O mnie, o książkach, filmach, wystawach, kolażach i dress-party z poczuciem humoru, niekiedy sarkastycznie a nawet złośliwie.
czwartek, 28 listopada 2013

Ewa Stachniak – Ogród Afrodyty, Wydawn. Świat Książki 2007

WSTĘP: Czas jest złodziejem, który kradnie życie, chwila po chwili

O autorce:

Ewa Stachniak urodziła się w 1952 roku we Wrocławiu. Tutaj ukończyła anglistykę na Uniwersytecie Wrocławskim a potem wykładała w latach 1975-1981. W 1981 roku wyjechała do Kanady na stypendium i tam pozostała. Obroniła pracę doktorską na temat Stefana Themersona w 1988 roku. Pierwsze opowiadania opublikowała w kanadyjskich magazynach literackich. Za powieść „Konieczne kłamstwa” w 2000 roku otrzymała nagrodę za najlepszy debiut.

W latach 1988-2008 wykładała komunikację interkulturową w Sheridan College.

„Ogród Afrodyty” jest jej drugą powieścią. Poza tym napisała „Dysonans” i „Katarzyna Wielka”.

O książce:

Nazywano ja „Piękna Bitynka”. Zofia Glavani urodziła się w 1760 roku.

Poznawanie jej życia zaczynamy od 1822 roku gdy ciężko chora wraz z córką Olgą i służbą jedzie do Spa na operację. Zatrzymuje się w Berlinie – podróż z Petersburga trwała 3 miesiące, 3 dni i 5 godzin. Pomocy medycznej udzielają jej  dwaj lekarze Polak i Francuz, a krewna męża Rozalia opiekuje się hrabiną w dzień i w nocy.

To już ostatnie dni Zofii Potockiej. Życie jakie nie zdarza się często. „Wykorzystała dary, które otrzymała od Boga. I wykorzystała je dobrze”.

Największym darem była uroda. Nie mniej ważnym umiejętność manipulowania. Choć sparzyła się kilka razy jednak osiągnęła to co chciała – pozycję majątkową i towarzyską.

Początek był żałosny – matka sprzedała ją tureckiej księżniczce – lesbijce. Uciekła, bo nie był to szczyt jej marzeń. Potem było w jej życiu wielu mężczyzn między innymi polski król. „Dlaczego tylko mężczyźni mają prawo do przyjemności?” zadawała sobie to pytanie.

Lubiła klejnoty, drogie suknie i uwielbienie mężczyzn. Była przewidującą matką, rozporządziła swoim majątkiem w taki sposób,  że „Jej córki nie muszą nikogo zadowalać”. Ona musiała. Dała córkom wolność. Różnie z niej skorzystały.

Książka została napisana w Kanadzie w języku angielskim. Autorka za pomocą autentycznych i fikcyjnych postaci zapoznaje czytelnika z historią Polski tamtego okresu.

Postępowy ojciec Rozalii mówił: „Gdy ludzie żyją w niewoli, córeczko, rodzi się w nich nienawiść i skłonność do grzechu”.

Lekarze Bolecki i Lefleur walczyli w armii Napoleona.

Przy okazji poznajemy medycynę XVIII wieku – pijawki, czerwone wino, operacje bez narkozy. Na bóle reumatyczne stosowano środki przeczyszczające.

Warto przeczytać tę powieść, autentyczna niebanalna bohaterka na tle burzliwej historii – czegóż trzeba więcej. Polecam.

 

wtorek, 26 listopada 2013

To moje drugie opowiadanie z cyklu "Specjały Nadodrza i okolic"

„Ciasto miodem smakujące”

Mirka nakryła długi stół białymi serwetami, na środku stawiając flakoniki z kwiatkami. Odpakowała przyniesione ciasto i pokroiła w nieduże kawałki.

Weszła Bożena, zdjęła płaszcz, powiesiła go i przeszła do części kuchennej Infopunktu. Włączyła czajnik, przeniosła filiżanki i spodeczki z suszarki na blat lady. Dodała łyżeczki i cukierniczkę. Z lodówki wyjęła mleko.

