O mnie, o książkach, filmach, wystawach, kolażach i dress-party z poczuciem humoru, niekiedy sarkastycznie a nawet złośliwie.
sobota, 13 października 2018

 Wojciech Orliński  - Lem. Życie nie z tej ziemi. Wydawn. Czarne. Agora 2017

WSTĘP: „Świetna książka! Dowiedziałem się z niej wielu rzeczy o własnym ojcu” Tomasz Lem

O autorze:

Wojciech Orliński urodził się 2 stycznia 1969 roku w Warszawie. Ukończył chemię na uniwersytecie w stolicy. W latach dziewięćdziesiątych był działaczem Polskiej Partii Socjalistycznej.

Od 1997 roku pracuje w „Gazecie Wyborczej”.

W 2005 roku przebywał na stypendium w Wiedniu.

Od 2011 roku jest przewodniczącym NSZZ „Solidarność” w Agora S.A.

To znawca twórczości Stanisława Lema. Wydał encyklopedyczny przewodnik po twórczości tego pisarza „Co to są sepulki. Wszystko o Lemie”. Napisał także scenariusz do filmu „Autor Solaris”. I ostatnio biografię „Lem. Życie nie z tej ziemi”.

Sam jest autorem powieści fantastycznej „Polska nie istniej” a także opowiadań science – fiction.

Nie ogranicza się jednak do tej tematyki -  napisał dwie książki o amerykańskiej popkulturze. I o skandynawskim twórcy kryminałów oraz bohaterach jego powieści „Sztokholm Stiega Larssona”.

O książce:

Nigdy nie wiadomo czy biografie znanych osób więcej ukrywają, czy odkrywają. Jeśli autor lubi opisywaną postać zapewne nie chce jej skrzywdzić lub obrazić i wtedy książka jest rzetelna acz z lekka ocenzurowana. Ale w życiu  każdego człowieka są momenty zbyt bolesne, aby o nich opowiadać.

Tak właśnie jest w przypadku Stanisława Lema, którego życie, wydawałoby się,  dokładnie, poznajemy z autobiografii „Wysoki Zamek”, książki jego syna Tomasza i  opublikowanych w książkach  wywiadów – rzek Stanisława Beresia i Tomasza Fiałkowskiego.

Lem unikał opowiadania o okresie II wojny i Orliński postanowił sprawdzić dlaczego. Czyli jak wyglądało życie Lema w ogarniętym wojną Lwowie. Jacy byli jego rodzice i dalsza rodzina. Skąd, zarówno jeśli chodzi o nację jak i środowisko, pochodził i jak to wpłynęło na jego losy.

W PRL-u były dwa zakazane tematy: Lwów jako polskie miasto i żydowskie pochodzenie.  Dodałabym jeszcze jeden: sowiecka napaść na Polskę 17 września 1939 roku. Wszystkie trzy dotyczyły Lema i jego rodziny.

Autor tropi, bardzo dokładnie, wątki autobiograficzne w książkach bohatera, dotyczące tego okresu i traumatycznych przeżyć o których sam Lem nie mówił, a gdy czasami do nich wracał  nie mógł potem spać w nocy.

„Lwów w okresie, w którym Lem ukrywa się na fałszywych papierach, jest miastem grozy. Łapanka grozi każdemu”.

Po tych przeżyciach Lem uważa, że „W najciemniejszym zakątku naszej Galaktyki żyje Ohydek Szalej, który nazywa siebie homo sapiens”.

Opisanie dzieciństwa i życia pisarza w czasie II wojny we Lwowie zajmuje aż 97 stron biografii.

Rozdziały  książki są zatytułowane tak jak kolejne powieści Lema: Wysoki Zamek; Wśród umarłych; Wejście na orbitę; Dialogi; Niezwyciężony.

Orliński bardzo dokładnie, dla mnie czasem aż nazbyt, opisuje życie i twórczość tego pisarza. Jest wielbicielem książek Lema i, moim zdaniem, zabrakło mu dystansu do swego idola.

Autor to tropiciel prowadzący śledztwo, badający najmniejszy ślad, opisujący pisarza w różnych momentach życia. Rejestruje i przedstawia pasję motoryzacyjną i słabość do słodyczy. Jego znajomych i przyjaciół. Gdzie i w jaki sposób pisał swoje książki – podobno tak jak amator nie robił planu powieści tylko pisał to co mu w trakcie tworzenia przyszło do głowy.

