O mnie, o książkach, filmach, wystawach, kolażach i dress-party z poczuciem humoru, niekiedy sarkastycznie a nawet złośliwie.
niedziela, 30 listopada 2014

Guillaume Musso ? Telefon od anioła

Wstęp: "Na brzegu jest bezpiecznie ale ja lubię walczyć z falami" Emily Dickinson

O autorze:

Guillaume Musso urodził się w 1974 roku w Antibes.

Z wykształcenia ekonomista, tytuł licencjata otrzymał na uniwersytecie w Nicei, studia kontynuował w Montpellier. Z zawodu nauczyciel, przez kilka lat nauczał w liceum w Lotaryngii. Pracował także na uniwersytecie w Nancy.

W 2001 roku wydał swoją pierwszą powieść pt:"Skidamarink".

Jego druga powieść z 2004 roku ?Potem? sprzedała się we Francji w ponad pół milion egzemplarzy i została przetłumaczona na 24 języki. Prawa do jej ekranizacji wykupiła wytwórnia Fidélité Productions i powstał film Z Johnem Malkovichem, którego premiera odbyła się w 2008 roku.

Napisał dziesięć powieści sprzedanych w 13. Milionach egzemplarzy i przetłumaczonych na 35 języków.

W 2012 roku został wyróżniony Orderem Sztuki i Literatury.

O książce:

Tytuł i okładka sugerują, że będzie to romantyczna opowieść o miłości aż po grób i nawet dalej.

I rzeczywiście wszystko przez 130 stron na to wskazuje.

Ona to Madleine Greene jasnowłosa paryska kwiaciarka. On Jonathan Lempereur amerykański kucharz. Przypadkiem na lotnisku zamieniają się telefonami komórkowymi. Powinni byli je sobie odesłać i po sprawie.

Ale ciekawość zwyciężyła a im dalej w las tym więcej tajemnic. Szczególnie zawartość telefonu Madleine okazuje się fascynująca. A i Jonathan nie ma nudnej przeszłości.

Madleine jeździ żółtym motorem, a Jonathan ma 60-letnią gadająca papugę imieniem Borys.

Pierwsza część książki zapowiada kulinarno-florystyczny romans i już prawie zasypiałam czytając ją aż tu nagle zaczęło się coś dziać.

Tak więc mamy zawodową, zupełnie inną, przeszłość bohaterki. I to nie w Paryżu. Serce w pudełku przesłane policji. Zaginioną czternastolatkę. Porwanie, pogryzienie przez psy, burzę śnieżną, mafię, gangstera, podwójną agentkę, podwójne tożsamości i kilka cytatów wartych zapamiętania.

"Kto nurza ręce we krwi, będzie je mył we łzach".

"Z wszelkiego zła najgorsze jest to, które uczyniliśmy sobie samym" Sofokles

"Człowiek jest tym co ukrywa: kupką nędznych sekretów" Andre Malraux

Autor wystawia cierpliwość czytelnika na wielką próbę, najpierw obiecując romans międzykontynentalny, a potem tak motając akcję, że brwi i rzęsy nam siwieją w oczekiwaniu na rozwiązanie zagadki i happy end.

To powieść tylko dla odpornych czytelników.

 

 

 

 

poniedziałek, 24 listopada 2014

 

Przed wyjściem z domu włożyłam półbuty, których nie nosiłam co najmniej dwa sezony. Idąc po schodach zauważyłam, że jakby coś nierówno mam i to nie pod sufitem ale na stopach. Ale pomyślałam, że buty się zdefasonowały troszkę od nienoszena. Poszłam do prywatnej piekarni (ul. Barlickiego)i wychodząc z niej zauważyłam, że nie mam jednego obcasa (niskiego). Popatrzyłam na drugi - jakby nadgryziony. O, niedobrze - pomyślałam, czyżby zadzialało UFO jakieś żywiące się tworzywem z którego je zrobiono?
W punkcie ksero (u zbiegu ulic Barlickiego i Kluczborskiej) odebrałam zostawiony w piątek dodatek do gazety i oderwałam drugi obcas, aby nie kuśtykać jak Kusy z serialu "Ranczo".

