O mnie, o książkach, filmach, wystawach, kolażach i dress-party z poczuciem humoru, niekiedy sarkastycznie a nawet złośliwie.
czwartek, 26 stycznia 2012

 

Wszyscy lubimy o sobie myśleć, że jesteśmy dobrze wychowani, kulturalni, życzliwi i że każdą sprawę można załatwić rozmawiając. Lecz wystarczy, że znajdziemy się w niewygodnej sytuacji plus trochę alkoholu i wychodzą z nas, ukrywane dotąd, frustracje, pretensje oraz bardzo gorzkie żale.

 Punktem wyjścia jest fakt uderzenia kijem przez syna Cowenów kolegi Zacharego Longstreeta (Elvis Polanski) co się kończy wybiciem dwóch zębów.

Cowenowie Nancy (Kate Winslet) i Alana (Christoph Waltz) odwiedzają rodziców pokrzywdzonego chłopca Penelope (Jodie Foster) i Michaela (John C. Reilly). Ustalają i drukują wspólne oświadczenie w tej sprawie.

I mogliby się rozejść w pokoju.

Reżyser jest tu jak kucharz obierający dużą cebulę z nadzieją na pyszny obiad. Lecz z każdą warstwą ukazuje się prawda o bohaterach. O wrażliwej i twórczej ale i zaciętej Penelope, o jej mężu zdystansowanym z początku, ale w końcu mającym dość tej załganej poprawności politycznej. O Nancy samotnej w macierzyństwie i sprawach rodzinnych oraz Alanie, prawniku nieustannie z komórką  przy uchu, uważającym swego syna za dzikusa.

W ładnym mieszkaniu klasy średniej Nowego Yorku widzimy dość obrzydliwy taniec, w którym dochodzi do wymiany nie tylko zdań ale i sojuszy. Para przeciw parze, kobiety przeciw mężczyznom, szarlotka przeciw Nancy, suszarka za komórką i spodniami, alkohol przeciw wszystkim.

Żony przeciw mężom, faceci przeciw babom co to są jakieś inne, rodzice przeciw dzieciom, które lubią chomiki. Parszywi ludzie, parszywy świat, a wszystkim rządzi „Bóg mordu”, taki właśnie nosi tytuł sztuka Yasminy Rezi na podstawie której został oparty scenariusz filmu Romana Polańskiego.

I gdyby nie wspaniała gra aktorów nie polecałabym go.

Albowiem już z „Moralności pani Dulskiej” dowiedzieliśmy się, że „rodzina, ach rodzina – nie cieszy gdy jest”, a od Plauta, że „człowiek człowiekowi wilkiem”.

 

środa, 25 stycznia 2012

 na tym kolażu to ja - taka więcej z cyklu "powrót do dalekiej przeszłości", Misia po wizycie u fryzjera gdzie zażyczyła sobie balejaż, a kominek wycięty z gazety :)

poniedziałek, 23 stycznia 2012

 Dziś są moje urodziny, osiemnaste oczywiście. W prezencie otrzymałam od Ewy, współbohaterki moich opowadań, taką portmonetkę:

rozmiary ma 7x7 cm

oraz aniołka wys. 4 cm, pocztą od koleżanki z którą korespondujemy od czasu gdy byłyśmy nastolatkami:

wszystkim bardzo dziękuję za życzenia serdecznie pozdrawiając.

Jak spędziłam dzisiejszy dzień? Rozmaicie, prezenty od diabła stróża też były, nie zapomniał o mnie. Zawiesił mi się internet, wczoraj w telewizorze niknął na kilkanaście sekund obraz. Sfiksował bankomat, który chciałam zaszczycić swoją ręką i pinem. Autobus przyjechał kiedy chciał, a nie zgodnie z rozkładem.

Zapisano mnie do lekarza ortopedy, na podstawie skierowania od innego, też ortopedy, na marzec. Nie wykupiłam lekarstw bo lekarz nie napisał przy leku, że jest płatny z 30% zniżką. Ja chyba się juz nigdy nie połapię w tych niuansach i labiryntach NFZ.

