O mnie, o książkach, filmach, wystawach, kolażach i dress-party z poczuciem humoru, niekiedy sarkastycznie a nawet złośliwie.
środa, 29 lutego 2012

Maria Czubaszek w rozmowie z Arturem Andrusem „Każdy szczyt ma swój Czubaszek”

Wydawn. Prószyński i S-ka, Warszawa 2011

 O Marii Czubaszek (de domo Bacz):

urodziła się w Warszawie 9 sierpnia 1939 roku, studiowała anglistykę i dziennikarstwo, pracowała na etacie w Polskim Radiu i „Szpilkach”, potem jako wolny strzelec. Dziennikarka, felietonistka, autorka tekstów scenek zawierających specyficzne poczucie humoru („Serwus jestem nerwus”, „Dzień dobry jestem z kobry”), piosenek i scenarzystka (serial „Brzydula”).

O książce:

 „Dla Marysi nie był to łatwy czas. Nie cierpi wspomnień” napisał Artur Andrus

Książka to zapis wielu rozmów przeprowadzonych w restauracji, domu, radiu i aucie w trakcie podróży na spotkania autorskie.

Bohaterkę przybliżają nam fotografie, na pierwszym z nich widzimy małą, okrągłą dość, dziewczynkę, z lokiem i kokardą na głowie.

 Mówi:  „... od dziecka nie przepadałam za dziećmi. Zwłaszcza za dziewczynkami”. Zawsze żałowała, że nie urodziła się chłopcem, bo mężczyźni mają w życiu łatwiej.

Za to bardzo lubi zwierzęta (z wyjątkiem jednego malutkiego). Pierwsze zarobione pieniądze (w wieku 9. lat) odłożyła do skarbonki „świnki” na wymarzonego pieska. Opowiada o swoich psach ich wadach i zaletach, np. o Supronie wygryzającym dziury w narzutach.

 Odpowiada na pytanie tyczące lat szkolnych i studenckich. Wspomina Powstanie Warszawskie i w jaki sposób pies uratował jej wtedy życie.

O rodzinie mówi: „Nawet z rodziną nie wychodziłam dobrze na zdjęciach”. A jak było naprawdę – przeczytajcie.

Andrus pyta co najważniejsze jest w życiu i otrzymuje odpowiedź poprawną oraz szczerą. Różnią się między sobą.

Maria Czubaszek pracowała w programie III Polskiego Radia, w kultowej audycji „Ilustrowany Tygodnik Rozrywkowy” wraz z Jonaszem Koftą, Jackiem Janczarskim i Adamem Kreczmarem. Przy okazji przypomniano sylwetki tych, już nieżyjących,  twórców.

 Co sądzi o miłości? „Miłość przenosi góry,  wynosi (czasem) śmieci, ale nie leczy alkoholizmu. A tak w ogóle to miłość wydaje mi się przereklamowana”. Jednak „Lepiej przyprawić mężowi aureolę niż rogi”. Jest autorką m.in. tekstu piosenki „Wyszłam za mąż, zaraz wracam” i tak było z pierwszym mężem Czubaszkiem.

O malżeństwie: „Bo kobieta, która chce utrzymać swoje małżeństwo potrafi wszystko wybaczyć! I sobie, i mężowi. I to jest właśnie vendetta alla kobietta”.

„Wywiadowana” nie boi się opowiadać o swoich słabościach i nałogach. Andrus poprosił, aby wymyśliła sobie herb i motto. I oto mamy – herb to papieros, motto „Papieros, Kawka i Purchawka”.

 Oprócz zdjęć książka zawiera, bardzo zabawne, rysunki Wojciecha Karolaka, których tematem jest ich wspólne życie.

Maria Czubaszek prowadzi bloga mariaczubaszek.bloog.pl choć nie umie na niego wejść, wysyła tylko swoje teksty do administratora.

