O mnie, o książkach, filmach, wystawach, kolażach i dress-party z poczuciem humoru, niekiedy sarkastycznie a nawet złośliwie.
piątek, 30 sierpnia 2013

 We Wrocławiu  należy patrzeć pod nogi, bo chodniki są w strasznym stanie. Ale też na budynki, bo nazwy niektórych lokali są zabawne jak te przy ul. Ofiar Oświęcimskich:

a na placu Solnym sika fajna fontanna (w odróżnieniu od tej na rynku)

Na koniec najlepsze :) czyli ja i moja karykatura pod latarnią na wystawie "Pracowni opowieści", zauważcie, że artysta przewidział moje spodnie w kropki (nigdy mnie w takich nie widział)

wtorek, 27 sierpnia 2013

 Wczoraj pokazano prace uczestników zajęć "Pracowni opowieści" na wystawie w lokalu przy ul. Szajnochy 5. Wystawę zaprojektował Tomasz Broda. Wygląda tak:

na lewo od wejścia, te czarne prostokąty to fragmenty naszych tekstów

 mnie artysta umieścił na kanapie wyczuwając, że to moje ulubione miejsce, tylko dlaczego pod latarnią? :)

na prawo od wejścia

Hanka a obok monitor na ktorym wyświetlają się teksty naszych opowiadań i reportaży, można usiąść i poczytać

Zbyszek i monitor na którym można zobaczyć nasze filmy animowane  i zdjęcia Psich Bud

Zniknęły niektóre zdjęcia z poprzednich wpisów, musiałam je usunąć bo blog ma określoną pojemność, za małą jak na moje potrzeby.

Mam bliskie spotkania ze służbą zdrowia i jak się domyślacie nie są one miłe. 11 września będzie punkt kulminacyjny tych doświadczeń. Już się boję, kojarzy mi się nie najlepiej ta data.

 

 

 

 

poniedziałek, 26 sierpnia 2013

 Od dolnośląskiej "Solidarności" dostałam zaproszenie na obchody 33-lecia istnienia NSZZ "Solidarność". Zaczęły się dzisiaj od nadania skwerowi u zbiegu ulic Gdańskiej, Nowowiejskiej i H. Sienkiewicza imienia Anny Walentynowicz.  Internowano nas obie w Gołdapi,  mam jej wspomnienia z dedykacją:

Na uroczystości przemawiali przedstawiciele władz miasta, przewodniczący dolnośląskiej "Solidarności K. Kimso oraz specjalnie na tę uroczystość przybyły wnuk Anny. Powiedział, że Babcia całe życie walczyła o godne życie we własnym kraju.

Proboszcz parafii pw. św. Wawrzyńca powiedział, że na skwerze stoi figura Matki Boskiej Niepokalanej. Przez wiele lat rosło tu drzewo pod którym władze Breslau w czasie II wojny rozstrzeliwały tych mieszkańcoów miasta, którzy sprzeciwiali się niszczeniu miasta przez bezsensowną obronę. 

Anna Walentynowicz z domu Lubczyk urodzila się 15 sierpnia 1929 roku w Równem na Wołyniu. Ukończyła 4 klasy szkoły podstawowej. W wieku 10  lat nie miała już rodziców i musiała pracować. Jako służąca, pakowaczka, potem w Stoczni Gdańskiej 16 lat jako spawaczka a do emeryturyjako suwnicowa.

Zginęła w smoleńskiej katastrofie lotniczej 10 kwiatnia 2010 r.

pośrodku od lewej (blondyn w okularach) wnuk i przewodniczący "S" Kimso

przemawia wnuk Anny Walentynowicz (pod żółtym znakiem drogowym)

tablica na skwerze i wnuk na tle napisu "Solidarność"

wtorek, 20 sierpnia 2013

"Dziećmi nikt się nie przejmował"

Żeby nie umrzeć z głodu, chodziłam do wsi i zawsze ktoś mi dał coś do jedzenia: trochę zupy albo małą kromkę chleba, czy gotowane ziemniaki. W końcu przyzwyczaiłam się do głodu. Po tym co tam przeszłam, to w Polsce wszędzie był raj.

