O mnie, o książkach, filmach, wystawach, kolażach i dress-party z poczuciem humoru, niekiedy sarkastycznie a nawet złośliwie.
czwartek, 29 marca 2012

 Na tej stronie można sprawdzić gdzie w Polsce i w Niemczech mieszkają osoby o tym samym nazwisku co my: http://www.moikrewni.pl/mapa/kompletny/kowalski.html

12:48, alodia1949 , różne
Link Komentarze (3) »
środa, 28 marca 2012

 Profesjonalistów inaczej spotykamy co krok i potykamy się o ich zdolności. Moja opowieść będzie o ... służbie zdrowia, ha,ha,ha. Kostkę zwichnęłam sobie na dziurze w chodniku ("Wrocław miastem kultury co to w chodnikach ma głównie dziury" - aut. ja) w sierpniu ubiegłego roku. Dwa razy byłam u lekarki rodzinnej, raz prześwietlić odnóże, potem (po odczekaniu na ten zaszczyt) u ortopedy. To już tylko skierowanie na zabiegi - optymistycznie pomyślałam, he,he,he. W styczniu zapisano mnie na wizytę do lekarza rehabilitanta na poniedziałek 26 marca, hi,hi,hi. Naprawdę nie rozumiem co mnie tak śmieszy. Wchodząc w drzwi przychodni natknęłam się na sąsiadkę zza ściany. Znalazłam gabinet i usiadłam, aby poczekać na wyznaczoną godzinę. A tu przychodzi sąsiadka mówiąc, że już tu była ale na dole w rejestracji załatwić coś musiała. Poprosiła o pomoc w połączeniu z synem jej telefonem komórkowym, udało mi się choć prosty on nie był w porownaniu z moim. Weszła przede mną. Czekam. Jedna z pacjentek zapytała czy może wejść przede mną tylko na chwilkę, aby dać kartkę. Zgodziłam się. Czekam, chwilka się przedłuża. Weszłam.

Pani doktor przyjmuje tylko w poniedziałki od 11,20 do 14,40. Zdziwiłam się ale po wizycie zrozumiałam. Jest starszą panią pooowoooli i oszczędnie dozującą swoją uwagę pacjentowi. Poprosiła o skierowanie od ortopedy, odpytała na co się skarżę, wymieniłam. Przyniosłam zdjęcie i naprawdę nie był to mój wizerunek w bikini ale rtg stóp ale pani dr się nie zainteresowała. Kazała się rozebrać to ja sru i stoję naga - he,he,he. Nie, tylko zdjęłam podkolanówki. Nie wiem co można zobaczyć z trzech metrów i to bez lornetki lub lunety. Nastepnie zostałam odpytana z dolegliwości innych. Odpowiedziałam i uslyszałam zdegustowaną odpowiedź - ale jakieś poważne choroby poproszę. Na co ja, jak zwykle dowcipnie, że jak dotąd jeszcze niczego takiego u mnie nie odkryto. Pewnie dlatego, że mam mało do czynienia ze służbą zdrowia i badaniami - nie dodałam.

Poprosiłam o całościowe potraktowanie stóp mych szlachetnych acz nagdryzionych zębami czasu i dziurą kulturalną. I otrzymałam skierowamie na ultra-mezo-krio.  Fajnie. Zeszłam do rejestracji i wyznaczono mi pierwszy dzień zabiegów na 27 września - hu,hu,hu. Czyli ponad rok po skręceniu kostki. Ja bym reformatorom służby zdrowia coś skręciła. I to niejedno oraz powolutku, aby cierpieli bardzo.

Wracając wstąpiłam do małego, ciemnawego sklepiku z odzieżą. Klientka płaciła za pierścionek i zaprosiła mnie do Hali Stulecia gdzie będzie wykonwać makijaże. Żadnej ulotki nie wręczyła. Profesjonalnie nader. Odpowiedziałam ulubionym cytatem: wie pani - "uroda mija, głupota zostaje".

