O mnie, o książkach, filmach, wystawach, kolażach i dress-party z poczuciem humoru, niekiedy sarkastycznie a nawet złośliwie.
poniedziałek, 30 marca 2015

Serdecznie zapraszam wszystkich zainteresowanych na wystawę florotypii w nastrojowym wnętrzu,
 na drugim piętrze kamieniczki MAŁGOSIA, we Wrocławiu.

Wystawa jest dostępna już od dzisiaj, tj od poniedziałku 30 marca i będzie trwała do 22 kwietnia.  

Tym razem zapraszam na spotkanie w ostatnim dniu trwania wystawy tj. na jej uroczyste zakończenie

- zwane finisażem - na godzinę 17.00.

Galeria jest czynna od poniedziałku do piątku w godzinach od 9.00 do 16.00.

 

niedziela, 29 marca 2015

Matt Haig  – Radleyowie, Wydawn. „Świat Książki” 2011

WSTĘP: Cywilizacja polega na stłumieniu instynktów

O autorze:

Matt Haig urodził się w Sheffield (Anglia) w 1975 roku. Jest pisarzem i dziennikarzem. Tworzy książki zarówno dla dorosłych jak i dla dzieci, w których łączy rzeczywistość ze światem wymyślonym, często dziwacznym.

Jest m.in. autorem powieści gdzie narratorem jest labrador.

O książce:

Oto typowa angielska rodzina Radleyów: ojciec Peter lekarz, matka Helen – malarka amatorka, uczestniczka dyskusyjnego klubu książki, nastoletnie dzieci to córka Clara i syn Rowan.

Clara jest nienaturalnie blada i często wymiotuje. Rowan mało sypia i z powodu uczulenia na światło ma nieustanną wysypkę.  Koledzy uważają go za dziwoląga.

Cała rodzina nie może jeść czosnku ale ich postaci odbijają się w lustrze.

Żyli by sobie spokojnie gdyby nie napalony kolega Clary, która jego zalotów nie wytrzymała i ostre zęby zastosowała.

W ratowaniu sytuacji pomaga rodzinie stryj Will zakochany w Helen.

Autor stworzył wiarygodny alternatywny świat w którym prawie normalnie funkcjonują wampiry podzielone na dwie kategorie. Czynnych, czyli krwiopijców i abstynentów - bezkrwawców jak Radleyowie. Jednak nie przypominają oni Rodziny Adamsów.

Według autora wiele znanych postaci to wampiry. Chyba głównie emocjonalne.

W odwyku pomaga Radleyom „Poradnik abstynenta” z którego liczne fragmenty autor cytuje. Czasem brzmią zabawnie.

Wampirzy problem jest na tyle poważny, że angielska policja utworzyła „Oddział d.s. Bezimiennych Drapieżników”.

I gdyby nie to, że autor szokuje paroma dość okrutnymi scenami  byłaby to komedia prezentująca czarny i krwawy humor.

W „Financial Times” napisano, że to rozkosznie ekscentryczna komedia. Jak dla kogo.

Książka wpisuje się w modę na wampiry – począwszy od „Drakuli”, przez „Wywiad z wampirem” i „Zmierzch”.

Tym, którzy lubią takie klimaty polecam, bo powieść jest na tyle sprawnie napisana, że można we wszystko uwierzyć.

 

 

 

 

 

sobota, 21 marca 2015

 Dziasiaj spotkałyśmy się w gościnnym domu Teresy na Karłowicach. Witała nas Tina, młodziutka suczka, szorstkowłosa i wielorasowa. Uratowana najpierw przed utopieniemw worku z kamieniem, a potem od menela, który ją trzymał w brodziku i kopał gdy był zły. Też bym go tak potraktowała. Tina najchętniej siedziałaby cały czas u pańci na kolanach. Do obcych jest nieufna, nie daje się pogłaskać.

Rozmowy o kotach, oczywiście, też były. I o ich nocnych harcach. Oraz o tym, że albo kot, albo porządek i w dobrym stanie tapicerowane meble oraz tapety, niestety :).

