O mnie, o książkach, filmach, wystawach, kolażach i dress-party z poczuciem humoru, niekiedy sarkastycznie a nawet złośliwie.
środa, 30 listopada 2011

 Historia to niesłychana, ubecja oszukana, kasa z banku zabrana i u arcybiskupa schowana.

 A działo się to we Wrocławiu na 10 dni przed wybuchem stanu wojennego.

Film zaczyna się i kończy manifestacjami na Moście Grunwaldzkim z towarzyszeniem piosenki „Chcemy być sobą”.

Między nimi oglądamy opowieść o tym okresie Peerelu gdy większość Polaków grzała się przy ognisku rozpalonym przez „Solidarność”, a wokół nich, w cieniu, z aparatami fotograficznymi i podsłuchami siedzieli funkcjonariusze Służby Bezpieczeństwa płci obojga. Pretekstem jest, jedyna w kraju, historia pobrania z banku 80 milionów związkowych pieniędzy przez Józefa Piniora, rzecznika finansowego Zarządu Regionu Dolny Śląsk, Piotra Bednarza i Stanisława Huskowskiego granych przez Krzysztofa Czeczota, Macieja Makowskiego i Wojciecha Solarza. Decyzję tę podjęto dzięki sugestiom byłego AK-owca ps. „Kmicic” (Mariusz Benoit).

Wydarzenia są pretekstem do pokazania jak wyglądali i działali wtedy przedstawiciele władzy jedynie słusznej ideologii. Mamy tu paradę typów spod ciemnej gwiazdy nie przebierających w słowach i metodach. Na pierwszy plan wybija się kapitan Sobczak (Piotr Głowacki) z charakteru bulterier i cham, z wyglądu młody Mieczysław Moczar. Jego przełożony to cyniczny Mirosław Baka, a współpracuje z nimi  major Wojska Polskiego Bagiński  (Jan Frycz) wielce zniesmaczony tym towarzystwem.

W filmie poznajemy, częściowo, życie prywatne bohaterów. I tu mam pretensję do reżysera o postaci kobiet. Bo według Krzystka zajęte są tylko rodzeniem dzieci, leczeniem lub obawą o narzeczonych ze strony opozycji albo są funkcjonariuszkami SB. A przecież one też działały w Komisjach Zakładowych czy pracowały w Zarządach Regionu NSZZ „Solidarność”.

 Postać arcybiskupa Gulbinowicza (Adam Ferency) to odzwierciedlenie wielkiej roli jaką odegrał Kościół Katolicki w walce o naszą wolność.

Poza tym film ma świetny scenariusz, ani jednej zbędnej sceny, a nade wszystkim ani cienia martyrologii. I bardzo dobre aktorstwo.

Kto chce wiedzieć jak było naprawdę powinien przeczytać książkę Krystyny Kaczorowskiej „80 milionów. Historia prawdziwa”.

Przeczytajcie wywiad z aktorem grającym Sobczaka:

http://wyborcza.pl/1,75480,10694751,Piotr_Glowacki__Znowu_esbek_jest_najfajniejszy.html

piątek, 25 listopada 2011

 tablica w Rynku, zgadnijcie w jakim miejscu

to też w Rynku, na innej ścianie

spodobała mi się nazwa jadalni ;)

Wybierałam się na prelekcję syna Joe Alexa (Maciej Słomczyński) "Powiem wam jak pisał..." w ramach festiwalu kryminałów ale zauważyłam, że Misia za często odwiedza kuwetę a nawet posikuje w pokoju. Wyciągnęłam torbę z szafy i zaczaiłam się na kotunię, która zawsze wyczuje co się święci. I diabeł ją opętuje lub w nią wstępuje. Rezultat taki sam - drapanie, wrzaski i próba ucieczki. Jedyna rada - ogłupienie przez zaciemnienie jej horyzontu czyli kocyk na głowę sru. Gabinet weta mam dwie ulice dalej, bankomat tamże na rogu. Byłam pierwszą klientką z pacjentką ale za drzwiami już szczękały narzędzia. Powoli przychodziły nastepne osoby z pupilami. W większości koty. Grubas w różowej klatce-torbie. Buras w kocyku i na rękach pańci. Czarny postrzelony śrutem w dziecięcym beciku. Dwójka młodych w wiklinowym koszu na grzyby.

