O mnie, o książkach, filmach, wystawach, kolażach i dress-party z poczuciem humoru, niekiedy sarkastycznie a nawet złośliwie.
sobota, 30 stycznia 2016

Mark Haddon – Drobne kłopoty, Wydawn. Świat Książki 2006

WSTĘP: „Sekret zadowolenia z życia… polega na umiejętności całkowitego ignorowania pewnych rzeczy”

O autorze:

Mark Haddon urodził się  26 września 1962 w Northampton, angielski pisarz, ilustrator, karykaturzysta i scenarzysta. Napisał kilkanaście książek dla dzieci i dwie dla dorosłych. Za „Dziwny przypadek psa nocną porą” otrzymał siedemnaście naród literackich.

Mark Haddon studiował na Merton College, Oxford University i ukończył literaturę angielską w 1981, oraz na Edinburgh University w 1984.

O książce:

Większość młodych ludzi wyobraża sobie, że związanie się z kochaną osobą zapewni im przyjemne życie pełne radości i szczęścia.

Powinni dostać w prezencie (i przeczytać) tę książkę. I nie dlatego, że jest drastyczna. Nie, po prostu przedstawia prawdziwe życie przeciętnej rodziny.

Oto Anglia w sierpniu. I rodzina seniorów Jean i George Hall. On ma 61 lat i właśnie przeszedł na emeryturę. Nareszcie może spełnić swoje marzenie, czyli zająć się sztuką. Buduje więc w ogrodzie studio.

Jean jeszcze pracuje ale fakt, że po trzydziestu pięciu latach będzie się po domu pętał Georg – w gruncie rzeczy obcy człowiek, wcale jej nie zachwyca.

Polski tytuł to „Drobny kłopot” ale angielski zrozumiałam jako „Miejsce kłopotów”, a tym miejscem jest rodzina.

Pokusiłabym się nawet o stwierdzenie, że mógłby brzmieć „Lawina kłopotów i przykrości”.

A już na pewno nie jest tam nudno.

George pewnego dnia odkrywa na biodrze coś dziwnego. I są tego drastyczne skutki.

A ponieważ jest małomówny (uważa, że mówienie jest przeceniane) i nie interesuje się żoną, więc ona znajduje pocieszenie gdzie indziej.

Córka Katie jest rozwiedziona, teraz  związała się z mężczyzną bardzo praktycznym ale o połowę od niej mniej inteligentnym. Za to jego bracie nie bardzo można opowiadać.

Syn kocha inaczej, w dodatku został porzucony, a  koty go wkurzają.

Książka napisana jest z nienachlanym humorem ale i zawiera parę złotych czy tylko srebrnych myśli oraz dosadne stwierdzenia.

Tytuł rozdziału siedemnastego brzmi „Pieprznęło w sobotę rano” a dwudziesty szósty zaczyna się: „Katie miała za sobą gówniany tydzień”. Między innymi podniosła kanapę, coś jej trzasnęło w krzyżu, potem poruszała się jak kamerdyner z filmu o wampirach. Natychmiast lecimy taki oglądać.

Autor dzieli się z nami takimi oto przemyśleniami:

O urlopie: „Umysł ludzki nie jest stworzony do kąpieli słonecznych i lekkiej lektury… dzień po dniu”.

Niektórzy nie są stworzeni do żadnej kąpieli – niestety.

O mężczyznach: „Mężczyźni na ogół chcą mówić innym, co wiedzą. … Bardzo niewielu mężczyzn umie milczeć”.

Pamiętajcie, że autor jest facetem.

W myśl zasady, że nieszczęścia chodzą stadami wszystko się komplikuje. Służba zdrowia dziwnie przypomina naszą, biblioteka nie spełnia swoich zadań, pies w domu wali kupę a właściciel (słusznie bardzo) w nią wdeptuje, George ucieka z domu a Ray rozdeptuje rycerza.

Drobne kłopoty? Raczej „Cholerny bajzel. To już bliższe prawdy”.

Co do humoru to najbardziej rozbawiła mnie scena w barze na stronie 217.

Ta książka to nie jest arcydzieło, ale na pewno bliska życia każdego z nas, w którym bywa przecież bardzo rożnie.

