O mnie, o książkach, filmach, wystawach, kolażach i dress-party z poczuciem humoru, niekiedy sarkastycznie a nawet złośliwie.
piątek, 30 grudnia 2011

  W ramach życzeń absurdalnych życzę Wam noworocznej kąpieli w szampanie lub mleku oślic. Grunt, aby służyła (ta kąpiel) wzmożonej piękności.

Pierwsze kalendarzowo było spotkanie. W rozmowie wyszło jak ważna, w życiu, jest pasja. Ale nie ta szewska. Pasja, hobby, zainteresowanie. Według mnie najlepsza jest taka z której mogą też skorzystać inni. Chociażby jako odbiorcy twórczości (ale nie należy nią zamęczać bliźnich) lub społecznych działań (a propos następne dress-party odbędzie się 14. stycznia). Najgorzej jest gdy pasjonat uważa, że tylko jego hobby jest najlepsze, najmądrzejsze, najciekawsze i jedyne na świecie. Tak uważają pasjonaci własnej osoby i pomnażania swojego posiadania. Oraz narzekacze.

Pasjonatem swej pracy był dyrektor Dzielnicowej Biblioteki Publicznej Wrocław-Śródmieście Jan Mielczarek. Otrzymał medal "Niezłomni" ale ma 79 lat i ze względu na stan zdrowia nie mógł być na uroczystości w Operze. W środę wraz z Beatą (przew. NSZZ "Solidarność' w MBP) i Stenią poszłyśmy do domu pana dyrektora, aby mu ten medal wręczyć . Ja medal, Beata prezent, a Stenia piękny kwiat doniczkowy.  Pan Jan jest zaopiekowany przez rodzinę i ona też nam towarzyszyła. Przy herbacie i pysznych czekoladkach wspomiałyśmy czasy Jego rządów. Stenia o pracy w bibliotece przy ul. Żeromskiego, gdzie (czego nie była świadoma) w piwnicy był powielacz i materiały potrzebne do druku. I nie chodziło o druki biblioteczne. Każda biblioteka dzielnicowa miała nasłanego "wywiadowcę" mającego donosić władzom o czynach nierządnych, czyli wbrew najlepszemu z ustrojów. Przy Żeromskiego tę zaszczytną funkcję pełnił pewien poeta. Bystry był nadzwyczaj, do piwnicy nigdy nie zszedł, tymbardziej, że specjalnie wykręcono tam żarówkę, aby zniechęcić ewentualnych ciekawskich. Stenia dostała polecenie niezostawiania poety samego w bibliotece co wykonywała skrupulatnie, często pozwalając, aby wcześniej wychodził do domu.  I to jest pozytywna część opowieści.

Niestety, jedna z kierowniczek biblioteki przy ruchliwej bardzo ulicy, przy każdej okazji wystawiała tam symbole religijno-patriotyczne (a było to tuż po stanie wojennym). Władze nakazywały panu dyrektorowi ich usunięcie ale podwładne co usunęły, to postawiły na nowo. Knuć trzeba w podziemu jeśli można zaszkodzić nie tylko sobie. W końcu władze miały dosyć tych igraszek i pan Mielczarek stracił stanowisko i pracę. Jedna z bojowych (cudzym kosztem) kobiet pracuje do dnia dzisiejszego. A pan Jan zaczął mieć, od tego czasu, problemy ze zdrowiem. Zatrudniono go w bibliotece naukowej ale na stanowisku niewykorzystującym jego doświadczenia.

Usłyszałam też opowieść jak to,chyba w latach 50-tych, do jednego z pomieszczeń lokalu biblioteki przy pl. Staszica (mieściła się tam pierwsza dyrekcja Dz.B.P.) wprowadzil się szewc z rodziną, a nawet prowadził swój tam warsztat. Tu mu jest dobrze i się nie wyprowadzi, postanowił, albowiem klasą robotniczą jest czyli przodującą i rządzącą. Dyktaturę ciemniaków, z nikim i niczym się nie liczących, mieliśmy zbyt długo. Parę lat temu namawiałam pana dyrektora, aby spisał wspomnienia z tych czasów. Niestety, nie zrobił tego.

