O mnie, o książkach, filmach, wystawach, kolażach i dress-party z poczuciem humoru, niekiedy sarkastycznie a nawet złośliwie.
sobota, 31 grudnia 2016

 

Stephen King – Dolores Claiborne, Wydawn. Albatros, 2016

WSTĘP: “Czasem trzeba być bezduszną jędzą, żeby dać sobie radę w życiu.  Czasami tylko to daje ci siłę…”

 

O autorze:

 

Stephen Edwin King urodził się  21 września 1947 w Portland.

 

 W przeszłości wydawał książki pod pseudonimem Richard Bachman, raz jako John Swithen. Jego książki rozeszły się w nakładzie przekraczającym 350 milionów egzemplarzy, co czyni go jednym z najbardziej poczytnych pisarzy na świecie.

 

Studiował na Uniwersity of Maine.

 

Zanim odniósł sukces jako pisarz pracował jako nauczyciel języka angielskiego w szkole.

 

Jest autorem horrorów, które przeszły do klasyki gatunku, jak np. Lśnienie, Smętarz dla zwierzaków, Miasteczko Salem, Podpalaczka.

 

Nie ogranicza się jednak do jednego gatunku, czego przykładem są: Cztery pory roku, Zielona mila, Oczy smoka, Bastion oraz 8-tomowy cykl powieści fantastycznych Mroczna Wieża.

 

Jest wielokrotnym zdobywcą Nagród Brama Stokera i British Fantasy Award.

 

W 2003 został odznaczony prestiżowym Medalem za Wybitny Wkład w Literaturę Amerykańską (Medal for Distinguished Contribution to American Letters, DCAL) przez National Book Foundation, a w 2014 – Narodowym Medalem Sztuki.

 

Stephen King ma córkę i dwóch synów, również pisarzy: Owena Kinga oraz Joe Hilla.

 

O książce:

 

King jest autorem kojarzonym przede wszystkim z horrorami.  Ale ma w swoim dorobku także powieści psychologiczne i „Dolores Claiborne” jest jedną z nich.

 

W dodatku jest monologiem głównej bohaterki, która opowiada swoje dzieje związane z mężem pijakiem i brutalem oraz wredną pracodawczynią Verą.

 

Na szczęście dla czytelnika King jest wytrawnym pisarzem i ani przez chwilę nie nudzi. Jego bohaterka jest wyrazistą postacią, nie idealną ale nie potępiamy jej postępowania, wręcz się z nią solidaryzujemy.

 

Dolores mieszka na wyspie Little Tall, ciężką fizyczną pracą utrzymuje męża i troje dzieci, więc jest udręczona,  zaharowana i wiecznie zmęczona.

 

O mężu mówi, że: „był cholernym kamieniem młyńskim, który nosiłam u szyi”.

 

Ale w końcu dostrzega zło jakie spotyka jej córkę. Zdeterminowana reaguje konsekwentnie i bezlitośnie. Bo czasem trzeba być bezduszną jędzą.

 

„Największą jędzą jest matka przerażona o swoje potomstwo”.

 

Bohaterka przez wiele lat pracuje u równie bogatej co podłej Very Donovan, która z biegiem lat staje się coraz bardziej zależna od swojej opiekunki.

 

Na przykładzie tej postaci autor pokazuje jak może wyglądać starość osoby przyzwyczajonej do stawiania na swoim i jak swoim postępowaniem dręczy wszystkich wokół siebie dzięki czemu jest coraz bardziej samotna.

 

 To studium osuwania się w stronę śmierci, ze wszystkimi tego skutkami, lękami i fobiami.

 

Trupy są w tej książce dwa ale to nie jest kryminał.

 

To opowieść o dwóch kobietach  - bardzo biednej, zaradnej i nieustraszonej oraz bardzo bogatej, wrednej i zajętej tylko sobą.

 

Właściwie łączy je tylko to, że pozbyły się swojego męża gdy przekroczył granice ich odporności. Pewnie dlatego, że  obie bardzo nie lubiły przegrywać.

 

„…życie człowieka sprowadza się przede wszystkim do tego, że musi dokonywać  wyborów oraz płacić rachunki, kiedy nadchodzi pora…”.

 

Polecam.