We wtorek działałam w sklepie dobroczynnym od ulicy. Gdy weszłam nikogo tam nie było co mnie ucieszyło. Popracuję w spokoju nikomu nie przeszkadzając - pomyślałam. A jużci! Zaraz weszły klientki. Dla sklepu dobrze. Dla mnie gorzej. Na koniec zostałam poczęstowana herbatą owocową. Dziękuję pani Grażyno.

Aby dokończyć pracy z segregowaniem i układaniem ich książek wypisałam działy do zakładek metalowych, zaniosłam je w poniedziałek, wczoraj i dzisiaj z pomocą koleżanki (dzięki bardzo). Na koniec paniom z obsługi sklepu powiedzialam: tak to powinno wyglądać. Porządki przedświąteczne tam zrobiłam. :)

Mają do sprzedania dużo torebek, zaproponowałam, aby robiły co jakiś czas a to "dzień torebki", a to "dzień czapki, szalika i rękawiczek", a to "dzień buta", "dzień spodni", "dzień kurtki", "dzień zabawki", "dzień pościeli", "dzień zasłon" i oczywiście "dzień książki". Z okazji porządków wiosennych ludzie przynoszą tam dużo rzeczy więc warto się wybrać, dojazd tramw. 9, 17, aut. 128, A, N do skrzyżowania ulic Wyszyńskiego i Sienkiewicza, adres: ul. Wyszyńskiego 66A (w podwórku) czynne pon-pt. od godz. 14-18, a Wysz. 68 (od ulicy) czynne pn.-pt. od godz. 12-18, wszystkie rzeczy używane ale nie zużyte, czyste i działające można tam zawieźć bez pytania.

piątek, 23 marca 2012

 Liście takiego fiołka moja kotunia traktuje pazurami i niszczy. Mądra to ona nie jest ale wytłumacz to zwierzęciu, przecież to tak fajnie jest się pobawić gdy pańci nie ma lub za długo śpi.

Jakiś czas temu zaczęłam pisać opowiadanie z akcją w redakcji gazety. Jedną z głównych bohaterek jest wredna naczelna o nazwisku Kociwark. Nie tylko psy warczą, moja Misia także to potrafi.  Wracając do opowiadania napisałam je do pewnego momentu i zabrakło mi konceptu. Same antykoncepcje się cisnęły wszędzie. Jak niewygodne buty. Odłożyłam więc na jakiś czas i w niedzielę kontynuowałam. Najpierw przepisałam ręcznie i ołówkiem 27 wcześniej napisanych stron, no - lekko nie było. Na szczęście miałam natchnienie i opowiadanie skończyłam. Będę je jeszcze parę razy czytać, w różnych odstępach czasu i poprawiać. Z każdym tak robię.  Tym razem bohaterów jest więcej więc zrobiłam ich listę z cechami osobniczymi. Rozrysowałam także pomieszczenia, bo dotąd były znane mi miejsca a tu całkiem wymyślone.

Patrząc na sterty oferty książkowej w sklepie dobroczynnym dostawałam skrętu wszystkiego - kiszek, głowy, karku i wątroby. Wcześniej był tam jeden z bibliotekarzy, wybrał i zakupił co chciał, sterty zostawił. Słusznie bardzo albowiem nie należy wychodzić poza swój interes osobisty.

A ja jak ten głupek mam skłonności do wychylania się i zaoferowalam pomoc w uporządkowaniu. W środę poszłam i zadziałałam. Łatwo nie było, bo warunki są tam spartańskie i ciasne, nie miałam gdzie rozłożyć się przy segregowaniu książek. Utworzyłam parę działów, dwa duże kartony zapełniając odrzutami zniszczonymi lub uwagi niewartymi do bezpłatnego rozdania. Na szczęście pomogła mi koleżanka, bo trwało by to długo zbyt. A i tak byłam potem bardzo zmęczona. Nie te lata, nie te oczy i kręgosłup.

Dzisiaj udało mi się załatwić (dziękuję ofiarodawcom) metalowe zakładki z miejscem na napisy co dany dział zawiera i podpórki. Zaniosłam je, zrobiłam jeszcze małą selekcję, zachwyciło mnie, że ktoś książkę odrzuconą z powrotem wstawił na półkę, a inną przestawił z działu do działu.

