O mnie, o książkach, filmach, wystawach, kolażach i dress-party z poczuciem humoru, niekiedy sarkastycznie a nawet złośliwie.
czwartek, 30 czerwca 2011

  Od czasu do czasu  odwiedzam Centrum Seniora. I tam dowiedziałam się o akcji "Dbam to mam" i festynie z okazji wyremontowania części podwórka między kamienicami przy ulicach Jedności Narodowej, Żeromskiego, Daszyńskiego i Miarki. Gdy spojrzałam na plan miasta okazało sie, że ma mało optymistyczny kształt trumny.

 Pani Joasia z CS zaproponowała, abym tam przyszła i zaoferowała zajęcia wykonywania kolaży. Dzisiaj więc zapakowałam do torby 3 pary nożyczek zwyklych, jedną parę z 4-ma wymiennymi ostrzami ozdobnymi, kartoniki różnej wielkości, 2 kleje, 5 dziurkaczy ozdobnych, kopertę dużą (z plakatu uklejoną) pełną różnych wycinków oraz kilkanaście swoich prac dla naprzykładu. I torba stała się ciężka. Za oknem ciemne tumany chmur nie zapowiadaly niczego dobrego. Ale z cukru nie jestem więc torbę w dłoń i człapu człap w kierunku ul. Miarki. Przez bramę przejezdną weszłam na płaszczyznę dość zaniedbaną, a festynu ani widu. Słychu też nie. Poszłam dalej i to była część co to dbam to mam. Oto plakat: 

Rozrywki były głównie dla dzieci. A dla młodzieży 50+ mierzenie ciśnienia i tętna oraz materiały o CS. Załapałam się na badanie, wyniku nie zapamiętałam. Nie rozłożyłam też kramu przyniesionego, bo wiatr postanowił pokazać wszystkim swoją moc dzięki czemu fruwało co umiało oraz piasek zaszczycał swoją obecnością oczy, włosy i inne zakamarki doczesnej powłoki naszej. Nie przepadam.

Pochwaliłam się więc swoimi kolażami, dałam paniom z sąsiedniego stoiska zabrane z galerii "Design" wycinanki wrocławskie dla dzieci i w ramach "machniom" poprosilam o notesik z wyrywanymi kartkami.

Znienacka zostałam jeszcze obdarowana lnianym woreczkiem nazakupowym oraz brelokiem reklamowym.

Zrobiłam zdjęcia tamtejszych murali i chatki maskującej śmieciowe pojemniki. U nas też bym taką chciała. Kotów nie było :(

I poszłam do domu, a czas był najwyższy, bo zaczynało padać.

Oto murale i chatka:

 

środa, 29 czerwca 2011

    Od lewej: Różą (nosi spodnice krótsze niż jej rzęsy), Stokrotka (namiętna czytelniczka romansów), mąż Stokrotki Powolniak - nomen omen on jest :)

Hiacynta (rozmawia przez telefon z synem, przed rejsem statkiem):

- Chciałam z tobą porozmawiać, na wypadek katastrofy będzie mnie można poznać po antycznej broszce z diamentami, będą błyszczeć w światłach reflektorów.

*******************************************************************

Ryszard (w samochodzie, wyprowadzony na manowce przez pilotującą go Hiacyntę):

- Jesteśmy na końcu świata i wbrew oczekiwaniom jest tu strasznie wąsko.

*******************************************************************

Hiacynta do taksówkarza Azjaty:

- Mucios gracias, młodzieńcze.

*******************************************************************

Hiacynta:

- Dobry człowieku, chociaż zajmuję wysoką pozycję spoleczną nie pomaga mi ona chodzić po wodzie.

********************************************************************

Na pustym nabrzeżu w Danii czekając na statek:

Hiacynta - Czy to nie Duńczycy w średniowieczu napadli na nas gwałcąc i mordując?

Ryszard - Tak

H - to zostań tu i broń mnie.

********************************************************************

Hiacynta:

- Oczywiście, że wierzę w życie pozagrobowe. Ryszard i ja na wieki wieków będziemy razem.

