O mnie, o książkach, filmach, wystawach, kolażach i dress-party z poczuciem humoru, niekiedy sarkastycznie a nawet złośliwie.
środa, 29 lipca 2015

„Idol” reżyseria i scenariusz Dan Fogelman

Czy jeden list od Johna Lennona może zmienić charakter człowieka? Szczególnie bogatego, podstarzałego, popularnego, zmanierowanego i zgorzkniałego piosenkarza? Zagłuszającego swoją frustrację alkoholem i wciąganymi kreskami kokainy?

Ja w to nie wierzę.

Jednak reżyser obsadzając w głównej roli Ala Pacino czyni tę historię bardzo prawdopodobną.

Tym bardziej, że prawdziwy Danny Collins na końcowych napisach opowiada o liście od Lennona, który dotarł do niego dopiero po wielu latach.

Tak więc Danny na urodziny od swojego managera (Christopher Plummer) dostaje oprawiony w ramkę ten list. Czyta go i postanawia zmienić swoje życie. Odwołuje trasę koncertową i odwiedza nigdy niewidzianego syna. Ale to nie jest film familijny, więc syn i jego rodzina nie są zachwyceni.

Także jego zalotów z zachwytem nie przyjmuje szefowa hotelu Mary z którą czasami dobrze mu się rozmawia.

Z tłumem bohater porozumiewa się łatwo śpiewając wciąż te same przeboje. Ale kochanka go zdradza z dużo młodszym facetem, więc Danny, aby nabrać dystansu nazywa go „Młyn”.

To film o przyjaźni – manager mówi o podopiecznym: on ma wielkie serce ale czasem chowa je w dupie. 

O próbie zbudowania relacji rodzinnych, których dotąd nie potrzebował. O samotności i o tym, że duże pieniądze można wydawać nie tylko na swoje przyjemności, przedmioty i używki.

Ten obraz to połączenie dramatu z elementami komediowymi lub komedia częściowo dramatyczna. Ale wnuczka ma na imię Hope, więc mimo wielu perturbacji jest nadzieja na lepsze jutro, a nawet pojutrze.

Rewelacyjny Al. Pacino niesie nas przez opowieść z brawurą ale nie szarżując. Jest śmieszny i wzruszający, kabotyński i sentymentalny, zabawny i wkurzający, zadbany i rozmemłany, ale przez cały film rewelacyjny. Dla niego samego ten film obejrzeć warto.

środa, 22 lipca 2015

 Nie lubię upałów. Mrozów też nie. Jeden pan powiedział: "Bo pani jest taka wymagalna". A teraz przez temperaturę wymaglowana co zaszkodziło moim szarym komórkom.

Bo tak naprawdę to nie powinnam była w ogóle wychodzić z domu a zaplanowałam trzy spotkania. I wyszłam jak ta durna z domu o godzinie trzeciej mając zamiar najpierw jechać do biblioteki przy ul. Zielińskiego. W drodze do przystanku uświadomiłam sobie, że nie sprawdziłam jak długo jest czynna ta filia, no i nie zabrałam ze sobą komórki.

 W amoku wsiadłam do tramwaju i jechałam wycierając sobie strugami płynący pot. Ocknęłam się przed placem Bema, wysiadłam i wróciłam do domu. Dobrze zrobiłam, bo okazało się, że biblioteka czynna jest tylko do godz. 16, więc pocałowałabym tylko rozgrzaną klamkę. A nie jest to moje ulubione zajęcie.

W domu odpoczęłam, nawilżyłam organizm zewnętrznie i wewnętrznie a potem pojechałam na spotkanie wrocławskich blogerów w barze "Barbara". Tramwaj nr 23 wywiózł mnie dalej niż chciałam, bo tam remontują. Chodzenie rożarzoną ulicą powoduje u mnie chęć wyjazdu na Alaskę co najmniej.