Mirka dostawiła dwa dzbanki – jeden na kawę, drugi na herbatę.

Goście czwartkowej kawiarenki schodzili się powoli.

Kazimierz siedział pod oknem i czytał gazetę dla seniorów.

Na parapetach, stolikach i w gablotach stały, a na ścianach wisiały eksponaty wystawy „Nadodrze z pamięci” zrealizowanej przez Romana Płatka.

Otworzyły się drzwi, weszła Aniela i Kasia z Tosią. Zapachniało chlebem.

- Mamy świeży chleb i smalec, kto chętny? – zapytała Kasia.

- To ja pokroję – powiedziała Ania.

- A ja posmaruję – podniosła się z krzesła Irena.

- Ja zapraszam na upieczone przeze mnie ciasto prosto z ula powiedziała Mirka.

- A dlaczego z ula? – zapytała zawsze ciekawa Tosia.

- Bo jest w nim miód – odpowiedziała Aniela.

- A gdzie był ul?

- W pasiece.

- A co to jest pasiece?

- Pasieka to takie osiedle małych domów dla pszczółek.

- Mieszkają i w słoiczkach miodek mają?

Wszyscy zebrani roześmiali się.

- Nie, pszczółki robią miód i chowają go w plastrach.

- Takich na rozbite kolano?

- Nie, w zupełnie innych. Widzę, że musimy kupić książeczkę o pszczółkach – powiedziała Kasia.

- A kiedy?

- To może jutro, po przedszkolu – dobrze?

- Dobrze, to poproszę teraz chlebka i miodowego ciasta. Ale małe kawałki – zarządziła Tosia rozsiadając się za stołem.

Mirka i Bożena postawiły na stole napoje, Aniela filiżanki, Kasia dzbanki, Ania chleb, a Irena ciasto.

Kazimierz zdjął okulary, schował do kieszeni, odłożył  gazetę i usiadła stołem.

Za chwilę dołączyli  Romek, Zbyszek i Basia częstując się czym kawiarenka bogata.

MIODOWNIK MIRKI – przepis

Składniki:  (na mały placek)

Ciasto: 1 szklanka mąki przesianej przez sito, 2 łyżki miodu, ¼ kostki masła, pół łyżeczki sody oczyszczonej, 1 jajko

Krem budyniowy: budyń śmietankowy, ¾ kostki masła

Poza tym: gorzka czekolada, garść orzechów włoskich, 2 łyżki miodu, 2 łyżki cukru

Wykonanie:

Ciasto – miód i masło rozpuścić razem w garnku, wystudzić dodać do mąki z sodą i jajkiem, wymieszać, upiec, nasączyć wodą z cytryną lub z lekkim alkoholem

Krem: budyń ugotować wg przepisu, po wystudzeniu zmiksować z masłem

Orzechy włoskie pokroić, rozpuścić miód z cukrem, wsypać orzechy, skarmelizować,

Rozpuścić pół tabliczki czekolady

Na ciasto nałożyć masę budyniową, posypać orzechami, i polać  płynną czekoladą

 

 

 

sobota, 23 listopada 2013

 U Ani spotykamy się dwa razy w roku. Dwa duże połączone drzwiami pokoje, rozsuwany poniemiecki stół, wiele kwiatów na parapetach i poza, pianino a nad nim drzewo genealogiczne, które Ania sama opracowała i namalowała. W takim anturażu działamy - rozmawiamy, wymieniamy, pijemy kawę, herbatę, pogryzamy co przyniosłyśmy.