Dowiadujemy się  jak wyglądały i działały Lema kolejne auta,  perypetie związane z budową domu, boje z cenzurą i wyjazdy zagraniczne. O co chodziło w zatargu z pisarzem amerykańskim.

Także jakie miał dolegliwości i operacje, gdzie i jak go leczono. Z kim się przyjaźnił,  kto bywał w jego domu i do kogo pisał listy .

Gdy Lem chciał, aby cenzura nie zrozumiała treści jego korespondencji pisał w czterech językach.

Przy okazji jest to, od strony pisarzy, obraz Polski gdzie rządzili, sterowani ze Wschodu, ciemniacy. Lem uważał, że kontakt z przedstawicielami władz PRL-u jest rozmową z pijanym szakalem uzbrojonym w policję polityczną.

Na grobie Lema umieszczono łacińską maksymę: „Zrobiłem co umiałem. Niech więcej zrobią zdolniejsi.”

Książka zawiera zdjęcia, bibliografię, podziękowania i indeks nazwisk.

Polecam.

 

 

 

 

sobota, 06 października 2018

Lubię obejrzeć nowe biblioteki jakie powstają we Wrocławiu. Opisałam już filię w budynku o nazwie "Grafit" w wyniku czego obrażono się na mnie. Nie wiedziałam, że to co piszę jest aż tak ważne.

Opisałam także filię w Lipie Piotrowskiej przy ulicy Tymiankowej, na Dworcu Głównym, w psiepolskiej "Famie" i przyszedł czas na CK "Agora" przy ulicy Serbskiej. To niedaleko cmentarza na Osobowicach połączyłam więc odwiedzenie grobu bliskiej mi koleżanki bibliotekarki z wizytą w bibliotece.

"Agora" jako dom kultury została przeniesiona z pl. J. Piłsudskiego na Karłowicach. Dodano tam bibliotekę, która mieściła się w innym miejscu.

Ulica Serbska ma odnogę gdzie mieści się ten budynek, jest więc to ciche miejsce - wielka zaleta.

Zacznę może od wejścia - jest dziwne bo to duże płyty, jednolitej barwy, łatwo się potknąć, a paski żółto-czarne (odblaskowe?) są bardzo oszczędnie naklejone. 

Za to wnętrze biblioteki ma prawie same zalety: jest przestronne, kolorowe, ściany pomalowane a nie betonowe szaro-buro-brudne jak w "Famie, przez okna widać zieleń. W środku są duże zielone rośliny, miejsce (ściana) na wystawy. No i komputery.

Filia ma też i wady: pomieszczenie ma wiele okien na jedną stronę - południowy wschód. Wprawdzie są rolety ale w czasie upałów niskie pomieszczenie na pewno jest bardzo duszne, bo nie ma klimatyzacji. Przydałby się wtedy automat - baniak z wodą i jednorazowymi papierowymi kubkami.

Oto jak wygląda:


sobota, 29 września 2018

 

„Kler” reż. Wojciech Smarzowski

 

WSTĘP: Samotność jest okrutną siostrą śmierci

Smarzowski nie jest specjalistą od komedii romantycznych czy choćby obyczajowych nie należy więc spodziewać się, że oglądanie tego filmu będzie jedną wielką przyjemnością.

Jest reżyserem podejmującym trudne tematy, ostro widzącym zło jakie jest w wielu ludziach i środowiskach. Sądzę, że opisanie ludzi Kościoła było najtrudniejsze w dotychczasowym dorobku Smarzowskiego.

Przedstawione przez niego zdarzenia są oparte na faktach.

“Nic na temat pedofilii w tym filmie nie jest wymyślone” – powiedział wp.pl Marek Lisiński, prezes Fundacji “Nie lękajcie się”, opiekującej się ofiarami tego procederu.

Jednak „Kler” opowiada o różnych problemach z jakimi borykają się duchowni, nie tylko o gwałceniu i molestowaniu nieletnich.

To historia trzech księży, kolegów z internatu prowadzonego przez siostry zakonne. Ostro pijąc świętują każdą rocznicę uratowania się z pożaru. Wódka niszczy hamulce i księża skandują: „Złoto i dolary oto akty wiary”.

