O mnie, o książkach, filmach, wystawach, kolażach i dress-party z poczuciem humoru, niekiedy sarkastycznie a nawet złośliwie.
sobota, 22 kwietnia 2017

 

Oj, przeplata mi on, przeplata.

We wtorek dostałam wiadomość, że jedna z koleżanek nie żyje.

W środę byłam u dentystki – usunęła kawałek (zęba, plomby?) powodujący ból przy gryzieniu jedzenia.

I podpiłowała protezę bardzo agresywnie działającą na jedno miejsce dziąsła.

Poprzednią robiła kobieta, obecną mężczyzna – i to widać. Kobieca była delikatniejsza.

W czwartek inna koleżanka pytała telefonicznie, jako tę doświadczoną, co ma zabrać do szpitala,

bo dostała skierowanie.

Tego też dnia nastąpiła druga kontrola mojego operowanego oka (otwór w plamce oka i zaćma – jak w szamponie: dwa w jednym, piany nie było ale szczypanie a i owszem).

O organizacji oddziału już pisałam, więc się nie będę powtarzać.

Tylko napiszę, że (jak wszędzie) wszystko zależy od ludzi. Głównie chyba od ordynatora. W tym samym szpitalu byłam operowana na innym oddziale i wszystko poszło o wiele sprawniej.

Na badanie  polecono mi się stawić na godz. 13-tą ale połączenie mam takie, że albo jestem na miejscu dużo wcześniej albo z opóźnieniem.

Wybrałam wersję pierwszą.

Diabeł stróż mój jest w pełni swoich sił mataczących. Czasem tylko anioł stróż miesza mu szyki.

Gdy doszłam do przystanku widziałam, że na poprzednim jest autobus, którym dojeżdżam do miejsca przesiadkowego.

Jestem tam więc i widzę, że stoi, stoi, stoi. Opony go zabolały? Benzyny zabrakło.

Kierowca ma zawał? Nikt nic nie wie.

Naprzeciwko zaś następna niespodziewanka – zamknięto sklep spożywczy w którym wygodnie robiło się zakupy idąc od przystanku tramwajowego do domu.

Napisu wyjaśniającego nie ma. Remont, likwidacja, plajta?

Wreszcie autobus przyjechał. Na szczęście mój zegarek naręczny się spieszy, więc zdążyłam na następny.

Do szpitala także i jeszcze czekałam czytając pisemko „Retro”.

Zbadano mnie wielorako, powiedziano, że wszystko jest dobrze i zalecono stosowanie sztucznych łez.

Urażające oko szwy wyjęto – uff… Przez wiele dni miałam wrażenie jakby dwa ziarnka piasku tam były.

Pani chirurg powiedziała, że sokoła ze mnie nie dało się zrobić.

I tu przypomniała mi się taka jedna nauczycielka ze szkoły podstawowej nr 45,

która powiedziała, że przy mnie można spokojnie zostawić otwarte okno bo i tak nie wyfrunę.

Za zasługi została uwieczniona w jednym z moich opowiadań kryminalnych.

Gdy w szpitalu kazano mi czytać na tablicy okazało się, że litery falują, falują…

Tekst pisma też tak się zachowuje w środku i po bokach. Nie podoba mi się to.

Siatkówka ma zdrowieć przez pół roku.

Mogę już sprawić sobie okulary z nowymi szkłami. W starych nie bardzo mogę czytać.

Wizyta u optyka w poniedziałek nastąpi.

Mogę też chodzić na masaże kręgosłupa, aby tylko nie urażać oka i okolic.

W piątek  zakończyłam zakrapianie się kroplami cztery razy dziennie, już nie będę zależna od dźwięku budzika.

A i on pewnie miał mnie już dosyć.

Za to przylepianie osłonki spowodowało bolesny uraz skóry na policzku, pewnie od odrywania plastra.

To go psikam oxycortem. Policzek.

W szpitalu na tym oddziale już w tym roku nie chcą mnie widzieć. Zapisana jestem na operację zaćmy prawego oka ale termin jest śmieszny.

Piątek też był rozrywkowy. Wodno-telefoniczny.

Zdążyłam się umyć gdy okazało się, że krany mają suszę.

Zadzwoniłam do administracji – w dziale technicznym nic nie wiedzieli. Ja pierwsza poinformowałam o awarii.

Pracownik poprosił, abym zapytała sąsiadów o wodę a sam obiecał, że zadzwoni do wodociągów.

Wzruszyłam się jego łaskawością.

Jedna sąsiadka miała, wodę, druga nie ale powiedziały, że przed bramą jest wykop i robotnicy.

Od administratora dowiedziałam się, że była awaria ale woda zaraz będzie. Nie tak zaraz ale była … tylko ciepła.

No to wybrałam ulubiony numer, na co znudzony moją namolnością pracownik adm-u polecił zadzwonić na pogotowie wodne.

Co zrobiłam w wyniku czego dowiedziałam się, że jeśli zakręcają wodę to obie wersje. Czyli ktoś to zrobił w naszym w budynku.