Nie padało, więc szło mi się dobrze.
Byłam w SKIBIE (ul. Niemcewicza 2), w ich teatrze "Zielona latarnia" (taka wisi przy wejściu a obok stoi duży zielony pojemnik). Słuchacze tego Studium robili z kobietami wywiady, zadając kilka pytań każdej z nich np:

 Co pani robi rano po obudzeniu? Ja: wstaję z łózka i daję jeść kotu.

Czym dla pani jest przyjaźń? Ja: wszystkim.

Czy jest pani gotowa rozmawiać o wszystkim z bliskimi osobami: Ja: nie.

Jaki powinien być ideał mężczyzny? Ja: nie ma idealnych mężczyzn.

Co panią inspiruje? Ja: ludzie, ksiązki, zdarzenia.

 


Potem poszłam do Infopunktu (ul. Łokietka 5) gdzie zaniosłam rzeczy na sobotni kiermasz na rzecz domu dziecka. Dostałam od nich plakat o tym zdarzeniu z prośbą, aby zanieść go do biblioteki przy ul. Wyszyńskiego.

Doszłam do pl. Bema, wsiadłam w tramwaj, dojechałam do skrzyżowania ulic Wyszyńskiego i Sienkiewicza.

Wysiadłam bystrze zauważając, że zaczęło padać. A, że oglądałam prognozę pogody w telewizji śniadaniowej to parasol miałam. I nie zawahałam się go użyć.

Plakat zaniosłam i koleżankom opowiedziałam jak profesjonalna inaczej lekarka mnie załatwiła, że się nie mogę pozbierać. Jedna z koleżanek to ta, która poratowała mnie środkami opatrunkowymi gdy w przeddzień porażenia błędnik spowodował, że na ulicy padłam na kolano. Nie było przed kim.
Do domu szłam piechotą i choć na tej samej ulicy to dość daleko jest. A deszcz padał i uszkodzone buty przemakały, przemakały, przemakały coraz bardziej.
A po wejściu do mieszkania nie mogłam znaleźć opaski na głowę, którą na ulicy miałam. Misia miauczy domagając się jedzenia a ja na dół po schodach. Na szczęście musiałam zejść tylko półtora piętra. A porażony nerw nadal mnie pobolewa.

Diabeł stróż kocha mnie i już! :(

 Ufff.....

niedziela, 23 listopada 2014

„Bogowie” reż. Łukasz Palkowski

WSTĘP: „Nie lubię jak ktoś jedzie przede mną” Z. Religa

„Bogowie” to nie tylko biografia ale także dla wielu widzów film historyczny. Jego akcja toczy się w połowie lat osiemdziesiątych XX wieku.

W warszawskim szpitalu pracuje kardiochirurg Zbigniew Religa (Tomasz Kot). Przez dwa lata był na stypendium w USA i teraz chce czegoś więcej niż rutynowych operacji. Przełożony zaś (Jan Englert) jest temu przeciwny.

Dlatego Religa korzysta z propozycji kolegi (Zbigniew Zamachowski) i obejmuje budowaną dopiero klinikę w Zabrzu.

Lata osiemdziesiąte to był czas największego kryzysu gospodarczego w naszym kraju. A na nową klinikę potrzeba było kilku milionów dolarów.

Film jest głęboko osadzony w tamtych realiach – poznajemy machinacje za pomocą których zdobywa się dolary, widzimy typowych robotników co to „czy się stoi, czy się leży”, kawę mieloną zalewaną w szklance wrzątkiem, fiata 125, numery ze zdobywaniem benzyny i wszechobecne palenie papierosów.

Zmagania bohatera z partyjną władzą, co to ma ważniejsze priorytety niż zdrowie obywateli, z biurokracją i niechęcią środowiska, UB i własnym stresem to główny temat filmu.

Pierwsze w Polsce przeszczepy serca zakończyły się śmiercią pacjentów, więc nie brakowało napastliwych listów i telegramów „Panie Religa nie jesteś pan Bogiem” -  stwierdzali ich autorzy.

A przecież „Dobry Bóg zrobił co mógł, teraz potrzeba fachowca”.