Każda z tych postaci opisuje inną postawę – jeden z nich to bezwzględny karierowicz i manipulant pracujący w kurii i marzący o Watykanie Lisowski (Jacek Braciak), drugi to borykający się z nałogiem i miłością do kobiety wiejski proboszcz Trybus (Robert Więckiewicz) oraz trzeci -  szlachetny ksiądz Kukuła (Arkadiusz Jakubik).

W retrospekcjach poznajemy przeszłość księży, która drastycznie  wpłynęła na ich charaktery i obecne zachowania.

Problemem jest nie tylko zakłamanie i zamiatanie pod dywan problemów jakie się pojawiają ale i brak oparcia w przełożonych. Księża w parafiach muszą sami sobie radzić z wątpliwościami, skłonnościami i złymi doświadczeniami w przeszłości. Brak wsparcia psychologicznego za to jest ogromne wyparcie ze świadomości zła jakiego dopuszczają się urzędnicy Pana Boga. To film o ludzkich tragediach po obu stronach.

Pokazano też jak bardzo hierarchowie (arcybiskup Mordowicz – Janusz Gajos) kościelni boją się mediów i w jaki sposób nimi manipulują, aby uniknąć jakichkolwiek zmian w środowisku. Podcinają tym gałąź na której bardzo wygodnie siedzą.

Świetna gra wszystkich aktorów dodaje filmowi autentyzmu i powoduje, że widz bardzo osobiście odbiera przedstawioną fabułę.

Film jest wstrząsającym obrazem Kościoła katolickiego jako bezwzględnej, bezkarnej korporacji niszczącej wszystkich, którzy jej się sprzeciwią.

Mądrzy i wrażliwi księża odchodzą z Kościoła obnażając mechanizmu jego działania. Ile lat upłynie zanim coś się tam zmieni? Zawsze przecież znajdą się w nim tacy, którzy mają za nic uczciwość, moralność i dobro bliźniego. Tylko wierni mogą wymusić zmiany w tej instytucji. Czy są na to gotowi?

Zdjęcia częściowo kręcono w Czechach bo w Polsce odbywają się trzy msze dziennie, a tam jedna tygodniowo.

Parafrazując powiedzenie księdza Tischnera („Jeszcze nie widziałem nikogo, kto stracił wiarę, czytając Marksa, za to widziałem wielu, którzy stracili ją przez kontakt z księżmi”): po obejrzeniu filmu „Kler” nikt nie straci wiary, po kontaktach z klerem wielu.

sobota, 22 września 2018

 

Byłam wczoraj w Muzeum „Pana Tadeusza” na zajęciach (w ramach Dni Seniora) nazwanych

„z sita czerpane”. Domyśliłam się, że chodzi o papier, więc się zapisałam.

Przypuszczałam , że nie będzie nas dużo i tak właśnie by było gdyby nie spora grupa osób głuchoniemych z tłumaczką na język migowy.

Najpierw krótko oprowadzono nas po miejscach gdzie wystawiono rękopisy Mickiewicza i Słowackiego – oba pod tym samym tytułem – „Pan Tadeusz”. Nie, nie pisali go razem.

Są tam trzy gabloty multimedialne pozwalające oglądać karty rękopisu narodowej epopei w powiększeniu ale dwie odmówiły współpracy.

Potem przeszliśmy schodami w dół do pracowni gdzie stała balia\kadź z namoczonymi 24 godziny wcześniej kawałkami papieru. Trzeba je było zmiksować a potem masę łapać na ramkę z sitkiem.

Masę ozdabialiśmy suchymi kwiatkami i płatkami. Potem przekładano powstałe mokre bardzo kartki filcem, aby wszystkie razem odcisnąć prasą skonstruowaną przez domorosłego majsterkowicza. Z dobrym efektem. Każdy dostał swoją pracę zapakowaną w dwa kawałki przeźroczystej folii oraz zalecenie, aby ją szybko zdjąć i pozwolić masie wyschnąć. A myślałam, że ususzą na miejscu.

Druga atrakcją wczorajszego dnia było „kasztanowe party” w SKIBA. Nie polegało na jedzeniu kasztanów – na podwórku tego Studium rosną kasztany i pod nim młodzi i starsi słuchacze spotkali się przy muzyce (za głośnej) i składkowym jedzonku.