Z M. konwersowałam jak ważna jest samoakceptacja bez egocentryzmu. Z E. o dolegliwościach i lekach. Z Ma. o zwierzątkach i mojej niechęci do czarnego koloru. Z R. o oczekiwaniu na jej kolejne wnuczę. Próbowałam K. namowić na coś ale odporna była, choć nie do końca. Z I. o trudnościach na rynku pracy.

można się było ozdobić

powiesić i położyć bizuterię na kaktusach - istny Meksyk się nam zrobił :)

zaopatrzyć się w serwetki z zimowymi wzorami

a na koniec wejść do wc gdzie nietoperze sobie wiszą, panowie podobno narzekają, że się gapią na nich w trakcie korzystania :)

czwartek, 21 listopada 2013

 Wczoraj byłam w SKIBA (Państw. Pomaturalne Studium Kształcenia Animatorów Kultury i Bibliotekarzy) na zajęciach w ramach "Studium 3.wieku" jakie tam niedawno powołano. Przybyło dwadzieścia kilka osób, w tym trzech panów. Zajęcia nazywały się "Radości codziennego życia", przypominaliśmy sobie swoje dzieciństwo (ulubione miejsce, ubranie), pisaliśmy sobie nawzajem na plecach coś miłego, w parach zgadywaliśmy zmianę drobną w wyglądzie lub z zamkniętymi oczami opisywaliśmy sasiadkę (ada), wspólnie rysowaliśmy "Plampacza" :), stwór to z kosmosu dziwnie wyglądający, Rysowaliśmy samych siebie i po tym inni mieli nas rozpoznać oraz po wymienionych zainteresowaniach. Od razu zgadłam kto jest na wylosowanej kartce opisany :). Moja bystrość zwaliła mnie z nóg, ale nie dosłownie :) :) tymbardziej, że nie znam tej osoby.

Następne spotkania 4 i 11 grudnia.

Dzisiaj było za to coś dla brzucha czyli wybór deseru - specjału Nadodrza. Kilka osób upiekło ciasta a ja kupiłam różne owoce i zrobiłam sałatkę.

Wygrało ciasto Basi "Jabłka pod pierzynką". Tak zrobiłam zdjęcia, że nie bardzo je widać :(.

tu wkładało się wypełnione karteczki - głosy

tak wyglądał stół, można było jeść ile się chciało

a tak mój deser

Nie zostalam na koncercie mis tybetańskich, bo Misia urządziła mi nocny koncert w postaci dłuuugiego zasypywania odchodów ze szczególnym uwzględnieniem drapania wanny obok ktorej stoi kuweta, chata mała, cisza nocna więc wszystko słychać świetnie a nawet bardziej. Przegoniłam ją wreszcie. Umościłam się na tapczanie, ledwie zasnęłam jak obudzil mnie stukot. Misia bawiła się metalową miseczką. Stukało nieźle. Krzyknęłam, przestała. Przewróciłam się na drugi bok, już, już Morfeusz mnie objął a tu znowu stukot. Wstałam wkurzona i wstawiłam miseczkę do zlewu. Misia zamiauczala nader zdziwiona. Przecież tak dobrze się bawiła! Denerwująca potrafi być nader. A ja niewyspana.

A oto przepis na wyżej pokazany deser:

 

DESER OWOCOWY:

 

Składniki:

 

różne owoce (brzoskwinie, banany, jabłka, pomarańcze, różowe grapefruity, winogrona, truskawki, gruszki, ananasy, mango – do wyboru), umyte, obrane, z wyjętymi pestkami, pokrojone w kostkę, rozłożyć do miseczek, posypać bakaliami różnymi (rodzynki, płatki migdałowe, pokrojone figi, daktyle, suszone morele, orzechy włoskie)

 

wersja dla dorosłych: polać alkoholem

 

wersja dla dzieci i abstynentów: polać słodkim sokiem

poniedziałek, 18 listopada 2013

„Papusza” scenariusz i reżyseria Joanna Kos-Krauze, Krzysztof Krauze

Wstęp:

Niekiedy talent staje się przekleństwem, szczególnie gdy osoba nim obdarzona żyje w środowisku ludzi nie umiejących czytać i pisać.

O filmie:

Życie Papuszy czyli Bronisławy Wajs (Jowita Budnik) naznaczone było ciągiem nieszczęść.

Po pierwsze: urodziła się Romką. Okoliczności zostały pokazane w filmie.