 

 

 

 

 

 

 

 



piątek, 23 grudnia 2016

 Od portalu pulowerek.pl dostałam życzenia (bardzo dziękuję) z wierszykiem, więc się z Wami nim dzielę:

Trzeba zamknąć bibliotekę,
zanim gwiazdka się zapali,
zanim gości wygłodniałych,
banda się do domu zwali.

Przyjdą, siądą, pośpiewają,
jedzą, potem prezenty rozdają.
Ci co wierzą w Mikołaja,
cieszyć będą się z prezentów.
(Tych co w niego zaś nie wierzą
miejmy za społecznych mętów!)

Bo w tych naszych dziwnych czasach,
kiedy wszystkim rządzi kasa,
miło mieć malutką wiarę,
że ten nowy cud zegarek,
i ta nowa książka z półki,
wyprodukowały do spółki,
Elfy, trolle i krasnale,
a Mikołaj przez pół świata,
pędził by dostarczyć na czas.

Bibliotekarz zaś szczególnie,
serce Mikołaja ujmie.
Bo to człowiek, światły, miły,
zawsze szczery i uczynny.
Bo chce być dla czytelników
Mikołajem podręczników.

Bo to nasze jest zadanie
i nagroda czeka za nie.
Z Mikołaj rąk dawana
za to że wstajemy z rana,
że staramy się by książki
znały na półkach porządki,
za ten czas przed komputerem
opracowując bestseler,
za te trudy gromadzenia,
i skontrum przeprowadzenia.

Zasług naszych jest tak wiele,
że już tylko Pulowerek
może życzyć nam wszystkiego
świąteczno-bibliotekarskiego!




 

 



sobota, 17 grudnia 2016

Haruki Murakami – Bezbarwny Tazaki  i lata jego pielgrzymki, Wydawn. Muza SA, 2013

WSTĘP: „…niektóre fakty dziwnie przypominają zaginione miasta … najpierw długo przysypuje je piasek,  ale niekiedy po długim czasie wiatr go rozwiewa i wyłaniają się spod niego fakty”.

O autorze:

Haruki Murakami urodził się w Kioto 12 stycznia 1949. To  japoński pisarz, eseista i tłumacz literatury amerykańskiej.

Urodził się w Kioto, lecz dorastał w Kobe. Jego dziadek był buddyjskim duchownym.

Murakami studiował w latach 1968–1975 na Wydziale Literatury tokijskiego Uniwersytetu Waseda teatrologię, w tym pisanie scenariuszy. W latach 1974–1981, razem z żoną Yoko (pobrali się w 1971), prowadził klub jazzowy "Peter Cat" w Tokio.

W wieku 30 lat wydał swoją pierwszą powieść Hear the Wind Sing (1979) po otrzymaniu pierwszej nagrody Gunzo w konkursie literackim.

 Kolejnymi utworami Murakamiego były: Pinball, 1973 (1980) i Przygoda z owcą (1982). Te trzy utwory nazywane są Trylogią "Szczura", od przydomka jednego z bohaterów.

Następne książki: Koniec świata i hard-boiled wonderland (1985, nagroda Jun’ichirō Tanizaki), Tańcz, tańcz, tańcz (1988) i Na południe od granicy, na zachód od słońca (1992) ugruntowały jego pozycję jako pisarza, a także przyniosły mu sławę na Zachodzie, głównie w Stanach Zjednoczonych.

W latach 1986–1988 mieszkał we Włoszech, gdzie napisał jedną z nielicznych powieści realistycznych w swoim dorobku, Norwegian Wood (1987).

 W 1991 r. przeprowadził się do Stanów Zjednoczonych, gdzie pracował na Uniwersytecie Princeton, a od 1993 na Uniwersytecie Williama Howarda Tafta w Santa Ana.

 Po trzęsieniu ziemi w Kobe, a także ataku gazowym sekty Najwyższa Prawda w tokijskim metrze w 1995 r. powrócił do kraju. W tym samym roku ukazała się Kronika ptaka nakręcacza, oceniana przez krytyków jako największe osiągnięcie literackie pisarza (nagroda Yomiuri w 1996 r.).

W 1997 napisał Underground, w 1999 r. Sputnik Sweetheart, a w 2002 – Kafka nad morzem. Jest autorem kilku zbiorów opowiadań.