Rolę ogniska lub grilla odegrali, schowani za grubym pniem kasztana, palacze papierosów – tak bardzo dymili.

Za to, żeby mi nie było za dobrze, w sklepie z kropiastym logo zepsuł mi się torebkowy karabińczyk.

To nie jest duża dolegliwość. Największą moją jest sąsiadka, która uznała, że mnie zmanipuluje płonną obietnicą i stanę się jej niewolnicą. Nawet mi rym powstał.

Gdy się okazało, że pomaganie jej (dźwiganie zakupów na 4-te piętro bez windy) spowodowało u mnie silny wylew w operowanym oku (otwór w plamce oka) i nieustanny ból kręgosłupa (mimo cotygodniowego masażu) powiadomiłam ją, że nie mogę pomagać  - obraziła się. I nie tylko – postanowiła udowodnić, że jest wspaniała a ja podła i niewdzięczna za pomocą sporej sumy pieniędzy. Oddałam je wraz z kluczami od jej mieszkania. Nie chce mieć życzliwej sąsiadki – jej  problem. Z wiekiem zalety zanikają a wady się potęgują. Ale ja nie muszę znosić cudzej manii prześladowczej i obrażania. Stres z tym związany pogarsza stan mego zdrowia. Podtrzymuje mnie w tej decyzji koleżanka lekarka, której opisałam kolejne występy sąsiadki. Powiedziała: „odetnij się od niej bo cię wykończy fizycznie i psychicznie”.

Jest to kolejny przykład, że „Każdy dobry uczynek zostanie słusznie ukarany”! Całe życie tak mam.

Wczoraj spotkałam się z niedawno poznanymi koleżankami z którymi u Bliklego napiłyśmy się kawy, a po dojściu do nas jeszcze jednej osoby wypiłyśmy czeskie piwo. Głowy nam się od niego nie kiwały, bo ilość nie  była powodująca ten objaw.

W środę w „Famie” na zajęciach „Laboratorium Sztuki 50+” odlewałyśmy świeczki szpikując masę brokatem, bardzo małymi szyszkami i anyżkami. Może zrobimy też znicze na 1.XI i lampiony na święta.

I tak mi się przeplata – dobre ze złym. Złego niestety więcej.

sobota, 15 września 2018



Wczoraj byłam na inauguracyjnym zebraniu nowego klubu na osiedlu Anna przy ul. Zielińskiego. Będzie to też siedziba Wrocławskiego Stowarzyszenia Twórców Kultury.

Ponieważ świat jest mały, a Wrocław jeszcze mniejszy to okazało się, że moja znajoma Teresa prowadzi spotkanie jako przedstawicielka WSTK, a na sali zasiadła pani Dorota bibliotekarka ze SKIBA z nowym dyrektorem tego Studium.

Teresa przedstawiła cele i zadania WSTK a potem poprosiła zebranych o zgłaszanie oczekiwań i postulatów co do pracy klubu. Zgłosił się tylko jeden pan prośbą o miejsce dla szachistów. Do tego można dodać także brydżystów. Ale raczej nie należy spodziewać się ruletki czy gry w pokera na pieniądze. To raczej w hotelu niedaleko klubu położonym.

Za to zgłosiło się pare osób chętnych do wolontariackiego poprowadzenia różnych zajęć. Ekwadorka Lorena (od 26 lat w Polsce) zaproponowała spotkania muzyczne z rytmami Ameryki Południowej. Ja ekologiczne zajęcia rękodzielniczo - kreatywne.

Natomiast poetka Katarzyna Georgiou jest osobą wielu talentów i zgłosiła, że może się udzielać w klubie na różnych polach. Tych umiejętności ma w ofercie tyle, że prawie mogłaby zapełnić nimi cały kalendarz klubowych wydarzeń. Mam jednak nadzieję, że organizatorzy wykorzystają talenty i umiejętności innych chętnych - np. z Klubu Seniora w DK Bakara gdzie jest grupa teatralna, taneczna i chór.

Na koniec spotkania Katarzyna przeczytała kilka swoich wierszy i dwa swego taty.

