O mnie, o książkach, filmach, wystawach, kolażach i dress-party z poczuciem humoru, niekiedy sarkastycznie a nawet złośliwie.
piątek, 30 listopada 2012

 Muzeum Architektury, Promocje Dobrych Książek

Wczoraj w trakcie wróżb andrzejkowych dowiedzialam się że jestem pełna inwencji ale wrogowie nieustannie brużdżą. Największym moim wrogiem jest diabeł stróż.

Dzisiaj na spotkanie zamiast do Galerii Dom. pojechałam do Pasażu Grunw. Gdy się zorientowałam, że to nie to wysłałam sms - nie chciał się ruszyć z komórki (trochę go rozumiem, pogoda była pod zdechłym Azorkiem), zadzwoniłam i usłyszałam, że nie ma takoego numeru. Jeszcze poproszę: "wrzuć monetę" i "rozmowa kontrolowana". Na szczęście koleżanka do mnie zadzwoniła i ustaliła, że spotkamy się na targach w.w. Dojechałam, przeleciałam galerię i nie wyhamowując rozpędu przebiegłam przez muzeum wypatrując blondynki. Sporo ich było ale nie ta. Panowie i panie na szczudłach zachęcali gości "Po co są pieniążki? Aby kupować książki". Spotkalyśmy się przy wyjściu i usłyszałam, że koleżanka musi na ten tychmiast wracać do domu. Jej syn, w ramach starej polskiej tradycji, przeskoczył płot i czeka przed domem albowiem MÓJ diabeł stróż narozrabiał. Jaki zdolny i pracowity. Żeby tak nasi decydenci... W trakcie przebieżki muzealnej prawie weszłam na ex-dyra ale odwróciłam wzrok i skręciłam udając, że go nie widzę, albowiem jego widok bardzo mi szkodzi na wzrok.

Zostawiłam potem kurtkę w szatni i powoli przyjrzałam się ofercie oraz pobralam materiały bezpłatne. Rozdawano w darze książkę:

Kupiłam inną, poszukiwaną wydaną przez "Bukowy Las" za 35,- zł. Po przeczytaniu opiszę ją tu. Pogawędziłam też z paniami o profesjonaliźmie inaczej pracownikow Empiku gdzie szukałam tej publikacji. Na innym stosku rozdawano ulotki z informacją gdzie można "uwalniać" czyli wrzucać niepotrzebne ksiązki. Nie wiem kto projektował ten druk ale na pewno nie był zbyt rozgarnięty. Dopiero po dodaniu przeze mnie kilku słów wiadomo o co chodzi, popatrzcie:

znalazłam też książkę z zabawnym tytułem:

Na koniec ZAPRASZAM we wtorek 4. grudnia, na godz. 11, do Centrum Seniora, pl. Dominikański 6, obok Galerii Dominikańskiej,  będziemy robić kartki świąteczne, proszę zabrać ze sobą nożyczki.

 

 

poniedziałek, 26 listopada 2012

Joanna Szczepkowska – Zagrać Marię Świat Książki 2011

  Profesja i obsesja

O autorce: Joanna Szczepkowska urodziła się 1 maja 1953 roku w Warszawie. Aktorka, pisarka, felietonistka, pedagog. Jest autorką monodramu „Goła baba”, „ADHD i inne cudowne zjawiska”, powieści „Kocham Paula McCartney`a”, zbioru opowiadań „Fragmenty z życia lustra”, książki na motywach autobiograficznych „4 czerwca”, zbiorów wierszy „Ludzie ulicy i inne owoce miłości” i „Dzisiaj nazywam się Charles” oraz czterech zbiorów felietonów.

WSTĘP: „Człowiek, żeby się skupić na swoim powołaniu unika innych, zwłaszcza w dużych grupach. Dzieje się tak dlatego, że ludzie w większości dążą do zabawy”.

O książce: Co wiemy o Marii Skłodowskiej-Curie? Że studiowała na Sorbonie, pracowała z mężem, odkryła rad, dostała Nobla, miała dwie córki Ewę i Irenę. Naszą wiedzę o uczonej, w dużej mierze, ukształtowała, napisana przez Ewę Curie, biografia matki. Jednak dzieci mają skłonność do zatajania prawdziwych faktów z życia rodzica.