*******************************************************************

Hiacynta:

- Wzięłabym tatusia do siebie gdyby nie psuł zabawek Sheridana (dorosły syn, mieszkąjący w innym mieście).

*******************************************************************

Hiacynta:

- Dżentelmena poznać po tym jak trąbi.

********************************************************************

Nazwiska kolejnych narzeczonych Róży:

Lizuś, Pogodny, Okrutnicki.

*******************************************************************

Hiacynta:

- Ryszard słabo wypadł w roli Rzymianina (na balu), zwłaszcza z włócznią. Do dzisiaj mam bliznę.

********************************************************************

Hiacynta do sąsiadki Elżbiety informując ją kto dzwoni:

- To moja siostra Stokrotka, ta która zrezygnowała z uroków posiadania basenu, a kucyków wprost nie znosi.

To a propos ich siostry Wioletty, ktora ma basen, mercedesa i miejsce na kucyka.

*******************************************************************

Hiacynta do Ryszarda:

- Nie chrząkaj przy czyszczeniu sreber, Ryszardzie, słyszę jak oddychasz.

*****************************************************************

 

 

piątek, 24 czerwca 2011

  O autorze:

Kazuo Ishiguro urodził się w 8 listopada 1954 roku w Nagasaki (Japonia). Od 1960 roku mieszka w Wielkiej Brytanii. Ukończył uniwersytet w Kent. Napisał sześć powieści, m.in. sfilmowane „Okruchy dnia” ( A. Hopkins. i E. Thompson), „Pejzaż w kolorze sepii”,  „Niepocieszony”. Za zasługi dla literatury został nagrodzony Orderem Imperium Brytyjskiego.

 O książce:

Niewiele osób lubi czytać opowiadania, ja też nie należę do miłośniczek tej formy literackiej. Ale los zemścił się na mnie okrutnie, miałam napisać książkę kryminalną, a powstało dwanaście opowiadań.

Czytelnicy tak tłumaczyli niechęć do wypożyczania opowiadań: „przyzwyczajam się do bohaterów aż  tu nagle tekst się kończy”.

Rozumiem ich, także w tym wypadku czuję niedosyt i chciałabym znać dalsze losy bohaterów. Może jednak powinnam sama je sobie dopowiedzieć?

 NOKTURN to krótki utwór instrumentalny, zwykle fortepianowy o spokojnym, sentymentalnym charakterze i śpiewnej melodyce, mający oddawać nastrój nocy, często zawierający kontrastującą szybką część środkową.

 Bohaterami „Nokturnów”  są muzycy: Polak gitarzysta z zespołami grający na placu św. Marka, saksofoniści, gitarzyści, węgierski wiolonczelista, amerykański piosenkarz i  duet śpiewający szwajcarskie utwory folklorystyczne.

Muzyka jest sensem ich życia ale szczęścia nie daje.

Co artyści potrafią zrobić, aby osiągnąć sukces? Poddać się operacji plastycznej twarzy, oddać dziecko do internatu, rozwieść się z kochaną i kochającą żoną, uwierzyć oszustce.

Z zawodami artystycznymi jest tak że albo jesteś najlepszy albo sfrustrowany.

I choć autor w teksty opowiadań wplata zabawne sceny czytając miałam wrażenie, że jest to śmiech przez łzy.

Opowiadania te mówią o zmierzchu uczuć, utracie złudzeń na temat przyjaciół, wielkiej kariery, miłości, szczęścia, talentu.

Przez całą książkę przebija smutek bo i ludzie, i świat są niedoskonali , a żądza sławy i fortuny przegania ewentualne wyrzuty sumienia.

Kazuo Ishiguro „Nokturny. Pięć opowiadań o muzyce i zmierzchu”

Albatros, Warszawa 2010

wtorek, 21 czerwca 2011

 Katarzyna Grochola – Zielone drzwi

Wydawnictwo Literackie Kraków 2010

   Moją lekturą nacodzienną nie są dzieła Prousta czy Joyce`a ale za książkami Grocholi nie przepadam. Z wyjątkiem „Trzepotu skrzydeł” opowiadającej o przemocy w młodym małżeństwie. To przeczytać naprawdę warto.