A wcześniej, innego dnia: wchodząc do bilioteki przy ul. Roosevelta powiedziałam: "przyniosłam pana Manna, trochę się zmęczyłam", koleżanka -"no, tak - przecież jest w twardej oprawie", ale zaraz zrozumiała, że miałam na myśli posturę osobistą autora, a nie książkę.

W lumpexie klientka oglądała dość sporą torebkę całą ze złotych elementów i ją skomentowała: coś duża ta balowa torebka. Ja na to, że można do niej schowac buty na zmianę, inna klientka, że pół litra. Koleżanka w bibliotece - a może książkę jeśli na balu byłoby nudno. Wszystkie razem te propozycje nie zmieściłyby się. Ja obstawiam książkę, a Wy?

W poprzedni piątek, po śnieżycy, wychodzę z mieszkania i widzę sąsiadkę Miecię. Pytam więc: a gdzie się tak szwendasz gdy na dworze zawieje i zaMIECIE? Poszłam na strych bez kota (aby się nie przeziębiła znowu), wracam, otwieram drzwi, a ona myk mi na klatkę schodową, nie piersiową. Odwracam się i... już miałam zawołać "Miecia wracaj!" - zamiast Misia. Tak to pogoda wpływa na nasze zachowania i kota wołania.

Was pewnie też nachodzą różni, różniści. A to chcą wcisnąć drogi pakiet z kablówki, a to wymienić drzwi (moje stare bardzo mi się podobają, muszę na nich wywiesić info: "Wszystkim propozycjom wymiany drzwi mówię stanowcze NIE i WON mi stąd!."). Ostatnio była panienka od rysiów. Nie chodzi o Ryszarda Ochódzkiego z filmu "Miś" tylko o koty takie. Propozycja nie do odrzucenia brzmiała: mam je sponsorować w postaci jednej złotowki dziennie. Wystarczy, że utrzymuję swoją czarną pumę. A poza tym ja też jestem na wyginięciu i nikt się nie zajmuje zbiórką funduszy na sklonowanie mojej świetności, ha,ha,ha.

Za miesiąc 23 lutego (czwartek) zapraszam na wieczór autorski osób, których teksty  zawiera tomik "Zabawy literackie" w tym ja, do Klubu Muzyki i Literatury, pl. Kościuszki, godz. 18. Okładka tomika z moimi kolażami w jednym z poprzednich wpisów. 

TO  PA... do zobaczenia.

 

niedziela, 22 stycznia 2012

 dzisiaj tylko 3 kolaże (collage) bo duże są

czwartek, 19 stycznia 2012

Omawiana książka nie traktuje o pisarstwie Tomasza lub Henryka Manna. To są wspomnienia Wojciecha Manna – dziennikarza, muzycznego. Puszystego pana w okularach prowadzącego w programie 2. TVP „Szansę na sukces”.

 O autorze:

Wojciech Mann urodził się w Świdnicy  25.01. 1948 r. Ukończył filologię angielską na Uniwersytecie Warszawskim. Jest  przede wszystkim dziennikarzem muzycznym ale i tłumaczem, autorem tekstów piosenek, konferansjerem.

 O książce:

 Tytuł wstępu brzmi: „Książki od najmłodszych lat były dla mnie czymś szczególnym.” Ale dalszy ciąg nie traktuje o czytaniu tylko o słuchaniu muzyki i o sytuacjach w których autor był odbiorcą i fanem rock and rolla.  Nie było to łatwe ponieważ PRL i demoludy uważały ten rodzaj muzyki za zachodnią zgniliznę niszczącą zdrową tkankę społeczeństwa socjalistycznego.

Ale żelazna kurtyna miała przerdzewiałe miejsca jak choćby radioodbiorniki w których można było słuchać Radia Luxemburg czy przemycane płyty albo rodzime pocztówki dźwiękowe. O  doświadczeniach z tym związanych, o reanimowaniu czarnych krążków oraz magnetofonach przedkasetowych opowiada autor. Także o założonym, z kolegami, zupełnie bez pozwolenia władz, „Pops Fun Club” z własną pieczątką, składkami i biuletynem wydawanym poza wiedzą (czy na pewno?) ale na pewno bez pozwolenia oficjalnej cenzury.