Pierwszy dzień wiosny oblewałyśmy naleweczką przygotowaną przez gospodynię:

Rozmawiałyśmy też o służbie (he,he,he) zdrowia i chyba trzeba by było wypić dużo naleweczki, bo tego tematu "bez wodki nie razbieriosz".

Ania zrobiła nam grupowe zdjęcie na pamiątkę, wszyscy śliczni są jak z obrazka, niekoniecznie Picassa.

Poza tym w czwartek i piątek pisałam życzenia, adresowałam koperty, przyklejałam znaczki (co się nie najesz, to się nie naliżesz) do dwunastu osób. Fajnie jest dostać recznie napisane życzenia na ładnej kartce.

Co do porażenia twarzy - jestem po piątej serii zabiegów. I nadal stan nie jest taki jak przedtem. Dwa razy dziennie wykonuję 19 ćwiczeń po 15 razy i sama masuję sobie twarz. Planuję za miesiąc wykupić następne zabiegi ale może już bez galwanizacji, bo dostaję bardzo swędzącej wysypki w miejscu na plecach lub ręce gdzie przykładana jest płytka elektrostymulacji.

 

sobota, 14 marca 2015

Rebecca Johns – Hrabina. Tragiczna historia Elżbiety Batory. Wydawn. Pascal 2013

WSTĘP: W każdym z nas czai się potwór

O autorce:

Rebecca Johns urodziła się w 1971 roku.  Ukończyła dziennikarstwo na Uniwersytecie w Missouri i „Iowa Writers Workship”.

Debiutowała w 2006 roku powieścią „Icebergs”, której akcja toczy się w czasie II wojny światowej.

O książce:

Elżbieta Batory (siostrzenica polskiego króla Stefana Batorego) cieszy się złą sławą okrutnicy i morderczyni.

Jak było naprawdę nie wiadomo.

Rebecca Johns przedstawia czytelnikom swoją wersję.

 Opowiada dzieje kobiety inteligentnej, wykształconej, znającej cztery języki i pochodzącej z bardzo bogatej rodziny. Pięknej, zaradnej, operatywnej a zarazem kompletnie pozbawionej empatii i wrażliwości. Wyrachowanej manipulantki, bezwzględnej i przekonanej o swojej wyższości. Z dużym erotycznym temperamentem.

Książka to zbiór listów jakie bohaterka pisze do swojego nieletniego syna, dziedzica nazwiska i majątku . Opowiada w nich swoje życie, nie szczędząc drastycznych szczegółów traktowania niesfornej służby.

Nie czuje się winna pisząc: „Nie dopuściłam się niczego, na co nie pozwalałoby mi prawo nazwiska lub tytułu”.

Biografia Elżbiety jest prawie pozbawiona tła historycznego – to wada.

Zaletą jest tło obyczajowe – poznajemy detale życia bogatych środowisk węgierskich  XVI wieku. To czasy gdy w Turcji panował sułtan Sulejman nieustannie podbijający i zagarniający sąsiednie kraje.

Dzięki autorce dowiadujemy się jak bogaci ludzie wtedy mieszkali, ubierali się, przyjmowali gości, podróżowali. Jak wyglądały zaślubiny i jakie posagi dostawały panny z bogatych domów.

Jakie obowiązki mieli mężczyźni, a jakie kobiety. Co im wypadało, a co nie.

Jaki los spotykał nieślubne dzieci panien z dobrych domów. A także kobiety, które zostały wdowami i nie znalazły szybko następnego męża.

Oraz sposób w jaki traktowano przestępców oraz służbę. Okrutnie i bezwzględnie.

Autorka ewidentnie broni Elżbiety sugerując, że otoczenie postanowiło zagarnąć jej duży majątek i dlatego oskarżono ją i uwięziono.

I to jest całkiem prawdopodobne.

Polecam.

 

 

 

niedziela, 08 marca 2015

Dzisiaj byłam na seansie zoragnizowanym przez "Stowarzyszenie Dolnośląski Kongres Kobiet",  wyświetlono film dokumentalny "Solidarność według kobiet," który 3 lata tworzyli Marta Dzido i Piotr Śliwiński.