Jej postawę życiową określiłabym powiedzeniem „Im bardziej poznaję ludzi, tym więcej lubię zwierzęta”. I to mnie nie dziwi.

 

 

czwartek, 23 lutego 2012

 nie, nie otrzymałam takiego bukietu

Tomik "Zabawy literackie" zawiera limeryki, lepieje, altruitki, fraszki i epitafia. Wydał go Nauczycielski Klub Literacki "Ananke" istniejący przy ZNP od 1989 roku .

Dzisiaj we wrocławskim Klubie Muzyki i Literatury niektóre autorki powyższych dziełek miały okazję je przedstawić. publiczności siedzącej wokół zbyt dużego biesiadnego stołu. Oj, nie pasuje on tam, nie pasuje.

 Powitał nas gospodarz klubu, bardzo elegancko odziany w sportowy nader sweter.  Nie znał nazwy chóru ani tytułu tomiku usprawiedliwiając się, że został zaskoczony. Ale choć jeden garnitur to pewnie ma?

Na początku, w środku i na koniec wystąpiło 8 osób z chóru "Basilica Cantans" z parafii p.w. św. Antoniego na Karłowicach i Bazyliki Mniejszej p.w. św. Elżbiety.  Pięknie śpiewali i elegancko wyglądali. Pierwsza pieśn nosiła tytuł "Nie będzie Jasieńka głowa bolała" i mam nadzieję, że nikogo z obecnych także. Choć były 2 szampany i butla pysznego wina z wiśni popędzonego przez Lonię-współautorkę tomiku.

Młodzieniec z chóru zapytał czy ja też będę czytać spod fortepianu. Stanę raczej obok - odpowiedziałam.

Spotkanie prowadziła Aleksandra Zamorska wywołując nas do czytania swoich tekstów. Ja poszłam na pierwszy ogień jako autorka podwójna, bo i kolaży na obu okładkach. Najpierw czytałyśmy limeryki (przedstawię tu tylko swoje utwory, cały tomik można u mnie nabyć).

Cny bibliofil z Wrocławia

książek w domu nastawiał.

Niechcacy zrobił "hop"

i zarwał mu się strop.

A biały kruk mu nawiał.

Potem lepieje, moich w tomiku nie ma.

Altruitki:

Zamiast bluzgać w internecie

lepiej zamknij się w klozecie.

*************************************

Miast bez sensu szukać złota

lepiej pogłaszcz swego kota.

***********************************

Fraszki - jakoś ich nie pisuję

Epitafia:

Tu leżą dobre maniery

szlag je trafił, do cholery.

****************************

Tu leży rozum Polaków

bardzo długo go opłakuj.

************************************

Tu leży wspanialy mój kot

autor wielu przemyślnych psot.

**************************************

Członkowie chóru dostali w prezence po jednej róży (patrz wyżej) i po tomiku "Zabaw literackich".

Nie obyło się bez dzwonienia jednej z komórek w czasie występu chóru. Komórki, na czas spotkania, won do komórki jakiejś.

Dziękuję wszystkim moim znajomym obecnym na spotkaniu.

 

 

 

Mitch Cullin – „Kraina traw” Wydawn. Prószyński i Ska, Warszawa 2006

 

 o autorze:

 

Mitch Cullin urodził się 23 marca 1968 roku w Santa Fe, stan Nowy Meksyk.

 

 o książce:

 

 To nie jest książka dla osób wrażliwych albowiem świat i ludzie w niej przedstawieni są okrutni, brudni i źli. Oraz nienormalni.

 

   Poznajemy jedenastoletnią Jelizę-Rose, rudowlosą i piegowatą w sukience w hiacynty oraz jej rodzinę. Prawdziwą i wmyśloną. Prawdziwa to 67-letni ojciec, niewystępujący już piosenkarz, z chorym kręgosłupem imieniem Noah. Jej matka jest o czterdzieści lat młodsza, spędza życie na leżeniu w łóżku, obżeraniu się słodyczami i poniżaniu masującej stopy matki, córki. Jeliza-Rose nie chodzi do szkoły, za to doskonale przygotowuje strzykawkę z heroiną dla rodziców. Po jednej z dawek matka umiera. Noah z córką zostawiają zwłoki w łóżku i wyjeżdżają z Los Angeles do Teksasu.