Misia dostała zastrzyk z poleceniem wizyt w dni następne. Na skutek tych atrakcji kotka spieniła się  postaci ślinotoku i wpieniła na mnie warcząc i sycząc okropnie. Ja latałam za nią z papierowym ręcznikiem w celu wytarcia. Misia nie zaprzestała darcia się na mnie. To było w środę.

W czwartek zaliczyłam wizytę u dentysty gdzie okazało się, że ząb nie został do końca zatruty więc akcja nie zostanie zakończona. Ja bardzo wnerwiona. Po powrocie zaskoczyłam śpiącego kota wyrwaniem spod narzuty i wpakowaniem do torby. Diabeł wszedł w jej zamek ale go złapałam za ogon i majtnęłam o ścianę. Ślad można ogladać po uzgodnieniu mailowym. ;) Misia prawie mnie nie drasnęła.

Na skrzydłach stresu polecialam do weta. Profesor ukluł szybko w bok a my skok do domu. Odsapnęlam 15 minut i poszłam na zajęcia komputerowo-kulturalne w ramach projektu "Pokolenia". Przybyło 9 seniorek i tylko dwie gimnazjalistki do pomocy i troje pracowników/wolontariuszy fundacji. Ja z największą wiedzą więc odstąpiłam swoje miejsce. Młodzi niczego konkretnego nie przygotowali więc poproszono mnie, abym, przy pomocy komputera i rzutnika opowiedziała o portalu senior.pl i prowadzeniu bloga. Oraz, bez wspomagania, o dress-party. Jeden z wpisów tutaj jest o szyciu woreczków wyciągnęłam więc okaz z torebki, robi mi za kosmetyczkę.

Kolaże też tu pokazuję więc pani Ala stwierdziła, że to niesprawiedliwe obdarzenie jednej osoby tyloma talentami. Na co powiedziałam, że wszyscy nauczyciele mieli mnie za idiotkę, bo w szkole tylko uczeń z dobrą pamięią uznawany jest za inteligentnego, mądrego i zdolnego. Potem życie to weryfikuje ale co się natrudzimy, nabrudzimy i nasłuchamy umniejszania to nasze. Tej ostatniej refleksji już nie dodalam, aby nie dołować gimnazjalistek. Poczęstowano nas dużymi pierogami z warzywną zawartością - samosami, kalafiorem w cieście i ciasteczkami. Na poprzednich zajęciach pizzą. Będą jeszcze jedne - jakie menu nam zaserwują?

Zżarłam fleczer z zęba więc dzisiaj poszłam do poprawki. Musiałam się spieszyć, nawet herbaty nie wypiłam. Wstąpiłam więc potem do herbaciarni i zafundowałam sobie, w ramach rekompensaty, yerba-mate. Podobno jest nadzwyczaj świetna na wszystko. Tylko, że "ustrojstwo" do niej okropecznie drogie a i onaż sama nie tania. Zrezygnowalam. W galerii "Design" zabrałam swój kolaż, a w Centrum Seniora zostawiłam ksero innego dla pani Ewy. Wróciłam do domu, odsapnęłam i zaczęłam rozglądać się za kotem, aby ją do torby. A kicia siódmym zmysłem wyczuła mój niecny zamiar i czaiła się, powarkując, w łazience. Na szczęście wcześniej obetkałam wannę, aby pod nią nie wlazła w ramach słodkich przepychanek i igraszek z pańcią. Sztuczka pt. szmata na głowę zadziałała ale nie do końca. Dzisiaj podrapano mi dekolt. Cóż za strata, jak ja pójdę na bal? ;)

A propos - dostałam dziś zaproszenie na koncert i uroczystość odznaczania przez "S" na 5. grudnia w Operze naszej.