W 1911 roku uczona otrzymała Nagrodę Nobla za wydzielenie czystego radu.

Sto lat później ukazała się książka „Zagrać Marię”. Główną bohaterką powieści jest Marta Bogacz, aktorka. Z powodu ogromnego podobieństwa do Skłodowskiej ma zagrać główną rolę w filmie o uczonej. Aktorka tak bardzo przejmuje się tym zadaniem, że nie tylko czyta wszystkie dostępne materiały o Skłodowskiej ale bierze też lekcje chemii, zbiera minerały i wynajmuje szopę gdzie robi doświadczenia podobnie jak Maria.

Drugą ważną postacią książki jest Tara Kozak – wróżka, mieszkająca z jasnowidzącą córką Idą, na Pradze.

Losy Marty, Tary i Idy przeplatają się co prowadzi do wyjaśnienia dlaczego malarki tarcz zegarowych często chorowały i szybko umierały.

To książka o pasji życia prowadzącej w wypadku Marii – do odkrycia nowych pierwiastków i obsesji jaka ogarnęła Martę. Także o tym jakie są implikacje powstawania filmu biograficznego i czego oczekują jego sponsorzy. Autorka dość złośliwie opisuje filmowy światek.

„Zagrać Marię” ma nietypową narrację, w książce znajdziemy fragmenty scenariusza, wyjątki z autentycznych listów uczonej i maile bohaterów.

Joanna Szczepkowska zagrała Marię Skłodowską-Curie w fabularyzowanym dokumencie, który pokazuje uczoną jako kobietę kochającą nie tylko pracę. Polecam.

 

sobota, 24 listopada 2012

 Paul Cezanne

 Diabeł zaszalał wszechstronnie niby jakiś tajfun, więc muszę naprawiać szkody. Najłatwiej poszło z oparzeniami, popsikałam oxycortem i zagoiły się. Zapalarkę do gazu nową kupiłam dopiero w trzecim sklepie. Węża do odkurzacza nabyłam bez kłopotu. Do doktorka co to zalecił mi szpital przy ul. Kamieńskiego zarejestrowano mnie na 7 grudnia. Muszę mu przecież stworzyć okazję do pośmiania się na widok terminu mojej operacji. Niech się chłopina rozerwie, czasy są ciężkie i okazji do radości mało. Ma się ten dobry charakter i życzliwość dla bliźnich.

Oboma kopytami czarci pomiot skakał po moim laptopie co to go złożyły małe chińskie rączki. Dzieki temu rozłożył się na czynniki pierwsze, drugie a nawet trzecie. Konkretnie połamała się obudowa. Na allegro takiej akurat nie ma, fachowcy orzekli, że mi się nie opłaca naprawa, bo przy sprowadzeniu części z Czech plus robocizna to są niezłe pieniądze. Super. Dostałam propozycję nie do odrzucenia, czyli nabycie trochę używanego Della. Za to z mniejszą pojemnością i bez kamerki. Można dokupić. Kamerkę. Poproszę z photoshopem.

No i zaczęły się schody, bo chciałam mieć wszystko przegrane, tzn. przekopiowane a nie przechlapane. Fachowiec mi to zrobił ale musiałam się upominać o różne różności. Upierdliwa byłam. A i tak np. na aqq są tylko 3 kontakty mimo że miałam więcej. Przecież hasło i login te same, nie rozumiem. Humanistki tak mają, techniki nie rozumieją ani w ząb. Ten młody fachowiec powiedział mi kiedyś, że on rozumie każdą instrukcję ale nie rozumie "Makbeta". To ja mam prawo do swojego nierozumienia. Inne zwoje mamy rozwinięte bardziej, z tego wynika. A gdy zaczynał do mnie mówić (kilka razy) językiem informatycznym to za każdym razem prosiłam, aby tego nie robił bo i tak nic z tego nie rozumiem. Na koniec zapytałam czy ma świadomość, że jeśli coś będzie nie tak, to przyjdę i będę albo krzyczeć, albo płakać. Obeszło się, jak dotąd, bez takich atrakcji ale i tak dzisiaj musiałam dzisiaj zanieść do niego sprzęt, bo coś się tam nie zapisało. Sprzęt lekki nie jest.