Bałam się, że będą to patetyczne nudy na pudy ale mile się rozczarowałam. Słusznie ruch zwany "Solidarnością" pokazano jako konsekwencję kolejnych społecznych buntów w latach 1956, 1968, 1970, 1976. 

Treścią filmu nie są tylko gadające głowy, wprawdzie kilkanaście kobiet z całej Polski opowiada o swojej działalności w czasie strajków i później ale ich wypowiedzi są przeplatane zdjęciami i nagraniami filmowymi z tamtych lat. Nie żyją już Alina Pieńkowska i Anna Walentynowicz, więc zamieszczono fragmenty ich archiwalnych wypowiedzi.

Co najbardziej zapamiętałam? Ewę Ossowską, która z powodu bezrobocia w 1996 roku wyemigrowała do Włoch z małą córeczką gdzie wcale jej się świetnie nie powodzi. 

Wypowiedź Barbary Labudy na Kongresie Kobiet, która opowiedziała jak to kiedyś powiedziała na sali pełnej mężczyzn (nie jakichś meneli), że "Solidarność" miała nie tylko ojców ale i matki, to faceci wybuchli gromkim śmiechem.

No i odpowiedź dziennikarki Janiny Jankowskiej, która zapytana dlaczego w swojej książce "Portrety niedokończone. Rozmowy z twórcami "Solidarności" 1980–1981"  nie umiała właściwie wymienić żadnej z solidarnościowych kobiet oprócz Aliny Pieńkowskiej. Marta Dzido podała nazwiska bohaterek filmu i dopiero wtedy Jankowska przytaknęła, że tak - mogła z nimi porozmawiać. Na sali były młode działaczki Kongresu Kobiet i jedna z nich wtedy stwierdziła: "no, wreszczie zajarzyła". A w trakcie wypowiedzi dziennikarki strasznie miauczał kot, niektórzy myśleli, że to na sali kinowej aż w kadrze pokazał się tył zwierzka a potem łepek przy ramieniu pańci. I nadal przeraźliwie miauczał. Mial rację.

Po filmie zaproszono tworców filmu, Ewę Ossowską, 4 kobiety internowane (w tym mnie) i Władyslawa Frasyniuka na przygotowane wcześniej krzesła. Siedzieliśmy przodem do publiczności (sala była pełna) i zadawano nam pytania.

 Ja powiedziałam, że naraziłam się dyrekcji zakładu pracy i zwierzchnikom z GIP-u materiałami, które pozyskane z Zarządu Regionu "S" wywieszałam w gablocie związkowej. Czytali je słuchacze kursów behapowskich i kandydaci na inspektorów pracy, którzy przyjechali z całej Polski. A, że materiały podawały prawdę o partii i sojuszach to wściekłość władzy była wielka. Potem koleżanka prywatnie mi powiedziała, że ja jak Piszczyk z filmu "Zezowate szczęście" podpadłam przez gablotę, ha,ha,ha.

No może jeszcze dołożyłam sobie przeforsowaniem zdjęcia ze stanowiska dyra, ktory był "mierny, bierny ale wierny".

Od reżysera filmu dowiedzieliśmy się dlaczego jest tak mało kobiet w polityce: bo mężczyźni różne sprawy załatwiają na rybach, na polowaniach i przy wódce. To może kobiety powinny przy wspólnym darciu pierza (no, wiem, że się teraz nie drze) u kosmetyczki, w galerii handlowej, przy piaskownicy albo w bibliotece?

Wieczór zakończyłam z dwiema koleżankami bibliotekarkami czcząc imieniny Beaty.

piątek, 06 marca 2015

 Dzisiaj nie będzie ani słowa o pomysłach rodem z Gombrowicza i Mrożka.

Miałam za to zwariowane lotnisko, czyli "13-te plenum spółdzieni Zenum" (film "Miś" Barei). Zaczęło się dobrze, spokojnie zjadłam śniadanie, obejrzałam kawałki telewizji kablowych i "Rodziny zastępczej" oraz początek serialu "Co ludzie powiedzą".