Jak zareagowałam? Tak! Wybrałam ulubiony numer działu technicznego w adm. Zmęczony moją przedsiębiorczością pracownik powiedział, że nie ma kogo wysłać, bo ich hydraulik jest na zwolnieniu. Na co ja, że sama nie zejdę do piwnicy i nie będę zaworu odkręcać przecież. Obiecał zadzwonić do awaryjnego hydraulika, który miał się ze mną skontaktować.  I rzeczywiście to zrobił. Odłożyłam słuchawkę i poszłam sprawdzić co w kranie piszczy. Poleciała zimna woda. Kran zakręciłam, wizytę hydraulika odkręciłam.

Na skrzynkę mailową dostałam z Poczta Polska S.A. informację, że jest do mnie 30-to kilogramowa paczka. Ani od kogo, ani co tam w niej jest. Wczoraj, że paczkę dostarczą mi 21.04. czyli wczoraj. Co nie nastąpiło. Czy to kolejny sposób na  naciąganie?

Teraz czekam na jakieś miłe wydarzenia. Należą mi się – prawda?

 

 

niedziela, 09 kwietnia 2017

 

W holu głównym przywitał mnie wolno przechadzający się rudy kot.

Ale jakby ktoś miał złudzenia, że mój diabeł – stróż mi odpuścił to się grubo myli.

Oto dowody:

Termin zgłoszenia się do szpitala na operację otworu w plamce oka połączonej z wymianą zaćmionej soczewki wyznaczono mi na wtorek 28 marca godzina 7 rano, na czczo. Wcześniej należało zaopatrzyć się w pampersa i osłonkę na oko.

Przed punktem przyjęć o godz. 6,40 już czekał tłum. Na szczęście potem okazało się, że niektórzy byli  osobami odprowadzającymi.

Przy biurku pani z komputerem usłyszałam, że niepotrzebnie przyszłam tak wcześnie, mogłam na godzinę dziesiątą. Jak miło!

W komputerze widniała inna data mojego zgłoszenia  - mianowicie 8 marca. Na szczęście istnieją telefony, urzędniczka zadzwoniła na oddział,  ktoś wpisujący zgubił cyfrę 2.

To już dwa dowody. Ulubiony ciąg dalszy poniżej.

Na oddziale okulistycznym okazało się, że dla mnie i paru innych nowych pacjentów nie ma wolnych łóżek. Była ósma rano. Siedzieliśmy na korytarzu o głodnym  pysku. Na szczęście miałam ze sobą wodę. Oraz „Przekrój”. Do operacji przeczytałam cały, a potem jeszcze dokupiłam inne pismo. Nie polityczne, bo od takiego oślepłabym na zawsze.

W przerwach zastanawiałam się czy nas położą po dwie osoby na jedno leże i kto mi się trafi jako towarzyszka niedoli.

Przy stanowisku pielęgniarek usłyszałam, że operację mam jutro, więc mogę jeść. To dlaczego kazano mi przyjść na czczo? Przepływ informacji mają  jak w plemionach pierwotnych bez tam-tamów.

O godzinie 10, 30 przydzielono mi miejsce na sali ale… bez łóżka. Było powiedzieć, abym przyniosła karimatę.

Przy ważeniu i mierzeniu okazało się, ze mam 163 cm wzrostu choć cale życie miałam 162. Nawet miarki wzrostu w PRL-u kłamały?

Posiłki załatwię jednym blokiem:

Okazało się, że w dniu przyjęcia na oddział śniadanie i obiad nie przysługują. Łaskawie dano mi talerz krupniku. Gdybym wiedziała zabrałabym ze sobą coś konkretnego.

Na korytarzu stoi baniak z wodą, można tam nabrać zarówno zimnej jak i gorącej, zdatnej do zaparzenia herbaty na smyczy i kawy rozpuszczalnej. Kubki papierowe też tam są. Dobrze, że zabrałam saszetki i kubek. Zapomniałam o sztućcach. Obsługa pojemnika jest prosta pod warunkiem, że wie się co i jak.

Rano kawa z mlekiem, chleb, ser biały, niby masło. Wieczorem chleb, wędlina i herbata -  niezbyt słodka – pani podająca stwierdziła, że cukrownie zamknięto, ha, ha, ha. Dobra jest odrobina humoru w każdej sytuacji.

Ogólnie wyżywienie jest na stołówkowym poziomie. Da się zjeść.

W salach są trzy lub cztery łóżka, szafki - niestety nie mają klucza, a na dyżurce pielęgniarek wisi kartka, że należy pilnować swoich rzeczy, bo zdarzają się kradzieże. Dlatego oddział jest zamknięty oprócz godzin przyjęć nowych pacjentów.

W salach są też umywalki ale bez lustra. Aby pacjenci nie przerazili się swoim wyglądem?

Nie ma problemu z utrzymaniem higieny. Na 7 sal (x 4 osoby) są 3 łazienki z kabinami prysznicowymi, w tym dwie z wc, osobno też wc.