Do wspomnień Grocholi podchodziłam jak pies do jeża. Przede wszystkim z powodu licznych wywiadów jakich udzieliła dziennikarzom różnych mediów. Wiedziałam więc i o jej pracy w szpitalu, i o małżeństwie oraz szalonej zakazanej miłości, która rozwaliła ten związek. O córce i chorobie, budowie domu oraz zawodowym odpisywaniu na listy czytelników jednego z pism.

Jednak nie żałuję, że wspomnienia te przeczytałam,

Książka wyraźnie rozpada się na dwie części.

Pierwsza to beztroskie dzieciństwo i wczesna młodość, rodzice, brat, szkoły, nauczyciele, koleżanki i koledzy.

Dowiadujemy się więc, że zawsze chciała zostać pisarką dlatego dużo pisała czego dostajemy próbkę w postaci szczęśliwego zakończenia „Pana Wołodyjowskiego”. Grochola opisuje psikusy jakie robiła wraz z kolegami, co to było klopkomando, jakie łacińskie hasło ułożyli chłopcy i co obcięła na obozie jednemu druhowi. Nie to o czym pomyśleliście.

Wspomina na jakim filmie była 26 razy i w jaki sposób brać uczniowska witała delegację jednego z przywódców kraju o słusznym, wtedy, ustroju. A także zabawną scenę gdy wystąpiła tylko w gorsecie i szpilkach przed dwoma panami.

Druga część książki zaczyna się od uznania przez autorkę,  że dobrym pisarzem można zostać tylko po skończeniu medycyny idzie więc pracować jako salowa do szpitala, aby zarobić dodatkowe punkty. Ta praca wciągnęła ją jak czarna otchłań.

„Siedziałam przy wielu umierających, niestety, nikt mnie nie nauczył jak towarzyszyć umierającym.”

Po kilku latach wraca do szpitala jako pacjentka z nieoperacyjnym rakiem. Jest po rozwodzie, ukochany dla którego rzuciła męża nie pali się do stałego związku, może liczyć tylko na rodziców. I na kolegę szkolnego lekarza, który postanawia, że jednak operacja odbędzie się.

„Noce w szpitalu są najgorsze. Kiedy już wszyscy pójdą, a ja przestaję udawać, że się nie boję.”

„… w każdą minutę tej ciszy wkrada się śmierć. Niepostrzeżenie, nie ma przecież strażników przy wejściu, nie legitymują…”

„Jak do mnie przyjdziesz? Jak motyl nocny cichutko otrzesz się o twarz, sypniesz puszkiem ze skrzydeł.”

Grochola twierdzi, że dostała od losu wiele wspaniałych prezentów. Pierwszym był cały pieczony kurczak pod choinką od Babci. Poza tym córka, wspaniali przyjaciele bez których nie wybudowałaby swojego pierwszego mającego 60 m2domu. A w nim zwierzęta o imionach: Supeł, Zaraz, Przytul, Potem.

Dla mnie puentą tej ksiązki jest stwierdzenie:

„Dopóki żyjemy na nic nie jest za późno, na radość, nadzieję, miłość, bez względu na to ile ma się lat, i bez względu na to co się zdarzyło niegdyś.”

Tagi: recenzja
22:07, alodia1949 , o książce
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 20 czerwca 2011

  Ludmiła Ulicka – Sonieczka   Wyd. Philips Wilson Warszawa 2004

 O autorce: urodziła się w 1943 roku w Baszkirii gdzie rodziców przesiedlono z Moskwy w czasie wojny.

W stolicy studia na wydziale biologicznym tamtejszego Uniwersytetu. Pracowała w Akademii Nauk, była też kierownikiem literackim Żydowskiego Kameralnego Teatru Muzycznego.

W 1971 roku zwolniono ją z pracy za zainteresowanie nielegalnie wydawaną literaturą. Nie pracowała przez 10 lat, w tym czasie też rozpadło się jej małżeństwo.