Tomasz Kot nie gra postaci bez skazy tylko normalnego człowieka z ogromną pasją zawodową, którego na szczęście wspierają współpracownicy i żona.

Film ma świetne tempo, żadnych dłużyzn, drętwych dialogów na temat misji do spełnienia. Bohaterów poznajemy głównie przez ich działania.

Słusznie jury festiwalu filmowego w Gdyni nagrodziło obraz statuetką Złotego Lwa za najlepszy film roku, najlepszą rolę pierwszoplanową, scenariusz, scenografię i charakteryzację.

Polecać nie muszę.

 

piątek, 21 listopada 2014

 Mailowo zaproponowano mi tutaj komercyjne umieszczanie reklam. Nie mam na to ochoty. Bo na początku bywa miło a potem rosną wymagania i np. będą mieli do mnie pretensje, że za mało osób czyta wpisy lub mam coś zrobić, aby było więcej komentarzy. Przewiduję więcej kłopotów niż korzyści. A może Wy macie jakieś doświadczenia na ten temat?

Na 27.11. wyznaczono mi kolejną wizytę u lekarza rehabilitanta. Czy uzna, że zasługuję na kolejne zabiegi w ramach NFZ? Zobaczymy. Póki co codziennie wykonuję 19 ćwiczeń twarzy, czyli grymasów-wygibasów oraz automasaż palcyma :).

Poradzono mi zebrać paragony z cenami wszystkich leków jakie muszę stosować w leczeniu porażenia i grzybicy. I z nimi iść do lekarki, która mi zafundowała tę traumę życząc jej, abym co noc się jej śniła z wykrzywioną twarzą i zżartymi przez grzybicę paznokciami. Zastanawiam się...

Cztery paznokcie prawej ręki leczę specjalnym lakierem "amorolak" za 70,-zł. W pracach domowych wymagających moczenia rąk stosuję gumowe rękawice choć nie lubię.

Żeby mi było jeszcze lepiej z suszarki spadł kubek utrącając sobie uszko i przecięłam sobie nim opuszek prawego kciuka. Ha,ha,ha.

No i mam mieszane uczucia co do tekstu jaki się dzisiaj ukazał w nowym dodatku do "Gazety Wyborczej" - "Tygodnik. Wrocław". Na ostatniej giełdzie była sympatyczna młoda pani redaktor, która to napisała. Zgodnie z moją prośbą przysłała mi tekst do ewentualnych poprawek. Poprawiłam go, odesłałam i dzisiaj przeczytałam ze zdumieniem inną wersję, w której jest zdanie: "Ale kiedy nastał stan wojenny, Irena miast na wymianę trafiła za działalność opozycyjną do więzienia w Gołdapi. I przez trzy miesiące za kratami myślała głównie o ciuchach".

Po pierwsze na giełdzie nie rozmawiałyśmy o internowaniu. Po drugie w Gołdapi siedziałyśmy w "Ośrodku Ododsobnienia Osób Internowanych" mieszczącym się w domu wczasowym Komitetu Radia i Telewizji, 4 kilometry za Gołdapią a nie w więzieniu.  Chichot historii spowodował, że wśród nas była warszawska spikerka, która wcześniej była tam na normalnych wczasach.

A już zdanie, że przez trzy miesiące głównie myślałam o ciuchach mnie powaliło. I nie tylko mnie, koleżanka bibliotekarka czytając to spadła w pracy z krzesła. Na szczęście nic sobie nie zrobiła.

Internowanie to nie były ani wczasy, ani sanatorium. Budynku z zewnątrz pilnowali żołnierze z bronią i psami a w środku pracownicy UB i więziennictwa. Przeszukiwano nam pokoje i przesyłki, wysyłane i otrzymywane listy cenzurowano. Także przesłuchiwano nas.

Myślałam o tym, że przedtem wywalono mnie z pracy i po powrocie pewnie żadnej nie dostanę. Że nie mam oszczędności a na rodzinę nie mogę liczyć. Emigrować nie chciałam.

Tak to jest jak teksty piszą młode osoby, niemające pojęcia o stanie wojennym i nie konsultujące faktów.