Po drugie: ojciec dosłownie sprzedał ją swojemu, o 25 lat starszemu od córki, bratu Dionizemu (Zbigniew Waleryś), dla mnie to porażająca scena.

Po trzecie: Mąż był harfistą, gwałtownikiem i pijakiem.

Po czwarte: Coś jej w duszy grało i wiersze podpowiadało.

Po piąte: Postanowiła nauczyć się czytać i pisać. W jaki sposób? Wyjaśnienie w filmie.

Po szóste: Nie miała dzieci, a przybrany syn nie był udany.

Po siódme: Przez dwa lata z taborem wędrował pisarz Jerzy Ficowski (Antoni Pawlicki), który zauważył jej talent i namówił do zapisywania wierszy.

Po siódme: Jej poezją zainteresował się Julian Tuwim

Po ósme: Ficowski napisał i opublikował książkę „Cyganie polscy”

Po dziewiąte: jej wrażliwość nie wytrzymała skutków tego co powyżej.

Para reżyserów prowadzi nas przez życie Broni-Papuszy-Lalki nielinearnie. Film rozpoczyna się w 1971 roku, gdy urzędniczka ministerstwa wyciąga bohaterkę z więzienia gdzie odsiaduje kolejny wyrok. Tym razem za kradzież kury. Następnie jest 1949 rok gdy Ficowski przyjeżdża do obozowiska. I przeskok do urodzin poetki. Powrót do 1949. Cofnięcie do jej narodzin. Druga wojna światowa. Próby władz PRL-u zapanowania nad tym ludzkim żywiołem. Do dzisiaj się to nie udało.

 Dla mnie to film o braku wolności, możliwości samorealizacji, niemożności wyrwania się z opresyjnej sytuacji.

Film jest czarno-biały. Dzięki temu krajobrazy na trasie taborów są piękne choć surowe. Na końcu napisów podano, że żadne zwierzę nie ucierpiało w trakcie realizacji filmu. To ważne.

Oto fragment wiersza Papuszy:

JUŻ MOJA NOGA NIE POSTANIE,
GDZIE NIEGDYŚ JEŻDZILI CYGANIE


Ach, ludzie, chcielibyście poznać nasze życie,
prawdziwe o Cyganach wieści?
Ja wiem, że mi nie uwierzycie,
ale proszę – wysłuchajcie pieśni
i wierzcie, żem w niej ani słowa nie skłamała.

Śpiewam, jak kiedyś z dziećmi matka biedowała.
Nie pójdę już do czarnych lasów,
wierzcie mi – niechaj zginę! –
gdzie wędrowali kiedyś Cyganie.
Bo ta droga – przeklęta!
Tam rosły biedne Cyganięta.
Gdzie ja bywałam – nie powiem.
Tam rosłam, tam się urodziłam.
Na stare lata
rozumu się nauczyłam.

sobota, 16 listopada 2013

 Od najblizszego poniedziałku w Infopunkcie ul. Łokietka 5 (parter) studenci SKIBY (Państwowe Pomaturalne Studium Animatorów Kultury i Bibliotekarzy) będą prowadzić warszaty z dziećmi. Motywem przewodnim są książki dla dzieci wydawane w różnych latach, pokazane na wystawie "Bajkowy Most Pokoleniowy" a pochodzące z zasobów "Biblioteki Sasiedzkiej" też mieszczącej się w Infopunkcie.

Do Infopunktu zapraszamy także w czwartek 21 listopada o godz. 15.W mieszczącej się tam "Kawiarence społecznej" będziemy wybierać najlepsze przepisy kulinarne, które staną się specjałami Nadodrza. Prosimy o przyniesienie ze sobą sprawdzonych przepisów na piśmie lub w głowie.

O godz. 18 odbędzie się tam koncert wykonany na misach tybetanskich.

środa, 13 listopada 2013

 Gdyby nie psujące się rzeczy i nasze organizmy oraz fachowcy życie byłoby piękne. Niestety nie jest.