 

Na odludziu jest farma nieżyjącej babki dziewczynki. Dom jest opuszczony i zaniedbany, bez wody za to z licznymi mrówkami i hasającymi wszędzie wiewiórkami.

 

W czasie spaceru wśród wysokich traw Jeliza-Rose poznaje Dell preparatorkę zwierząt, która mówi: „Rozwiązuję problemy powstrzymując śmierć, odganiając ją niczym muchę.” Dell ma młodszego, niepełnosprawnego, brata imieniem Dickens z którym bohaterka zaprzyjaźnia się może nawet za bardzo.

 

Jeliza-Rose nie zna innego świata więc akceptuje ten który jest.

 

Jednocześnie uciekając w świat fantazji – upersonifikowała trzy główki lalek Barbie z którymi rozmawia, kłóci się, zwierza.

 

Otoczenie dziewczynki jest pełne okropności, kurzu, upału, huków z kamieniołomu i przejeżdżającego pociągu.

 

Ludzie zaś, poczynając od rodziny to przypadki nadające się wyłącznie do leczenia zamkniętego.

 

Już sama okładka – wiewiórka z głową rekina – wskazuje, że w trakcie lektury nie spotka nas nic przyjemnego.

 

Czytałam tę opowieść z mieszanymi uczuciami –  niedowierzaniem, obrzydzeniem, współczuciem, gniewem i podziwem dla autora.

 

Książka została sfilmowana, jednak nie wiem czy chciałabym to obejrzeć.

 

piątek, 17 lutego 2012

no, czyż nie kota wredota?

Misia w całości swej

 

„Dom bez kota to głupota” ułożyłam kiedyś.

„Nie da ci ojciec, nie da ci matka, tego co ci da kocia łapka”  sparafrazowałam.

 KOT – felis domestica, zwierzę domowe z rodziny kotowatych, oswojony ok. 4000 roku pne. w Nubii, w Egipcie od 2000 roku pne. jako zwierzę domowe cenione i otoczone czcią. Egipską boginię radości i zabawy Bastet, uosobienie seksu, przedstawiano jako kotkę albo kobietę z głową kotki.

W starożytnej Grecji koty były osobliwością (Egipcjanie ich nie sprzedawali), w Pompei nie znaleziono kocich kości. Koty w większej ilości pojawiły się dopiero za czasów cesarstwa rzymskiego, szanowano je w przeciwieństwie do psów, bo się nie płaszczą przed człowiekiem i zachowują nieco niezawisłości.

Do Chin dotarły przez Babilon i Indie w VI w. ne.

W średniowiecznej Europie były rzadkością, wg ówczesnego przesądu diabeł chętnie pojawiał się w postaci czarnego kota, który wraz z sową miał być ulubionym towarzyszem czarownic.

W dawnej Polsce kot domowy zajął miejsce oswojonej łasiczki i był, podobnie jak pies, chroniony obyczajem: kto kota zabił hańbił się, bo było to zajęcie hyclowskie.

 Pierwsza moja kotka miała na imię Alodia. Pewnej deszczowej środy znalazłam ją , malutką, pod krzakiem, intensywnie wylizującą się, na podwórku biblioteki w której pracowałam. Zawsze lubiłam czarne koty, wzięłam ją więc ze sobą i w bibliotece nakarmiłam. Zadowolona usnęła na moim ramieniu. W domu okazało się, że jest rojowiskiem pcheł. Szampon dla kotów pomógł. Wyrosła na dużą i przemiłą kotunię. Miała białe plamki z przodu: na szyi, niżej po prawej i lewej stronie oraz na dole w środku – seksownie bardzo. Lubiła leżeć na moich nogach oraz na szyi.