 

czwartek, 17 listopada 2011

 Dolnośląska Biblioteka Publiczna organizuje "spacery literackie" po Wrocławiu.  Oprowadza sympatyczna i urodziwa przewodniczka pani Krysia. Przyszło ponad 30 osób, w tym kilku panów. Dzisiejszy odbył się w redakcji miesięcznika "Odra". Mieści się ona pod adresem Rynek-Ratusz 25. Weszliśmy na drugie piętro wąskimi schodami w ślicznym i optymistycznym ciemnoszarym kolorze, ściany są zaś popielate.Tyż piknie. Idealnie z tym komponuje się bardzo duży obraz z dwoma postaciami i napisem "Tu mordują" będący własnością jednego z redaktorów. A to go autor uszczęśliwił! Kolorystyka wzmiankowana bardzo też konweniuje z tym co opowiadał redaktor naczelny Mieczysław Orski. Albowiem ANI JEDNA biblioteka publiczna we Wrocławiu nie prenumeruje "Odry". Dyrektor Miejskiej Biblioteki Publicznej (www.biblioteka.wroc.pl wysyłajcie podziękowania) oświadczył naczelnemu, że nie ma na to pieniędzy. Dolnośląska Biblioteka Publiczna i Pedagogiczna otrzymują po jedenym egzemplarzu w prezencie. Pismo jest dotowane przez Ministerstwo Kultury. Drukuje 5000 egzemplarzy (zaczęto w 1961 roku od 3000). A władze Wrocławia, które otrzymało tytuł miasta kultury, w ramach leczenia kompleksów, wydaje fortunę (więcej niż Warszawa na Nagrodę Nike) na nagrodę Angelusa Silesiusa. O pracy od podstaw nikt w urzędzie nie słyszał? Ciemno wszędzie, głucho wszędzie. Szczególnie w miejskim urzędzie. Gratuluję!

Spotkanie w ciasnym pokoju redakcji uświetniła swoją obecnością 80-letnia poetka Urszula Kozioł. Niestety ze zranionym prawym kciukiem więc nie mogła podpisywać swojej książki. Kolekcjonuje "starocie" i jedna z obecnych pań podarowała jej kryształowy korek do karafki, od wielu lat będących w posiadaniu jej rodziny.

Na oknach pokoju leżą sterty papierów. Redaktor Orski opowiedział, że za czasów poprzedniego naczelnego młody pracownik pisma przekopał te sterty i znalazł teksty Olgi Tokarczuk i Stasiuka. Nikt wtedy w "Odrze" się nimi nie zainteresował, pisarzy docenili inni. Młody szperacz już tam nie pracuje. Nie wiem dlaczego. Powiedziano nam też, że w Polsce bardzo wiele osób pisze wiersze i redakcja jest nimi zasypywana. Wniosek prosty - nie wysyłajcie do "Odry" swoich tekstów. Piszcie do szuflady (jak ja) lub wydawajcie na własny koszt.

W numerze piątym z tego roku jest tekst Mariusza Urbanka "Jeden dzień z życia "Odry" polecam bo dowcipny. Oraz potwierdzający to co wyżej.

Oto strona internetowa pisma: www.odra.net.pl

Zmęczona staniem w tłumie i kurtce pokrzepiłam się kawą w "Witamince". Przy wejściu na parapecie stoi kilkanaście "uwolnionych" książek do wzięcia. Głównie literatura sensacyjna. Można się częstować.