Na koniec oddaję głos Jean:

„Może cały sekret polega na tym, żeby przestać szukać zieleńszych pastwisk. Jak najlepiej wykorzystać to, co się ma”.

Polecam.

Książkę można wypożyczyć w naszej bibliotece sąsiedzkiej, Stowarzyszenie Żółty Parasol, ul. Wyszyńskiego 75A.  

Zapraszam szczególnie w piątki, dyżuruję tam w godzinach 12-15.

 



sobota, 23 stycznia 2016

tak wyglądają dwa regały biblioteki sąsiedzkiej, na samym dole po lewej jest biblioteczne biuro :) , czyli pieczątki, druki, nożyczki, klej, tusz itp.

Jak myślicie co wolontariuszki robią tam w czasie dyżuru? Leżą i pachną? Robią na drutach? Gadają przez telefon? Grają w kulki? Cerują skarpetki? Uprawiają jogę?  Nic z tych rzeczy.

Najpierw trzeba było rozesłać wici, że zbieramy książki. Najlepiej się sprawdzają osobiste kontakty. Część książek nam przywieziono, a część trzeba było dostarczyć na miejsce we własnym zakresie. Także pozyskać metalowe zakładki działowe i z literkami alfabetu. Dziękuję bardzo wszystkim za zrozumienie i pomoc.

A że jest to biblioteka a nie kuchenne rewolucje, więc nie może być na półkach groch z kapustą.

Czyli trzeba było książki ustawić na półkach według działów. I tak mamy dział pierwszy oznaczony literą  "P": powieści, opowiadania, felietony, eseje. Drugi z literą "B" - biografie, wspomnienia. Trzeci "K" - kryminały, sensacja. Czwarty "F" - fantastyka i fantasy. Na górze pokazanych regałów stoją książki z działu "PD" - poezja, dramat". Na prawo od nich dwa moje kolaże, jeden głosi "Kobiety tu czytają" drugi - "Mężczyźni też czasami". Jak wiecie, lubię się pośmiać.

Na dużych parapetach okiennych stoją książki popularno-naukowe, a na półkach pod parapetem dla dzieci i młodzieży oznaczone literą "D".

Większość tych książek ma już wklejone "terminatki", są opieczętowane i na grzbietach umieszczoną literę działu, aby wiadomo było gdzie daną książkę wstawić.

Co robiłam wczoraj oprócz powyższego? Przyjęłam dary od pana, który przeczytał o nas w "Gazecie Południowej", trochę porozmawialiśmy, w ramach wyrazu wdzięczności dostał ode mnie 3 zakładki i wykonaną przeze mnie kartkę okolicznościową.

Odebrałam dwa telefony - od prezeski służbowy i od znajomej w sprawie kota :). Mały przyjazny kotek potrzebny od zaraz. Na terenie Wrocławia.

Poinformowałam panie biorące udział w zajęciach gimnastycznych o giełdzie, która odbędzie się na terenie Żółtego Parasola. Każda otrzymała ode mnie karteczkę z danymi dotyczącymi imprezy: nazwa, dzień, godzina, miejsce oraz "Regulamin dress-party", aby wiedziały jak się przygotować. Wszystko to  zorganizowałam wcześniej (karteczki wypisałam ręcznie, skserowałam regulamin).

Przyjmowanie książek będziemy kontynuować po wstawieniu/zamontowaniu dodatkowych półek.

Kręgosłup mój jest traktowany ręcznie przez masażystę. Po sześciu zabiegach czuję się trochę lepiej ale będę kontynuować.




sobota, 16 stycznia 2016

 Taką bluzkę zobaczyłam na wystawie sklepiku na Nadodrzu :)

Mój stary rok wcale się nie pożegnał tylko idą z nowym, rąsia w rąsię. A towarzyszy im mój diabeł stróż. Tworzą tercet egzotyczny i nie śpiewają "Żegnaj Ireno". Kontynuują swoje wredne dzieło.

Na dobry (dla nich) początek walnęłam głową w róg otwartych drzwiczek szafki - do dzisiaj boli mnie to miejsce, oczywiście guza nabiłam sobie sporego. Posoka jednak nie lała się strumieniem ani nie sikała wokół. Włosów też nie trzeba było wycinać i rany zszywać, czyli obeszło się bez naszej wspaniałej inaczej służby zdrowia.