 Jedno zjawisko i zachowanie ludzkie bibliotekarze kochają ponad wszystko. A mianowicie gdy czytelnicy traktują propozycję stosowania zakładek, wstawianaych w miejsce wyciąganej książki, jak ujmę na honorze. Nadymają się mówiąc: przecież ja wiem gdzie książka stała. I sru ją z powrotem byle gdzie ale na pewno NIE we właściwe miejsce. A co tam! Przecież bibliotekarz uwielbia godzinami porządkować księgozbiór po bałaganiarskich czytelnikach - prawda? Jest to oczywista oczywistość.

Natomiast za dobry uczynek dzisiaj zostałam słusznie ukarana przez diabła stróża, zostawiłam tam reklamówkę z pysznymi zakupami. Ktoś się ucieszy. Na zdrowie.  A, że pracujące osoby w sklepach obu mają dużo zajęć, pójdę tam jeszcze, w przyszłym tygodniu,  z kartonem i linijką, aby zrobić napisy do zakładek. 

Do tych sklepów przychodzą uczniowie - wolontariusze, dzisiaj uklepywali ksiązki i usłyszałam, że w całej klasie nikomu nie podobała się lektura szkolna "Ten obcy". To pewnie nawet książki Musierowicz są dla nich niezrozumiałe lub zbyt staroświeckie. A propos takie - czytam dla rozrywki, kryminał wydany kiedyś w serii z jamnikiem, "Trattoria przy ulicy Skrybów". Autor połączył tam, bardzo zgrabnie, dwa tematy: historię Etrusków i jedzenie. Oraz podał sposób w jaki właściciele  knajpek mogą bronić się przed sieciami restauracyjnymi zyskując pieniądze, nową pasję, przyjaciół i miłość. Jak to się skończyło jeszcze nie wiem.

A w ramach rozrywki kliknijcie na poniższy link, poczekać należy chwilę, potem wpisać swoje imię w rubrykę (name), kliknąć, poczekać chwilę dłuższą i napawać się, naprawdę fajne jest :) http://www.obtampons.ca/apology

czwartek, 22 marca 2012

 reż. Paolo Sorrentino

 To nie jest film o narkotycznych odlotach muzyka rockowego.

 Ponownie, po „Żelaznej damie”, mamy film jednego aktora. Tym razem jest to Sean Penn w zmieniającej go całkowicie charakteryzacji – wyrazisty makijaż, szopa czarnych włosów na głowie, ubranie ze skóry, buty typu glany. Twórcy filmu wzorowali jego postać na Robercie Smith z zespołu „The Cure”.

Cheyenne, od dawna niewystępujący  muzyk rockowy, mieszka z żoną Jane (Frances McDormand), z zawodu strażaczką, w pięknym domu w Irlandii. Obok jest pusty basen gdzie oboje grają w pelotę. Chodzi i mówi jak stetryczały staruszek, z rzadka wybuchając bez powodu.

Punktem zwrotnym jest śmierć jego ojca mieszkającego w Stanach. Muzyk płynie tam statkiem bo boi się latać. Po pogrzebie czyta pamiętnik ojca z którego dowiaduje się, że pochodził z Polski a sensem jego wielu lat życia była zemsta. Cheyenne postanawia jej dokonać i znaleźć człowieka, który zasłużył na śmierć.

Od tego momentu zaczyna się film drogi. Kolejne krajobrazy, pod koniec już z dość monotonne jakby bez znaczenia, bary, motele i ludzie jak wynalazca kółek do walizek, żona poszukiwanego twierdząca, że mąż umarł i Rachel kelnerka powoli doprowadzający bohatera do celu. Którym nie jest tylko śmierć człowieka ale i dojrzałość Cheyenne`a, tu w postaci symbolicznego zapalenia papierosa. Jako rockman ćpał i pił ale nie palił, bo dzieci nie ciągnie do palenia. Dość ryzykowne jest to twierdzenie.