Większość uczestników spotkania rozeszła się a potem w 9 osób jeszcze zostaliśmy, rozmawiając, pijąc kawę lub herbatę i częstując się domowymi wypiekami.

Na koniec każdy z nas mógł zabrać sobie trochę działkowych jabłek. Więc je po powrocie pokroiłam i dodałam do aronii, razem dusząc bez cukru. Rano zmiksowałam, podgrzałam, dodałam cukier i gorącą masę wlałam do słoików polanych spirytusem salicylowym. Nie, nie jest to ilość do upicia się.

Natomiast dzisiaj walczyłam z dawno nieużywaną sokowirówką. Nie pamięta ona wprawdzie PRL-u ale i tak nie jest szczytem osiągnięć techniki gospodarstwa domowego. Za to jest nieduża.

Najpierw nie mogłam umieścić pokrywy tak jak zalecają. No to się wkurzyłam i postanowiłam, że wywalę dziadostwo na śmietnik. Nagle zaskoczyła! No, patrzcie jaka wrażliwa maszyna. Potem okazało się, że nie podstawiłam naczynia na wylatujący sok. I już w kompletnym amoku, w pewnym momencie, wkładałam

owoce w otwór dociskacza a nie sokowirówki. Jakby ktoś nakręcił taką scenę to nikt by nie uwierzył - prawda? Jestem bardzo zdolna niewątpliwie.

sobota, 08 września 2018

Spotkania autorskie bywają różne. Ich jakość zależy, w równej części, od twórcy jak i od organizatorów. Miałam w tym roku już cztery i pierwsze miejsce w rankingu organizatorów zajmuje "Salonik Trzech Muz".

Samo miejsce jest bardzo klimatyczne i przepełnione życzliwością do twórców. Sala zawsze jest odpowiednio przygotowana, autor nie musi sam przestawiać stołów czy krzeseł a czasem to się zdarza. Organizator krótko przedstawia osobę, która zaprezentuje się i swoje działania, więc ta czuje się zaopiekowana.

Powyżej prezentuję okładkę tomiku wierszy Wisławy Szymborskiej z 1967 roku pt. "Wiersze wybrane".

Nagrodę Nobla poetka dostała długo, długo później, więc nic dziwnego, że napisała wiersz w którym zapewne zawarła swoje doświadczenia. Zauważcie poczucie humoru Szymborskiej!


"Wieczór autorski"

Muzo, nie być bokserem to nie być wcale. 

Ryczącej publiczności poskąpiłaś nam. 
Dwanaście osób jest na sali, 
już czas, żebyśmy zaczynali. 
Połowa przyszła, bo deszcz pada, 
reszta to krewni. Muzo. 

Kobiety rade zemdleć w ten jesienny wieczór, 
zrobią to, ale tylko na bokserskim meczu. 
Dantejskie sceny tylko tam. 
I wniebobranie. Muzo. 

Nie być bokserem, być poetą, 
mieć wyrok skazujący na ciężkie norwidy, 
z braku muskulatury demonstrować światu 
przyszłą lekturę szkolną - w najszczęśliwszym razie - 
o Muzo. O Pegazie, 
aniele koński. 

W pierwszym rządku staruszek słodko sobie śni, 
że mu żona nieboszczka z grobu wstała i 
upiecze staruszkowi placek ze śliwkami. 
Z ogniem, ale niewielkim, bo placek sie spali, 
zaczynamy czytanie. Muzo.
Na koniec mam taką refleksję - zauważyłam, że osoby przedstawiające swoją twórczość pisaną są przeważnie przekonani o jej wyjątkowej wartości i uważają, że już nic dodatkowo nie muszą dać od siebie. Ani niczym poczęstować, ani obdarować. Ja nie mam aż tak dobrego mniemania o sobie, więc na każdym spotkaniu daję każdemu w prezencie drobny rękodzielniczy prezent. Chcę, aby patrząc na to przypomnieli sobie chwile spędzone na słuchaniu i oglądaniu. 
sobota, 01 września 2018

 

Małgorzata Czyńska – Kobro. Skok w przestrzeń. Wydawn. Czarne 2015

WSTĘP: Poza kilkoma mocnymi epizodami jej biografia wcale nie jest dobrze znana, a o epizodach wiedzą tylko nieliczni.