Podróż? Pamiętam smak i zapach spalenizny. Znad lokomotywy unosił się dym. Nawet woda, jaką nam dawano do picia, smakowała węglem.

W wagonie były tylko prycze. I otwór w podłodze - do załatwiania się. Dorośli zasłonili go kocami.

Mało pamiętam. Był luty 1940 roku. Miałam cztery lata i zaraz po wejściu do wagonu zachorowałam.

Nastawię wodę na herbatę. Opowiedzieć od początku?

Tatuś pracował w Stanach, wrócił do Polski i kupił ziemię w województwie tarnopolskim. Mieszkaliśmy na osiedlu Trybuchów. Dom miał trzy pokoje, dużą kuchnię i spiżarnię. Z podwórza wchodziło się do sieni, stamtąd do pozostałych pomieszczeń.

W kuchni stał duży stół, przyjmowano przy nim gości. A każdy z domowników miał własny kubek.

Rodzice - Władysław i Maria - byli bardzo gościnni, w domu było gwarno i wesoło. Nie wiem, o czym się wtedy mówiło, bo dzieci zawsze były odsyłane do innych pomieszczeń.

Mama pięknie wyszywała, pewnie po niej to odziedziczyłam. Prowadziła gospodarstwo, szyła na maszynie i dużo czytała.  Zawsze miałam ubrania w jasnych kolorach – czerwonym, niebieskim, białym.

Bardzo lubiłam psy i koty. Spałam z nimi. Głośno płakałam, jeśli nie znalazłam ich w łóżeczku. Najgorzej było, gdy zginął mój ukochany piesek. Tak rozpaczałam, że tatuś przyniósł mi nowego. Bardzo mnie kochał i na wszystko pozwalał.

Mama przed wybuchem II wojny światowej przeziębiła grypę i umarła. W rok po niej tatuś.  Nie wiem dlaczego. Pamiętam tylko trumny wynoszone z domu.

Zostaliśmy sami – ja i mój brat Władek, starszy ode mnie o dziesięć lat. Wtedy zamieszkali z nami wujostwo i ich dwie córeczki – Zosia i Lucynka, jedna o rok starsza ode mnie, druga w moim wieku. Miałam się z kim bawić. Ale w domu już nie było tak wesoło. Goście przestali tłumnie przychodzić.

Jesienią 1939 roku w biały dzień przyszli Rosjanie z Ukraińcami. Zabrali krowy, konie, świnie. Mieliśmy pięknego, bielusieńkiego konia. Sowieci zabrali go z innymi zwierzętami. Szybko zwrócili, bo kogoś kopnął. Przynajmniej on się za nas zemścił.

 Potem oddali krowę, pewnie wujek ją wyprosił dla dzieci.

Dziesiątego lutego 1940 roku o czwartej nad ranem obudziło nas walenie do drzwi i rosyjskie okrzyki, żebyśmy otworzyli. Sowieci dali nam piętnaście minut na pakowanie. My, dziewczynki stałyśmy jak wryte z okrągłymi z przerażenia oczami. 

Wsadzili nas na sanie i zawieźli do pociągu. Jechaliśmy nim miesiąc, ja ciągle chora leżałam na pryczy.

W Krasnojarsku czekała nas przesiadka na sanie. Popatrz na mapę – to tu, nad Jenisiejem. Boże, jak to daleko! Od Tarnopola prawie 5 000 kilometrów.

Znowu długo jechaliśmy - zapamiętałam ogromny most. Zawieziono nas w tajgę. Stał tam jeden duży barak, w którym mieszkało mnóstwo Polaków. Spaliśmy na pryczach. Do ogrzewania i gotowania były dwa duże żeliwne piece.