W młodości mówimy: takie będzie nasze życie, a jako dorośli: takie jest moje życie – stwierdza bohater i tu się z nim zgadzam.

Makijaż, fryzura i ubranie są maską za którą chowa się Cheyenne przed ludźmi i światem, zdradzają go tylko niewinne niebieskie oczy, jakby ciągle zdziwione tym co dookoła.

Film prezentuje przeboje Iggy`ego Poppa, „Talking Heads” i The Pices of shit”, ma kilka zabawnych, wiele wzruszających ale i irytujących scen.

I pokazuje jak traumatyczna przeszłość potrafi negatywnie wpływać na kilka pokoleń. Polecam.

 

 

 

 

sobota, 17 marca 2012

 Zapraszam 20 marca (wtorek) o godz. 17, na spotkanie poetyckie członkiń Robotniczego Stowarzyszenia Tworców Kultury, pt.: "Wiosna jest w nas"

w Domu Kultury "Piast" Wrocław, ul. Rękodzielnicza 1, (dojazd tramwaje: 3,10,21,23, autobusy: 103, 126, 128),

wystąpią: Aleksandra Zamorska, Marianna Danilczuk, Leokadia Bajrakowska i Iza Bill, a przy okazji będzie można obejrzeć wystawę obrazów.

czwartek, 15 marca 2012

 Główną postacią dzisiejszego spaceru była Karolina Piastówna, oto jej nagrobek w Trzebnicy, jeśli podobizna jest prawdziwa to śliczna nie była,

można o niej przeczytać http://pl.wikipedia.org/wiki/Karolina_Piast%C3%B3wna,

szczęscia w życiu nie miała, wyszła za mąż wbrew woli rodziców, zmieniła wiarę, urodziła syna, w końcu odeszła od męża. Ostatnie lata życia spędziła w domu przy ul. Szewskiej 49 oddając się działalności dobroczynnej. W latach 80-tych XX wieku, na parterze, mieściła się tam Katedra Historii Sztuki, pracowałam jej w bibliotece. Księżna w dzień nie straszyła, nie wiem jak było nocami.

Serce księżnej było, na jej życzenie, w urnie w kościele św. Klary, w Mauzoleum Piastów Polskich ale w trakcie działań wojennych urna upadła i proch się wysypały. Teraz tam jest kosteczka Karoliny. Stoi w barokowej wnęce nad wejściem, jest srebrna, ozdobiona orłami. Jej syn umieścił napis łaciński: "Najznakomitsza księżna Holsztynu, Karolina, ostatni potomek wielkiego rodu Piastów, urodzona w 1652 roku 2. grudnia, zmarła w 1707 roku, 24 grudnia, żyła na świecie 930 lat w osobach przodków swoich, w sercu swym tu złożonym 55 lat i 22 dni, w sercu syna także teraz i zawsze żyć będzie. Pomnik ten, matce na wieczną pamięć, sobie na nieustającą łez podnietę, wzniósł pozostający w żałobie jedyny syn Leopod, z Bożej łaski książę Holsztynu. Niech świat pogrąży się w żałobie, gdyż została mu odebrana szlachetna, dziewięć wieków trwająca ozdoba. Trwam w żałobie i nie odżałuję mej matki".

Na budynku w Rynku jest tablica poświęcona Irenie Rzeszowskiej

napis jest przykładem kłopotów z nazewnictwem wykonywanych zawodów (vide: pani ministra) albowiem: aktorka, ale reżyser, animatorka ale kierownik, sekretarz, prezes.

Na budynku Uniwersytetu jest tablica poświęcona Clarze Haber, napis mówi to co najważniejsze:

 

Oczywiście informacji było więcej ale po prostu należy uczestniczyć w spacerach literackich organizowanych przez Dolnośląską Bibliotekę Publiczną w Rynku.

Następny odbędzie 12. kwietnia, o godz. 16 zbiórka na dole w holu. Będziemy chodzić śladami Józefa Ignacego Kraszewskiego.