Piszcie pamiętniki, dzienniki, blogi, tworzycie historię, jesteście jej częścią. A propos - otrzymałam broszurę z poprawionymi tekstami prac nadesłanych na konkurs "Wrocław mojej młodości". I jak myślicie, czy wszystko jest w porządku? Akurat! Owszem, w moim tekście tak. Ale... Chyba mam nową negatywną bohaterkę do opowiadania. Samo życie mi ich przynosi.

Wymyśliłam i dzisiaj zastosowalłam odpowiedź na telefoniczne zaproszenia do udziału w rożnych prezentacjach, mówię, że nie mogę bo jadę na wyspy Hula-Gula i bach słuchawkę na widełki. A jeśli macie dzień dobroci i odpowiadacie na telefoniczną ankietę, na pytanie czy mieszkacie sami podajcie, że z synem i wnukami, ktorzy ćwiczą karate oraz psem mordercą, który ostatnio zagryzł złodzieja i sąd was za to pochwalił.

Życzę, aby w przyszłym roku nikt Wam nie zawracał głowy głupotami i nie próbował wykorzystać w jakikolwiek sposób.

Specjalne podziękowana składam osobom wpisującym komentarze.:)

czwartek, 29 grudnia 2011

 dostałam w prezencie taką kartkę z 1910 roku. Czyli:

Kasy masy, zdrowia mrowia

szczęścia, pomyślności

i niech radość zawsze u Was gości.

Tagi: zdrowie
22:47, alodia1949 , zyczenia
Link Komentarze (4) »
środa, 21 grudnia 2011

wyd. Poradnia K. Warszawa 2010

 

 „Kasa jest jednym z najlepszych miejsc umożliwiających studiowanie ludzkiej głupoty w całej jej rozciągłości. Będziesz zachwycona gdy stwierdzisz, że właściwie nie ma ona granic.” – pisze autorka

 

 o autorce:

 

Anna Sam, Francuzka, lat 30, absolwentka literatury na uniwersytecie, 8 lat pracowała jako kasjerka w supermarkecie. Swoje obserwacje zapisywała na blogu, z tego powstała książka.

 

 O książce:

 

Kasjerkę eufemistycznie nazywa się hostessą kasy. Nie mogłam się powstrzymać od utworzenia podobnych:

 

sprzątaczka – hostessa szmaty i odkurzacza

 

kucharka – hostessa garnków

 

dozorczyni – hostessa bramy

 

bibliotekarka – hostessa książek

 

pani minister – hostessa teki

 

dziennikarka – hostessa wiadomości

 

pielęgniarka – hostessa strzykawki

 

 Klienci – przyjrzyjmy się sobie z pozycji kasjerki w supermarkecie. Jakie pytania najczęściej zadajemy?

 

„Gdzie jest toaleta?”, „Czy jest pani otwarta?”, „Czy prześpi się pani ze mną?”.

 

Pracownice nie dostają broszurki pt. „Jak celną ripostą załatwić namolnego/niegrzecznego/niezbornego klienta”.

 

A szkoda.

 

Jakich wybiegów używamy, aby nie stać w kolejce do kasy? Jest ich sporo. Autorka konkluduje: „ Radziłabym wszystkim przebiegłym klientom robić zakupy przez internet. Nie będą musieli tak się starać, aby robić idiotów z innych ludzi.”

 

 Z książki dowiemy się dlaczego praca na kasie jest lepsza od siłowni, jak wygląda polowanie na krzesło i o taśmie mścicielce.

 

Gdzie nabywcy trzymają gotówkę? Wydaje się wam, że w portfelu, portmonetce lub kieszeni? O, to byłoby zbyt nudne.

 

 „Dla kasjerek ulżenie pęcherzowi jest naprawdę skomplikowaną sprawą.” Jak bardzo – przeczytajcie. Podobno w Polsce kasjerki zakładają pampersy. Nie sprawdzałam.