Tam wujostwo od razu się od nas, ode mnie i brata, odseparowali. Żeby nie dzielić się jedzeniem. Z ich rodziny przeżyła tylko Lucyna. Musieliśmy sami sobie z bratem radzić.

Na dworze było mnóstwo śniegu. Ludzie się w nim zapadali. Zima na Syberii trwała dziewięć miesięcy. Latem było łatwiej - w lesie zbieraliśmy grzyby, czarne jagody, porzeczki. Zesłańcy uprawiali warzywa – ziemniaki, kapustę, marchew, brukiew, ogórki - gotowali z tego zupę.

Mam placki ziemniaczane. Ile zjesz?

Na przednówku głodowaliśmy. Zbierało się lebiodę, pokrzywę, byle tylko coś zjeść.

Ciągle chorowałam.

Mieszkaliśmy tam trzy miesiące, potem przewieźli nas w miejsce, gdzie stało pięć baraków. Mieszkali w nich nie tylko Polacy. Dorośli, kobiety i mężczyźni, chodzili do pracy, spławiali drewno do tartaków w Archangielsku.

„Rasija kak tiebie zwat`/ Kakaja ty krasiwa/ Job twoju mat`” powtarzali pod nosem zesłańcy. I jeszcze: „Kto nie rabotajet, nie kuszajet”. A ja nie mogłam nic jeść. Wszystko mi śmierdziało dymem z lokomotywy. Tylko wędzoną rybę byłam w stanie przełknąć, co uratowało mnie od śmierci głodowej.

Wreszcie zawieziono mnie do izby przyjęć, 60 kilometrów od baraków. Do nieustalonej choroby dołączył się straszny ból oczu. Leżałam na brzuchu, twarzą w poduszce i krzyczałam z bólu. Groziła mi ślepota, mieli nawet operować mi oczy. Serdecznie zajęła się mną rosyjska sanitariuszka. Nareszcie miałam co jeść. Pamiętam zupę mleczną.

Po dwóch miesiącach przewieziono mnie do dużego szpitala w Abanie. W końcu mnie wyleczono. Dawano mi trzy razy dziennie po łyżce tranu. Do dzisiaj nie lubię ryb.

W tym szpitalu leżałam półtora roku - wszyscy wiedzieli, że nie mam opiekunów. Poza tym byłam jedynym dzieckiem w całym szpitalu. Rozpuścili mnie, wszędzie mi wolno było wejść. Lekarz, też zesłaniec, który mówił do mnie: „pasmatri pad paduszku” – zostawiał dla mnie pralinki. A pacjentki Rosjanki dokarmiały mnie, bo szpitalne jedzenie to była postna zupa kapuściana i kromeczka chleba, przez którą widać było Moskwę.

Pod koniec mojego pobytu zaczęto do szpitala zwozić mężczyzn po wypadkach przy spławianiu drewna. Okropnie wyglądali, nie mogłam na to patrzeć. A kiedy Niemcy napadli na Sowietów, zabrano lekarzy na front. A ja zaczęłam się domagać, że chcę do swoich. I wróciłam do baraków nad rzeką.

 

Po pobycie w szpitalu mówiłam dobrze po rosyjsku i ludzie powiedzieli, że poszła Polka, a wróciła Ruska. W dodatku chodziłam do rosyjskiego przedszkola. Ale najważniejsze było dla mnie, że dwa razy dziennie dawali jeść - najczęściej zupę ze zmarzniętych ziemniaków, kapusty i marchwi.

Ugotowałam fasolkę, zjesz trochę? Polać ci masłem? Posypać z tartą bułką?

W przedszkolu byłam trzy, może cztery miesiące. Potem zrobił mi się ropień w pachwinie i dostałam malarii. Kazali mi wracać do baraku. Sama poszłam, na szczęście było niedaleko. Dziećmi nikt się nie przejmował.