Po jej odejściu, w dniu moich urodzin, we wtorek, w środę już dzwoniłam do osób ogłaszających się w gazecie. Tak trafiłam na roczną Misię z którą mieszkam do dzisiaj. Jest ona czasem kotą pieszczotą, a niekiedy kotą zgryzotą.

Ewa (współbohaterka moich opowiadań) twierdzi, że kot to kocur, a kotka to kota.

Misia gdy jest zadowolona to mnie lekko podgryza, gdy zła gryzie mocno. Dlatego nazwalam ją Gryzeldą, w zdrobnieniu Gryzią. Uważa się za pępek mojego świata, bo zaraz po wstaniu najpierw ona dostaje jedzenie.

Na szczęście teraz daje mi się wysypiać, bo na początku potrafiła o czwartej nad ranem na mnie wskakiwać i domagać się misiania (miziania).

Alodia uwielbiała spać ze mną, Misia jest bardziej niezależna. Leży więc gdzie jej najwygodniej i najcieplej. Na krześle pod narzutą, na stole gdzie kocyk dla niej położony, na pralce przy rurach kaloryfera.

Gdy jest ciepło obie chodzimy na strych – ja wieszam pranie, ona uprawia ganianie za pająkami i muchami.

Czasami domaga się, głośnymi miaukami, wypuszczenia na klatkę schodową, aby zejść kilka pięter niżej. Być może czuje zapach kotów u sąsiadki. Jeden z nich kiedyś przyszedł na nasze piętro i spotkali się, tak trochę z dystansem, bez sekscesów.

A mój blog nosi nazwę „kot na gałęzi”.

 Moje ulubione powieści o kotach to seria ponad 30. pozycji pt. „Kot, który...” L. J. Braun – polecam.

Przysłów i powiedzeń z kotem jest wiele – które z nich pamiętacie?

 Korzystałam z W. Kopaliński – „Słownik mitów i tradycji kultury”

 

czwartek, 16 lutego 2012

Mariusz Szczygieł – „Zrób sobie raj” Wydawn. Czarne, Wołowiec 2010, Seria „Sulina”

 W Czechach najważniejsza jest pohoda. ... Pohoda to dobry nastrój, spokój, pogodne usposobienie, przytulność miejsca, bezkonfliktowe związki. Słowem nie robić ludziom i sobie przykrości. Pohoda lubi piwo.

o autorze:

Mariusz Szczygieł urodził się w 1966 roku w Złotoryi. Ukończył Wydział Dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego. Pracę, rozpoczął po maturze w tygodniku „Na Przełaj”. Od 1990 roku pracuje w „Gazecie Wyborczej”, od 2004 jest redaktorem dodatku GW „Duży Format”.

W latach 1995-2001 prowadził w telewizji Polsat talk show „Na każdy temat”.

Wydał książki: „Niedziela, która zdarzyła się w środę” (1996 r.), „Gottland” (2006 r.), antologię „20 lat nowej Polski w reportażu wedlug Mariusza Szczygła” (2009 r.), „Kaprysik. Damskie historie.” (2010 r.).

Ma stronę internetową: www.mariuszszczygiel.com.pl

 O książce:

We wstępie autor napisał: „Mówiąc w skrócie – jest to książka o sympatii przedstawiciela jednego kraju do innego kraju.”

O tym, co go zafascynowało w ciągu dziesięcioletnich kontaktów z Czechami, krajem i ludźmi.

Motywem przewodnim jest pytanie jak Czechom żyje się bez Boga, ceremonii pogrzebowej, chrztu (biskup pomocniczy Pragi chrzci pięcioro dzieci rocznie). Księża z Polski ratują czeski Kościół. Papież Jan Paweł II powiedział, że w ten sposób spłacają dług zaciągnięty w 966 r.