W 2006 roku został uhonorowany Nagrodą Franza Kafki.

Murakami jest także tłumaczem, przełożył z angielskiego utwory takich autorów, jak m.in. Francis Scott Fitzgerald, Raymond Carver, John Irving, Truman Capote. Większość jego twórczości, która ukazała się po polsku, tłumaczyła Anna Zielińska-Elliott.

O książce:

Było sobie w liceum pięcioro przyjaciół:  Biała – słodka dzieweczka, Czarna – dowcipna komediantka, Niebieski – bezmyślny sportowiec, Czerwony – inteligent o bystrym umyśle i Tsukuru – dobrze wychowany, spokojny i  przystojny.

Byli jak pięć palców jednej dłoni więc wydawało się, że nic ich nie rozdzieli.

Ale stało się inaczej. Pewnego dnia Tsukuru usłyszał przez telefon, że pozostali nie chcą go już znać i że to jego wina.

Bardzo to przeżył „wpadł do żołądka śmierci i w ciemnym bezruchu tej jaskini spędził pozbawione dat dni”, czyli pół roku.

Jednak skończył studia i robił to co lubił najbardziej, czyli zajmował się dworcami.

Pozornie jego życie było ustabilizowane i szczęśliwe jednak zadra odrzucenia ciągle w nim tkwiła i determinowała jego życie.

Mając 36 lat nadal był kawalerem. I nie zanosiło się na zmianę.

Aż spotkał Sarę, której opowiedział o tym co się stało 16 lat temu a ona zaproponowała, że znajdzie jego przyjaciół, aby mógł wyjaśnić co się wtedy stało.

Poznajemy bliżej pięcioro bohaterów, ich wady i zalety oraz talenty. A także rodziny.

Narracja toczy się  współcześnie i w czasie przeszłym.

 

To opowieść o szybkim i bolesnym dorastaniu. O przyjaźni, która zawiodła. Także o nieumiejętności porozumienia się nawet z pozornie najbliższymi osobami.

O tym jak bardzo na nasze życie wpływa odrzucenie.

 O samotności i kompleksach.

 O potrzebie przyjaźni i miłości bez której życie nie ma sensu. I o współczesnej Japonii.

Autor wielokrotnie nasyca książkę muzyką. A nawet seksem.

Miejscami dokładnie opisuje wygląd bohaterów – podaje szczegóły garderoby, ozdób, fryzur, butów.

Przez całą książkę przewija się pytanie – kto zabił tę piękną przyjaźń i dlaczego.

Spotkania z byłymi przyjaciółmi wyjaśniają sprawę ale nie do końca.

Książka zawiera sporo złotych myśli:  „W życiu są rzeczy zbyt skomplikowane, by je wyjaśnić w jakimkolwiek języku”; „Serce jest jak nocny ptak. Spokojnie na coś czeka , a kiedy to nadchodzi, leci prosto w tamtym kierunku”.

Lub zabawnych stwierdzeń jak: „cicho jak mądry kot wyszedł z pokoju”.

Polecam.

 

 

 

 



sobota, 10 grudnia 2016

Angelika Kuźniak – Stryjeńska. Diabli nadali. Wydawn. Czarne Wołowiec 2015

WSTĘP: „Rodziłam się u zbiegu dwóch epok. Za późno, aby tańczyć kankana, za wcześnie, aby podziwiać rozbicie atomu. Oscyluję więc krańcowo między przepaścią a nadzieją”.

O autorce:

Angelika Kuźniak urodziła się  w 1974 roku.  Polska reporterka, Z wykształcenia kulturoznawczyni, studiowała także lingwistykę na Universita degli Studi di Macerata we Włoszech.

Od 2000 roku współpracuje z Gazetą Wyborczą, publikuje głównie w magazynie reporterów Duży Format. Jej reportaże ukazywały się także poza granicami kraju, w Niemczech, Rumunii, na Węgrzech. Na podstawie m.in. jej reportaży Marcin Liber przygotował spektakl ID.

Trzykrotnie dostała  nagrodę  Grand Press: w 2004 za Mój warszawski szał z Włodzimierzem Nowakiem, w 2008 za Zabijali we mnie Heidi, w 2009 za Przećwiczyłam śmierć.