 

środa, 16 listopada 2011

 Galeria "Design" przy ul. Świdnickiej (blisko rynku) wymyśliła program "Teraz dizajn". Głównie skierowany do dzieci ale dzisiaj były zajęcia dla seniorów pt.: "Czy kiedyś wzornictwo było lepsze". Poproszono nas w mailach o przyniesienie zdjęć na których są przedmioty z dawnych lat. Miałam takie jedno. Wystarczyło. Prośba powyższa nie do wszystkich dotarła albowiem przepływ informacji u nas działa jakby to było krążenie w bardzo zwapniałych żyłach. Wstałam świtem po godz. 9-tej, kotunia zdziwiona wielce popatrzyła z ukosa. O 11-tej otworzono podwoje galerii i usadzono nas a to na oknie (spokojnie, szerokie parapety tam są), a to na leżankach, a to na fotelach. I poczęstowano kawą-herbatą z dodatkiem miodu (spadziowy lub gryczany, lubię taki) oraz mufinkami. Przy stołach rozdano karki na której kładłyśmy (18 pań) jedno ze swych (lub pożyczone) zdjęć, pod spodem każda z nas przy stole pisała pytanie na temat tego zdjęcia. Na koniec właścicielka odpowiadała na nie. Moje zdjęcie przedstawiało kilim po babci, telewizorek czarno-biały na poniemieckiej szafce. Dwa pytania dotyczyły kilimu :), jedno "o czym marzy ta pani" czyli ja. Potem te zdjęcia skserowano i poproszono o ... zrobienie kolażu! A że można było wziąć sobie wczorajszą i dzisiejszą "Gazetę Wyborczą" to z niej wycięłam potrzebne mi elementy. Kolaż wygląda tak:

tak zatytułowalam tę pracę, na górze po prawej to ja z tego zdjęcia, po lewej w środku telewizor i szafka, koło dłoni kawałek kilimu i narzuty na fotel. A o 13,30 gdy się już rozchodziłyśmy przyszedł starszy pan bo mu powiedziano, że tu są zajęcia dla seniorów. Bardzo zwapniałe żyły informacji. Do soboty włącznie prace nasze wiszą w galerii, proszę wstąpić i obejrzeć. Moja jest podpisana.

Przy okazji proszę zajrzeć do galerii "Pod Plafonem" w DBP (Rynek 58) gdzie Edyta Purzycka wystawia "Inne kosmosy i pomruki". Malarstwo i kolaże. I cóż my tu widziem, proszę wycieczki?

można też wstąpić do kawiarnio-księgarni kryminalnej (Rynek 8), aby pooglądać książki oraz zobaczyć napisy na podłodze i suficie:

 

wtorek, 15 listopada 2011

 

„O czym marzy dziewczyna gdy dorastać zaczyna” w latach sześćdziesiątych na południu Stanów Zjednoczonych?

 O przystojnym i bogatym mężu, dzieciach, podobnych do niej przyjaciółkach oraz sprawnej, posłusznej i źle opłacanej czarnoskórej służbie.

Eugenia „Skeeter” Phelan (Emma Stone) po studiach wróciła do domu w Jackson na południu USA. Chce zostać dziennikarką i pisarką. Zatrudnia ją miejscowa gazeta, aby odpowiadała na pytania czytelniczek. A te są fascynujące: co zrobić, aby nie płakać w trakcie obierania cebuli, czym czyścić podłogi, meble i toalety. Te ostanie są ważnym wątkiem w filmie.

Skeeter nie ma pojęcia o pracach domowych, bo w ich domu zawsze była służba. A że matka właśnie wyrzuciła z pracy starą nianię  bohaterka szuka odpowiedzi u Abilieen (Viola Davis) służącej szkolnej koleżanki. Jednak to naszej bohaterce nie wystarcza. Postanawia napisać książkę zawierającą opowieści czarnoskórych kobiet wychowujących kolejne białe dzieci zaniedbując swoje, wykonujących wszystkie domowe prace, aby ich rozpróżniaczone pracodawczynie miały czas na pozorowaną dobroczynność.

Skłonienie służących do wyznań jest bardzo trudne ale działania Ku Klux Klanu wywołuje ich gniew i powoduje zgodę.