Pisze sztuki, scenariusze filmowe, opowiadania i powieści. Jej utwory przetłumaczono na 25 języków.

 O książce:

Tytułowa Sonieczka nie jest Anną Kareniną ginącą z miłości pod kołami pociągu, ani Nataszą Rostową zakochaną w księciu Bołkońskim. Przypomina raczej bohaterki Czechowa lub Bunina. Jej życie było zwyczajne ale tylko dla obywateli Związku Sowieckiego.

Książka zaczyna się zdaniem: „Czytanie było ulubionym zajęciem Sonieczki od wczesnego dzieciństwa, można powiedzieć od pieluch”. Od razu mi się spodobała.

Dalej dowiadujemy się: „Czytać zaczęła w wieku lat siedmiu i przesiedziała nad książkami kolejne dwadzieścia. Zajęcie to tak ją pochłaniało, że wracała do rzeczywistości dopiero na ostatniej stronie.”… „Czytanie było dla niej czymś w rodzaju lekkiego obłędu, który nie opuszczał jej nawet we śnie, sny też czytała jak książki.”

Po tych zdaniach można się spodziewać opowieści o całkowitym oderwaniu od życia  bohaterki zakończonym leczeniem psychiatrycznym lub o wybitnej profesor literaturoznawstwa.

Jesteśmy w teoretycznej krainie wiecznej szczęśliwości wymyślonej i zrealizowanej przez Lenina, Stalina, Dzierżyńskiego i im podobnych zasłużonych dla ludzkości.

Jest 1929 rok, Moskwa. Sonieczka jedna z trojga dzieci byłego zegarmistrza, wysoka i nieładna kończy technikum bibliotekarskie i pracuje w piwnicznych magazynach biblioteki. Miała właśnie rozpocząć studia gdy Hitler napadł na Rosję. Rodzinę ewakuowano do Swierdłowska. Sonia nie zmienia ani zawodu, ani rodzaju pomieszczenia. Tam poznaje  malarza Roberta Wiktorowicza, czterdziestosiedmioletniego malarza. To niższy od niej o pół głowy mężczyzna, w waciaku i z ręcznikiem zamiast szalika wokół szyi. Za to po licznych przejściach w postaci podróży zagranicznych i pięciu latach łagru w nagrodę za powrót do ojczyzny czyli głupotę.

Wiktor oświadczył się Soni i został przyjęty. Zamieszkali w ciemnym pokoju obok kotłowni w piwnicy fabrycznego biurowca.

Sonia zachodzi w ciążę, a na miesiąc przed porodem muszą wyjechać do baszkirskiej wioski na resztę zesłania Roberta. Bo nie było tak że pobyt w łagrze a potem do domu. Trzeba było jeszcze parę lat mieszkać w jakiejś dziurze zanim, pozwolono lub nie, osiedlić się w większej miejscowości.

Mamy też w powieści polskie elementy – ginekolog pracujący w baszkirskim szpitalu jest polskim uchodźcą z Warszawy gdzie był wziętym lekarzem pań z wyższych sfer.

Drugą postacią związaną z naszym krajem jest Jasia, koleżanka szkolna Toni, córki Soni i Roberta. Wywieziona z matką komunistką do Kazachstanu i osierocona przez nią po dziesięciu latach cierpień.

Rodzina tułała się jeszcze dziesięć lat zanim wróciła do Moskwy. Sonia z równą pasją z jaką czytała książki teraz dbała o dom i rodzinę. I cały czas pytała samą siebie za co ją spotkało takie szczęście w postaci męża i dziecka. Pamiętajmy jednak, że jest zupełnie z innego pokolenia i z prostej żydowskiej rodziny, w dodatku mało urodziwa.

Nie będę opowiadać dalszych, dość pokręconych losów bohaterów tej książki. Jeśli Was zainteresowałam przeczytajcie jak to się skończyło.

Na 97-miu stronach autorka biegnie przez życie bohaterów jakby ją goniła wataha wygłodniałych wilków, a mogła to być piękna saga rodzinna.