W latach 1999, 2000, 2007, 2010, 2011 była nominowana do tej nagrody.

Dwa reportaże, które współtworzyła: Noc w Wildenhagen i Mój warszawski szał, zostały zamieszczone w nominowanym do Nagrody literackiej Nike 2008 tomie Włodzimierza Nowaka Obwód głowy. Kilkakrotnie nominowano ją do Polsko-Niemieckiej Nagrody Dziennikarskiej.

Za wywiad z Hertą Müller, opublikowany w Dużym Formacie, dostała  nagrodę im. Barbary Łopieńskiej za najlepszy wywiad 2009 roku.

W 2013 roku ukazała się jej książka o "Papuszy" (wyd. Czarne), cygańskiej poetce. W 2016 nominowana do Nagrody Literackiej „Nike” za biografię Stryjeńska. Diabli nadali.

(z wikipedii)

O książce:

Napisany cztery lata przed śmiercią testament (ewentualny) artystki brzmi: „Co do mej spuścizny artystycznej, jest ona ogromna i gdzieś po ludziach na świecie całym zagubiona. Byłby wór złota i Chwała Narodu, gdyby się tym kto kiedy zajął. Zofia Stryjeńska. Amen”.

Co doprowadziło do takiej sytuacji? I dlaczego tak się stało - autorka próbuje to wyjaśnić opisując życie artystki.

Tak więc dowiadujemy się z jakiej rodziny pochodziła, ile miała rodzeństwa, w jaki sposób ojciec utrzymywał rodzinę. Jaką osobą była jej matka i zasady, które przekazała córkom.

Dlaczego w jej twórczości przeważał  jeden motyw: „Całe życie … malowałam ten lud wiejski, tę wizję pierwszej młodości śród której wzrastałam”.

Jakie szkoły kończyła, gdzie studiowała i dlaczego udawała swojego brata.

Stryjeńska przez większość życia prowadziła pamiętnik, który składa się nie tylko z wpisów ale zawiera także wklejone listy, bilety, opisane fotografie, wycinki z gazet, programy wystaw, wyniki badań.

Tak więc w książce znajdziemy wiele fragmentów tych zapisków a także treść recenzji jakie napisano o pracach Stryjeńskiej, która nie tylko malowała, ilustrowała książki ale także projektowała scenografię, witraże, kostiumy teatralne i układy choreograficzne.

I bardzo dużo czytała. Prowadziła też okresowo intensywne życie towarzyskie w Warszawie – dowiadujemy się gdzie bywała, jakich znanych ludzi poznała, gdzie jadła obiady  lub grała w brydża

Poznajemy też życie prywatne artystki, sylwetkę męża o którym pisała „Mój płowy lew, moje gusło”. „…miałam obsesję na Karola”.

Także dzieci, które nie miały łatwego życia. A i potem nie było im lekko. „Życie rodzinne to pozycja dla mnie przegrana, już stracona. Dawno ją spaliłam na tzw. Ołtarzu Sztuki”.

Autorka dokładnie opisuje co Stryjeńska musiała robić, nawet nie chcąc, aby opłacić rachunki, bo cale życie borykała się z brakiem pieniędzy.

Jest też parę zabawnych momentów – choćby opisane kontakty z podróżnikiem i pisarzem Arkadym Fiedlerem.

Stryjeńska żyła w latach 1891 – 1976, a więc także w czasie obu wojen światowych. Kuźniak przedstawia sytuację życiową artystów i ich dzieci w tym okresie.

W końcu artystka i jej potomstwo zamieszkali za granicami Polski – przeczytacie jak im się to udało i jaką cenę zapłacili za ten przywilej.

Książka zawiera wiele prywatnych zdjęć, kolorowe reprodukcje obrazów i fragmentów pamiętnika. Oraz „Podziękowania”, bibliografię i źródła ilustracji.

Polecam.

 

 

 



sobota, 03 grudnia 2016

Wczoraj po dyżurze w "Bibliotece sąsiedzkiej” pojechałam do Hali Ludowej (a nawet Stulecia).

Odbywają się tam kolejne Targi (niegdyś Promocje i ta nazwa bardziej mi się podobała) Książki. Nie gościłam na nich przez kilka lat i zobaczyłam, że czas się tam zatrzymał.