Od początku sezonu grzewczego kaloryfer w mojej łazience nie grzeje. Interweniowałam w spółdzielni. Za pierwszym razem usłyszałam, że na dworze ciepło, czujnik nastawiony na 14 stopni, więc wszystko jest ok. Przeczekałam ocieplenie i zadzwoniłam ponownie. Sąsiadka też. Przyszedł hydraulik. Odpowietrzył. U sąsiadki zadziałało. U mnie nie, ale znowu się ociepliło. Przeczekałam. Temperatura spadła. Zadzwoniłam. Hydraulik przyszedł, coś przy rurach podziubał przy użyciu rurki od prysznica i orzekł, że należy odkręcić zawór w piwnicy. Inny spec za godzinę ma przyjść i odkręcić. Rury nadal były zimne.  Zadzwoniłam wczoraj, że jeśli do jutra nie zadziałają skutecznie to przyjdę z pismem i awanturą. Za pół godziny przyszedł hydraulik i orzekł, że trzeba będzie zdemontować (zdemolować?) zawory mojego kaloryfera, przodującej myśli technicznej z końca lat pięćdziesiątych XX wieku. Już sobie wyobraziłam tę rujnację i narzekania hydraulika bo bardzo lubi. Bardziej niż fachową robotę, bo montując z powrotem prysznic nie dokręcił co trzeba i sikało po całości czyli też z boków. Zapowiedział się na dzisiaj po godz. 10-tej.

Umówiłam się też z mężem koleżanki, nie w celach romansowych, tylko naprawczych, też hydraulicznych. Dolnopłuk sikał nieprzerwanie do muszli (pęcherz widocznie mu się zepsował) i zacinał się kurek baterii. Fuszera ze spółdzielni już nigdy o płatną naprawę nie poproszę, bo coś kiedyś skiepścił. Znajomy miał przyjść po siódmej rano, bo tak kończy pracę ale nie było go i nie było. Zadzwoniłam - okazało się, że źle wpisalam numer w komórkę. Zadzwoniłam do koleżanki, podała prawidłowy. Ponownie wykonuję połączenie. Znajomy przyjdzie zaraz tylko zobaczy od której jest czynny sklep z częściami zamiennymi do ustrojstw wodnych. Zdążyłam się umyć.

Przyszedł. Po oględzinach okazało się, że wymiana części jest konieczna. Czekamy więc do godziny otwarcia sklepu na moim osiedlu. Po powrocie dostaję rachunek - za trzy części zamienne 29,- zł, za nowa baterię podobną do tej jaką mam musialabym zaplacić 290.- zł.

W trakcie wymiany dzwonek domofonu, melduje się o 9,30 hydraulik ze spółdzielni. No, już sobie wyobraziłam jego puszystego jak współpracuje wespół w zespół ze znajomym w tym malutkim pomieszczeniu. Czekam aż sapiąc wtoczy się na to czwarte pietro ale ani widu. Po jakimś czasie raczej słychu w postaci stukania i pukania w rurach niosącego się od dołu. Widocznie zrobił konsultację, dowiedział się co ma robić i obeszło się bez ruiny.

Znajomemu idzie sprawnie. Dzwoni fuszer, mam dotknąć rur, czy ciepłe. Są cztery. Te po prawej tak, po lewej ledwo ledwo. Tak ma być - usłyszałam.

I czy nie można było zadzialać tak skutecznie od razu zamiast wciskać mi ciemnotę o czujnikach?

Od powrotu ze szpitala pokasłuję, Niby nie jestem przeziębiona, gardło mnie nie boli ale kaszlę. Podejrzewam, że to skutek rury wydechowej jaką zamontowano mi w czasie operacji. Jakieś uczulenie, podrażnienie, diabli wiedzą co. Ssałam tabletki - bez skutku. Nadal mam ssać? W końcu ssakiem jestem :)

 

 

 

 

piątek, 08 listopada 2013

 Napisałam cztery krotkie opowiadania, cykl nazwałam "Specjały Nadodrza i okolic".