Jeśli je lubicie sięgnijcie po tej samej autorki „Medea i jej dzieci”. Naprawdę warto.

piątek, 17 czerwca 2011

  Z biblioteki szłam przez Skwer im. S. Tołpy, a przy stawku drób w różnej postaci czyli ptactwo.

Wyciągnęłam aparat noszony stale w torebce i oto skutki:

popozował lub popozowała mi (pod kuper nie zaglądałam, nie znam się, nie jestem sekserką) i ułożył/a się do snu:

obok bracia mniejsi karmieni przez spacerowiczów byli:

idąc ze skweru przy sąsiedniej ulicy:

I na cmentarzu przy ul. Bujwida Odona:

 A czarna kotka wampirzyca podwórkowa dzisiaj tylko obok mnie przebiegła choć ją wabiłam kaszaneczką :(. Podżarła w okolicznej pizzerii?

 

czwartek, 16 czerwca 2011

  Często mam wrażenie, że Szekspir w swoich komediach i dramatach opisał wszystkie możliwe układy i sytuacje międzyludzkie.

W "Romeo i Julii" były dwa zwaśnione rody Montekich i Kapuletich, tutaj mamy celników Francuzów i Belgów pełnych ksenofobii i dowcipów ośmieszających kolegow z sąsiedniego kraju.

Celuje w tej rozrywce Ruben (Benoit Poelvoorde), który odziedziczył  poglądy po ojcu i przekazuje je synowi. Porywczy jest nadzwyczaj i nie waha się używac broni nawet w kościele.

Po drugiej stronie granicy pracuje Mathias (Dany Boon) zakochany ze wzajemnością w siostrze Rubena Louise granej przez Julie Bernard.

Jest początek lat 90-tych i w ramach Unii Europejskiej mają być zniesione granice. Ruben i Mathias stają się patrolem mobilnym w starym rzęchu marki renault. Lepszy od pojazdu jest pies rasy kundel o imieniu Grizzli. Równie dobrze mógłby mieć na imię Strielali lub Ciapek. Ale z tej czwórki (dwóch celników, auto i pies) jest najlepszy. Szarik też nie odstawał. A urodą bił na głowę większość aktorów znanego nam serialu.

Wracając do ad remu rzęch zostaje stuningowany i ma odrzut prawie rakietowy. I jest taka scena: celnicy idą w zwolnonym tempie a w tle słyszymy piosenkę: "I belive I can fly" (wierzę, że mogę latać). Wypasiona bryka jest przedłużeniem penisa w każdej szerokości geograficznej. Także na pustyni, oceanie i w przestworzach.

A że jest więcej chętnych do fruwania oraz szybkiego zarabiania mamy akcję przemytniczą. Słyszałam o sposobie przez połykanie woreczków, tu jest wtykanie wręcz odwrotne.

Do tego odlotowego procederu dołącza para właścicieli baru przy granicy. Kłopot w tym, że mąż jest na granicy matołectwa i plecie co mu ślina na język przyniesie. Kończy się to skajdankowaniem. Kobiety nie wychodźcie za mąż za idiotów.

 W finale Ruben siedzi na ławce z synem stwierdzając, że Ziemia jest dla wszystkich. Aż tu nagle podjeżdża furgonetka hydraulika, parkuje obok ławki i wysiada z niej Chińczyk. Tego już za wiele stwierdza Ruben i wyciąga pistolet. Happy endu brak bo świat się zmienia ale my często za nim nie nadążamy.

Niektore żarty są trochę na granicy dobego smaku ale całość ogląda się z przyjemnością.

A swoją drogą czy znacie wiersz K. C. Norwida "W Weronie"?

"Nad Kapuletich i Montekich domem

Spłakane deszczem, poruszone gromem

Łagodne oko błękitu.