Targi, czyli handel. Przedstawiciele wydawnictw, a nawet innych firm stoją i czekają na klienta.

Owszem są spotkania z autorami (w różnych miejscach miasta) i warsztaty dla dzieci ale to już było.

Statyczne to jakieś, kompletnie nienowoczesne. Postawiono stoiska, zapełniono książkami, katalogami i zakładkami (nie wszędzie) i na tym koniec.

Oczywiście dokładnie przeczytałam program – ofertę targów.

Czego bym chciała? Ano, aby działano na zmysły człowieka, który tam przyszedł – na słuch, wzrok, smak i serce. Nic z tego.

Wybrzydzam ale nie mam pomysłu? A właśnie, że mam.

Miasto jest Europejską Stolicą Kultury więc dlaczego by nie połączyć, w tym tak dużym przecież miejscu, różnych jej dziedzin? Wszystko związane oczywiście z książką.

Tak więc na przykład: studentka Akademii Teatralnej podobna do Bondy czyta fragment jej książki.

Student ucharakteryzowany na Wajraka siedzi obok planszy wyobrażającej wilka i czyta rozdział „Wilków”.

Dowcipnisiów bardzo proszę o nieumieszczanie komentarzy, że powinien wilczo wyć.

Inny z przypiętą wizytówką głoszącą, że to sam Eberhardt Mock, opowiada jego życiorys, zaprasza chętnych do tego, aby na specjalnym druku zostawili odciski swoich linii papilarnych. I krótko objaśnia jak to z nimi jest w trakcie śledztwa.

Tym bardziej, że jest tam stoisko Wyższej Szkoły Policyjnej w Szczytnie. Można by to było połączyć.

Wyobrażam sobie też, że obok stoiska z wydawnictwami muzycznymi ktoś cicho gra, nawet prosząc o datki o kapelusza.

Wrocławski krasnal Życzliwek mógłby rozdawać papierowe słoneczniki, inne krasnale zakładki lub kalendarzyki z logo wydawnictw.

Obecność świętego Mikołaja z prezentami też nie zaszkodziłaby.

A  wyobraźcie sobie, że hrabia Aleksander Fredro przechadzając się zaczepia klientów i za cytat z jego sztuki daje fajną zakładkę, pocztówkę czy wrocławski breloczek – cokolwiek wrocławskiego ale przydatnego, bo widziałam porzucone baloniki.

A przy kulinarnych wydawnictwach częstują czymś pysznym. Kulinaria to też kultura przecież.

Brakowało też (według mnie) połączonego stoiska Miejskiej i Dolnośląskiej Bibliotek Publicznych gdzie można by było nie tylko wziąć informację pisemną o ich działaniach ale także sprawdzić to w Internecie.

I tym stoisku pojemnik na bookcrossing. Na pewno klienci targów zapełniliby go darami, a inni uzupełnili swoje biblioteczki.

Mamy XXI wiek a te targi są XIX – wieczne, zamiast interaktywne i multimedialne.

Jeśli mnie zaraz po powrocie do domu przyszło do głowy tych kilka pomysłów to dlaczego organizatorzy na to nie wpadli?

I nie twierdzę, że moje są genialne jednak organizatorzy powinni mieć i zrealizować sto razy lepsze ale jakoś nie mieli żadnych.

Wieje nudą na tych targach – niezależnie od wspanialej zawartości eksponowanych książek.

Jeśli TARGI to noblesse oblige – zróbcie coś, aby były atrakcyjne nie tylko dla tych z pełnym portfelem lub przemożną chęcią posiadania nowości.

Marzy mi się, aby targi książek były okazją do spotkań pełnych zabawy, śmiechu, radości i nauki.

Żeby wołały: przeczytaj mnie, weź mnie ze sobą lub zapisz autora i tytuł a potem wypożycz w bibliotece.

Miało być świetnie a wyszło jak zwykle.

Jako że blog ten ma w nazwie kota to poniżej zdjęcia z nimi właśnie:

tu zwróćcie uwagę co głosi napis na bluzce ekspedientki


 

 

 

 



O autorze
Tagi
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Dodatki na bloga
”znaczek