Oto pierwsze, zawiera przepis, który już tutaj podawałam:

        „To ci pasztet”      

- Mamo, mamo – Kasia usłyszała wołanie z podwórka. Poprawiając kosmyk rudych włosów wyjrzała przez okno. Przy piaskownicy kucały dzieci sąsiadów kłócąc się o coś.

- Mamo, a oni mówią, że pasztet kupuje się w sklepie, a nie robi w domu!

Zamknięta prostokątna przestrzeń  budynków położonych przy ulicach Nadodrza: Paulińskiej, Rydygiera, Kazimierza Jagiellończyka i Bolesława Chrobrego doskonale niosła głos dziewczynki. Tosia stała z podniesioną główką, w rozpiętej kurteczce, opadającej podkolanówce i  z rozplecionym warkoczykiem.

W  budynkach otworzyło się parę okien.

- Tym ze sklepu najwyżej można sobie zepsuć żołądek – powiedziała starsza pani z kotem w objęciach.

- W kupnych są zmielone, niedokładnie umyte kości, oczy, jelita, racice i ogony z włosami– dodała ostro umalowana kobieta koło czterdziestki, jak widać bardzo dobrze poinformowana.

- I pełno wypełniaczy, dobrze jeśli to tylko kasza manna – dobiegło z sąsiedniego bloku.

- Najwięcej w nich jest chemii, polepszaczy i konserwantów – przyłączyła się do dyskusji nastolatką idąca z kubłem w stronę  pojemników na śmieci.

Dziewczynka stała pod oknem, w jednej ręce trzymała wiadereczko, w drugiej łopatkę.

- Mamo, a z piasku można zrobić pasztet? – zapytała.

- Można córeczko, ale będzie taki sam pyszny jak te ze sklepu.

- Ale chyba nie wszystkie są takie paskudne? – zapytała studentka wynajmująca pokój w mieszkaniu na parterze. Ja mam jeden taki ulubiony, kupuję go na wagę w sklepie mięsnym.

- Dziecko, młoda jesteś, zdrowa to nic nie czujesz ale za parę lat zaczniesz świecić – stwierdziła siedząca na ławce babcia jednego z bawiących się chłopców. Przysłuchiwała się rozmowie jednocześnie dziergając sweter dla wnuka.

- Dlaczego świecić? – zdziwiła się studentka.

- Bo to wiadomo, tak naprawdę, co do tej masy dodają? Ale na pewno nic dobrego i zdrowego.

- Byle tylko zarobić na klientach.

- Sztuczne zapachy i smaki wsypują do wszystkiego.

Wymiana informacji zataczała coraz większy krąg.

- Ale ja nie mam czasu na gotowanie i pieczenie – dołączyła się Barbara elegancka bizneswoman, wyjmująca z bagażnika samochodu  reklamówki pełne zakupów, głównie gotowych dań – pizzy, pierogów, bigosu, kotletów w panierce, słoików z klopsikami, sałatek warzywnych i białego pieczywa.

- O, widzę całą tablicę Mendelejewa w pani siatkach. Nie lepiej to zjeść mniej a zdrowo? I te reklamówki. Wie pani, że one zatruwają środowisko, bo nigdy się nie rozpuszczają? Lepiej używać siatek uszytych z materiału.

- Nie mam czasu biegać po sklepach i szukać takich, ja ciężko pracuję – oburzyła się kobieta.

Zamknęła auto, zabrała siatki i poszła do swojej bramy. W tej chwili stanęła w niej sąsiadka właścicielka kota.

- Proszę, tu jest torba na zakupy. Sama ją uszyłam.

- Ja tego nie potrzebuję – obruszyła się Barbara.

- Ale środowisko potrzebuje. Torba jest duża, trwała, z grubego materiału, ma podszewkę i kieszonkę na zewnątrz, będzie pani tam mogła włożyć spis zakupów. Jak się podniszczy to ją pani naprawię lub sprzedam następną. Dziesięć złotych się należy.