 

 Uważajcie na punkt sprzedaży ratalnej, autorka twierdzi, że „jedynym [tam] celem będzie wpędzenie klientów w jeszcze większe długi.”

 

 Pijani kupujący wino domagają się od kasjerki korkociągu. Słusznie bardzo. Uważam, że powinny też mieć lusterko i grzebień dla rozczochranych („nieuczesanych nie obsługujemy” – już widzę taki napis oczami wyobraźni) oraz igłę z nitką dla rozdartych.

 

 Supermarket bywa też miejscem bójek między klientami, którym towarzyszy tłumek gapiów. „Im bardziej krwawo i obscenicznie, tym lepiej.”

 

 Na stronie 169. przeczytamy jak wygląda praca kasjerki przed świętami Bożego Narodzenia. Wtedy wszystkiego w sklepie jest więcej ale niekoniecznie życzliwości.

 

„Trzeba też powiedzieć, że większość prezentów wybranych przez klientów w wielkim trudzie lub byle jak, znajdzie się jutro na aukcji internetowej. Prezenty będą oferowane za pół ceny.”

 

A więc życzę Wam bardzo przemyślanych zakupów i Wesołych Świąt.

 

 

 

 Wydawnictwo ATUT Wrocław 2010

Powiedzenie „nikt nic nie wie, czeski film”, pisarze Havel , Haszek, Hrabal, bohaterowie Szwejk i Krecik, film „Pociągi pod specjalnym nadzorem” i serial „Szpital na peryferiach miasta”, piosenkarze Helena Vondraczkowa i Karel Gott – jakie macie pierwsze skojarzenie słysząc „Czechy”? Autorka napisała książkę wbrew tym stereotypom.

 O autorce:

Jolanta Piątek – polonistka, dziennikarka Polskiego Radia Wrocław, autorka m.in. cyklu rozmów o piosenkach Jacka Kaczmarskiego.

 O książce:

„Obrazki z Czech” to opowieść o doświadczeniachautorki, nabytych w czasie ośmioletniego pobytu w Pradze, gdzie mieszkała wraz z mężem, dwoma synami oraz kotem Fredem. Wynajmowali mieszkanie w dzielnicy willowej, tam w kościele św. Macieja główną atrakcją jest piernikowa szopka.

Mimo że Czesi, w większości, to ateiści bardzo są przywiązani do tradycji. Tak więc Mikołaj 6. grudnia zostawia prezenty za oknem lub pod drzwiami, a niegrzeczne dzieci dostają bryłkę węgla zamiast naszej rózgi.

W Czechach dzień 24. grudnia jest wolny od pracy i nawet największe karpie są pyszne. Z książki dowiemy się kto przynosi prezenty pod choinkę i co obowiązkowo piecze się, w każdej rodzinie, na święta. Możemy nawet wypróbować jeden z podanych przepisów.

Autorka opisuje kontakty z tamtejszą służbą zdrowia i komunikacją. O, ta mi się podoba – tramwaje są wyciszone,  autobusy nie ryczą, w każdym są zapowiedzi przystanków oraz informacje o zmianie trasy czego u nas nie uświadczysz. Pociągi są tam czyste (jak oni to robią?), dość punktualne, a bilet (bez kary) można kupić od konduktora.

Poznamy też szczegóły życia codziennego „W Republice bowiem obowiązkowo zdejmuje się buty przed wejściem do mieszkania” oraz jaką temperaturę mają pomieszczenia.

Autorka opowiada o funkcji gospody w XIX wieku i obecnie w ktorej głównymi bywalcami są mężczyźni. Kobiety do garów, panowie do barów?

Pisze „Naszym ulubionym momentem był powrót z Polski z bagażnikiem wiktuałów” i „[czeski] chleb to już prawdziwy horror”.