Razem z koleżanką kupiłyśmy sobie maszynkę do warzyw z czterema wymiennymi tarkami. Śliczne robią żółto-zielone i białe. Całe plastikowe. Ciekawam jak długo wytrzymają. Cena 92.-zł. Byłam pewna, że zrobiłam jej zdjęcie a tu kicha. Poszukam w starym kompie. Oj, nie lubię ja takich niespodziewanek.

p.s. Udało się, oto ta maszynka:

 

 

środa, 21 listopada 2012

 Dzisiaj dzięki szefowej naszego Klubu Impuls odwiedziłyśmy i zwiedziłyśmy Urszulanki. Szefowa chodziła tam do liceum (matura 1994), najpierw zdawała egzaminy wstępne gdzie było kilkanaście osób na jedno miejsce. Zdolna bestyja! Liceum jest prywatne i płatne, gimnazjum publiczne a więc dotowane i bezpłatne.

Oprowadzała nas siostra Dorota, najpierw w mauzoleum Piastów Śląskich, potem na terenie szkoły. Zobaczylyśmy salę nauki, aulę, jadalnię, podwórka wewnętrzne, dokumenty na temat klasztoru i sióstr umieszczone w takiej szafie z gablotą:

a w tej samej sali stoi taki piękny sekretarzyk:

na korytarzu wiszą tableau maturalnych klas z różnych roczników na paru zauważyłam swojego nauczyciela łaciny z mojego liceum.  Pani Asia bardzo dobrze wspomina tę szkołę, a ja jakoś swoich nie mogę tak samo. Uparłam się, abyśmy wstąpiły do biblioteki, siostry nawet zgodziły się na zdjęcie i umieszczenie go tutaj:

od lewej oprowadzajaca nas siostra Dorota i siostra bibliotekarka

więcej o Urszulankach: http://www.urszulanki.archidiecezja.wroc.pl/

poniedziałek, 19 listopada 2012

 SKŁADNIKI:

- 1 opakowanie (450 g) mięsa mielonego indyczego

- sucha bułka mała bardzo

- pieprz ziołowy lub czarny, sól

- 2 jajka

- mąka kukurydzina, olej, 2 łyżki masła

- cebula prażona lub usmażona, ile kto lubi

WYKONANIE:

Bułkę moczymy w wodzie lub mleku aż dokladnie zmięknie, Odciskamy ją mocno. Mięso, jajka (bez skorupek), przyprawy, bułkę razem dokładnie mieszamy. Ręcznie formujemy kotlety i panierujemy w mące kukurydzianej (nie pali się tak jak bułka tarta).

Na patelni rozgrzewamy olej i ostrożnie wkładamy kotlety. Smażymy na średnio dużym ogniu. W osobnym płaskim garnku rozpuszczamy powoli masło (najlepiej klarowane) i wkładamy tam podsmażone kotlety. Przykrywamy i doduszamy, przewracając tak, aby każdy dusił się w maśle - będzie smaczniejszy. Na ciepło z surówką, na zimno z chlebem podawać. Z tej porcji wychodzi 19 małych kotletów, a połowa dużych. Smacznego.

 

 

piątek, 16 listopada 2012

 

 We wpisie o kontaktach ze służbą zdrowia naszą (służba jak to służba, pracodawcow swych nie lubi) obiecałam ciąg dalszy. Punktem ostatnim było wyznaczenie terminu mojej operacji na wrzesień 2013 roku. Postanowiłam (cała w zachwycie, oczywiście) skonsultować to z lekarką, która skierowala mnie na usg. O mało nie spadła z krzesła na widok daty w.w. Poleciła wrócić do doktorka i poprosić, aby coś zdziałał. Zarejestować mnie wtedy nie chcieli, więc dzisiaj poszłam na żywioł no i ... jak poszłam tak wrociłam. Wizytę wyznaczono mi na 7. grudnia.