 

środa, 15 czerwca 2011

  Dawno nie byłam u lekarza i wcale mnie tam nie ciągnęło. Ale life is brutal, plugaw and full of zasadzkas. Wstąpiłam w progi niedawno wyremontowanej przychodni. Pod gabinetem nikogo więc puk-puk do drzwi, odzewu niet więc uchylam drzwi lekko, potem szerzej, nikogo. Stoję i zastanawiam się: wynieść fotel czy leżankę. Zrezygnowałam bo miałabym kłopoty na wąskim korytarzu. Idę do rejestracji, pytam o lekarkę, a peerelowska paniusia mowi: "proszę poczekać, nie pali się, tu nie piekarnia". Urocze - prawda?

Pani doktor byla milsza. Na jej pytanie czy mam jakieś dolegliwości odpowiedzialam starą anegdotą, że jak po czterdziestce budzimy się i nic nas nie boli, to nie żyjemy. Dostałam receptę. Dzięki nazbieranym punktom zapłaciłam 10,- złotych mniej, ale i tak ponad 50,-.

Na placu targowym przymierzałam letnie kapelutki ale wszyskie spadały mi na nos. A ja zawsze myślałam, że mam dużą głowę czyli łeb jak sklep. Samoobsługowy dość.

Wracając wstąpiłam do dentystki z myślą o zarejestrowaniu. Ale okazało się, że dwaj pacjenci wypadli. Nie z pociągu czy samolotu. Z kolejki, nie była ona jednak wąskotorowa. Usiadłam na fotelu, włączono klimatyzację i bormaszynę. Ta druga jest gorsza więc zapytałam czy pani doktor stosuje, może, gaz rozeselający. Leczę się tam od wielu lat ale zawsze lekarkę tę czymś zaskoczę. Gaz mógłby być emitowany przez klimatyzator. Wobrażacie to sobie? Wszyscy pacjenci wychodzą z gabinetu pękając ze śmiechu. Nie tylko leczenie zębów ale i śmiechoterapia, czyli dwa w jednym za tę samą cenę. Zapłaciłam sto złotych i dostałam wydruk z kasy fiskalnej. Nie wiem po co.

Dalszy ciąg wypływania nastąpił na stoisku warzywnym i w "Biedronce" gdzie spotkalam znajomą. Wspomnialam, że idę po leki do apteki. A na co one? Na starość - odpowiedziałam. To na mnie nakrzyczala, żebym sobie głupio nie zartowala, bo stara to jest ona, a nie ja. Starym nawet być nie pozwalają.

W tramwaju pierwszy raz nabyłam bilety z automatu za pomocą karty kredytowej. I udało się bez kłopotu. Niebywałe!

Wracając podwórkiem spotkałam kotkę wampirkę, która dzisiaj miała dzień dobroci i dała się nie tylko sfotografować ale i pogłaskać. Chciałam ją poczęstować jogurtem ale nie lubi. Nic lepszego nie miałam. Muszę się poprawić.

Pierwszy raz w tym roku kupilam bób. Zadałam go sobie i Misi. Lubi. Ale muszę go obrać i podrobić. W ten sposob je podroby. :)

No i na zakończenie dnia 131,-zł za ubezpieczenie.

Oto dziś łaskawa wampirka:

 

wtorek, 14 czerwca 2011

   

O autorce niewiele wiem. W notce na książce napisano, że jest autorką powieści i opowiadań drukowanych w czasopismach. I, że po latach podróżowania zamieszkała na wsi w zachodniej Kornwalii.

 O książce: Ta książka jest jak rodzinny album z fotografiami oglądany od końca. Gdzieniegdzie między karty zaplątało się zdjęcie włożone niezgodnie z chronologią.

Jesteśmy w Kornwalii, w domu Marthy i Freda Tremainów. On jest lekarzem rodzinnym, ona zajmuje się dziećmi Anną i Barnaby oraz ukochanym ogrodem.

Autorka prowadzi nas, dość krętymi ścieżkami, powoli odkrywając dzieje rodziny jak kolejne części skomplikowanej układanki.

Przed wojną, pod Warszawą mieszkały, w domach obok siebie, dwie rodziny. Ojcowie byli lekarzami i wspólnikami prowadzącymi klinikę. Jeden to Niemiec Heinrich Saurer, drugi Polak żydowskiego pochodzenia Ołowski. Ich dzieci Marta Ołowska i Kurt bardzo się przyjaźnią i spędzają ze sobą dużo czasu.