Bar "Barbara" pamiętam z czasów PRL-u, jadałam tam kaszankę, łazanki a czasami nawet firmowy deser, czyli krem sultański. Teraz jest to centrum "ESK Wrocław 2016".

Na blogerskie spotkanie przyszło ok. 40 osób. Nawet kilku panów było. Wszyscy dużo młosi ode mnie.

Organizatorka Kasia każdemu dała połowę karty (takiej z talii kart), pomysł był taki, aby potem szukać drugiej połowy w ramach integracji. Z młodym mężczyzną z taką samą karta jakoś nie zintegrowałam się. :)

Właściwie postawiono na integrację improwizowaną, a przecież wiadomo, że najlepsza jest improwizacja dobrze zaplanowana. Co przekazałam organizatorce na facebooku.

Od młodych blogerek dowiedziałam się, że reklamy na blogu to kiepski interes. To niech Kiepscy zostaną sobie w telewizji.

Pisałam tutaj, że wraz z literackim klubem "Ananke" staraliśmy się o grant na wydanie tomiku wierszy o Wrocławiu. Miał być taki międzypokoleniowy, bo autorzy w różnym wieku, a w dodatku parę utworów w języku esperanto. No i nie udało się.

Zadziwia mnie, że społeczne pieniądze są przekazywane na pomysły typu mur z książek na moście, a na konkretną książkę, która byłaby dostępna w wielu bibliotekach i przydatna - nie. Lepiej, żeby książki leżały w deszczu na moście? A tak właśnie było.

Co konkretnego zostanie po ESK Wrocław 2016? Bo na pewno nie nowe biblioteki, nie nowe pożyteczne książki.

A tu przeczytacie artykuł o wrocławskich bibliotekach publicznych:

http://wroclaw.gazeta.pl/wroclaw/1,35771,18392669,biblioteki-we-wroclawiu-przedsiebiorstwa-czy-instytucje-spoleczne.html?utm_source=facebook.com&utm_medium=SM&utm_campaign=FB_Wroclaw_Wyborcza

 

 

sobota, 18 lipca 2015

  

 Zrezygnowałam. Nie, nie z pisania na blogu :).

Z uczestnictwa we Wrocławskiej Radzie Seniorów. Wysłałam do przewodniczącej, wice i sekretarza meilowo pismo z podaniem powodów. Jest ich 9 choć mogłabym podać więcej. Tekstu pisma tutaj nie zamieszczam, nie chcę bowiem ciągnąć tego tematu.

Pismo czytały dwie moje znajome. Jedna stwierdziła "mocna rzecz", druga "musieli cię wkurzyć do imentu".

Uczestniczenie w obradach WRS jest jednym z tych przykrych moich doświadczeń. Z powyższą decyzją nosiłam się już od dość dawna ale wreszcie przelał się kielich goryczy.

 I to by było na tyle.

sobota, 11 lipca 2015

 Nie zdążyłam przeczytać następnej książki, więc dzisiaj będzie o moim osobistym całożyciowym serialu.

W ciągu ostatnich 3 miesięcy musiałam powiedzieć "żegnaj" trzem zębom. Ostatniemu wczoraj. Uparty był ale zdolna pani dr dała radę. Koleżanka sms-owo zapytała mnie jak się czuję? Odpowiedziałam: "wyrwana" :). 

A w mailu ta sama znajoma napisała, że w gabinecie jej dentystki wisiały stare stomatologiczne narzędzia. Źle wpływały na pacjentów, więc je zdjęto. Poszukałam w internecie odpowiednich zdjęć.

Tak kiedyś wyglądał gabinet, szczególnie obraz na ścianie poprawia samopoczucie - prawda? Osobnik wygląda jakby mu wszystko wyrwano, nie tylko zęby.

a to narzędzia, prawie jak w sali tortur:

tu wiertło nakręcane jak zabawka:

 

Muzeum Stomatologii znajduje się w Baranowie Śląskim w bardzo malowniczym, renesansowym zamku. Prowadzeniem wystawy pt: „Urok starego gabinetu dentystycznego” zajmuje się lekarz stomatolog Piotr Kuźnik z Częstochowy.