Ksiązka jest ilustrowana czarnobiałymi zdjęciami nie tylko autora ale i wielu muzycznych idoli.

Autor znał język angielski i bywał pilotem oraz tłumaczem zagranicznych gwiazd. Z nimi nie tylko pracował ale i balował, ponosząc tego, nie zawsze przyjemne, skutki.  

Wojciech Mann pracował w Programie III Polskiego Radia oraz był redaktorem w telewizji, pisze o tym czasie zaznaczając, że dobrze pamięta nazwiska wszystkich co to teraz przebarwieni, a słuszni wtedy i teraz w swoich poglądach.

Cała książka jest nasycona panawojtkowym poczuciem humoru.

Najpiękniejsze jest to, że czytając ją miałam wrażenie jakby autor opowiadał mi to wszystko osobiście, siedząc obok i sącząc ulubiony trunek, a w tle towarzyszyła nam, cichutko, jego ulubiona muzyka.

Warto zasiąść z panem Wojtkiem i posłuchać co i w jaki sposób opowiada. Polecam.

 Wojciech Mann – „Rock Mann czyli jak nie zostałem saksofonistą” Wydawn. Znak Kraków 2010

 

wtorek, 17 stycznia 2012

 

„Mam chusteczkę haftowaną, wszystkie cztery rogi, kogo kocham, kogo lubię rzucę mu pod nogi. Tej nie kocham, tej nie lubię, tej nie pocałuję, a chusteczkę haftowaną tobie podaruję” – tak brzmi tekst niewinnej dziecięcej wyliczanki z której pochodzi tytuł książki.

 

 O autorach:

 

Marta Mizuro -  urodzona w 1970 r., krytyk literacki, dziennikarka. Laureatka Nagrody im. L. Frydego (2002). Od 2004 r. pracuje w miesięczniku „Odra”. Regularnie publikuje swoje recenzje m.in. w „Zwierciadle”. Wysportowany mól książkowy, zodiakalny Baran. Mieszka we Wrocławiu.

 

 Robert Ostaszewski – urodzony w 1972 r., krytyk i prozaik, redaktor „FA-artu” i „Dekady Literackiej”, laureat Nagrody im. L. Frydego (2001). Autor felietonów oraz opowiadań.  W 2008 r. opublikował „Etapy. Rozmowy z pisarzami (i nie tylko)”. Mieszka w Krakowie.

 

 O książce:

 

„Kogo kocham, kogo lubię” wydano w cyklu „mroczna seria” ale obdarzona jest, przez autorów, sporą dawką poczucia humoru. Już pierwsze zdanie wprowadza nas w te klimaty: „Bywają mężczyźni, którzy popadają w głęboką melancholię, wracając do domów wypełnionych szczebiotem licznych dziatek i pohukiwaniem nielicznych żon.”

 

   Jednym z głównych bohaterów jest nadkomisarz (w MO byłby kapitanem) Jan Gajewski dręczony przez żonę pedantkę. Każde jego przewinienie jest karane przymusowym, tygodniowym noszeniem krawata w bałwanki. Ale „Ewa była słońcem jego dni i księżycem jego nocy.” Natomiast specjalnością kulinarną pana J.G. jest karkówka a la Hannibal Lecter, przepisu nie podano, niestety. Współpracownik nadkomisarza to Marek Sroka, spóźnialski abnegat, lubiący wypić i na kacu śpiewający „Tak, tak, tam w lustrze to, niestety, ja.”

 

Tercet egzotyczny ozdabia młodsza aspirant Beata Źrenicka. Jej górne walory urody przyciągają wzrok wszystkich mężczyzn, Srokę zaś prowokują do trudnych komplementów. Trudnych do zniesienia przez Beatę.

 

Pierwszą ofiarą Hafciarza jest Jacek Płatek, informatyk. Znaleziono przy nim chusteczkę z wyhaftowanym napisem „Grubas”.

 

Drugą – nauczycielka Grażyna Druszcz, zołza z warkoczem jak pyton użytym przez mordercę. Napis na chusteczce głosił „Małpa”, średnio uprzejmie ale prawdziwie.