Żeby nie umrzeć z głodu, chodziłam do wsi i zawsze ktoś mi dał coś do jedzenia. Nie żebrałam. Dostawałam trochę zupy, małą kromkę chleba czy gotowane ziemniaki. W końcu przyzwyczaiłam się do głodu.

W baraku nikt się mną nie zajmował, tylko raz dostałam od kogoś kawałeczek chleba. Ludzie nie mogli nic dać, bo sami nic nie mieli. Wszystko zamieniali na jedzenie. Nie było się czym przykryć, chyba tylko wszami.

Czasem sama sobie prałam ubranie - tylko w wodzie, nie miałam mydła. Byłam głodna, obszarpana i cuchnąca.

Znów dostałam malarii. Zabrali mnie do szpitala do Abanu. Po czterech miesiącach wróciłam do baraku.

Potem zawieźli nas do kołchozu „Woskriesienie” (Zmartwychwstanie) 25 kilometrów od Abanu. Tam pracowali mój brat i kuzynka. Było już co jeść, bo można było coś ukraść. Kołchoźnicy pokazali nam, jak to robić na polach. Oni mieli swoje działki, na których uprawiali warzywa, hodowali kury, to sami kraść nie musieli. Najgorzej było zimą. Chodziliśmy na pole, zbieraliśmy tam przemarznięte ziemniaki, ucieraliśmy, mieszaliśmy z odrobiną mąki i piekliśmy placki ziemniaczane.

Po jakimś czasie zaczęły przychodzić paczki z UNRR-y. Po drodze były rozkradane, do nas docierały resztki. Pamiętam ryż i mleko z puszki. Jakie to było pyszne! W życiu nic lepszego nie jadłam. A kiedyś przyszły ubrania. Dostałam sukienkę w czerwono-niebieską krateczkę z okrągłym kołnierzykiem i sweterek. To był luksus – żeby mieć się w co ubrać, ludzie tkali na krosnach. Potem brało się kawał materiału, wycinało otwór na głowę, przepasywało sznurkiem.

Dzieci w kołchozie nie pracowały, spędzały czas na zabawach. Graliśmy w palanta, berka, klasy. Zabawek nie było.

W końcu trzeba było mnie ubrać i posłać do szkoły, więc trafiłam do rozdzielczego domu dziecka w Kańsku, 240 km na wschód od Krasnojarska. Któregoś dnia przyjechała Wanda Wasilewska - zapamiętałam ją wysoką, szczupłą i pięknie ubraną w niebieski kostiumik. Wasilewska zabierała z rosyjskich domów polskie dzieci i zawoziła do polskich.

Z Krasnojarska wyruszyło nas sześcioro - normalnym pasażerskim pociągiem pojechaliśmy do Jerby. Miejscowość była położona nad górskim potokiem. Jezu, jakie tam piękne kwiaty rosły - podobne do piwonii, tylko w różnych kolorach. Przechodziłam w bród przez potok, żeby popatrzeć na nie.

Pracowaliśmy w ogrodzie należącym do naszego domu dziecka, żeby mieć własne warzywa. Na drzewa owocowe było za zimno. Zimą przemrożone ziemniaki, marchew i kapusta leżały na podwórzu. Kradliśmy marchew i jedliśmy pod kocem w łóżku, żeby nam nikt nie zabrał.

Tam mieszkałam cztery miesiące, chodziłam do pierwszej klasy. Było nas jednak za dużo i niektóre dzieci, w tym mnie, przewieziono do polskiego domu dziecka w Porogu. Nie ma już tej miejscowości, zrobili na rzece wielką elektrownię wodną i ją zalali. Ślad po nas nie został.

W tym domu było nas sto dwadzieścioro, chłopców i dziewcząt. Jeśli ktoś skończył 18 lat zostawiano go tam jako pracownika. W szkole uczyły nas starsze koleżanki. Chłopcy zajmowali się końmi i cięższymi pracami.