Wcześniej wirus podły ponownie pożarł moje pliki w wyczyszczonym przecież laptopie, tyle dobrego, że nie zablokował dojścia do internetu. Łaskawca :(.

W środę jak się nachyliłam nad wanną tak nie mogłam się wyprostować. To nie pierwszy raz ale wtedy po dwóch dniach przeszło i zlekceważyłam (kretynką jestem, wiem) radę sąsiadki, aby zapisać się na prywatne masaże. I do dzisiaj mimo smarowania się balsamem z sadła borsuka, stosowania odpowiedniej mudry i potęgi podświadomości dolegliwość nie przeszła. Zmądrzałam i od poniedziałku będą mnie masować.

W międzyczasie zaszkodziła mi zupa pomidorowa (widocznie nazupne tomaty były trujące) a wczoraj rogal z masą czekoladową. Co było w tej masie trudno dociec. Chemik od niezdrowej żywności jakiś potrzebny tu jest.

Biblioteka sąsiedzka działa (w: Stowarzyszenie "Żółty Parasol", ul. Wyszyńskiego 75, na Ołbinie),

dyżury mamy: w poniedziałki godz. 11-14, czwartki godz.12-15, piątki (ja) godz. 12-15. Koleżanka dyżurująca w środy zrezygnowała z wolontariatu.

Zapraszam do wypożyczania i darowania nam książek. Nie mamy dużo miejsca więc najchętniej przyjmujemy takie książki, które spotkają się z zainteresowaniem czytelników. Z różnych dziedzin ale najchętniej powieści, książki podróżnicze (wydane w ostatnich 20 latach),biografie-wspomnienia ale też z ostatnich lat, aby nie miały na sobie skazy słusznie minionego ustroju. To dotyczy wszystkich książek - ta skaza a raczej jej brak. Z góry dziękuję.

A tutaj przeczytacie artykuł o idei bibliotek sąsiedzkich i o naszej: http://gazetapoludniowa.pl/normalne-miejsce/?cerror=incorrect-captcha-sol#respond


sobota, 09 stycznia 2016

Katarzyna Bonda – Florystka, Wydawn. Muza SA, 2015

WSTĘP: „Większość polskich policjantów nigdy się nie nauczy, że psychologia to podstawa dobrego przesłuchania świadka”

O autorce:

Katarzyna Bonda urodziła się w 1977 roku. Ukończyła szkołę podstawową i liceum w Hajnówce. Już w szkole średniej zainteresowała się dziennikarstwem i w następnych latach pisała do lokalnych czasopism.

W latach 1998–2004 studiowała dziennikarstwo na Uniwersytecie Warszawskim. Ukończyła też  scenopisarstwo w PWSFTviF.

Następnie przez 12 lat pracowała jako dziennikarka w różnych redakcjach m.in.: „Super Expressu”, „Newsweeka”, „Wprost, TVP S.A., „Miesięcznika Zdrowie”, „Naj” „Expressu Wieczornego” i „Kuriera Podlaskiego”.

Wykłada w szkole kreatywnego pisania w Warszawie, a także utworzyła własną szkołę i portal o pisaniu.

W 2007 roku zadebiutowała powieścią kryminalną „Sprawa Niny Frank”,  która zdobyła uznanie i została nominowana do „Nagrody Wielkiego Kalibru” a przez wydawnictwo Media Express została wyróżniona nagrodą Debiut Roku.

Do polskiej powieści kryminalnej autorka wprowadziła nowy typ detektywa, którym jest psycholog policyjny Hubert Meyer. Postać ta występuje w powieściach: Sprawa Niny Frank (2007), Tylko martwi nie kłamią (2010) i Florystce (2012) oraz epizodycznie w "Okularniku" (2015).

 Napisała także dokumenty kryminalne Polskie morderczynie (2008) i Zbrodnia niedoskonała (2009, z Bogdanem Lachem).

O książce:

W końcowych „Podziękowaniach” autorka wspomina, że „Florystka” to jedna z  najtrudniejszych książek jakie napisała ze względu na ładunek emocjonalny.