Drobiazgiem zupełnym jest, że w punkcie ksero zostawiłam dodatek do gazety z którego powielałam wyżej omawiany tekst pt.: "Pionierski swap".

Poprawiony tekst jest tu: http://wroclaw.gazeta.pl/wroclaw/1,142076,17015487,Na_wroclawska_gielde_ciuchow_wstep_tylko_dla_pan.html

 

 

sobota, 15 listopada 2014

 Bardzo chętnie ześwirowałabym z powodu różnych diablich dokopów ale jakoś nadal jestem prawie normalna.

W sobotę byłam na kolejnej giełdzie u Ani na Zalesiu. Wcześniej na fbnapisała do mnie młoda dziennikarka z nowego dodatku do GW pt. '"Tydzień. Wrocław" zainteresowana tą imprezą. Przyszła, porozmawiała ze mną i uczestniczkami. Powstanie z tego tekst.

W środę poszłam na zajęcia "Studium 3.wieku" w SKIB-ie. W ozdabianych wcześniej słoikach, na gąbce florystycznej tworzyliśmy bukiety z suchych roślin. Wszystkie materiały zapewniała opiekunka "Studium", własnoręcznie wszystko suszyła. Oto moje dokonanie:

Koszyk to praca mojej koleżanki, z tzw. wikliny papierowej.

W piątek byłam na pierwszym zebraniu Wrocławskiej Rady Seniorów. Moją kandydaturę wystawiła Fundacja Dom Pokoju mieszcząca się w Infopunkcie ul. Łokietka 5. Szczerze mówiąc miałam nadzieję, że mnie nie wybiorą, bo nie znoszę zebrań i pustosłowia.

Rada składa się z 14. osób. Przewodniczącą została Maria Zawartko, która bardzo sprawnie poprowadzila zebranie, dzięki czemu trwało tylko półtorej godziny. Poproszono nas, abyśmy się przedstawili i powiedzieli coś o sobie. Najkrócej ja mowiłam i to nie tylko z powodu porażenia twarzy, czyli tego, że niewyraźnie mówię :).

W skład rady wchodzi m.in. moja szkolna koleżanka ale obie nie pamiętamy do ktorej szkoły i klasy razem chodziłyśmy. To już tyle lat.

Po zebraniu dowiedziałam się na kogo mogę głosować i dlaczego, a na kogo nie. Pomysły na karierę u młodych osob naprawdę bywają niesłychane w swej głupocie i bezczelności.

Powalił mnie (pozytywnie) pomysł Wandy Z.-H, która swój plakat wyborczy przypięła do pleców kurtki. Szkoda, że nie zrobiłam jej zdjęcia ale dzisiaj przecież jest cisza wyborcza to i tak nie mogłabym go tutaj dziś umieścić.

Spotkanie ograniczyło się do spraw organizacyjnych, pomysły i ich realizacja nastąpią - mam nadzieję.

 

wtorek, 11 listopada 2014

Eva Berberich – Szczęście jest kotką, Wydawn. BIS 2013

Wstęp: Szczęście ma niejedno oblicze. Jednym z najpiękniejszych jest koci pyszczek.

O autorce: Eva Berberich urodziła się w Karlsruhe. Mieszka z kotem i mężem (Armin Ayren, pisarz) w miejscowości Oberweschnegg (południowy Szwarcwald, Badenia - Wirtembergia).

O książce:

Jeśli mieliście ulubione zwierzątko, które odeszło to wiecie jaki smutek temu towarzyszy. I denerwują Was uwagi rodziny czy znajomych typu: no przestań już tak rozpaczać, to tylko zwierzę.

Autorka zaczyna swoją opowieść od żałoby po czarnym Felusiu. Pocieszycielką po tej stracie została podrzucona ruda kotka nazwana Gałganką. Dlaczego tak nietypowo – wyjaśnienie znajdziecie w książce.

Z pobytem nowego kota rozległo się w domu mruczenie „Cóż za długo wytęskniony, cudowny, dobroczynnie działający dźwięk”.

Pozycji o kotach jest wiele. Poradniki, wspomnienia, relacje – kociarze je lubią, czytają, kupują i często po nie sięgają.