 

Ofiar jest cztery, każda w zamian za życie dostaje haft. Kiepska zamiana.

 

Policjantom nie daje spokoju reporter kryminalny o ksywie „Zadyma” „upierdliwy jak pluton poborowych na przepustce”.

 

Konsultantem  tzw. profilerem jest psycholog January Wyrwa-Krzyżański pieszczotliwie nazwany przez Srokę „Krzyżpański”.

 

Humoru nie zabrakło też w tytułach rozdziałów np.:

 

- Stukilowy duch

 

- Stowarzyszenie sfrustrowanych policjantów

 

- Brzydka ona, brzydki on

 

   Na końcu ksiązki dzielny nadkomisarz przeskakuje wysoki płot za pomocą fotelika swego dziecka, wybija szybę lewarkiem i zgrabnym susem swego sprężystego, prawie dwumetrowego, ciała wskakuje do pomieszczenia gdzie na jego widok Hafciarz mdleje z pizzą w ręku.

 

Wbrew temu co powyżej jest to dobrze napisany, klasyczny kryminał nie dołujący czytelnika dzięki poczuciu humoru jakie posiadają autorzy. Polecam.

 

 

 

 

sobota, 14 stycznia 2012

 lampka ze spidermanem z oferty giełdowej

Zima troszeczkę zaznaczyła swoją obecność w przyrodzie.  A my,  czyli 25 osób, "Saloniku 3. Muz" na kolejnym dress-party. Reni oddałam jej kolaże wykonane na zajęciach w bibliotece. Ala, ktorej dawno nie było, przez wiele lat zeszła była na psy aż tu nagle kocha koty co demonstrowała namiętnie w elektronicznym albumiku. Woli pokazywać swoje niż czytać cudze, czyli mojego bloga. Jej strata. W córkę zainwestowała aż 3,50,- kupując coś dla na giełdzie, jej hojność jest wstrząsająca.

Dwie panie przyszły po dłuższej przerwie. Najdłuższą miała M. Po przełomie ustrojowym w prasie "S" napisała felieton w którym wspomniała, że ma kłopot z ubraniami dla swoich bliźniaków. Zaprosiłam ją, listownie, na giełdę. Po jakimś czasie, gdy pracowala w telewizji "Echo" zrobiła ze mną , w trakcie giełdy, wywiad,którego zresztą nie widziałam. Moja antena tej stacji nie odbierała. Podejrzewam, że na dachu siedział ubek i knuł, abym nie miała dostępu do takiej ekstrawagancji jak telewizja prywatna. Dzisiaj wywiadu nie było.

Za to od T. dostałam egzemplarze autorskie zbiorku pt. "Zabawy literackie", jest w nim parę moich utworów (limeryki, epitafia, altruitki), a na okładkach moje kolaże.

K. w ofercie spotkała bluzeczkę, którą kiedyś na giełdzie nabyła, nosiła, a potem zbyła. Ta wróciła, takie kółeczko zrobiła.

Czasem od rzeczy odleci metka więc wrzeszczę: czyje to, czyje? W domu potem robię za niemowę.

Barmanka tak energicznie zadzwoniła salonikowym dzwonkiem gdy ogłaszałam przecenę, że aż serduszko odpadło. Dzwoneczkowi. Ania ma postulat, aby po przecenie (ogłaszanej pod koniec imprezy) każda mała bluzka poszerzała się o dwa numery. Proszę bardzo, nie mam nic przeciwko. Jestem za.

Ewa licytowała się na wiek koci z inną panią, której kot ma 24 lata. Odpadamy z podziwu.

Powstała nowa świecka tradycja giełdowa - panie niektóre rozdawały za darmo swoje rzeczy nie chcąc ich brać z powrotem do domu.

BRAWO dla pani, która ręcznie uszyła parę woreczków i przyniosła w nich fanty. Można? Można!