O autorce:

Małgorzata Czyńska urodziła się w 1975 roku. Jest historykiem sztuki i kuratorem wystaw. Także dziennikarką i autorką pięciu książek. Współpracuje z czasopismami o wnętrzach, projektowaniu i modzie oraz publikuje w „Wysokich Obcasach”. Za książkę „Kobro” otrzymała Górnośląską Nagrodę Literacką w 2016 roku.

O książce:

Autorka jako dedykację zacytowała fragment ulotki reklamowej „a.r” Łódź 1931:

„każdemu człowiekowi nowoczesnemu poszukującemu wyrazu naszych dni”.

Czy Katarzynie Kobro udało się w swojej twórczości dać wyraz jej dni?

Bo przecież „Bohaterką jest radykalna rzeźbiarka, propagatorka najbardziej nowoczesnych rozwiązań w sztuce”.

Już na pierwszej stronie biografii dowiadujemy się jakie, według bohaterki, jest zadanie każdej rzeźby. I nie jest to lepienie figurek.

Poznajemy życie Kobro od spotkania z przyszłym mężem w 1916 roku w szpitalu, w Moskwie. Ona jest Rosjanką, on inżynierem i okaleczonym na wojnie Polakiem.

O Rosji z czasu gdy tam mieszkała i studiowała Kobro  opowiadają zacytowane  fragmenty książek Katarzyny  Sayn – Wittgenstein „Koniec mojej Rosji. Dziennik 1914-1919” oraz Andy Rottenberg „Sztuka rosyjska – sztuka polska. Wiek XX. Z punktu widzenia polskiego kuratora”.

Książka ta to głównie cytaty, cytaty, cytaty teoretycznych rozważań dotyczących sztuki oraz architektury co dla czytelnika spoza branży jest dosyć nużące.

Czyńska zamieszcza w książce także fragmenty wspomnień córki Kobro Niki Strzemińskiej „ Sztuka, miłość i nienawiść” oraz wypowiedzi osób które ją znały.

Życie prywatne Kobro nie było lekkie, łatwe i przyjemne, od teściowej po ślubie usłyszała: „Żebyś tylko dzieci nie miała. Władkiem się opiekuj”. Jakby za poczęcie dziecka odpowiadała tylko kobieta. Dalej ani przed II wojną, ani po nie było lepiej.

Z książki widać, że pisała ją historyk sztuki bo więcej w niej o artystach i sztuce niż o samej Kobro. A może nie ma zbyt wielu źródeł i dokumentów do których można się odwołać? Z bibliografii widać, że autorka sięgnęła do najróżniejszych źródeł. Czytając tę pozycję miałam jednak wrażenie, że  Strzemiński dominuje zarówno w życiu Kobro jak i w tej książce.

Jak Kobro wyglądała dokumentują to czarno - białe zdjęcia. Na pierwszym z zamieszczonych stoi obok męża Władysława Strzemińskiego a przy nim Julian Przyboś.

Oprócz prywatnych fotografii  książka zawiera reprodukcje różnych druków i wydawnictw jak np.: zgłoszenie na wystawę, czasopismo „Praesens”, okładka katalogu wystawy czy list Katarzyny Kobro.

 

sobota, 25 sierpnia 2018

 

Romuald Romański – Niewyjaśnione zagadki historii Polski, Wydawn. Bellona 2004

WSTĘP: „Każdy naród ma swoje tajemnice, historie niewyjaśnione lub też wyjaśnione częściowo”

O autorze: 

Romuald Romański skończył studia prawnicze we Wrocławiu, a pracę doktorską obronił w Warszawie. Wykładał w Wyższej Szkole Menadżerskiej w Warszawie. Był autorem dwóch książek z zakresu prawa, wielu popularno – naukowych z zakresu historii i dwóch powieści historycznych. Zmarł 24 marca 2017 roku.

O książce:

Książka zawiera dziesięć opowieści, które są próbą wyjaśnienia zagadki, udaną lub nie.

„Każda z nich odegrała znaczącą rolę w naszych dziejach, a w wielu przypadkach skutki są odczuwalne i wspominane do dziś” – pisze autor we wstępie.

Ułożył te historie chronologicznie zaczynając od 1079 roku, czyli od konfliktu Bolesława Śmiałego z biskupem Stanisławem.