 

środa, 14 marca 2012

 W grupie pań z klubu "Impuls" wybrałam się do Hali Stulecia na wystawę multimedialną o historii tego budynku i jego twórcy Maxie Bergu. Najpierw pani Basia wprowadziła nas w temat opowiadając kto, co, gdzie i kiedy czyli jak powstawała Hala i okolice jak Pawilon Czterech Kopuł i Iglica. Tu jedna z pań wspomniała, że ma zdjęcie swoich rodziców stojących pod tą konstrukcją - Iglicą znaczy. Zapytała kiedyś swoją mamę dlaczego nie zostawiła w domu, trzymanego w ręku, tobołka rzeczy do magla. Na co usłyszała, że to ona w beciku, a nie żadna porcja pościeli. ;)

Na wystawę wchodzi się bocznymi drzwiami, kupuje bilet w postaci karty magnetycznej (do zwrotu), zostawia odzienie (ale tylko wierzchnie) w szatni i otrzymuje na własność okulary do 3D. Wejścia pilnuje kołowrotek na kartę i ochroniarz. Naprawdę dzikie tłumy żądne wrażeń i bezpłatnych pamiątek tam się pchają, że trzebatak pilnować? W środku jest pani z obsługi w ciemnym kostiumie. No, poczułam się trochę jak u Wielkiego Brata, który nade mną miłościwie czuwa.

Sale są dwie i zawierają różne formy przedstawienia historii Hali. Świetna jest animacja objaśniająca w jaki sposób budowano obiekt. Można posłuchać, przez zabytkowe telefony, różnych informacji m.in. na temat wyszabrowanych (podobno nie przez Rosjan) organów. Także pomalować rysunek Hali na różne kolory, obejrzeć film o przedwojennych i powojennych dziejach obiektu, doinformować się co to jest WUWA itd.

Zajrzyjcie na stronę www.centrumpoznawcze.pl

a to moje zdjęcia stamtąd:

sobota, 10 marca 2012

 Dzień mamy szary bury i ponury. Wiosna weszła w bety i podjada kotlety. Mielone zresztą. Skąd wiem? Wysłała mi smsa-a :). A propos - w ten sposób koleżanka zapytała co u mnie slychać? Odpowiedziałam, że jestem w nieustannym szczęściu z powodu bycia na emeryturze. Miałyśmy tę samą dyrekcję więc rozumie mnie doskonale. Odpisała: "Pieknie. Gratuluję." I słusznie bardzo.

Ale wracając do adremu czyli dzisiejszej giełdy. Przebojów było kilka:

- czarna teczka przyniesiona przez Anię, któa pozwoliła przyczepić mi karteczkę" teczka dla ministra bez teki", została nabyta przez kobietę, pani ministrę in spe :D

- z powodu pogody obawiałyśmy się braku frekwencji a tu puk-puk do drzwi, Ania stwierdzila: "posiłki idą" a ja zapytałam: "śniadania, obiady czy kolacje?"

- przebieralnia jest w łazience, ktoś stukał do niej mówiąc "kolejka do łazienki", a Ania (świetne miała dziś riposty) "trzeba się było w domu wykąpać",

- Dzidka szuka wspólczesnego Kwinty bo nie może się dostać do swojej skrzynki z wiadomościami,

- Gola wzięła do przymierzenia biustonosz postanawiając się wypiąć jak BB, przy okazji stwierdziła, że znana trasa z wysokości roweru jest zupełnie inna niż z piechoty, uważajcie więc w jaki sposób się poruszacie,

- duet egzotyczny stworzyły Ania i Ela stojąc naprzeciw siebie przy stole z rzeczami, Ela: "o, jakie to ładne", Ania "bo to moje" i tak cztery razy,

- Ela nabyła dwie bluzki wydając razem 2,20 zł, ustaliłyśmy, że stała się zakupocholiczką i czas na odwyk,

- Anię zmolestowałyśmy, aby kupiła pięknego śliwkowego koloru golfik, bardzo pasujący do tego w co była ubrana,