Chodziłam do szkoły i pracowałam w kołchozie, tak jak wszyscy, nawet wychowawcy. Wykopywaliśmy ziemniaki, plewiliśmy – tak zarabialiśmy na utrzymanie.

W budynku było bardzo zimno, silne wiatry wywiewały ciepło. Wtedy spałyśmy po kilka w jednym łóżku, aby się ogrzać. Raz w tygodniu chłopcy palili w łaźni nad rzeką i wszyscy się kąpaliśmy.

Ubrania mieliśmy z UNRR-y. Takie fajne kurteczki pamiętam, niebieskie zapinane na guziki. Przysyłano konserwy, mięsne i sojowe, fasolę. Dodawano je do zupy. Kiedyś trafiły się puszki z fasolą śmierdzącą naftą. Nie było nic innego, więc tym nas nakarmiono. Ależ dzieci po tym chorowały! Ja odmówiłam i dzięki temu ominęły mnie  biegunka i wymioty. Bardzo rzadko, ale trafiały się też ciastka i czekoladki. Od czasu tych pralinek ze szpitala w Abanie nie miałam nic słodkiego w ustach.

Ukroić ci kawałek ciasta? Mam szarlotkę, koleżanka mi przyniosła

Dziewięć miesięcy po wojnie, 25 marca 1946 roku musieliśmy oddać ubrania i wszystkie polskie książki. W zamian dostaliśmy jakieś łachy, po czym zapakowano nas na ciężarówki i zawieziono do Krasnojarska.

Mieszkańcy Poroga żegnali nas wzruszeni, bo bali się, że będziemy ich okradać, tak jak to robiły rosyjskie dzieci. „Polskie dzieci nie kradną” powiedział im na początku nasz dyrektor.

Z Krasnojarska trafiliśmy do Polski. Tam rozwieziono nas po różnych domach dziecka, żebyśmy w dużej grupie nie wspominali zesłania. Część zostawiono w Łodzi, Kłodzku. Ja z paroma koleżankami od maja do sierpnia 1946 roku byłam w Bardzie Śląskim, w internacie prowadzonym przez zakonnice. Przed wojną to była szkoła. Bardzo duży budynek, nazywał się „Jutrzenka”. Mieszkałyśmy po 5-7 na sali, a nie jak poprzednio w dużych grupach. Tam zakonnice wyleczyły mi nogi, bo całe były w strupach.

Od września 1946 do 1952 roku byłam w domu dziecka w Ząbkowicach. Tylko z trzema koleżankami stamtąd mam kontakt. Nigdy nie wspominamy zesłania, raczej pobyt w polskich domach dziecka.

Po tym co przeszłam, to w Polsce wszędzie był raj.

Posłano mnie do zawodowej szkoły krawieckiej. Wolę wyszywać, ale dzięki tej szkole umiałam sobie coś uszyć. Jednak maszynę do szycia kupiłam dopiero w latach 80-tych XX wieku. Przedtem obszywała mnie koleżanka. Już nie żyje.

Po szkole miałam 20 lat i zostałam wychowawczynią w prewentorium. To takie trzymiesięczne sanatorium dla dzieci. Na początek dano mi prawie dorosłych nastolatków myśląc, że sobie nie dam rady. A ja dogadałam się z nimi: powiedziałam, że jak będą mnie słuchać, to ja ich też. I spełnię to, co tylko będę mogła.

Przepracowałam tam cztery lata.

W 1956 roku z koleżanką pojechałam do Wrocławia. Chciałam mieć zawód, który bym lubiła i dlatego poszłam do dwuletniej szkoły pielęgniarskiej, przy ulicy Bartla.

Po jej skończeniu wszystkie absolwentki wysłano do sanatorium w Trzebnicy. Przez rok opiekowałyśmy się maleńkimi dziećmi (od 8 miesięcy do półtora roku), które były po chorobie Heinego-Medina.

Wróciłam do Wrocławia i tu pracowałam w różnych szpitalach do emerytury.