Ta książka ujęła mnie nie tylko miłością do kotów, co oczywiste, ale poczuciem humoru zawartym w rozmowach kocio – pańciowych i opisach wspólnego życia.

Autorka bardzo dobrze rozumie co mówi Gałganka. A ta ma jasne poglądy na przykład na to, że Pan Bóg najpierw stworzył kotkę, która pomagała Stwórcy wymyślać nazwy kolejnych zwierząt w raju. Doskonale też wie, że Ewa wcale nie powstała z żebra Adama.

I po co są kocury.

Z książki dowiecie się także jakie jest podobieństwo w zachowaniu kotów i taoistycznych mnichów oraz czym pachnie kot po kilku dniach łazęgi.

Trafienie do serca kota jest proste i takie zastosował Konrad, mężczyzna odwiedzający dom Evy i Gałganki. To mu się udało ale pomysł zainstalowania czujnika ruchu przed drzwiami lub zamontowania otworu z klapką w ich dolnej części przyniósł wiele niechcianych atrakcji.

Gałganka jest kotem jednocześnie typowym i niebanalnym. Nie lubi hałasu odkurzacza, wizyt u weterynarza, a swoje odchody zakopuje tak energicznie, że piasek fruwa na wszystkie strony.

Jednak swój rozum i charakter ma nie od parady.

Autorka stwierdza: „Nie chcę być człowiekiem wolnym od kota. Chcę być uwiązana od kociego ogona”.

Kociarze tak mają i już. Polecam.

 

środa, 05 listopada 2014

 Ten serial dotyczy zdrowia, a ściślej mowiąc dolegliwości kolejnych. Już sama do siebie nie mam cierpliwości.

W sobotę wieczorem zaczęło mnie boleć gardło i kapało z nosa. W niedzielę zamiast iść na jesienny spacer do Parku Szczytnickiego siedziałam w domu opatulona czym się dało z gorącym termoforem pod nogami. W poniedziałek organizm dał mi mylne sygnały. A we wtorek obudziłam i wykrztusiłam wydzielinę po której się zorientowalam, że to zapalenie gardła. Bo to nie pierwszy raz.

Po próbie leczenia żołądka został mi nietoksyczny antybiotyk nadający się do leczenia takiej dolegliwości. Więc go stosuję. I codziennie chodzę na zabiegi - płytkowe kopanie prądem i masaż ręczny. Ciągle mam wrażenie, że w przychodni jest zimno. Podobno palą w c.o.

Brałam udział w telewizyjnym teście historii najnowszej. Na pytania w pierwszej i drugiej serii odpowiedziałam bezbłędnie. W trzeciej popełniłam dwa błędy. W czwartej tylko na dwa pytania odpowiedziałam poprawnie. Jak na stan mojego umysłu to i tak dobrze. Bo jest tak że porażenie twarzy wpływa na cały organizm - zarówno fizyczność jak i psychikę. Za tydzień będą dwa miesiące od dnia porażenia.

W sobotę będzie kolejna giełda (dress-party) na Zalesiu. Jak nic nie mówię i odpowiednio ułożę wargi to wyglądam normalnie. Opadnięte trochę oko zasłaniają okulary. Najgorzej jest jak mówię i uśmiecham się - bo usta zjeżdżają mi na prawo. Pewnie są duże luzy w kierownicy:). Wraz z mechanikami/rehabilitantkami intensywnie pracujemy, aby ich (luzów) nie było. Ale sądzę, że potrwa to co najmniej pół roku.

Trzy paznokcie zaatakowane grzybicą też potrzebują takiego czasu, aby odrosnąć. Teraz nabyłam i zażywam probiotyk, czyli specyfik antygrzybiczny. Z grzybów wolę prawdziwki, ostatecznie mogą być pieczarki :).

Dzisiaj nie poszłam na zajęcia "Studium 3. wieku" tylko zakupy i do domu. Misia się cieszy.

A na koniec wiersz Tomasza Majerana z tomiku "Koty. Podręcznik użytkownika":

Ala ma kota

Kto ty jesteś?

Kotek mały.

Jaki znak twój?

Lew.

Misia to oczywiście jest

O autorze
Tagi
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Dodatki na bloga
”znaczek