- z Ewą porozmawiałam o moim opowiadaniu mającym akcję w jej miejscu pracy, podobno koleżanki sprawdzały czy w globusie rzeczywiście jest pęknięcie z ktorego wystawała ręka trupa (tylko w opowiadaniu!), w loterii fantowej wylosowala książkę pt.: " Jak będąc kobietą w dowolnym wieku zepsuć życie sobie i innym. Poradnik dla początkujących", obiecała przeczytać i dać jako fant następnym razem więc macie szansę. A L. wylosowała fajansowy czajniczek do zaparzania herbaty z kotem namalowanym na wierzchu, ucieszyła się,

- ale największym hitem giełdy były skarpetki z palcyma (wiem, że się mówi: z palcami) i ja sobie je nabyłam:

 

-

środa, 07 marca 2012

 na dobry początek, wiosny i tekstu, przebiśniegi spod mojego bloku

Ponownie zapisałam się do NSZZ "Solidarność". To dzięki nowej przewodniczącej, bo poprzednia zajęta była głównie potakiwaniem dyrekcji i olewaniem członków. A teraz dla dyrekcji "skończyła się szkoła pod pierogiem, a zaczęła pod batogiem" i bardzo dobrze. Nareszcie!!! O moim byłym środowisku czyli koleżeństwie (ale nie o wszystkich, jest parę normalnych jednostek) nie będę się wyrażać, szkoda czasu i energii. W każdym razie dyrekcja ma już dwie ksywy "Loch Ness" i "Imperium". Kto zasłużył ten ma!

Diabeł stróż mój nieustannie jest w szale dokopywania mi. Że też ja nie mogę mu się odkopnąć :(. W każdym razie podkusił mnie, aby z pomocą koleżanki wysłać (pierwszy raz) PIT-a internetem. Najpierw e-deklaracja Min. Finansów. Tam nie wpisuje się miejscowości tylko wstawia z opcji. A cośmy się naopcjowały w pocie czoła, nie chciało być tak jak potrzeba i już. Uparło się i nie zdechło, my prawie.

Potem inna wersja PIT-a, jedna cyferka znowu nam nabruździła i uparcie odrzucała akceptację. Skrupulant zboczony jakiś tam siedział, na pewno kopytny. Wreszcie poprawka została uznana. Klik na drukuj i gie welkie jak Pałac Kultury i takież samo piękne. Bo drukarka wypięła się na nas tyłkiem kostropatym. Cudnie wprost. Ale to nie koniec, przy zamykaniu stron deklaracji zginęło potwierdzenie wysłania. Co się nastresowałyśmy to nasze, bo nie zapisałyśmy adresu strony. Już miałam dzwonić po pogotowie, bo my obie w stanie przedzawałowym leciałyśmy na dywan gdy bystra koleżanka kliknęła na ikonkę na pulpicie gdzie zapisałyśmy ten program. Było tam i potwierdzenie.

Z właściwą sobie naiwnością pomyślałam, że zapiszę to na pendrivie i wydrukuję w punkcie ksero, he,he,he. Nie ma tak dobrze. Diabeł kazał mi spadać, w dodatku złośliwie schował mi komórkę dopiero gdy koleżanka, na moja prośbę, zadzwoniła wyczaiłam gdzie jest. Kot w poszukiwaniach nie pomaga, wredota jedna. A następnego dnia musiałam zataszczyć laptop, pani Asia coś tam przerobiła i wydrukowała. Są zdolni ludzie na świecie.

W środę padał deszcz, jakżeby inaczej, ja laptop i drukarkę w torby, do trzeciej rzeczy do magla i zasuwam. Tak szybko, że ocknęłam się przy następnej przecznicy za maglem.  Ale ucieszona, jak zwykle durnie nader, stwierdzam, że tam też jest magiel. I co? Jak myślicie? Otwarty od godz. 15 a była 12,30. No, panienek nieciężkich obyczajów kilka poleciało w eter. W punkcie napraw niewątpliwie sympatyczny młodzieniec powiedział, że jest zawalony robotą i że raczej w przyszłym tygodniu, ha,ha,ha! Jutro idę.