Nie myślcie jednak, że leżę i gryzę palce w bezsilności. Szczególnie środę miałam pracowito-rozwijającą. Najpierw w DCP na zajęciach aktywizujących, potem z klubem w Muzeum Narodowym gdzie sympatyczny młody człowiek oprowadził nas po epokach na podstawie malarstwa, zwracając uwagę na najważniejsze cechy i różnice danych okresów. Zakończyliśmy na strychu gdzie mieści się sztuka nowoczesna, obejrzeniem prac Hasiora i eksponatów dla niewidomych. Po zejściu na dół podeszłam do przewodnika i zapytałam czy ma poczucie humoru. Odpowiedział, że odrobinę na pewno. Dałam mu więc tekst mojego opowiadania z akcją w tym Muzeum. Paru osobom zwiedzającym też. Zachęciłam do uczestniczenia w wycieczce trzy moje znajome, jedna nawet przyprowadziła koleżankę. Trzeba korzystać gdy instytucje kulturalne coś za darmo robią dla seniorów.

Potem z jedną zachęconą pojechałyśmy do biblioteki przy ul. Hercena, tam funkcjonuje "Salonik Historyczny", tym razem sympatyczna młoda pani doktor z IPN mówiła o świętach w przedwojennym i wojennym Wrocławiu. Chętnych do wysłuchania było wielu, nawet krzesła pożyczano od sąsiadów. Zażartowałam, że uczestniczy pewnie liczyli na catering w postaci dań z tamtych lat. Nie było. Omówione zostały nie tylko święta Bożego Narodzenia czy Wielkiej Nocy ale i państwowe jak np. urodziny Hitlera.  Zapytałam czy były to dni wolne od pracy - nie, należało świętować jeszcze bardziej wytężoną pracą. Prelekcja trwała 45 minut - to jest akurat, aby nie zanudzić słuchaczy i jest jeszcze czas na ewentualne pytania, które zadano. Zainteresowani mogą poczytać tę książkę: http://literatura.dlastudenta.pl/artykul/Jak_kiedys_we_Wroclawiu_jadano,84130.html

Nie da się jednak ukryć, że mój diabeł stróż znowu ma nader twórczy okres. Spalił do imentu zapalarkę do gazu, w sklepie gdzie takową niegdyś kupiłam sprzedawca wmawiał mi, że są tylko na gaz, baterię i na prąd. Innych w ogole nie ma. A właśnie, że są i nabyłam wczoraj w sklepie z agd, mogłam nawet wybrać sobie kolor :)

Poza tym pękła mi dolna tylna część obudowy laptopa, a naprawdę nie traktuję go jako obiektu do rzucania dyskiem. W punkcie napraw dowiedziałam się, że naprawa może kosztować nawet kilkaset złotych. Na allegro można kupić ale podano różne odmiany mojego laptopa, a ja nie wiem jaki on jest, bo go dostałam bez papierów od znajomej. Muszę przy dziennym świetle obejrzeć urządzenie czy nie ma tam jakichś dokładniejszych danych.

Z innych figlów w.w. dowipnisia: zdemolowałam sobie nożnie węża do odkurzacza i musiałam nabyć nowy. A potem koleżanka mi powiedziala, że ma jeden zbędny, ha,ha,ha. Oparzyłam sobie najpierw dwa palce uchem za bardzo rozgrzanego od gotującego wodę czajnka, kubka. Wczoraj czajnikiem następny palec.

Miałam przeprowadzić w Centrum Seniora zajęcia na temat prowadzenia bloga, kupiłam książkę (napisałam o niej w jednym z poprzednich wpisów), zrobiłam notatki z niej i własnego doświadczenia, a w dzień zajęć dowedziałam się (na szczęście przed wyjściem z domu), że nikt na nie nie przyjdzie choć zgłosiło się parę osób. Zajęcia miałam przeprowadzić bezpłatnie. Pewnie dlatego - nie zapłacili to nie docenili. Ich strata.