Szczygieł pisze o skłonności Czechów do mistyfikacji, o czeskim wkurzaczu czyli rzeźbiarzu Davidzie Cernym (opis lotu pilotowaną przez niego cesną wywołał u mnie atak śmiechu), o najpopularniejszej pisarce Halinie Pawlowskiej, autorce m.in. książki „Dlaczego się nie powiesiłam?”, aktorce Barborze Stepanowej, która dzięki hulajnodze została sekretarką Havla i o wielu innych.

Według autora Czesi stworzyli sobie kulturę jako prozac. „Czeska literatura nie lubi wzniosłości i patosu.” Są jednak wyjątki i o nich tez przeczytacie.

Czym są Czechy dla czechofila (a takim jest Szczygieł)?

„Są jak deser, jak bita śmietana, jak polewa czekoladowa, której nie sposób się oprzeć.” Tylko od nadmiaru tych słodkości można dostać mdłości – tak sobie myślę w duchu.

Ulubionym wspomnieniem autora jest napis w w.c. na stacji praskiego metra: „Pielęgnujcie przypadkową życzliwość i piękne czyny pozbawione sensu”.

Ze wstępu: „Marzyła mi się książka o moim ulubionym kraju bez napinania się. Żeby nie musiała odzwierciedlać, obiektywizować, syntetyzować.”

I taka właśnie jest. Polecam.

środa, 15 lutego 2012

 

 W zimowej zawierusze diabeł powiedział: MUSZĘ jej (czyli mnie) dokopać." I stało się.

Dzisiaj miałam do wyboru (osiołkowi w żłoby dano) zwiedzanie Domu Edyty Stein i "spacer literacki" z DBP do Muzeum Narodowego, a dokładniej do jego części - Muzeum Sztuki Książki. Z holu DBP szybkim marszem ponad 20 osób ruszyło do celu. Prószyło ale nie makabrycznie. Rozebraliśmy się (panów było 3.), pojechaliśmy windą na 1. piętro do sali wykładowej. Okna były zaciemnione, na podwyższeniu stał laptop i rzutnik. Kustosz Muzeum Sz.K. powitał nas i zaznajomil z fiaskiem w sprawie osobnego budynku na to muzeum, które jest właściwie działem MN.

 Obok mnie siedziała osoba nader pachnąca czosnkiem. Prawie widziałam zawieszony na jej szyi wianuszek tego upojnego warzywa. Siedząca za nią aż się przesiadła na koniec. Ja nie takie koszmary przeżyłam, po własnej rodzinie, szkołach i ostatniej dyrekcji cóż dla mnie śmród czosnku, detal nieważny to jest.

Czekam na prezentację i przejście do właściwego pomieszczenia czyli na oglądanie zbiorów. I tu niespodziewanka - nic z tych rzeczy. Pan kustosz opowiedział króciutko lecz rozwlekle o tym co gromadzi placówka, pokazał książkę z papieru czerpanego bez tekstu, kartki jej spięto drutrm cienkim (nie pozwolił zrobić zdjęcia), jeden z 5. egzemplarzy "Wrzosów" Zegadłowicza, klocek (to nazwa kilku utworów razem oprawnych, mogą być jednego lub wielu autorów) czyli utwory Wyspiańskiego oprawione w jeden tom, z jego ilustracjami i projekty ilustracji do książek. Koniec. Acha, dowiedzieliśmy się, że zaczątkiem zbiorów był dar Jana Kuglina - kolekcjonera i wydawcy. Muzeum gromadzi książki, czsopisma, druki ulotne, programy od XIX w. do współczesności. Więcej na stronie Muzeum Narodowego we Wrocławiu.

Czas nas trochę gonił (a to po śliskich posadzkach, a to po schodach tudzież zakamarkach muzeum) bo zimą MN czynne jest tylko do godz. 16, a zbiórka w DBP była o godz. 15. Za to DBP, mimo starych okien przez które wiuwa wiatr i zimno jak chce, pracuje pełną parą i ciągle coś się tam dzieje. Można to sprawdzić na www.wbp.wroc.pl.