Zaskoczona kobieta wyciągnęła portmonetkę i dała dwadzieścia złotych.

- To poproszę od razu dwie, będę miała na zapas.

- I słusznie, jak jedną pani wypierze to drugą będzie używać.

Z okien rozległy się oklaski i głosy:

- A ma pani jeszcze te torby, bo ja bym kupiła.

- I ja, i ja, i ja.                                    

- Spokojnie – dla wszystkich starczy. Uszyję więcej. A do każdej torby prezent gratis – mój przepis na pasztet drobiowy. Mogę go też upiec na zamówienie.

PASZTET DROBIOWY

Składniki:

30 dag serc drobiowych

30 dag żołądków drobiowych

30 dag mięsa drobiowego ze skórką (nie pierś)

20 dag wątróbki drobiowej

1 mała bułka

1 mała marchewka,

1 mała pietruszka

kawałek selera

mała cebula

szklanka mleka lub wody

20 dag tłustego boczku w plasterkach

2 jajka

sól, pieprz

Wykonanie:

Mięso, jarzyny, cebulę z przyprawami dusimy do miękkości dodając wody, aby się nie przypaliło.

Do mleka (wody) wkładamy bułkę, aby całkowicie nasiąkła.

Uduszone składniki po wystygnięciu mielimy, dodajemy odciśniętą bułkę i jajka. Dokładnie mieszamy. Dwie keksowe lub jedną płaską foremkę dokładnie wykładamy boczkiem i wylewamy masę. Wyrównujemy i polewamy olejem rozprowadzając go na powierzchni. Wkładamy do gorącego ok. 200 st. C piekarnika, pieczemy 50 minut do godziny, temperatura ma powoli wzrastać.

 

 

 

wtorek, 05 listopada 2013

 W piwnicznej izbie Jaś nie doczekał a mnie się udało. :)

W gardle mnie drapie jakieś coś wredne, wczoraj więc poszłam do apteki i poprosiłam o specyfik. Farmaceutka poleciła tabletki z olejkiem sosnowym i teraz ssę oraz lasem pachnę. W mięsnym miałam przerąbane ... skrzydło indyka, bo duże było. Swoją drogą co hodowcy robią z koralami indyczymi? Suszą i nanizają, a potem na jarmarkach sprzedają?

Wczoraj też zadzwoniłam do szpitala - jest już wypis i wynik badania histopatologicznego. To dzisiaj się tam wybrałam. Zagwozdka logistyczna polega na tym, że wypis można pobrać na oddziale w godz. 13-14, a wynik w przychodni ginekologicznej (teren szpitala) w godz. 8-13. A wynik można odebrać tylko mając ze sobą wypis. Fajnie - prawda? NFZ ma do perfekcji opanowane robienie wody z mózgu pacjenta. Ratuje nas brak stosowania się do niektórych przepisów. Wypis dostałam o 12,20.

Rozzuchwalona powodzeniem, przekonana, że tak samo będzie z otrzymaniem wyniku badania powędrowałam na poszukiwanie przychodni. I poczulam się jak Alicja w krainie nieprzyjemnych czarów. Jak na najniższym poziomie są dość dobre oznaczenia i strzałki, tak im wyżej tym gorzej. Dobrze, że pracownicy są kumaci i pomocni. Jak już dopukałam się do odpowiednich ale zamkniętych drzwi to okazało się, że muszę się najpierw zarejestrować. Czyli stanąć w długaśnej kolejce. Mogłam jeszcze zemdleć lub puścić pawia. Najlepiej odwrotnie i w gabinecie biurokraty, który to wszystko wymyślił.

Na szczęście pani z przychodni przyszła do kłębiącego się przed rejestracją tłumu, wywołała kobiety stojące po wyniki i cztery z nas ustawiła przed drzwiami przychodni. Tylko dlatego, że miałaby jakieś biurokracje dodatkowe do wykonania, a nie z miłości do bliźniej swej. Jakby nie było - wynik pozytywny otrzymałam, skorupiak ze szczypcami się we mnie nie zagnieździł.