 

 

sobota, 10 listopada 2012

 A zaczęło się już tydzień temu. Dzwoni komórka i słyszę: Ireno otwórz drzwi. Zdziwiłam się niemożebnie, bo z nikim nie byłam umówiona. W końcu okazało się, że koleżanka już wybrała się na giełdę, stoi przed furtką i nikt jej nie otwiera. Dzisiaj natomiast M. z koleżanką poszły piętro wyżej, usłyszały basowe szczekanie, M. powiedziała: przecież Ania ma jamnika, B. trochę się zdziwiła timbrem głosu zwierzątka, otwierają drzwi mieszkania a tu pies wielki jak kilkanaście jamników. Zeszły na dół. Kaktus czyli jamnik Ani w radosnym szczeku i podskokach każdą panią witał. Nadaje się na giełdę, tyle nóg i obcych zapachów a nikogo nie ucapił. Niestety jest tak ruchliwy, że nie zrobiłam mu zdjęcia. Na wejściu Ma. powiedziała, że po umieszczeniu jej zdjęcia na moim blogu robi za gwiazdę internetu. Kto wpisuje w google jej imię i nazwisko trafia na zdjęcie i wpis z okazji wystawy figurek psów w miejscu jej pracy. Pochlebny wpis - zaznaczam.

Dzisiaj przed wyjściem miałam akcję "kapcie", takie używane tylko na giełdzie, zawsze są w bocznej kieszeni torby z rzeczami nagiełdowymi. A dzisiaj ich nie było. Diabeł ogonem nakrył. Doszłam do wniosku, że zostawiłam na porzedniej giełdzie. Wysłałam sms-a z pytaniem - nie ma. Przeszukalam różne możliwe, sensowne i kretyńskie miejsca. Bez skutku. Ale zaczęłam przypominać sobie, że je wyjęłam przed giełdą październikową w klubie. Jeszcze raz zajrzałam do torby i do reklamówki z fantami - były. Są dość zabytkowe, bo kupione w Cepelii, w końcówce PRL-u. Oto one:

fajne, prawda?

K. zrobiła dziś wielkie zakupy - spodnie, kurtkę, 2 cienkie golfiki za niecałe 20,- złotych. Spódnica w dodatku jest od Ma. koreańska. Od razu zapytałam: południowa czy północna? Na szczęście południowa :).

Siedząc przy herbacie gwarzyłyśmy o różnościach, m. in. Magda opowiedziała, że w trakcie pobytu na Yukatanie oglądała wyroby tamtejszych Majów, którzy nie wyginęli (nikt im nie zafundował rezerwatów) i nagle uslyszałaod miejscowego sprzedawcy: "Taniej niż w Biedronce" i jest to fakt autentyczny. Dodatkowo zwaliła mnie z nóg mówiąc, że jej córka jest tirówką. Owszem, bo studiuje "Turystykę i Rekreację".

Ciągle w trakcie imprezy ktoś chciał rozmienić 50,- złotych (na giełdę najlepiej przynosić 30.- zł bilonem). G. proponowala świeżutkie, nie używane jeszcze, prosto z drukarki 40.-zł w postaci czterech dziesiątek :). Chętnych nie było.

Tu są kartony z zalepionymi ilustracjami i napisami, rozkładam je, aby wiadomo było gdzie kłaść tematycznie ubrania:

Z Alą porozmawiałam o jej i swoim zdrowiu, czeka nas to samo, tylko, że ją wcześniej.

A w ramach diablich figlow zmniejszenie w tekście czcionki z 16 na 14 spowodowało zwichrowanie tekstu oraz zwiększone koszty kserowania. Popękała mi, z tyłu, obudowa laptopa. No i zdemolowałam własnonożnie węża do odkurzacza, niechcący oczywiście. A na giełdzie K. mi powiedziała, że ma jeden zapasowy i niepotrzebnie wydałam 35,-złotych. Dzisiaj, po powrocie do domu, aby mi było jeszcze lepiej, oparzyłam sobie dwa palce lewej dłoni o nagrzane za mocno ucho kubka.

Misia mnie powitała tak, a teraz śpi:

 

 

czwartek, 08 listopada 2012

Na początku jest zakończenie, do mieszkania włamuje się policja, aby odkryć w pokoju zmarłą kobietę, z głową na poduszce obsypanej kwiatkami.

Następna scena to sala teatralna i widzowie słuchający koncertu. Wśród nich starsi państwo, emerytowani nauczyciele muzyki,  Anna (Emmanuelle Riva) i George (Jean-Louis Trintignant). Wracają do domu, zauważają, że ktoś nieudolnie próbował się włamać do ich mieszkania. Nazajutrz przy śniadaniu Anna na dwie minuty traci kontakt z otoczeniem.