Ucieszyłam się, że szbko wrócę do domu bo obok MN jest przystanek autobusów linii A, N. A juści!!! Stanęłam pod wiatą i gdyby to była wiosna na pewno zapuściłabym korzenie i wypuściła listki, a może nawet zakwitła, rożą na ten przyklad. Ale na pewno z kolcami. Zadymka śnieżna się rozhulala okropeczna, wiata mało przytulna, diabeł szalał z radości. Zmarzłam, zawiało mnie i ledwie się ruszam. A z nosa kapu, kap, ja człapu, człap. Tak to moja ciekawość została słusznie ukarana, było siedzieć w chacie. Stałam tam sina z zimna oraz złości obserwując bardzo ruchliwe ptaki na drzewach. No i pstryknęłam fotkę. Te czarne plamki na niebie i drzewach to one. Ptaki znaczy się.

Oczywiście zachwyciła mnie do wypęku usłyszana w aptece wiadomość, że nie ma już kart na zbieranie punktów, a w promocji do godz. 13. to sobie mogę nabyć suplementy i kosmetyki. Nie napiszę gdzie mam taką łaskę, bo nie jest to blog lumpa. I tym optymistycznym akcentem...

 

wtorek, 14 lutego 2012

 

"Oscar goes to Meryl Streep" mam nadzieję, że usłyszę taki werdykt Amerykańskiej Akademii Filmowej.

 Mały sklep spożywczy, starsza pani zdejmuje z półki pojemnik z mlekiem i podchodzi do kasy, aby zapłacić. Szybsi od niej są mężczyzna w średnim wieku i czarnoskóry młodzieniec. Po prostu jej nie zauważają. W domu przy śniadaniu kobieta zwraca uwagę mężowi, aby nie smarował grzanki tak dużą ilością masła.

To Margaret Thatcher (Meryl Streep) i jej nieżyjący od ośmiu lat mąż Denis (Jim Broadbent).

W trakcie jego oświadczyn powiedziała "nie zamierzam umrzeć zmywając filiżanki". Ambitna córka właściciela sklepu skończyła Oxford i postanowiła zostać politykiem. Pierwsze podejście zakończyło się klęską, wyjściem za mąż i urodzeniem bliźniąt -  córki i syna.

Potem było lepiej choć też jak po grudzie. Na przeszkodzie stał patriarchat polityczny, piskliwy głos, sposób wypowiadania się, ubiór, fryzura, brzydkie zęby. Pokonała te przeszkody jak zwycięska klacz w światowych wyścigach.

 Usłyszała od kolegi: "jeśli chcesz zmienić partię stań na jej czele, jeśli chcesz zmienić kraj - kieruj nim."

Zawsze była wygadana, pewna siebie i swoich racji. Bardziej interesowało ją działanie i myślenie niż uczucia, szczególnie cudze.

Co się zemściło, w wyniku czego  zrezygnowała z kariery politycznej po 11. latach pełnienia funkcji szefa rządu.

Ale to nie jest film o polityce. Reżyserka Phyllida Lloyd zastosowała dość przewrotną metodę. Przez większość filmu widzimy starą kobietę, rozmawiającą z nieżyjącym mężem, ukradkiem wychodzącą z domu, a przede wszystkim wspominającą.

Ogląda filmy z wakacji gdy dzieci były małe, segreguje ubrania po mężu co wywołuje konkretne sceny z ich życia, podpisuje swoją książkę, zamyśla się i wraca do przeszłości. Rozmawia z córką i tęskni za mieszkającym w RPA ukochanym synem Markiem. Podobno nawet gdy była premierem prasowała mu ubrania. "Zawsze wolałam towarzystwo mężczyzn" mówi w jednej ze scen.