Szczodrości ZUS-u doznałam takowej samej jak i inni emeryci. Przeputałam kasę z właściwą sobie skłonnością do hulaszczego trybu życia. Skorzystałam z promocji u kosmetyczki na renowację oblicza. Pólłtorej godziny trwał zabieg pt. "topp lifting" ale żebym zauważyła jakąś wielką różnicę to nie. Może powinnam zmienić okulary na mocniejsze? Pani Ola powiedziała, że mam za dobrą cerę i za mało zmarszczek, aby efekt był piorunujący. Muszę sobie zmarszcki zapuścić :). Jakbym schudła 2O kg efekt bylby murowany (w posiadaniu zmarszczek jedynie) ale na diabla mi "z tyłu liceum, z przodu muzeum"? Jak muzeum to z każdej strony! :)

Dzisiaj w klubie "Impuls" prowadziłam zajęcia kolażowe, czyli robienie kartek świątecznych. Zdecydowana większość pań wolała siedzieć w innej sali, przypatrywać się pracy fryzjerki i rozmawiać. Ja wolę coś konkretnego zdziałać. Nie we wszystkich jest ciekawość i chęć poznania/nauczenia się czegoś nowego. Z wiekiem chętniej robimy to do czego się przyzwyczailiśmy. A powinno się masować swoje szare komorki w różnych miejscach, aby nie zanikły.

czwartek, 01 marca 2012

Sukces często powoduje zawrót głowy i przekonanie o własnej wspaniałości i nieomylności u osoby, która go odniosła.

 Lata 20-te XX wieku, Hollywood. George Valentin (Jean Dujardin) gwiazdor kina niemego jest zachwycony sobą i swoim życiem. Odwrotnie niż jego żona.

Ta postać to połączenie męskich gwiazd tamtych lat: Rudolfa Valentino, Johna Gilberta, Douglasa Fairbanksa, Ramona Novarro, Johna Barrymoora.

George ma uroczego tresowanego pieska z którym występuje w filmach (to nawiązanie do psiej gwiazdy Rin-Tin-Tin). Oraz piękny dom w dobrej dzielnicy i elegancki samochód z osobistym kierowcą.

Pewnego dnia szef wytwórni (John Goodman) zaprasza go na pokaz filmu dźwiękowego mówiąc, że to jest ich przyszłość. „Widzowie chcą nowych kęsków, a widz ma zawsze rację” słyszy aktor.

George-Zadufek unosi się pychą tudzież fałszywym honorem i za własne pieniądze kręci kolejny niemy film, w którym na końcu ginie wciągnięty przez ruchome piaski. Jednak konkurencję wygrywa dźwiękowy film z udziałem byłej statystki i fanki aktora Peppy Miller (Berenice Bejo).

W dodatku na giełdzie jest krach i aktor plajtuje. Żona każe mu zabrać pamiątki i wynosić się z domu.

Były idol ląduje w kiepskim mieszkaniu z psem, alkoholem, szpulami swych filmów i projektorem. Zwalnia z pracy służącego, któremu od roku nie płaci. Pije, ogląda minioną świetność i ...

Ten film jest nie dość, że czarno-biały to jeszcze niemy. Aktorzy, choć przecież współcześni, świetnie wpisują się w tamtą konwencję nie przesadzając z mimiką i gestykulacją.

Jest to opowieść nie tylko o aktorach ale o każdym, kto osiągnąwszy sukces uważa tych, którym się nie powiodło za leniwych głupców. Zawsze jednak może ich dopaść krach – finansowy, zawodowy, rodzinny czy zdrowotny. Wtedy przeważnie zostają sami. Albowiem: umiesz liczyć, licz na siebie. Jak jest w filmie zobaczcie sami. A świetnie go wyreżyserował Michel Hazanavicius.

Tagi: film recenzja
19:33, alodia1949 , o filmie
Link Komentarze (1) »
O autorze
Tagi
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Dodatki na bloga
”znaczek