Książka jest jednocześnie małym przewodnikiem po zamkach, których w Czechach jest bez liku. Zadbane, restaurowane, mieszczą się w nich muzea i pamiątki po znanych ludziach.

Czy wiecie, że Casanova był bibliotekarzem i w Duchcovie napisał „Historię mojej ucieczki z weneckiego więzienia”? 

Jest także rozdział o polityce i ludziach z nią związanych, podano nawet który z nich ma najmniejszy deficyt inteligencji. Polacy mają demokrację deklarowaną, a Czesi stosowaną. Parę lat temu gdy Havel był chory leżał w szpitalu na wieloosobowej sali. Zazdroszczę Czechom takiego prezydenta opozycjonisty.

Czesi nie mają kompleksów, interesuje ich to co dla nich dobre, a nie to co powie Europa. I mają rację.

wtorek, 20 grudnia 2011

 taką szopkę zrobiła pani sprzątająca w bibliotece przy ul. Roosevelta oraz poniższe bombki ze spalonych żarówek:

 

a tu obejrzyjcie jak po pożyteczny jest czarny kot, naprawdę świetne: http://deser.pl/deser/1,111858,10845970,HIT_SIECI__Kot_Stewie_blyskawicznie_usypia_placzace.html

19:09, alodia1949 , zyczenia
Link Komentarze (3) »
piątek, 16 grudnia 2011

 Wczoraj odwiedzili mnie młodsi panowie dwaj chętni do wymiany. Nie, nie czułości - licznika elektrycznego co zostało już zrobione ze 3 miesiące temu. Obieg informacji w ich instytucji zachwycił mnie do wypęku. Pęku słówek różnorakich, niekoniecznie świątecznych. Zachwycił mnie też osiedlowy szewc, który na prośbę przyszycia odprutej rączki torebki powiedział, że ma zbyt delikatną maszynę. Buty są delikatniejsze od torebki? A tom się doinformowała! Front do klienta zamienił mu się w wypięty tył. Inny szewc przyjął zlecenia bez wydziwiań, dzisiaj odebrałam torebkę i nie odmówiłam sobie zdania o koledze. Wyparł się koleżeństwa bo tamten, wg niego, to żaden szewc.  To już mam jasność "w temacie" pracujących z kopytem. Szewskim.

Zegarmistrz przełożył mi, za 5.- zł, baterię z zegarka do zegarka, gdy wychodziłam z zakładu zapinając pasek na przegubie, on wziął i pękł. Tylko szelmowski chichot usłyszałam za sobą. Trudno, wróciłam i nowy pasek nabyłam. "Money, money, money" niosło się ulicą wraz z tupotem kopytek czarcich.

U dentystki (ciągle z tym samym zębem) siedziałam ponad godzinę. W środku tych atrakcji powiedziałam, że siedzenie z otwartą paszczą nie jest moim ulubionym zajęciem. Na co usłyszałam, że paru panów tu zasnęło na fotelu, a jeden nawet w czasie zabiegu i tylko się budził na wizg maszyny borująco-świdrującej. Susły takie?

Na spotkaniu towarzyskim usłyszałam, że ja tak płynnie piszę jak jedna z koleżanek mówi. Wyjaśniłam, że aby łatwo się czytało trzeba jednak trochę popracować nad tekstem. No, chyba że jestem wkurzona to adrenalina sama mnie niesie. Poza tym, że aniołeczkiem to ja nie jestem co wynika z tych tekstów. Ale jak nim być jeśli całodobowo pilnuje mnie diabeł stróż, a w dodatku moja kotka jest czarna, ha,ha,ha...