Z zachwytem obserwowałam  Meryl Streep w roli staruszki. Te drobne kroczki, te powolne gesty, nachylenie sylwetki, mimika. Przestajemy widzieć Meryl obserwujemy Margaret, tak pełne jest to wcielenie.

Film kończy się gdy stareńka Margaret Thatcher myje filiżankę.

Tak przemija świetność każdego z nas. Premier czy sprzątaczka, aktorka czy naukowiec - możemy tylko zadać sobie pytanie: czy warto było?

 

poniedziałek, 13 lutego 2012

Borys Tylewicz  - „Stało się”

Wydawn. Murev, Warszawa 2000

 Uwielbiam męskie przechwałki szzególnie dotyczące podbojów serc, i nie tylko, niewieścich. Albowiem: baju, baju bedziesz w raju.

O autorze:

Borys Tylewicz urodził się w Wilnie, 26 czerwca 1919 roku, tam ukończył gimnazjum im. J. Lelewela

 O książce:

„Stało się” to wspomnienia obejmujące lata 1939-1951.

Ktoś musiał autorowi życzyć „obyś żył w ciekawych czasach”, bo urozmaiceń w życiu mu nie brakowało.

Zapowiadało się normalnie – po ukończeniu gimnazjum wyjechał do Warszawy, aby studiować na uniwersytecie. Tylko że nasi sąsiedzi zmówili się i zrobili następne rozbiory. Autor postanowił wrócić do Wilna przechodząc przez zieloną granicę. NKWD już tam czekało i oskarżyło go o szpiegostwo co skutkowało wyrokiem w postaci 15 lat obozu. Wraz z 1800. więźniami przez 47 dni, w bydlęcych wagonach, jechał na Sachalin.

Tylewicz nie poświęca temu okresowi zbyt wiele miejsca. Postanowił bowiem, że będzie to książka o lepszych momentach jego życia. „A przede wszystkim pragnę napisać o tych wspaniałych kobietach, które spotkałem na swej drodze i dzięki którym mogłem przebrnąć przez trudne okresy, z poczuciem, że nie jestem sam na świecie.” – napisał w przedmowie.

I rzeczywiście – panie leciały do niego jak ćmy do światła i muchy do miodu. Zaczęło się od służącej, która go uwiodła gdy był nastolatkiem. A potem już poooszło! Lekarka, pielęgniarki, konduktorka, prawniczka, żołnierka i studentki. Rosjanki, Polki a nawet Niemki. Jedna z nich nawet otruła męża, aby związać się z Borysem ale wymiar sprawiedliwości był szybszy.

Autor w obozie był do porozumienia Sikorski-Stalin a potem go dobrowolnie choć przymusowo wcielono do Armii Czerwonej. Trzykrotnie ranny, ostatni raz w głowę gdzie pozostał mu malutki odłamek pocisku powodujący epilepsję. 

Opisuje walki pod Stalingradem i blokadę Leningradu. Czy wiecie ile pocisków jednocześnie wystrzela „katiusza”?  Ja dzięki autorowi już wiem.

Po zwolnieniu z wojska odwiedza Wilno gdzie stwierdza, że to już nie jest miasto jakie pamięta. Jedzie do Lwowa, tam uczy się zawodu, który będzie wykonywał całe życie. W Krakowie, Karpaczu i Łodzi.

W trakcie swojej pracy spotykał znanych ludzi kultury – Solskich, Ćwiklińską, Aleksandrę Śląską.

Opisuje też realia PRL-u czyli kombinatorstwo i załatwianie.

Największą część wspomnień zajmują opisy kontaktów z paniami. Jeśli były mu bardzo bliskie finał określa słowami: „i stało się”. Napisał „Ja w owym czasie nigdy niczego nie odmawiałem kobietom gdy mnie o coś prosiły.”