Wszystko zmienia się gdy wspaniały naród niemiecki na swojego przywódcę wybiera psychopatycznego Hitlera. Napadają na Polskę i ramach hasła o czystości rasowej i podludziach eksterminują Polaków i Żydów.

Starzy już Martha i Fred mieszkają razem z nieżonatym synem i wnuczką Lucy. Córka Anna jest świetnym prawnikiem w Londynie gdzie mieszka z drugim mężem, z pochodzenia Niemcem, Rudim.

Upiory przeszłości przez całe życie prześladują Marthę mimo czułej opieki bardzo kochającego ją Freda. Także perfekcyjna pracoholicka Anna miewa koszmarne sny.

Przewracając kolejne karty albumu dowiadujemy się o tym, co się stało w przeszłości i jak ludzie ludziom zgotowali ten los.

Narzeczony Lucy Tristan jest w wojskach NATO w Kosowie, w listach opisuje sceny równie okrutne jak te z drugiej wojny.

Poznajemy też wojenne działania Kurta z których nie jest dumny i jego powojenną karierę.

Jeśli nie lubicie książek o seksie w wielkim mieście sięgnijcie po „Muzykę fal”. Bo książka jest pełna ciepła, miłości i nadziei.

Lucy mówi do narzeczonego: „Musimy wierzyć w dobro. Musimy wierzyć, ze nasza obecność coś zmienia, w przeciwnym razie nie mamy po co żyć.”

Tagi: recenzja
13:53, alodia1949 , o książce
Link Dodaj komentarz »
piątek, 10 czerwca 2011

  Tytuł wpisu jest trochę prowokacyjny ale specjalnie tak napisałam. Dlaczego - wyjaśnię niżej. Bo wyżej się nie da :)

Otrzymałam @ zaproszenie na otwarcie wystawy zdjęć o Miłoszu w Dolnośląskiej Bibliotece Publicznej - Galeria pod Plafonem. Mamy Rok Miłosza, jakby ktoś zapytał z jakiej to akazji.

Wystawę zorganizował pan Jacek Czarnik. Przywitał nas i poinformował dyrektor DBP, inni tez przemawiali. Spotkałam koleżankę miłą Sylwię D. i byłych czytelników dwoje. 

Potem wysłuchaliśmy pana Adama Lizakowskiego, poety i tłumacza pochodzącego z Piechowic. Wyjechał do Austrii na zarobek, wprowadzono stan wojenny, dostał wizę do Satnów, pojechał do Kaliforni, tam na spotkaniu zorganizowanym przez Amnesty International, przy pisuarach zagadnął Miłosza i tak nawiązał z nim kontakt. Bez domysłów na temat charakteru tych kontaktów, proszę. Prelegent omówił sytuację w jaką wszedł w 1960 r. Miłosz przyjeżdżając do Stanów. Był to czas hipisów, wolnego sexu, dragów, jazzu, blusa czyli świat kompletnie obcy Miłoszowi. Amerykanów poeta też kompletnie nie interesował. Na jego zajęciach o literaturze polskiej były 3,5,7 osób. Nawiązał kontakt z Polakami z emigracji 1968 r., potem do USA przyjechał Josif Brodski i powoli, powoli Miłosz zaczął się przebijać w tamtym świecie. W czasie spotkań z Adamem L. uświadomił mu, że ma pisać o tym skąd się wywodzi, a nie o Ameryce. Adam słuchał, uczył się i fotografował. Miłosz miał kota ale jego zdjęcie gdzieś się zawieruszyło. To mnie naprawdę zabolało :)

Wrócilłam do domu po 4 godzinach i okazało się, że zostawiłam na gazie dwa udka i kilka ziemniaków. Razem. Tylko się przypiekło, a nie spaliło. Miłosz czuwał :)

Adam Lizakowski z walizką podarowaną mu przez Miłosza pełną książek z dedykacjami od poety.

 

 

 
1 , 2
O autorze
Tagi
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Dodatki na bloga
”znaczek