Przy rejestrowaniu się na oddziale pielęgniarki rysują flamastrem duży iks nad okiem. Przypomniała mi się pieśń Okudżawy:

Więc by się czerwienić nie musiał kto kiep
By mógł rozpoznawać swój swego

Każdemu mądremu stempelek na łeb
Przybiło się razu pewnego

Dnia następnego miałam być operowana. Pierwsza poszła seniorka starsza ode mnie, ja miałam być po niej. Czekałam i czekałam, czekałam i nie denerwowałam się, bo poprzedniego dnia przytomnie poprosiłam lekarkę o lek uspakajający pomna swych doświadczeń sprzed kilku lat.

Po czterech (!!!) godzinach seniorka wróciła a wkrótce potem okazało się, że będę operowana jutro. Czas obiadu już minął! Zgłosiłam to pielęgniarce na co usłyszałam, że nie jest kucharką. To poszłam coś zjeść do baru.

A jak wróciłam prawie zimny obiad  czekał na szafce. Wzięłam więc tylko kotleta i zawinęłam w papierowy ręcznik. Okazał się przydatny na kolację, bo wędlinę podano bardzo nastrzykniętą wodą, czyli mało pyszną.

Dodatkową atrakcją inaczej była rozładowująca się komórka, oczywiście ładowarki nie wzięłam. Nastąpiła więc akcja pt. koleżanka - sąsiadka z kluczami – ładowarka – taksówka – szpital.

W czwartek nadejłsza wiekopomna chwila, czyli czas na operację. Poszłam (w niebieskim szpitalnym, jednorazowym chałacie i majtkach-pampersie) na salę gdzie pani anestezjolog miała na głowie czepek w koty. Za to silnej postury młodzieniec walił mnie po dłoni mocno zbyt, aby ujawniła się żyła do wpięcia wenflonu, bo poprzednie miejsce bolało.

Po dwóch godzinach przywieziono mnie na salę. Operacja się udała, pacjentka żyje – taki komunikat nadałam sms-em do znajomych.

Na jednym przegubie miałam opaskę z numerem pacjenta, a na drugiej szeroką żółtą z napisem ALCHIMIA, co oznacza, że w oku mam gaz i nie wolno mi latać samolotem.

Pacjenci na oddziale są często zakrapiani (niealkoholowo), a w dodatku tacy jak ja jeszcze na gazie. Teoretycznie wesoło.

W piątek okazało się, że tak solidnie wykonałam lekarskie polecenie spania na brzuchu aż na oku operowanym narosła mi błonka, którą należy ściągnąć.

Tego mi tylko było potrzeba do szczęścia! Bo operacja odbyła się w nieczuleniu ogólnym a ten zabieg w miejscowym. W trakcie rozmawiałam z panią chirurg, zapytałam czy też ma taki ładny czepek jak pani usypiająca? Usłyszałam, że używa jednorazowego, bo w zielonym jej do twarzy. 

Napiszę krótko -  ten zabieg nie był miłym doświadczeniem.

A propos niemiłych chwil. W szpitalu najgorszy jest stres, ból i … chrapanie współpacjentów. Dwa pierwsze można wyeliminować lekami, chrapaczy nic nie zdoła pozbawić tej przypadłości.

Tak więc pierwszej nocy nie spalam, drugiej tylko 4 godziny, trzecia była najgorsza. Większość czasu spędziłam na korytarzu – nie dało się wytrzymać. Należy albo chrapaczy umieszczać na wspólnej sali, albo dawać niechrapiącym zatyczki do uszu.

Z powodu oka na gazie widzę tylko na jedno. Czytać się nie da.

Zapisano mi 4 rodzaje kropli do stosowania 11 razy na dobę, od siódmej rano (nastawiam budzik) do 21-wszej oraz maść. Na noc przylepiać należy plastikową osłonkę, aby go nie urazić.

Byłam już na badaniu kontrolnym, podobno dobrze się goi. Gaz w postaci bańki (widzę jakby dużą kroplę wody) dopiero po tygodniu zaczął powoli, powoli osuwać się w dół.

Dziękuję Joannie W. za transport, zupę, chleb i wniesienie bagaży oraz zakupów do domu. Krysi za ładowarkę. Sąsiadkom za zupę i gołąbki. Znajomym za pamięć i chęć pomocy. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

poniedziałek, 03 kwietnia 2017

Byłam w szpitalu na operacji oka, bo miałam otwór w plamce oka  http://www.kcmclinic.pl/pl/dla-pacjentow/poradnik,29,co-to-jest-witrektomia,395.chtm. W pakiecie usunięto mi zaćmę.

Dokładnie opiszę sprawę gdy będę już sprawna, bo na razie nic nie widzę na lewe oko. Zakraplam je 11 razy dziennie od 7 rano do 21-szej. Budzik nastawiam, aby nie zapomnieć.

Jutro idę do kontroli - okaże się, że operacja się udała, czy wymaga powtórki.

O autorze
Tagi
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Dodatki na bloga
”znaczek