Te opowieści przypominają mi, trochę, przechwałki wędkarzy „złapałem dziś taaaką rybę”. choćby to była tylko płotka lub katar.

Osobiście wolałabym więcej szczegółów obyczajowych, a mniej romansowych. Ale rozumiem, że starszy pan lubi sobie pogawędzić o czasach gdy był młody, sprawny i – jak mu się teraz zdaje – bezinteresownie kochany  przez tłum fanek jego zniewalającej osobowości.

czwartek, 09 lutego 2012

 

ZAPRASZAM na spotkanie z autorkami (w tym ja)

tomiku "Zabawy literackie" czyli limeryki, epitafia, altruitki, lepieje i fraszki,

(na okładce książki mój kolaż)

 w Klubie Muzyki i Literatury, przy pl. Kościuszki, we Wrocławiu,

w czwartek 23 lutego, o godz. 18.

wtorek, 07 lutego 2012

 

 Mazury kojarzą się nam z piękną przyrodą, jeziorami, wakacjami.  Osobom czytającym książki z „Na tropach Smętka” Melchiora Wańkowicza. Ale czy wiemy co się tam działo zaraz po II wojnie światowej?

Scenarzysta Michał Szczerbic mieszka na tych terenach od kilkunastu lat, rozmawiał z mieszkańcami, odwiedzał cmentarze, czytał książki. I uznał, że tylko Wojciech Smarzowski reżyser „Wesela” i „Domu zła” jest w stanie opowiedzieć tę historię.

 Tadeusz (Marcin Dorociński) żołnierz Armii Krajowej, uczestnik powstania warszawskiego, jest świadkiem zgwałcenia i zamordowania swojej żony przez  hitlerowskich żołnierzy.

Po wojnie jedzie na Mazury, aby oddać Róży Kwiatkowskiej (Agata Kulesza) pamiątki po mężu walczącym w Werhmachcie (gdzie ci mężczyźni się spotkali – nie wiadomo). Ona prosi o pomoc przy rozminowaniu pola na którym jest kopiec ziemniaków. Tadeusz oczyszcza pole i postanawia tam zostać.

Nie ujawnił się przed władzami jako AK-owiec i ma nadzieję, że przeszłość go nie dopadnie. Płonne nadzieje, niestety. Przeszłość Róży też jest niełatwa, liczne gwałty powodują poronienie i nie tylko.

Na ziemie te przybywają także wygnańcy ze wschodnich ziem Polski jak małżeństwo – Władek (Jacek Braciak) i Amelia (Kinga Preiss) z dziećmi, ktorych główną zasadą jest nie zadzierać z władzą.

Armia Czerwona gwałci, rabuje i podpala kompletnie bezkarnie. Oswobadza mieszkańców zarówno od stanu posiadania jak i czci, honoru oraz życia.

Historia bohaterów jest okazją do pokazania wycinka dziejów tych ziem. Oni wcale nie dobrowolnie wyjeżdżali do Niemiec, tak jak Polacy z terenów wschodnich zostali postawieni pod ścianą. Więcej o tym na http://www.debata.olsztyn.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=2068:qroa-film-ktory-zakoci-spokoj&catid=65:publicystyka&Itemid=123

Mogłaby to być historia o szczęśliwej miłości po wojennych okropnościach lecz reżyser nie jest specjalistą od pogodnych opowieści.

Jest więc to film piękny ale pełen drastycznych, przepojonych przemocą scen, a więc okrutny.

I ma jedna wadę, teksty mówione w języku niemieckim nie są tłumaczone, a ich sens nie zawsze wynika z pokazywanych obrazów.

„Nie nadajesz się do tych czasów” mówi ubek Tadeuszowi w czasie przesłuchania.

Ludzie z moralnym kręgosłupem nie nadają się do życia gdy rządzą ciemniaki i swołocz.

 

 

 

 

20:15, alodia1949 , o filmie
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2
O autorze
Tagi
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Dodatki na bloga
”znaczek