„Służące” to nie tylko film o ciężkiej doli czarnoskórych kobiet, to także opowieść o konserwatywnej Ameryce, o presji najbliższego otoczenia i o budzącej się świadomości ludzi, których dziadkowie byli niewolnikami. Nie z własnego przecież wyboru. Kto zna historię lub  pamięta serial „Korzenie” i  głównego bohatera Kinta Kunte wie o czym piszę.

„Służące” oparte zostały na książce Kathleen Stockett, a wyreżyserowane przez Tate Taylora.

Niestety reżyser uznał, że konieczny jest sielankowy happy end. Należą mu się za to niezłe baty. Ale i tak film jest wart obejrzenia. Polecam.

20:33, alodia1949 , o filmie
Link Komentarze (3) »
niedziela, 13 listopada 2011

 Okazało się, że niektóre uczestniczki dress-party używają woreczków, które uszyłam na fanty do różnych innych celów lub je darowują. Proszę tego nie robić!!!  Proszę uszyć sobie inne. Poniżej podaję prosty sposób uszycia woreczka do własnego użytku., nawet ręcznie.

należy przygotować

- prostokąt materiału:

można też użyć rękawa lub kawałka nogawki cienkich spodni, nie rozpruwamy ich, zszywamy jeden brzeg, drugi wywijając,

- igła lub maszyna do szycia, nici, tasiemka lub wstążeczka - najlepiej w kolorze pasującym do materiału lub wręcz odwrotnym ;), agrafka

- materiał składamy na pół lewą stroną na wierzch,

- spinamy boki szpilkami, jeśli się ukłujemy to nie klniemy tylko cytujemy np. wieszcza: "Litwo, ojczyzna moja ty jesteś jak zdrowie..." lub inne poezje wg własnego gustu,

- fastrygujemy te boki a potem zszywamy, ręcznie lub na maszynie,

- wywijamy dłuższy brzeg tak, aby powstał rulon do wciągnięcia tasiemki,

- rulon spinamy szpilkami, po ukłuciu odkładamy pracę i wycinamy parę hołubców, wracamy do woreczka

- fastrygujemy i zszywamy, najlepiej ściegiem zygzakowym

- wywijamy woreczek na prawą stronę, podziwiamy go

- na bocznym szwie rulonu przecinamy nitkę, aby zrobić wejście dla agrafki z tasiemką

- wciągamy tasiemkę, ma wystawać parę centymentrów poza woreczek

- prasujemy

Taki woreczek może być kosmetyczką, pojemnikiem na zioła lub przyprawy, artykuły pasmanteryjne i na co Wam tylko pomysłowość pozwoli. Powodzenia!  

 

czwartek, 10 listopada 2011

 taki oto kolaż sprezentowałam znajomemu po obronie pracy doktorskiej

Bronił pracy pt.: "Architektura budynków dawnej Technische Hochschule we Wrocławiu (1905-1945)". Z wykształcenia jest historykiem sztuki a pracuje teraz w Muzeum Politechniki Wrocławskiej. Kto z wrocławian wiedział, że Politechnika ma Muzeum? Gdy pracowalam tam w latach 70-tych jeszcze go nie było. Muzeum.

Pierwszy raz byłam na takiej uroczystości. Obecni to 13 osób oficjalnych i 16 gości. Skąd wiem kim kto był? Oficiele zasiedli przy stołach z wodą mineralną i ciasteczkami, pozostali pod ścianami. Krzesła były takie same.  Wykład, ilustrowany zdjęciami i planami wyświetlanymi z komputera na ekranie, urozmaicony został stukaniem i warczeniem w wykonaniu robotników remontujących budynek od zewnątrz. Nikt nie załatwił ich milczenia. Pożałowali na pół litra?