Po powrocie do domu zrobiłam porządek w torbie. Niestety, stałą giełdową zdemolowałam przed wyjściem urywając ucho. Dopięłam zszywkami karteczki na numery do troczków woreczkowych, fanty nieodebrane przejrzałam, bardzo nieudane usunęłam, te ze skłonnością do stłuczenia opakowałam dodatkowo. I napiłam się ekspresowej "tea of life", była częścią jednego z fantów. Pyszna inaczej.

 

 

piątek, 13 stycznia 2012

 Tutaj aż 3 wyklejanki są poświęcone Wisławie Szymborskiej. Bo to dzięki niej zaczęłam robić te prace, po przeczytaniu książki "Pamiątkowe rupiecie, przyjaciele i sny Wisławy Szymborskiej" w której są reprodukcje jej pocztowek wyklejanek z ogromnym ładunkiem poczucia humoru. Czego i Wam życzę ;)

czwartek, 12 stycznia 2012

  "W ciemności" film w reż. Agnieszki Holland

Bezwzględne koła historii miażdżą wszystkich, nie odróżniając dobrych od złych. Musimy więc sami sobie odpowiedzieć na pytanie czy warto być przyzwoitym?

 Leopold Socha (Robert Więckiewicz) wraz z pomocnikiem pracują na dwóch etatach i poziomach. Pod ziemią jako kanalarze, nad – jako złodzieje. Ale i tak biednie żyją i mieszkają. Socha z żoną Wandą (Kinga Preiss) i córeczką.

W lwowskim gettcie nie wszyscy godzą się z losem w postaci rychłej śmierci. Przebijają się z mieszkania do kanałów gdzie spotykają Sochę i jego pomocnika. Proszą go o pomoc, którą otrzymują za określoną dzienną stawkę.

Przeważająca część akcji filmu dzieje się w kanałach gdzie panuje ciemność, brud, smród i szczury. W świetle latarek błyszczą tylko oczy i zęby ukrywających się Żydów – między nimi małżeństwa Chigerów z dwojgiem dzieci, rabina, Klary (Agnieszka Grochowska), Mundka (Benno Furmann).

Zagrożeniem dla nich są nie tylko koszmarne warunki życia ale przede wszystkim ludzie  - granatowy policjant - kumpel Poldka z więzienia, polscy szmalcownicy, Niemcy, płacz w kanale urodzonego niemowlęcia a także woda. I jeden Socha przeciwko temu wszystkiemu, za pieniądze i bez nich.

Robert Więckiewicz zagrał tu, chyba, życiową rolę. Przez miesiąc uczył się lwowskiego „bałaku”, aby nadać, granej postaci, większej wiarygodności. Doskonale pokazał przemianę bohatera od dość odrażającego cwaniaka do opiekuna skazanych na zagładę. Opieka nad nimi zdziera z niego powłokę cynizmu i wyrachowania.

Jest w filmie parę scen zabawnych, np. gdy Wanda tłumaczy Poldkowi, katolikowi antysemicie, że Pan Jezus i Matka Boska to też byli Żydzi. Albo - dlaczego Socha był w więzieniu? Odpowiada: nie było innego wyjścia.

I byłby happy end, bo po 14. miesiącach dziesięć osób wyszło z kanałów gdyby nie napisy końcowe przed obsadą. Leopold Socha w 1945 roku  zginął pod kołami Armii Czerwonej ratując swoją córeczkę.

Niemiecki oficer, który uratował Władysława Szpilmana, bohatera filmu Polańskiego „Pianista” zginął w sowieckim łagrze, Schindlerowi ( film „Lista Schindlera” Spielberga) po wojnie nie udał się żaden interes mimo finansowej pomocy ocalonych przez niego ludzi.

Sami więc musimy sobie odpowiedzieć na pytanie: czy warto być przyzwoitym?

 

 

Tagi: film recenzja
22:10, alodia1949 , o filmie
Link Komentarze (2) »
środa, 11 stycznia 2012

 Zaczęłam robić nowe kolaże i wyklejanki na temat książek i czytania. Przedstawiam tu parę zrobionych jakiś czas temu. Nowe też będę umieszczać w niedalekiej przyszłości..

 

 

 
1 , 2
O autorze
Tagi
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Dodatki na bloga
”znaczek