Dodałabym: także z powodu wielości tematów poruszanych w powieści, oczywiście oprócz kilku trupów i śledztwa. No i profilera Huberta Meyera, mężczyzny szpakowatego, z wydatną szczęką i spojrzeniem wilka. Jest taki wspaniały, że leci na niego wszystko: psy, koty, dzieci, drzewa, auta, a przede wszystkim kobiety.

Bonda przekazuje nam wiadomości między innymi o:  Romach i ich sytuacji zawodowej i społecznej w Polsce, chorobach psychicznych , traumie po utracie dziecka, cechach pożądanych do zostania artystą muzykiem, pozamałżeńskim romansie i jego skutkach,  manii religijnej, życiu wilków, zawodowych frustracjach, molestowaniu dzieci i kwiatach.

Wiele polskich kryminałów zaczynało się od tego, że równie zasłużony co zmęczony policjant (w PRL-u milicjant) właśnie wybiera się na urlop aż tu nagle kogoś zamordowano i tylko on może poprowadzić skuteczne śledztwo.

Tutaj mamy odwrotnie: Meyer jest bez pracy, ma długi i mieszka w zatęchłej chatce na mazurskim odludziu aż tu nagle przyjeżdża kolega policjant i prosi, aby pomógł w odnalezieniu dziewięcioletniej dziewczynki, która jest córką Romki i Polaka.

Bez kobiety ani rusz (bo gdzie „Diabeł nie może…"), więc jest też Lena psycholożka po przejściach, marząca o karierze profilerki u boku Meyera.

Wśród bohaterów kryminału mamy też przyjaciółki Elizę  – nauczycielkę muzyki i Olę – florystykę. Ola po stracie syna nie może odzyskać równowagi. Eliza jest sfrustrowana, bo musiała przerwać karierę.

Widać, że autorka nie lubi środowiska policyjnego – według niej ci faceci to wulgarni mizogini, wyrachowani manipulanci w dodatku zdradzający żony. A łysy policjant o nazwisku Czupryna jest detektywem o pseudonimie „Fantomas” choć zachowuje się jak inspektor Clouzot.

Prokuratorowi też się dostaje – „Piękny Mario” tak przytył, że mówi się o nim „Mariola”.

Dla równowagi kobiecym bohaterkom też nie brakuje wad.

Odniosłam wrażenie, że jedynymi pozytywnymi postaciami są tu zwierzęta – wilki żyjącej w stacji badawczej oraz ulubieńcy Meyera – pies wabiący się Szwagier i kot Radzio – nazwany tak, bo dobrze sobie radzi.

Powaliło mnie zdanie wypowiedziane ustami zawiedzionej dziennikarki w średnim wieku: „Miłość to lekarstwo na wszystko. Na raka, depresję, otyłość”.

Jeśli lubicie zagmatwane wielowątkowe kryminały to polecam.

 

 

 

Tagi: kryminał
15:50, alodia1949 , o książce
Link Komentarze (4) »
sobota, 02 stycznia 2016

Tomek Michniewicz - Swoją drogą. Opowieść o trzech podróżach po inne życie. Wydawn. Otwarte Kraków 2014

WSTĘP:  "Z czasem powszednieje wszystko, nawet przygody i silne wrażenia"

O autorze:

Tomasz Michniewicz urodził się 31 maja 1982 roku. Jest dziennikarzem - prasa, radio, telewizja), podróżnikiem, reportażystą, organizatorem wypraw.

Napisał trzy książki: "Samsara. Na drogach, których nie ma"; "Gorączka. W świecie poszukiwaczy skarbów"; "Swoją drogą. Opowieść o trzech podróżach po inne życie".

Jest uzależniony od rywalizacji i adrenaliny. Najlepiej czuje się w dżungli i na pustyni. Przez ostatnie 13 lat odwiedził 52 kraje. Ma 197 centymetrów wzrostu.

Więcej informacji na stronie tomekmichniewicz.pl

O książce:

Autor uważa, że wszystko zaczyna się od decyzji. Postanowił, że odbędzie podróże z bliskimi sobie ludźmi, którym dużo zawdzięcza.