Następny esej opowiada o Dymitrze Samozwańcu przybliżając nam postać nie tylko głównego bohatera ale i jego rodziny a także Borysa Godunowa.

Mamy też próbę wyjaśnienia czy Jan Kazimierz był hiszpańskim szpiegiem.

Tekst zatytułowany „Ukraińska Helena” to opowieść o Chmielnickim i powodach jego zwrócenia się przeciw Polsce.

Piąta historia przybliża nam postać Jeremiego Wiśniowieckiego, a szósta próbuje wyjaśnić jak to było z porwaniem króla Stanisława Augusta.

Szósta zaś odchodzi od historii Polski, bo dotyczy postaci Napoleona i jego śmierci.

Następna wraca do kraju i opowiada o Jakubie Szeli, przywódcy powstania chłopskiego 1846 roku. Poznajemy prawdę o powodach wybuchu tej rewolty.

Ponownie opuszczamy kraj, aby poznać kulisy samobójstwa kochanków w Mayerlingu o którym cesarz Franciszek Józef  powiedział: „Wszystko jest lepsze od prawdy”.

Dziesiąta zagadka jest do dzisiaj niewyjaśniona a dotyczy zaginięcia lub  morderstwa generała Zagórskiego.

Jedna wadą tej pozycji jest fakt, że autor w niektórych przypadkach tak szczegółowo opisuje detale sprawy, że staje się to nużące dla czytelnika.

Książka zawiera czarno - białe fotografie.

Polecam.

 

niedziela, 19 sierpnia 2018

 

Jodi Picoult – Małe wielkie rzeczy, Wydawn. Prószyński i S-ka 2017

 

WSTĘP: Martin Luther King: „Jeśli nie mogę czynić wielkich rzeczy, mogę czynić małe rzeczy w wielki sposób”.

O autorce:

 Jodi Picoult urodziła się 19 maja 1966 roku w Nesconet na Long Island (Nowy Jork). Zaczęła pisać mając pięć lat. Jako nastolatka opublikowała dwa opowiadania. Studiowała nauki humanistyczne na Uniwersytecie Princeton i pedagogikę na Uniwersytecie Harvarda.

Potem pracowała w różnych zawodach. Pierwszą powieść ukończyła będąc w ciąży z pierwszym dzieckiem. Jest autorką kilkunastu powieści. W 2003 roku otrzymała nagrodę za całokształt twórczości New England Book. Ma troje dzieci.

O książce:

W części „Od autorki” Picoult relacjonuje jak powstawała ta książka.

 Pisze o rozmowach z Afroamerykankami, które podzieliły się z nią swoimi doświadczeniami opowiadając jak to naprawdę jest być czarnym. To mi przypomina film „Służące”.

Autorka przeczytała też różne publikacje i wzięła udział w warsztatach społecznych dotyczących tego tematu.

Swoje badania rozszerzyła także o rozmowy z byłymi skinheadami, poznając pełen nienawiści język białego supremacjonisty.

Głównymi bohaterami i narratorami powieści są trzy osoby: Ruth – położna w szpitalu, Turk  – rasista i nacjonalista oraz Kennedy – obrończyni z urzędu.

Przez postać Ruth Jefferson poznajemy losy Afroamerykanki, która nie zmarnowała swoich zdolności dzięki matce, pracującej jako służąca w domu białych, i dzięki własnemu uporowi. Takiej ambicji i uporu zabrakło jej siostrze. Matka i dwie siostry to trzy różne losy czarnych kobiet.

„Nie chcesz być postrzegana jako stereotyp, to nim nie bądź…”.

Turk Bauer jest natomiast przedstawicielem sfrustrowanej części amerykańskiego społeczeństwa. Tacy ludzie muszą znaleźć winnego i łatwo wpadają w sidła sekt lub dziwnych stowarzyszeń. Przekonani o swojej racji stosują przemoc bez żadnych zahamowań. Na przykładzie tej postaci poznajemy powody stawania się zagorzałym rasistą.

Natomiast Kennedy McQuarrie jest prawniczką nie mającą pojęcia o problemach z jakimi mierzy się przez całe życie Ruth i osoby o ciemnej karnacji. Jest pełna dobrej woli ale jakby z zupełnie innej planety. To przedstawicielka WASP – biały Amerykanin pochodzenia anglosaskiego i wyznania protestanckiego.