Po wykładzie głos zabrał jeden z recenzentów spoza Wrocławia. Stwierdził, że lubi nasze miasto bo tutaj 40 lat temu się oświadczył. Gratulujemy udanego małżeństwa. A także, że musi przeczytać cztery i pół stronicy swojej recenzji bo za to mu zapłacą honorariu. Wysokości nie zdradził. Ciekawa jestem o czym myśleli obecni w trakcie wykladu i ciągu dalszego. Co obstawiacie?

Pan doktor załatwił, za pomocą firmy cateringowej, poczęstunek przed salą wykladową czyli na korytarzu. Uczelnia powinna się tego wstydzić.

I wszystko byłoby dobrze gdyby nie moja doczesna powłoka. Przez niedzielę bolała mnie lewa część oblicza. Ucho, policzek, nos i szare komórki. W poniedziałek myślałam, że diabeł stróż poszedł do czorta ale we wtorek gdy jechałam, aby prześwietlić ząb o mało nie zawyłam na cały tramwaj. Ale pasażerowie mieliby atrakcję. Lepszą niż nachalne pijane typy. W trakcie obrony (środa) musiałam zażyć tabletkę i wcześniej wyjść. Udałam się do dentystki robiąc jej tym niespodziewankę.  W dodatku skomplikowaną, bo ze zdjęcia słabo wynikało co mi jest. Ale maszyneria poszła w ruch wwiercając mi się w zęba i mózg. Jakoś nie przepadam za takimi pieszczotami. W dodatku płatnymi. Ząb został potraktowany sposobem Lukrecii Borgii. A w nocy dał mi za to popalić. I nie były to skręty, o nie. Rano wstałam wygladając jak zmora jakaś. Powalająco czyli.

Dzisiaj byłam na spotkaniu w ramach projektu "Pokolenia". Odpytano nas na okoliczność zainteresowań - moja imienniczka uwielbia jazz, inna pani motoryzację, a 75-letni pan jeździ na nartach w Alpach. Na koniec poczęstowano nas pizzą i sokami.

A teraz rada dla szukających pracy: w CV, w rubryce zainteresowania można wpisać - "sex, drugs i rock and roll" licząc na poczucie humoru pracodawcy.

Z koleżanką doszłyśmy skąd wiele osób ma auta. Z lizingu, czyli podlizywania się szefom, z czego wypływają podwyżki i nagrody.

I tymi bezinteresownymi radami kończę z nadzieją do następnego poczytania.

poniedziałek, 07 listopada 2011

 Jolanta Kruszyna Radzicka "Opowieści z mchu, paproci i ... na papierze czerpanym" w SalonikuTrzech Muz u. Zawalna 7 (wejście od podwórka), prace można oglądać w poniedziałki, środy, piątki w godz. 16-20, do końca listopada.

"Tematem większości prac są dary lasu - mchy, paprocie i kora drzew - zbierane lub znalezione przypadkowo. A to co przypadkowe bywa zdumiewające".

Autorka opowiada dzieje papieru

pani Jolanta lubi prać ręcznie, to są miniaturki ubrań

 tu wiszą trochę większe, ubranka są formowane w trakcie czerpania, a nie wycinane

w imieniu autorki i gospodyni Saloniku pani Alicji Lang serdecznie zapraszam.

Tagi: wystawa
21:21, alodia1949 , o wystawie
Link Komentarze (4) »
sobota, 05 listopada 2011

 dwa giełdowe (nie moje) nabytki - kapelusz i lśniący szaliczek

Spotkanie u Ani na Zalesiu. Obecnych 26. Sama liczyłam. Piękna pogoda, piękne mieszkanie, od lat bardzo gościnna gospodyni oraz szalony "Kaktus" czyli jamnik ostrowłosy domagający się dopieszczania. Korzystał też z każdej okazji, aby wyrwać się z domu. Ania nie była zadowolona z tych wybiegów pupila.

Ania O. przyniosła swoje nowe firanki, ktore uszyła i przestały się jej podobać. La donna e mobile. Od niej dostałam w prezencie 3 nieduże antyramy na moje kolaże. Podziękowałam osobistym świątecznym woreczkiem i kartką kolażową też "w tym temacie".