Tak się zaczyna opowieść o miłości, przyjaźni, odpowiedzialności, bezradności w chorobie i starości. Bo operacja, która miała pomóc nie udała się, Anna ma bezwładne nogi i jedną rękę. To całkowicie ją uzależnia od otoczenia, a jest nim głównie mąż. Bez narzekania opiekuje się nią – kroi kawałki mięsa, pomaga ubrać dolne części odzieży w toalecie, myje jej głowę. Niestety przychodzi drugi wylew i Anna już tylko leży. Mąż ją karmi, uspokaja głaszcząc po ręce i opowiadając o dzieciństwie.

Dozorczyni robi im zakupy i sprząta, pielęgniarka pomaga w opiece. Córka Ewa (Isabelle Hupert) boi się o ojca i namawia go, aby oddał matkę do szpitala.

Akcja toczy się w pięknym mieszkaniu, wypełnionym książkami, płytami i obrazami. W salonie stoi fortepian. Choć bohaterowie całe życie związani są z muzyką reżyser bardzo oszczędnie ją dozuje. Film raczej jest pełen codziennych dźwięków – szum wody z kranu, kroki, stukanie do drzwi, trzepot skrzydeł zabłąkanego gołębia, który wleciał przez okno,

W retrospekcjach widzimy migawki z życia bohaterów. Niektóre sceny dzieją się ni to na jawie, ni we śnie. Czasami George widzi żonę grającą w domu na fortepianie, a okazuje się, że słucha muzyki z płyty.

Reżyser Michael Haneke doskonale wybrał aktorów. Są okrutnie prawdziwi – bez widocznego makijażu, z czerwonymi obwódkami wokół oczu, plamami na dłoniach, zmarszczkami.

Jest to też film o eutanazji – ale nie zdradzę dlaczego.

Człowiek potrafi polecieć i wylądować na Księżycu, klonować zwierzęta, przeszczepić serce ale do tej pory nie poradził sobie ze starością i cierpieniem.

 

 

niedziela, 04 listopada 2012

Łukasz Dębski – Cafe Szafe, Świat Ksiązki 2006 

O autorze: Łukasz Dębski urodził się w 1975 roku. Prozaik, autor książek dla dzieci. Debiutował zbiorem „Wiórki wiewiórki i inne bajki wierszem” (2001). Laureat konkursu „Pisz do Pilcha”. Współwłaściciel kawiarni Cafe Szafe gdzie organizuje imprezy literackie także dla młodego czytelnika. Ojciec dwojga dzieci.

http://www.cafeszafe.com/lukasz-debski/

 WSTĘP: Kawiarnia w Krakowie „to pewny, sympatyczny i w hierarchii towarzyskiej wysoko postawiony interes, którego tutaj po prostu nie sposób spieprzyć”

 O książce:

W Krakowie na Zwierzyńcu, w kamienicy, w której kiedyś mieszkał Karol Wojtyła, codziennie od dziesiątej rano gości zaprasza kawiarnia Cafe Szafe. Trochę intymności zapewniają różnokolorowe szafy, w których umieszczone są krzesła i stoliki.

Kawiarnię odwiedzają niebanalne osoby, każda z nich ma swoje doświadczenia i przeżycia, którymi dzieli się z klientami obecnymi na sali.

 Oto niektóre z nich:

Pan Karol „Nabrał głęboko powietrza i zaczął mówić, a opowieść jego należała do tych, po których krew i limfa odmawiają współpracy”.

Pan Wilk hoduje nietypowe zwierzątka domowe w postaci krokodyla, żmij i węzy oraz karmi gości lokalu opowieściami mrożącymi krew w żyłach o zdobywaniu eksponatów.

Pan Dzielnicowy szlachetny jest nadzwyczaj albowiem deklaruje „Nie biorę łapówek od kobiet, bo w ogóle ich nie karzę ... kobiety, proszę pana, które łamią prawo, to jedyna przyjemność jaka ubarwia moje szare policyjne życie”.

Nie zabrakło też przedstawiciela młodzieży imieniem Łucjusz, był on „...barczysty jak diabli, nieufny jak diabli i nerwowy jak diabli” a w dodatku „zwykł regulowany ustawą obowiązek szkolny traktować niezwykle powściągliwie”.

