopedyczny przewodnik po twórczości tego pisarza „Co to są sepulki. Wszystko o Lemie”. Napisał także scenariusz do filmu „Autor Solaris”. I ostatnio biografię „Lem. Życie nie z tej ziemi”.

Sam jest autorem powieści fantastycznej „Polska nie istniej” a także opowiadań science – fiction.

Nie ogranicza się jednak do tej tematyki -  napisał dwie książki o amerykańskiej popkulturze. I o skandynawskim twórcy kryminałów oraz bohaterach jego powieści „Sztokholm Stiega Larssona”.

O książce:

Nigdy nie wiadomo czy biografie znanych osób więcej ukrywają, czy odkrywają. Jeśli autor lubi opisywaną postać zapewne nie chce jej skrzywdzić lub obrazić i wtedy książka jest rzetelna acz z lekka ocenzurowana. Ale w życiu  każdego człowieka są momenty zbyt bolesne, aby o nich opowiadać.

Tak właśnie jest w przypadku Stanisława Lema, którego życie, wydawałoby się,  dokładnie, poznajemy z autobiografii „Wysoki Zamek”, książki jego syna Tomasza i  opublikowanych w książkach  wywiadów – rzek Stanisława Beresia i Tomasza Fiałkowskiego.

Lem unikał opowiadania o okresie II wojny i Orliński postanowił sprawdzić dlaczego. Czyli jak wyglądało życie Lema w ogarniętym wojną Lwowie. Jacy byli jego rodzice i dalsza rodzina. Skąd, zarówno jeśli chodzi o nację jak i środowisko, pochodził i jak to wpłynęło na jego losy.

W PRL-u były dwa zakazane tematy: Lwów jako polskie miasto i żydowskie pochodzenie.  Dodałabym jeszcze jeden: sowiecka napaść na Polskę 17 września 1939 roku. Wszystkie trzy dotyczyły Lema i jego rodziny.

Autor tropi, bardzo dokładnie, wątki autobiograficzne w książkach bohatera, dotyczące tego okresu i traumatycznych przeżyć o których sam Lem nie mówił, a gdy czasami do nich wracał  nie mógł potem spać w nocy.

„Lwów w okresie, w którym Lem ukrywa się na fałszywych papierach, jest miastem grozy. Łapanka grozi każdemu”.

Po tych przeżyciach Lem uważa, że „W najciemniejszym zakątku naszej Galaktyki żyje Ohydek Szalej, który nazywa siebie homo sapiens”.

Opisanie dzieciństwa i życia pisarza w czasie II wojny we Lwowie zajmuje aż 97 stron biografii.

Rozdziały  książki są zatytułowane tak jak kolejne powieści Lema: Wysoki Zamek; Wśród umarłych; Wejście na orbitę; Dialogi; Niezwyciężony.

Orliński bardzo dokładnie, dla mnie czasem aż nazbyt, opisuje życie i twórczość tego pisarza. Jest wielbicielem książek Lema i, moim zdaniem, zabrakło mu dystansu do swego idola.

Autor to tropiciel prowadzący śledztwo, badający najmniejszy ślad, opisujący pisarza w różnych momentach życia. Rejestruje i przedstawia pasję motoryzacyjną i słabość do słodyczy. Jego znajomych i przyjaciół. Gdzie i w jaki sposób pisał swoje książki – podobno tak jak amator nie robił planu powieści tylko pisał to co mu w trakcie tworzenia przyszło do głowy.

Dowiadujemy się  jak wyglądały i działały Lema kolejne auta,  perypetie związane z budową domu, boje z cenzurą i wyjazdy zagraniczne. O co chodziło w zatargu z pisarzem amerykańskim.

Także jakie miał dolegliwości i operacje, gdzie i jak go leczono. Z kim się przyjaźnił,  kto bywał w jego domu i do kogo pisał listy .

Gdy Lem chciał, aby cenzura nie zrozumiała treści jego korespondencji pisał w czterech językach.

Przy okazji jest to, od strony pisarzy, obraz Polski gdzie rządzili, sterowani ze Wschodu, ciemniacy. Lem uważał, że kontakt z przedstawicielami władz PRL-u jest rozmową z pijanym szakalem uzbrojonym w policję polityczną.

Na grobie Lema umieszczono łacińską maksymę: „Zrobiłem co umiałem. Niech więcej zrobią zdolniejsi.”

Książka zawiera zdjęcia, bibliografię, podziękowania i indeks nazwisk.

Polecam.

 

 

 

 

sobota, 06 października 2018

Lubię obejrzeć nowe biblioteki jakie powstają we Wrocławiu. Opisałam już filię w budynku o nazwie "Grafit" w wyniku czego obrażono się na mnie. Nie wiedziałam, że to co piszę jest aż tak ważne.

Opisałam także filię w Lipie Piotrowskiej przy ulicy Tymiankowej, na Dworcu Głównym, w psiepolskiej "Famie" i przyszedł czas na CK "Agora" przy ulicy Serbskiej. To niedaleko cmentarza na Osobowicach połączyłam więc odwiedzenie grobu bliskiej mi koleżanki bibliotekarki z wizytą w bibliotece.

"Agora" jako dom kultury została przeniesiona z pl. J. Piłsudskiego na Karłowicach. Dodano tam bibliotekę, która mieściła się w innym miejscu.

Ulica Serbska ma odnogę gdzie mieści się ten budynek, jest więc to ciche miejsce - wielka zaleta.

Zacznę może od wejścia - jest dziwne bo to duże płyty, jednolitej barwy, łatwo się potknąć, a paski żółto-czarne (odblaskowe?) są bardzo oszczędnie naklejone. 

Za to wnętrze biblioteki ma prawie same zalety: jest przestronne, kolorowe, ściany pomalowane a nie betonowe szaro-buro-brudne jak w "Famie, przez okna widać zieleń. W środku są duże zielone rośliny, miejsce (ściana) na wystawy. No i komputery.

Filia ma też i wady: pomieszczenie ma wiele okien na jedną stronę - południowy wschód. Wprawdzie są rolety ale w czasie upałów niskie pomieszczenie na pewno jest bardzo duszne, bo nie ma klimatyzacji. Przydałby się wtedy automat - baniak z wodą i jednorazowymi papierowymi kubkami.

Oto jak wygląda:


 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 81
O autorze
Tagi
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Dodatki na bloga
”znaczek