Ela zachwyciła się, w Parku Szczytnickim, liśćmi leżącymi i zrobiła z nich bukiecik, który otrzymałam w prezencie.

Misia je w domu obwąchała, a taką miną zareagowała na prośbę pozowania:

czyż nie jest to kota wredota?

Paru osobom, których nie było na poprzedniej giełdzie dałam swoje opowiadanie. W tym Ewie dzięki której miałam informacje o globusie stojącym w bibliotece Instytutu Geograficznego U.W. Dziękuję Ci Ewo. Za prezent także. ;) Rozdając tekst mówiłam, że morduję tam swoich wrogów, jedna z pań ucieszyła się z otrzymanej instrukcji, ha,ha,ha.

R. opowiedziała jak to jej 2-letni wnuk, któremu wpaja się kulturę osobistą, na propozycję pójścia do łazienki na nocnik, mówi: "nie, dziękuję". Dżentelmen, prawda?

Wylosowałam dużą paczkę cukru wanilinowego i mydło z myjką do naczyń. Coś do mycia i tycia. ;)

Po powrocie do domu zawsze porządkuję torbę i wypisuję numery na losach loterii fantowej kończącej giełdę.

Mam nadzieję, że ekologiczny pomysł na umieszczanie fantów w przechodnich woreczkach sprawdzi się i nie będziemy pakować w papiery, torebki, które potem są do wyrzucenia.

 

czwartek, 03 listopada 2011

 

 „Prawda jest luksusem, czasem trzeba wybrać ojczyznę, rodzinę, dziecko”

 W 1965 roku trójka młodych agentów Mossadu (Rachel – Jessica Chastain i Helen Mirren), Dawid (Sam Worthington i Ciaran  Hinds) oraz Stephen (Marton Csokas i Tom Wilkinson) mają porwać z Berlina Wschodniego doktora Vogla (Jesper Christensen) oprawcę zwanego „chirurg z Birkenau”.

(Birkenau – niemiecki nazistowski obóz koncentracyjny i zagłady w latach 1940-1945. http://pl.wikipedia.org/wiki/Auschwitz-Birkenau).

Vogel jest teraz ginekologiem, Rachel zostaje  jego pacjentką pod pozorem niepłodności.

Agenci porywają doktora ale zawodzi plan przerzutu do Berlina Zachodniego. Mieszkają razem z mordercą czekając na decyzje władz Mossadu  i Stanów Zjednoczonych. Pod nieobecność Dawida i Stephena Vogel uwolnił się z więzów, skopał Rachel i ...

Agenci stają się bohaterami narodowymi, udzielają wywiadów, na spotkaniach z ludźmi opowiadają o przebiegu zdarzeń.

W trzydzieści lat później Sara, córka Rachel i Stephena pisze książkę, o zakończonej sukcesem, akcji porwania zbrodniarza.

Ale nic nie jest takie jak się nam wdaje. W trakcie filmu dowiadujemy się co się stało naprawdę i jak to wpłynęło na życie trójki bohaterów.

Dlaczego Rachel wyszła za mąż za Stephena chociaż kochała Dawida? Dlaczego nie chce rozmawiać, na temat akcji, z córką? Dlaczego Dawid wyjechał? I kim jest Szewczuk w ukraińskim szpitalu psychiatrycznym?

Film jest wart poświęconego mu czasu bowiem akcja toczy się wartko a Helen Mirren na której twarzy jest nie tylko blizna po kopnięciu ale i wyraźne zmarszczki, gra tak świetnie, że pozostawia innych aktorów daleko za sobą.

Natomiast na pytanie co reżyser John Madden chciał nam przekazać każdy widz musi odpowiedzieć sam.

 

 

 

19:59, alodia1949 , o filmie
Link Komentarze (3) »
 
1 , 2
O autorze
Tagi
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Dodatki na bloga
”znaczek