 

Niestety eksponaty wystawy będzie można podziwiać tylko do końca wakacji, ponieważ zamek, w którym znajduje się muzeum zostaje wystawiony na sprzedaż i prawdopodobnie nie będzie udostępniony dla zwiedzających.

 

Tym bardziej zachęcamy do jak najszybszego odwiedzenia tej wystawy, bo potem może nie będzie już okazji.

 

Minęło 10 miesięcy od mojego porażenia nerwu twarzowego (od 13 września), dwa razy dziennie wykonuję zalecane ćwiczenia ale chyba lewa strona ust już prawdopodobnie nigdy nie wróci do normy.

Oczywiście nie siedzę i nie płaczę w poduszkę, cudze ramię lub chusteczki oraz nie katuję bliźnich narzekaniem. M.in. wykonuję różne rękodzieła - można je obejrzeć na facebooku w profilu "Robótki z komódki". Zapraszam.

sobota, 04 lipca 2015

Katarzyna Bonda – Dziewiąta runa, wyd. 2 zm., Videograf II Chorzów 2011

WSTĘP:

„Postanowiła to spisać – jak obudziła potwora śpiącego pod skórą, którego przez lata karmiła własną krwią”.

O autorce:

Katarzyna Bonda urodziła się w 1977 roku w Hajnówce gdzie chodziła do szkoły podstawowej i średniej. Studiowała dziennikarstwo na Uniwersytecie Warszawskim i scenopisarstwo na PWSTiF.

Przez 12 lat pracowała w różnych gazetach i czasopismach.

Autorka m.in. Sprawa Niny Frank (2007), Polskie morderczynie (2008), Tylko martwi nie kłamią (2010), Florystka (2012), Cztery żywoty Saszy

O książce:

W miejscowości Mielnik (powiat siemiatycki) leżącej blisko granicy przez którą przemyca się wódkę i papierosy zamordowano bardzo popularną aktorkę serialową Ninę Frank.

Zagadkę kto zabił  i dlaczego ma rozwikłać profiler z Katowic Hubert Meyer.

Wchodzi on w zupełnie nieznane sobie środowisko pełne skrywanych tajemnic i namiętności.

Czyli załogę miejscowego posterunku z inteligentnym Kulą i niemotą Alojzym .

Tajemniczą bibliotekarkę, wielbicielkę Niny, oraz Borysa ochroniarza.

Młodego popa lubiącego popić i pobić.

Dzieje tych osób przeplatają się z historią życia aktorki. Poznajemy środowisko jakim się wychowała, jak zrobiła karierę i cenę za to zapłaciła.

Podobnie jak w wielu kryminałach prowadzący śledztwo ma kłopoty rodzinne albowiem pracoholikiem jest.

Autorka zapoznaje nas z metodą pracy profilera i jego teorią „Jeśli chcesz poznać artystę poznaj jego dzieło”.

Książka jest dość ponura, mrok rozświetlają iskierki poczucia humoru objawiające się w nazwach ludzi i zwierząt: Czupryna pseudonim Łysy, Jurka Ponczek, psy bibliotekarki wabią się Cykoria i Kierownik.

Mamy tu także wątek ezoteryczny, w którym główną rolę grają celtyckie runy. Ale widać dystans autorki, bo mężczyzn przekazujących wiedzę tajemną  Meyer w myśli nazywa Żwirek i Muchomorek.

W powieści jest nagromadzenie wiadomości na różne tematy, jedne są potraktowane poważnie, inne z przymrużeniem oka. Morderca oczywiście zostaje ukryty i ukarany. Nietypowo.

Ale to autorce nie wystarczyło, bo zaskakuje czytelników dziwnym zakończeniem. Nie wiem po co jej to było. Dla zabawy?

Mimo to polecam.

 

 

O autorze
Tagi
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Dodatki na bloga
”znaczek