Od poniedziałku chodzę na płatne zabiegi (piąta seria) mające usprawnić porażone nerwy twarzy. Podrożały. Młoda rehabilitantka stwierdziła "nie odpuszcza pani". No bo jakoś nie lubię byc skrzywiona i bełkocząca.

Wczoraj poprosiłam rehabilitantkę, aby poradziła mi jakiś zabieg na stłuczone w styczniu kolano, pomacała i krioterapię zaordynowała. Dziesięc złotych za zabieg. Wczoraj i dzisiaj mrożenie mi zaaplikowała ale koleżanka na forum poradziła, abym sobie kupiła woreczek zamrożonego groszku i nim okładała kolano.  Oczywiście nie obsypując się ziarnkami tylko stosując cały woreczek ponownie go potem zamrażając. Do jedzenia nie będzie się już nadawał ale i tak będzie taniej. Dziękuję Anielko, tak zrobię.

Po zabiegach na poczcie nadałam list i paczkę. Paczkę zawierającą dwie nieduże dekupażowe ikony na korze przeze mnie wykonane. Podarowałam jej jedną i chciała mieć takie na prezenty.

Umówiona byłam na wywiad z młodą doktorantką Uniwersytetu Przyrodniczego. Spotkałyśmy się w Infopunkcie przy ul. Łokietka. Pisze ona referat na konferencję o zabawach/spędzaniu wolnego czasu przez dawniej i współczesne dzieci w wieku 10-15 lat. Ja akurat nie jestem dobrym przykładem na dziecięce zabawy ale podpowiedziałam gdzie powinna się udać, aby spotkać większą ilość seniorów. Nie powiedziałam o przychodniach :).

W niedzielę, w kinie "Helios Nowe Horyzonty" będzie wyświetlony film dokumentalny "Solidarność wedlug kobiet". Zostałam zaproszona na projekcję przez "Stowarzyszenie Dolnosląski Kongres Kobiet". Kilka dni temu zadzwoniła do mnie dziennikarka z "Gazety Wyborczej" prosząc o wypowiedź na temat kobiet działających w tamtych latach i dlaczego głównie mówi się o działalności mężczyzn.

Dzisiaj byłam we wrocławskim radiu wraz z organizatorką pokazu. Ja mówiłam o swojej działalności w "Solidarności", ona o filmie. Miała być tam inna koleżanka ale się rozchorowała.  Podobno dobrze nam poszło, więc mamy nadzieję, że dyskusja po filmie też się uda.

Na koniec oto jaki usłyszałam największy komplement w życiu - od ubeka, w trakcie a właściwie na koniec długiego, bo dwudniowego przesłuchania.

Powiedział (dość wkurzony, bo nie spełniłam jego oczekiwań), że nie rozumie kto mnie wybrał na przewodniczącą Komisji Zakładowej "Solidarności" i albo ja jestem taka głupia, albo tak dobrze udaję. Pracowałam wtedy w bibliotece Szkoły Inspekcji Pracy CRZZ im. Wilhelma Piecka. Pieck to był zasłużony NRD-owski działacz partyjny, czym się zasłużył mogę sobie tylko wyobrazić. Szkoła istnieje do dzisiaj tylko inaczej się nazywa. W stanie wojennym większość załogi zwolniono, potem przyjęto do pracy tylko zaufanych. Nie mnie.

A po powrocie z internowania w Gołdapi (bardzo północny wschód Polski) po 3 miesiącach, od adwokatki, która starała się o moje zwolnienie usłyszałam, że ubecy nie mają o mnie najlepszego zdania. No, strrrrasznie się tym zmartwiłam, po nocach nie spałam, ślozy lałam. Bo przecież o niczym innym nie marzyłam jak o tym aby mnie ubecja kochała, ha,ha,ha. Ich poziom umysłowy był chyba na poziomie mrożonego groszku.

wtorek, 03 marca 2015

 Jak norka się obśmiałam dzisiaj. Dowiedziałam się mianowicie, że pomysłodawczyni hojna (po 2 mało używane ksiązki dla każdego emeryta w prezencie, patrz poprzednie wpisy) jak się dowiedziała, że tu obśmiałam pomysł, który rozpowszechniono, nadęła się i obiecała, że mnie na spotkanie nie zaprosi. No, potoki łez mych leją się Niagarą z czwartego piętra, wylewają na ulicę aż studzienki nie nadążają z pobieraniem wody. Niedługo cała Odra będzie słona od łez mych czystych, rzęsistych.:)

A już torbę sobie przygotowałam na zaniesienie pół litra i zabranie lektury mało używanej (patrz poprzedni wpis, tam jest zdjęcie, torby a nie półlitrówki).