Osią książki jest zagadnienie czy Ruth jest odpowiedzialna za śmierć syna Turka.

Mamy więc w książce kilka  problemów: rasizm, nacjonalizm,  homofonię i bezkarność działań w Internecie. Ogromną nierówność społeczną – na różnych polach i sytuacjach: w sklepie to Ruth ochroniarz każe pokazać zawartość torby a nie białej Kennedy. Policja aresztuje Ruth włamując się do jej mieszkania o trzeciej w nocy i skuwa jej niewinnego syna.

Przy okazji poznajemy, zbyt dokładnie, szczegóły pracy położnej i równie szczegółowo pracę w barze McDonald`s.

Polecam.

 

 

 

 

sobota, 11 sierpnia 2018

 Wojciech Chmielarz – Podpalacz. Wydawn. Marginesy 2018

WSTĘP: „…śledztwo trzeba zamykać najszybciej jak to możliwe, bo inaczej ginie się pod lawiną wniosków, akt, dokumentów…”

O autorze:

Wojciech Chmielarz urodził się w 1984 roku w Gliwicach. Pisywał dla „Pulsu Biznesu”, „Polityki”, „Nowej Fantastyki”.

 Autor powieści: cykl Jakub Mortka (5 książek), cykl gliwicki (2 książki).

 W 2013 i 2014 nominowany był do Nagrody Wielkiego Kalibru. W 2015 otrzymał ją za powieść „Przejęcie”. Napisał też powieści: Królowa głodu i  Żmijowisko.

O książce:

„Podpalacz” to pierwsza część z cyklu Jakub Mortka, który jest policjantem  dość stereotypowym –nieustępliwy, twardy, bez poczucia humoru.  Na skutek bardzo stresującej i angażującej pracy rozpadło się jego małżeństwo. W dodatku po zapłaceniu alimentów nie stać go na wynajęcie samodzielnego mieszkania. Nie czyta książek.

Niby twardy a nie stać go było, aby zwrócić uwagę imprezowiczom, nie zawalczył o zmniejszenie alimentów mimo że żona dobrze zarabiała. Taki ambitny wrażliwiec z niego.

W książce poza Mortką mamy przegląd różnych typów ludzkich: student hazardzista , kobieta nie sprzątająca kup swego psa, małżeństwo muzyków, których zespół nosi nazwę „Kiszka Kartoflana”, grają oni fekal rock (piosenki o kupie), według mnie konsekwentnie zespół powinien nazywać się raczej „Kiszka Stolcowa”, ambitna ex-miska, która śpiewała ale poparzona wyskoczyła przez okno i taki był koniec kariery życiowej i wokalnej.

 Poza tym dowcipna złośliwie pani patolog, która kiedyś uwiodła a potem oblała na egzaminie studenta. Zero wdzięczności tym okazała.

Jest też sympatyczny strażak Kowalski bez rozbuchanego ego dzięki czemu nie przeszkadza mu, że żona zarabia więcej od niego.

No i gangster oraz jego  pomagier Zając.

W tej menażerii tylko bibliotekarek brakuje.

Nie obyło się też w ksiązce bez seksistowskich uwag o zmianach w ciele kobiety po porodzie. I odkrywczego mizoginistycznego stwierdzenia, że o to, aby mężczyzna był zadbany musi starać się kobieta. On sam, biedaczek nie może, ma ważniejsze sprawy na głowie niż mycie się czy pranie odzieży.

Intryga jest tu dość przewidywalna i największą zaletą „Podpalacza” jest pokazanie na czym polega zwyczajna,  codzienna praca policji i z czym muszą się borykać jej funkcjonariusze. Mają kiepskie komputery – określam to na własny użytek: chodzą jak chore krowy. Mało zarabiają i mają wrednych szefów.

Trafia się też w tym środowisku alkoholizm i przemoc domowa, ukrywana oczywiście.

„Policjanci musieli mieć wysokie statystyki wykrywalności przestępstw, więc koncentrowali się na tych łatwiejszych i bardziej pospolitych, bo one dawały większe szanse na sukces”.

Polecam osobom lubiącym czytać kryminały.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 80
O autorze
Tagi
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Dodatki na bloga
”znaczek