Pan Mateusz , którego sensem istnienia jest nicnierobienie. Nie miał żadnych pragnień „a jak wiadomo pragnienia to rodzice komplikacji”.

Pan Konstanty i jego żona Róża to połączenie geniusza -nieudacznika i suni z rodowodem.

Z okazji dwulecia istnienia kawiarni towarzystwo postanowiło porwać barkę i zrobić sobie wycieczkę po Wiśle. To nie była udana wycieczka. może dlatego, że reżysera Piwowskiego przy tym nie było.

Ulicami Krakowa snuła się czasem mgła, a kiedy indziej przechadzał  Sławomir Mrożek z jamnikiem lub bez.

Tym opowiadaniom, historyjkom, wynurzeniom zawsze towarzyszy jazz, śpiewają lub grają Ella Fitzgerald, Tom Waits lub John Coltrane.

Podejrzewam, że autor lubi twórczość Jerzego Szaniawskiego, szczególnie opowiadania o profesorze Tutce. Jakie są skutki takiej inspiracji sprawdźcie sami.

 

 

czwartek, 01 listopada 2012

Philip Marsden – „Dom na Kresach. Powrót” Wydawn. W.A.B. 2008

 WSTĘP: „Historia jest jak zając przyczajony pod miedzą”

 O autorze:

Philip Marsden urodził się11 maja 1961 roku w angielskim Bristolu. Pisarz, podróżnik, członek brytyjskiego „Royal Society of Literature”, laureat prestiżowej nagrody „Somerset Maugham Award” (1994). Wydał też eseje i reportaże o Etiopii i Rosji. Jego książki są tłumaczone na wiele języków. Mieszka w Kornwalii.

 O książce:

Na spotkaniach autorskich czytelnicy często pytają pisarza skąd berze pomysły na książkę. „Dom na Kresach” to opowieść zrodzona z przypadkowego spotkania Marsdena chłopca i czterdzieści lat starszej od niego Zofii Ilińskiej. Poetki i właścicielki pensjonatu w Kornwalii. Zofia opowiadała Philipowi i jego bratu wspaniałe polskie historie.

„Mówiła o życiu we wschodniej Polsce – o wsiach, polowaniach na wilki, ludziach silniejszych od życia”.

Dorosły Philip przeniósł się z Londynu do Kornwalii i zaprzyjaźnił z siedemdziesięcioletnią Zofią. Wynikły z tego dwie podróże w jakie oboje się udali – na Białoruś, w rodzinne strony Zofii.

Autor przeczytał też dzienniki, listy i opowiadania matki Zofii – Heleny O`Breifne. „Zamglony świat przedwojennej przeszłości Zofii ożywał. Stara Europa została schwytana jak mucha i zatrzaśnięta pomiędzy pożółkłymi kartkami”.

Ta ksiązka to nostalgiczna opowieść o losach matki i córki na polskich kresach wschodnich. A nie były one łatwe.

W chwili wybuchu I wojny światowej Helena miała 17 lat i wraz z rodziną uciekała przed Niemcami. Siedemnastoletnia Zofia gdy wybucha II wojna wraz z rodziną opuszcza Polskę uciekając przed Rosjanami.

„Spalcie gniazda a ptaki nie powrócą” powiedział Lenin.

Najszczęśliwsze, choć bardzo pracowite, lata Helena spędziła w majątku Mantuszki na Niemnem. Urodziła troje dzieci, zarządzała dobrami, bo mąż pracował poza domem jako sędzia. Założyła tam m.in. lecznicę, dla okolicznej ludności, do której co miesiąc przychodziła pani Kasia z kotem prosząc, aby Helena wyleczyła go z okrutnie ponurego usposobienia.

Powrót Zofii w rodzinne strony po 52. latach jest dla niej szokiem. Nie ma już tego świata, domu i ludzi. Tylko Niemen się nie zmienił ale nie wchodzi się dwa razy do tej samej wody.

„Dom na Kresach” to także książka o wygnaniu  - z ojczyzny, domu i życia, które każdy z nas chciałby mieć dostatnie i spokojne. Jednak dzięki politykom żądnym władzy a bankierom pieniędzy kolejne pokolenia mają traumatyczne doświadczenia.

O autorze
Tagi
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Dodatki na bloga
”znaczek