I w Dolnośląskiej Bibliotece Publicznej na warsztatach zrobiłam sobie kolię, aby uczcić to spotkanie w "Graficie". A tu taka siurpryza. Chyba się psychicznie nie podniosę z tego nieszczęścia.

Informuję, że na emeryturze jestem od pięciu lat i jak dotąd nie byłam na żadnym emeryckim spotkaniu, aby nie zatruć się wyziewami dyrekcji. To i nieobecność na tegorocznym mnie nie zaboli. Pozdrawiam organizatorkę.

Przyznam, że wykpiwając poniżający emerytów pomysł miałam nadzieję, że idea upadnie. Oj, naiwna, naiwna, naiwna jak dziecko we mgle.

Kolia przygotowana na uroczystość to ta dolna, pomarańczowa. Dorobiłam sobie jeszcze bransoletkę.

 

niedziela, 01 marca 2015

Esteban Martin – Malarz cieni, Wydawn. Albatros, Warszawa 2010

WSTĘP: „W moim przypadku obraz to suma destrukcji” Pablo Picasso

O autorze:

urodził się w Barcelonie w 1956 roku, studiował w Szkole Sztuk i Rzemiosł

O książce:

Czy wiecie co zainspirowało Picassa do namalowania „Panien z Awinionu”?

Widocznie to pytanie bardzo nurtowało autora, bo przedstawia nam swoją wersję. Martin urodził się i spędził dzieciństwo w tej części Barcelony gdzie mieszkał Picasso. W dodatku chodził do szkoły, która mieściła się zaledwie 20 metrów od Muzeum Picassa. A jego profesor rysunku osobiście go znał.

Długowieczność tego artysty zainspirowała autora i pozwoliła połączyć dwie postaci historyczne: Picassa i Kubę Rozpruwacza.

Trzecim bohaterem powieści jest angielski detektyw, znawca historii zbrodni  i literatury sensacyjnej Steven Arrow, postać autentyczna, a w książce bardzo wzorowana na Sherlocku Holmesie. Arrow w Anglii próbował wyjaśnić kim jest Kuba Rozpruwacz ale bez rezultatu.

W Barcelonie pod koniec XIX wieku ktoś morduje prostytutki. Morduje ze szczególnym okrucieństwem,  autor niestety nie oszczędza nas i opisuje detale. Rozpruwacz zyskał to miano, bo dosłownie rozpruwał ciała kobiet.

Dowody wskazują na Picassa. Arrow ma swoją koncepcję i doprowadza do wyjaśnienia zagadki kto i dlaczego mordował.

„Zbrodnia doskonała to nie taka, w której podsuwa się fałszywego sprawcę, zbrodnia doskonała jest wtedy, gdy znając mordercę, nie można go oddać w ręce sprawiedliwości, bo sprawiedliwość jest dla słabych”.

W pierwszej części książki poznajemy życie Picassa, jego rodzinę, lata szkolne, kolegów, pasję malarską a także pierwszą miłość, która mówi: „Pablo jest dzieciakiem przywykłym do tego, że zawsze stawia na swoim”. Z powodu kłopotów finansowych przez jakiś czas mieszkał w burdelu.

W posłowiu autor informuje nas, że chciał opowiedzieć „Walkę między dwiema potężnymi siłami: geniuszem zła u szczytu występku i geniuszem sztuki u progu kariery”. A według mnie opowiedział walkę między chorym zboczeńcem i bystrym detektywem.

W dodatku albo fragmenty książki są źle napisane, albo źle przetłumaczone.

Przeczytać można ale głównie dla postaci Picassa.

O autorze
Tagi
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Dodatki na bloga
”znaczek