Byłam na "spacerze literackim" z DBP w wydawnictwie "Via Nova" przy ul. Włodkowica. Prowadzi je małżeństwo Elżbieta i Stanisław Klimek. On jest z wykształcenia matematykiem, a z zawodu fotografem. Mówili głównie o nowej publikacji pt.: "Leksykon architektury Wrocławia" przygotowanej na zlecenie Urzędu Miasta. Zdjęcia do książki robił p. Klimek z przykazaniem urzędowym, aby udowodnił, że Wrocław pięknieje. Co nie zawsze było łatwe albowiem rzeczywistość jest jaką każdy widzi. A w dodatku wiele budynków zasłaniają banery, wg p. Klimka można by było zrobić album "Wrocław w szmatach". Archiwalne zdjęcia brano z różnych źródeł, m.in. z pocztówek kolekcjonerów wrocławskich.  Pan Klimek zrobił też fotograficzną panoramę Wrocławia. Na co jakiś energiczny osobnik z pewnej radiostacji zadzwonił na policję z obywatelską troską, że na niej widać "nałęczowiankę" w jakimś oknie i twarz osoby idącej chodnikiem. Nie wiem czy bardziej mnie rozbawił, czy  zniesmaczył ten redaktor. Dzwonić lubi czy uprzejmie donosić. Mamy nowy rodzaj TW?

Głosujcie na mój blog: http://www.blogroku.pl/szukaj/szukaj.html?q=kotnagalezi1.blox.pl

poniedziałek, 12 grudnia 2011

 Namówiona przez koleżankę wysłałam, na konkurs ogłoszony przez DBP, tekst "Mój Wrocław". Wczoraj było ogłoszenie wyników i rozdanie nagród. W holu biblioteki trwały drugie targi książki regionalnej gdzie nabyłam za 42.- zł, podobno taniej nie dostanę, "Przewodnik po Wrocławiu". Taki sobie prezent sprawiłam podchoinkowy. Ma 352 strony i dużo kolorowych zdjęć. Jak jest przydatny okaże się w praniu. Cenę też, przy okazji, sprawdzę. Niestety księgarnia w mojej okolicy padła.

Oddałam płaszcz w szatni, obsługujący pan nie wiedział gdzie odbywa się ogłoszenie i wręczenie. Na szczęście natknęłam się na przemiłą panią Beatę, która skierowała mnie na 3. piętro. Zebrało się nas kilkanaście osób, obok mnie usiadła seniorka, która brała udział w prowadzonych przeze mnie, w DBP, zajęciach kolażowych. Przewodniczącym jury był Marek Perzyński, który krótko omówił 10 prac jakie dotarły w ramach konkursu. Wspomniał o tekście w którym autor napisał o sadzeniu, rękami studentow, topoli na pl. Grunwaldzkim w 1950 roku, albowiem wg aktywisty ZMP, topole rosną tak szybko jak socjalizm w PRL-u. Parę lat temu wycięto je i posadzono platany. Bez studentów. Seniorka, która urodziła się w 1929 r. we Wrocławiu opisała miasto przed i po wojnie. Otrzymała, i słusznie, I nagrodę czyli aparat fotograficzny.  Ja załapałam się na jedno z dwóch wyróżnień, główny juror powiedział, że za niebanalne podejście do tematu i poczucie humoru. Dostałam książkę Marka Perzyńskiego "Wrocław dla dociekliwych. Pomniki, tajemnice kościołw i klasztorow, kresowe pamiątki" wydaną w 2008 roku, z czarno-bialymi ilustracjami. Pozostali obecni otrzymali inną (mniejszą) książkę jurora, a wszyscy plan Parku Krajobrazowego "Gora św. Anny", dużą pocztowkę z widokiem gmachu Uniwersytetu i zbiór tekstów konkursowych. Pani Beata zrobiła nam zdjęcie zbiorowe, ja poprosiłam autora o autograf.

I wszystko byłoby fajnie gdyby moja sąsiadka nie zaczęła w zbiorku szukać swojego tekstu, okazało się, że go NIE MA. Oddała pracę w jednym z działów DBP i go wcięło. Naprawdę, myślałam, że tylko mnie się zdarzają takie numery. Ale spokojnie - zaczęłam czytać swój tekst i oczom nie wierzyłam. Ktoś go kompletnie zmasakrował usuwając poczucie humoru, a za to też przecież dostałam wyróżnienie. Bez pytania mnie o pozwolenie. Ciekawam jak się to ma do prawa autorskiego. Podejrzewam, że pozostałe prace też tak "załatwiono".  Gdybym wiedziała, że tak spaskudzą mój tekst nigdy bym nie startowała w tym konkursie. Poprzedni wpis poświęciłam umniejszaczom, a tu co mamy? Glutaminian sodu czyli poprawiacz smaku? Niezdrowy on jest bardzo.