Pierwsza - z kolegą, który utonął w nudnym życiu księgowego, choć wcześniej razem podróżowali.

Druga - z żoną, miłośniczką teatru i odpoczynku w luksusowych warunkach.

I trzecia - z ojcem, wciąż traktującym autora jak niedorostka, którego trzeba pouczać.

Podobno zapytano kiedyś himalaistę dlaczego ciągle wraca w góry. Odpowiedział: "Bo są"

Przypuszczam, że to jeden z powodów licznych podróży autora. Oprócz uzależnienia od rywalizacji i adrenaliny.

Na początek Michniewicz przytacza (czy prawdziwą nie wiemy) rozmowę z polskim taksówkarzem, który zazdrości pasażerowi przyjemnego życia. I postanawia czytelnikowi udowodnić, że to nieprawda opisując manipulacje azjatyckiej policji zmuszające turystów do wysokich łapówek.

"Azjatyckie szwindle to jest naprawdę koronkowa robota i nigdy, ale to nigdy nie kończą się happy endem".

Po przeczytaniu tej opowieści  już czytelnik wie, że to ciężkie życie a nie żadna przyjemność, więc zastanawia się: to po co się tam, człowieku, pchasz?

Może po to, abyśmy w wygodnym fotelu mogli,  poczytać o środkowej Afryce, Pigmejach Baka, życiu w dżungli, gdzie "...człowiek się szybko męczy, denerwuje i boi". O różnicach w traktowaniu jedzenia "Jedli wszystko, bo w dżungli jedzenie to nie przyjemność, tylko kwestia przeżycia".

"W Afryce na wysokości równika nieznana jest koncepcja przyszłości. Istnieje tylko dziś".

Przy okazji poznajemy beznadziejną walkę miejscowych władz z kłusownikami.

Także o czarach, polskim misjonarzu pomagającym tubylcom, o ich mentalności "Tu nikogo nie zmusisz, aby mu się chciało".

Druga podróż z żoną Marianną do Arabii Saudyjskiej. I konfrontacja z informacjami przekazywanymi przez media.

Mam pretensję do autora o brak konsekwencji. Bo z jednej strony stwierdza, że Saudyjki bardzo lubią ubierać się w szaty zakrywające całe ciało, uwięzienie w domach (bo nie mogą prowadzić auta), aprobują ostrą segregację płci, zależność od mężczyzn, bo nie muszą pracować i brać odpowiedzialności za swoje życie, a z drugiej podaje liczne przykłady świadczące, że jest odwrotnie.

"W Arabii Saudyjskiej kobieta na żadnym etapie swojego życia nie jest samodzielna".

Taka męska logika?

W Arabii Saudyjskiej rozrywka jest zabroniona, jest grzechem w oczach Boga. Nie ma kin, ani teatrów, klubów, warsztatach kulinarnych, nie ma tańca, ani muzyki. Żadnej zabawy.

Jak odnalazła się tam żona autora, miłośniczka wolności, wygód i teatru dowiecie się z książki.

Czym można zadowolić i zaimponować ojcu, który zawsze wszystko wie lepiej?

Michniewiczowi wydawało się, że podróżą do Nowego Orleanu, bo ojciec jest fanem muzyki, która tam się narodziła.

Czy ojciec był wdzięczny i zadowolony? Czy docenił syna? Nie zdradzę.

Na kilku czarnych stronach białym drukiem autor podaje informacje: o sytuacji Pigmejów Baku, o duchach i magii w Afryce równikowej, prawie w Arabii Saudyjskiej oraz małżeństwach i rozwodach tamże.

W książce brakuje mi map zwiedzanych miejsc. Za to zawiera wiele pięknych zdjęć.

Końcowym akcentem jest rozdział "Na marginesie" zawierający drobne informacje tyczące opisywanych miejsc i ludzi, m.in. o kocie misjonarza.

Na koniec: "...wszystko od czego uciekasz i czego szukasz i tak zabierasz ze sobą".

Polecam, bo książka jest napisana z werwą, zawiera wiele celnych obserwacji i interesujących informacji a nawet trochę poczucia humoru.

 

 

 

O autorze
Tagi
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Dodatki na bloga
”znaczek