Na przystanku spotkałam swoją byłą czytelniczkę, która z rozrzewnieniem wspominała bibliotekę przy ul. Galla Anonima. Już jej nie ma, a w niedługim czasie kolejne zostaną połączone i przeniesione do nieudanego budynku o nazwie "Grafit" przy ul. Jedności Narodowej. Miały tam być stoiska handlowców ze zlikwidowanego targowiska na placu Grunwaldzkim co okazało się kompletną klapą. I duża część budynku stoi pusta. Jeśli powstanie kolejna biblioteka z nieprzyjaznym industrialnym wystrojem jak Mediateka lub wnętrzem z cyklu "szalony plastyk zaprojektował" to cel zostanie osiągnięty - czytelnicy zostaną odstraszeni.

 

 

niedziela, 03 listopada 2013

Mary Stewart – Szkoła jeździecka, Wydawn. Bertelsman 2001

WSTĘP: „W każdą troskę co w nas siedzi uwikłani są faceci”

O autorce:

Mary Florence Elinor Stewart z domu Rainbow urodziła się 17 września 1916 roku, w Sunserland (Anglia). Najbardziej znana jest serii książek o Merlinie i królu Arturze.

Autorka wielu powieści obyczajowo-kryminalnych: „Powiedz choć słówko”, „Ogary Gabriela”, „Ognie o północy”, „Prządki księżycowe”.

Napisała też książkę dla dzieci pt. „Nie drażnij kota” i poezje.

O książce:

Powieść rozpoczyna spotkanie bohaterki z niejaką Carmel, która w każdym wypowiedzianym zdaniu mówi trzy głupstwa. Co ma ten skutek, że Vanessa March, z zawodu weterynarz, leci z nastoletnim Tomem do Austrii. Ona, aby sprawdzić, czy widziany w kronice, u boku młodej pięknej kobiety, mąż ją zdradza. Tom, aby spotkać się z ojcem i pracować w Hiszpańskiej Szkole Jazdy.

Docierają do miasteczka w którym cyrk rozbił swój namiot. Pojawia się tajemniczy pan Elliot, a Vanessa operuje starego konia wabiącego się Srokacz.

Przy okazji czytelnik dowiaduje się, że po kucach walijskich nie widać starości i skąd pochodzą konie rasy lipican.

Kryminalną zagadką jest śmierć dwóch mężczyzn w trakcie pożaru cyrku. Kim byli i dlaczego zginęli?

Niestety przez większość książki akcja wlecze się jak polska kolej i przemówienie zachwyconego sobą polityka. Nawet biorąc pod uwagę, że książkę napisano w 1965 roku gdy nie było telefonów komórkowych i komputerów, a świat nie zwariował w pośpiechu. Natomiast opisy pięknych austriackich okoliczności przyrody jakoś mnie nie zachwyciły.

Już, już miałam przerwać czytanie ale cierpliwość ma została nagrodzona. Zaczęło się coś dziać. Po dachu hotelu w zamku ściga bohaterkę kruczoczarny przestępca nader wygimnastykowany. Tim zaklinowuje sobie nogę na torach kolejki zębatej. Oboje są jak „Dwie sieroty w szalejącej burzy”. Dzieje się.

Momentami autorka wykazuje się, nie wiem czy zamierzonym, poczuciem humoru, oto przykłady:

„Wyglądasz jakbyś chciała mnie obdarzyć złotem i kadzidłem”

„Na południu i na zachodzie ciągnęły się roześmiane łąki”

„Drewniana furtka zgrzytnęła ironicznie”

Każdy rozdział książki ma swoje motto, np.: „Widzę, ze ten pan nie jest u pani dobrze zapisany”.

Przestępca oczywiście został schwytany i w rejestrach policji niepochlebnie zapisany. Czego życzę wszystkim złoczyńcom.

A Państwu miłej lektury.

 

 

O autorze
Tagi
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Dodatki na bloga
”znaczek