Tu jest tekst właściwy:

http://www.infotuba.pl/spoleczenstwo/ludzie/moj_wroclaw_a8937.xml

p.s. 13 grudnia - pokorespondowałam ze znajomą osobą w DBP, wg mojej sugestii wydrukują powyższy tomik z oryginalnymi tekstami i roześlą autorom z wyjaśnieniem i, mam nadzieję, przeprosinami. Ale dlaczego tylko ja zareagowałam się pytam uprzejmie? Koszulkę wybrałabym czarną z napisem: "Całe życie z wariatami" bo ciągle tak mam. 

Po tych przyjemnościach poszłam na jarmark świąteczny i, mimo walącego po oczach słońca, dojrzałam koszulki z napisami, jedna bardzo pasuje do sytuacji powyższej, zgadnijcie która:

 

niedziela, 11 grudnia 2011

 

Anglia 1973 rok. Kontroler (John Hurt) szef pięciu wspaniałych w MI-6, pieszczotliwie nazywanego „Cyrkiem”, zleca podwładnemu misję w Budapeszcie. Agent ginie, Kontroler i jego zastępca George Smiley (świetny Gary Oldman) idą na emeryturę. Kontroler chwilę potem jeszcze dalej. Mogą już tylko grać w golfa, na wyścigach lub rozpamiętywać nieudane małżeństwo.

Ale ojczyzna jest w potrzebie, bo w Cyrku zagnieździł się Kret czyli agent sowieckiego wywiadu, albowiem „krwawy skończy się trud gdy związek nasz bratni ogarnie ludzki ród” tak głosiła pieśń masowa w demoludach. Bój to jest ostatni – ale bez mordobicia, pościgów wypasionymi autami i wybuchów. Nie mieli telefonów komórkowych, komputerów, a podsłuchy nagrywali na magnetofony szpulowe.

Dla niektórych to nudy na pudy. Lecz nie dla mnie.

Tu walczy się na tajemnice i zagadki. Smiley musi się dowiedzieć kto, kiedy i jak przekazywał tajne materiały? Dlaczego zdradza i za ile? I najważniejsze – kim jest Kret? A może jest ich paru?

Smiley w prochowcu typu porucznik Colombo i nietwarzowych okularach wygląda jak z piosenki „Za czym kolejka ta stoi? Po szarość, po szarość, po szarość”. Za to ma mózg ze szczerego złota.

Jego współpracownik nosi grzywkę w stylu Grzegorz Ciechowski i ...

Starsi panowie agenci podtrzymują kondycję pływaniem w jeziorze nie zdejmując okularów. Chyba mieli zauszniki związane gumką.

Wyposażenie wywiadu się zmienia ale nie ludzie. Zawsze są chciwi i uczciwi, mądrzy i głupi, sfrustrowani i spełnieni.

Film reżyserował Tomas Alfredson, scenariusz oparto na powieści Johna Le Carre`a nawiązującego do afery Kima Philby`ego. Polecam.

Tagi: szpieg
20:09, alodia1949 , o filmie
Link Komentarze (1) »
sobota, 10 grudnia 2011

Kontakty z ludźmi są naszpikowane różnymi pułapkami. Nie na myszy, raczej na emocje. I często wychodzi szydło z worka czyli wady z charakteru. Dwa ostatnie zadarzenia, gdybym nie była słusznej postury, zwaliłyby mnie z nóg. Ale się nie dałam tylko z lekka zgłupiałam. Oby mi tak nie zostało.

Zdarzenie pierwsze: Koleżanka, bez zapytania o pozwolenie, obdarowała innych moją własnością. A w dodatku nie rozumie o co mi chodzi. Uwielbiam jak ktoś jest szlachetny moim kosztem. Pasjami uwielbiam. I kindżał wyciaga mi się zza pasa, nie powiem, że z pochwy aby nie było anatomicznych skojarzeń.

Wczoraj byłam na kolejnych (i ostatnich) zajęciach komputerowo-kulturalnych w ramach projektu "Pokolenia". Założenie jest takie, że seniorzy uczą się od młodzieży, a młodzież od seniorów. Poprzednio koleżanka opowiadała o ziołach, a potem pod moim kierunkiem robiliśmy kolaże (młodzież i seniorzy, jedna z seniorek nie zaszczyciła nas chęcią działania w tym zakresie), potem młodzież mówiła i prezentowała nam portale facebook i nasza-klasa czyli niczego nowego się od ich nie dowiedziałam. Następne zajęcia - jeden komputer okazał się niesprawny więc ustąpiłam miejsca, bo okazałam się zbyt zaawansowana. Nauczono mnie tylko jak oglądać film w kompie za pomocą sms-a. Młodzież nie dopisała więc ja opowiadałam o swoim blogu i portalu senior.pl za pomocą laptopa z rzutnikiem. Wczoraj to już kompletnie niczego się nie naumiałam, pomagałam koleżance seniorce w posługiwaniu się pocztą mailową. Czyli byłam raczej wolontariuszką niż uczestniczką zajęć.

Wczoraj, na koniec rozłożyłam na stole swoje kolażowe kartki świąteczne wraz z kopertami też własnoręcznymi oraz woreczki naprezentowe. Na zajęciach byli też dwaj starsi panowie. Jeden popatrzył i powiedział: "o, takie to się robi w szkole" i zapytał czy może sobie wziąć. Powiedziałam, że nie, a on już pakował kartkę do koperty. Wyjęłam mu ją z rąk i położyłam na stole. Drugi senior stwierdził: "te kartki są tylko dla dzieci". Chodziło mu o motywy na kartkach: Mikołaje, bałwanki i aniołki. Wskazałam na inną - czy ta też. No, nie. A tamta - też nie. A ta - nie.

 Uważajcie na umniejszaczy i nie dajcie sobie wmówić, że to co robicie jest złe, głupie i infantylne. Kiedyś koleżanka powiedziala, że nie rozumie mojej karki wyklejanki na której był motyl i napis: "Motyl - listonosz kwiatów." Druga, że moje opowiadanie "Noc w bibliotece" jest bez sensu bo duchy się tak nie zachowują. Obu odpowiedziałam, że jeśli czegoś nie rozumiesz, czy się na czymś nie znasz to nie znaczy, że to nie ma sensu czy jest złe. Tak więc pilnujmy się bardzo, aby nie być umniejszaczami.

Co do woreczków - jedna z koleżanek powiedziała, że jej siostra obraziłaby się gdyby dostała prezent w takim woreczku. Bo nie jest ze sklepu. Woreczek, nie siostra. Ona jest ze stereotypu i wzorców narzuconych przez media i supermarkety.

Kot wyzdrowiał, ja nadal leczę zęba, jego trzy kanały, ktore mnie wpuszczają w kanał finansowy.

Namawiam do wyrzucania lub oddawania niepotrzebnych rzeczy ale trzeba to robić po namyśle. Niedawno widziałam na kontenerach śmieciowych kartkę z prośbą o zwrot dziecięcych rzeczy, które niechcący wyrzucono. A gdyby oddali do sklepu dobroczynnego łatwiej byłoby je odzyskać. A propos ten sklep - zaproponowałam, aby oni wraz z radą osiedla zrobili, na kilku podwórkach naszego osiedla, wyprzedaż garażowo-podwórkową. Ludzie wyniosą swoje rzeczy, sklep swoje, biblioteka się dołączy. Oby tylko pogoda dopisała na wiosnę.

Wymyśliłam też motto-epitafium do moich opowiadań:

"Tu leżą moi wrogowie

nie lubilłam ich albowiem."

I tym optymistycznym akcentem...

 

poniedziałek, 05 grudnia 2011

 Dawno, dawno temu wybrano mnie przewodniczącą NSZZ "Solidarność" w Szkole Inspekcji Pracy CRZZ im. W. Piecka we Wrocławiu przy ul. Kopernika. A potem 13. grudnia na Wojciecha Jaruzelskiego spadł obowiązek ogłoszenia stanu wojennego. Niech sam spada. Zaś na ubecję policzenie się z tymi, którzy chcieli, aby w kraju było normalnie. Zastosowano różne metody, mnie wolniono z pracy i internowano na trzy miesiące. Po trzydziestu latach zapytano czy przyjmę medal "Niezłomni".

Dzisiaj byłam na uroczystości w Operze Wrocławskiej. Oj, nie obyło się bez obecności przedstawicieli władzy znanych, a nie zawsze lubianych. Oraz ich przemowień, dłuższych i krótszych. Co ktoś (sami panowie) wychodził na scenę to ja wydawałam jęk mało rozkoszny. Koleżanki Ela i Stenia mi wtórowały. Laudację wygłosił prof. A. Wiszniewski trzykrotnie nas przekonując, że medal jaki otrzymamy jest piękny. Czyżby wątpił w naszą zdolność oceny faktów? I zapytał nas czy uwierzylibyśmy 30 lat temu, że otrzymamy medal, a nie wyrok wydany przez posłusznego sędziego w budynku położonym 200 metrów dalej. Ma rację, nie uwierzylibyśmy.

Przewodniczący dolnośląskiej "Solidarności" Kazimierz Kimso wspomniał o tych, którzy kiedyś walczyli o wolną Polskę a teraz mają poniżający wybór "chleb czy lek", w odróżnieniu od tych, którzy przesłuchiwali, aresztowali, internowali, im brak takich dylematów. Gdyby to zależało ode mnie nie pożałowałabym im tej przyjemności. Temu na którego spadł obowiązek ogłoszenia stanu wojennego także. Ostatnio jako jedna z internowanych otrzymałam maila informującego o bardzo złych warunkach w jakich żyje jedna z koleżanek. A gdzie jest gdańska "Solidarność"? Dlaczego zarządy regionów "S" na bieżąco nie interesują się warunkami życia byłych prześladowanych? Za dużo uroczystości, za mało miłości bliźniego? Usłyszeliśmy: "chwała wam bohaterowie", a wolałabym: "mamy pod stałą opieką wszystkich, którzy walczyli i ponieśli tego konsekwencje".

Medale wręczano w czterech 20-toosobowych grupach wyczytując nasze nazwiska. W każdej grupie były 4-5 kobiet. Z powodu złego stanu zdrowia nieobecny był Jan Mielcarek, dyrektor, który przyjął mnie do pracy po internowaniu. Weszliśmy na scenę, stanęliśmy półkolem, Kimso i Wiszniewski wręczali medale i pismo, panienki pąsową różę. Z kolcami. Symbolicznie dość. Wszyscy ubraliśmy się odświętnie tylko jeden mężczyzna miał na sobie sweter i spodnie sportowe z szelkami. Po odebraniu medalu poprosił o mikrofon i powiedział, że przyjął go bo jest od "S" a nie od rządu. Rozczarowanych nie brakuje.

W jednej z grup była też koleżanka z którą siedziałyśmy w Gołdapi, przez miesiąc nawet w jednym pokoju.

Na zakończenie młodzież z klas teatralnych XVII LO zagrała bardzo udany spektakl "A źródło wciąż bije..."

Następna grupa gości, takich jak my, czekała już w holu. W tv usłyszałam, że razem odznaczono 150 osób.

Przyjmuję ten medal jako prezent od świętego Mikołaja.

 
1 , 2
O autorze
Tagi
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Dodatki na bloga
”znaczek