Pewnie, że byłam zakochana. Miałam 16 lat. Ale miłość się skończyła, kiedy on poszedł do wojska i mnie zdradzał. To po co mi taki? Nie, nie żałuję, że nie wyszłam za mąż. Pewnie tak miało być. Teraz jest mi bardzo dobrze. Mam dużo znajomych, ludzie się mną interesują.

Wtedy, jako młoda dziewczyna, byłam wstydliwa, nieśmiała i zakompleksiona. Nie miałam w co się ubrać, w ogóle niczego nie miałam. Pewności siebie nabrałam dopiero gdy zaczęłam podróżować.

To było w 1975 roku. Na oddziale kobiety bardzo się kłóciły i taka fajna pani ordynator powiedziała, że szkoda mnie dla nich i powinnam sobie gdzieś pojechać, odpocząć. Ze Sport-Turistem pojechałam do Hiszpanii, widziałam corridę. Myślałam, że to męczenie zwierząt, ale tam jest piękny taniec torreadorów. W czasie wbijania szpad w byka zamykałam oczy.

A 14 sierpnia jadę na Madagaskar. I co z tego, że mam 76 lat? Mówisz, że jeszcze tam mnie nie było? Właśnie dlatego! Kupiłam sobie kijki do chodzenia, czapeczkę i środek przeciw komarom. Jak siedzę długo w domu, to sufit mi się wali na głowę.

ZAPRASZAM w poniedziałek 26 sierpnia o godz. 19, na wystawę prac wykonanych w ramach Pracowni Opowieści,

ul. Szajnochy 5, wejście z przejścia prowadzącego od placu Solnego do Psich Bud i Szajnochy, po lewej stronie.

 

 

 

 

 

poniedziałek, 12 sierpnia 2013

Wstęp: Wszystko można sfałszować: radość, cierpienie, przyjaźń, obraz, miłość.

 Oto dyrektor domu aukcyjnego Virgil Oldman (Geoffrey Rush). Stary kawaler, samotnie mieszający w pięknym mieszkaniu wypełnionym dziełami sztuki, podobnymi do siebie garniturami i niezliczoną ilością rękawiczek. Rękawiczki zdejmuje tylko gdy dotyka cennego przedmiotu. Nawet jego telefon ma pokrowiec.

Ludziom Virgil nie ufa. Kobiety go fascynują ale przerażają. Bliższe kontakty utrzymuje tylko ze sfrustrowanym z powodu niedocenienia malarzem Billym (Donald Sutherland) i Robertem ( Jim Sturgess) bardzo uzdolnionym mechanikiem skomplikowanych urządzeń. Współpracuje z nimi ku obopólnej korzyści.

Pewnego dnia do Virgila dzwoni młoda kobieta Claire Ibbetson (Sylvia Hoeks) z prośbą o wycenę przedmiotów znajdujących się w domu jej zmarłych rodziców. Po kilku nieudanych próbach spotkania okazuje się, że kobieta cierpi na ostrą agorafobię i nie wychodzi z domu. Z innymi kontaktuje się tylko rozmawiając przez zamknięte drzwi, bo także obawia się ludzi.

Kontakty Konesera ze zleceniodawczynią są skomplikowane, bo oboje nie grzeszą łagodnością i łatwym charakterem. Za poradą Roberta Virgil z ukrycia ogląda Claire, która okazuje się być młodą i piękną, a że w dodatku nieszczęśliwą musi wzbudzić w mężczyźnie chęć zaopiekowania się.

Wraz ze swoją ekipą rzeczoznawców Virgil kataloguje przedmioty znajdujące się w opuszczonej i zaniedbanej willi, a tylko gdy jest sam rozmawia z kobietą. Stopniowo oswaja ją, do tego stopnia, że spożywają razem wytworne posiłki.

Nietrudno w trakcie filmu zorientować się, że nie jest to prosta opowieść o miłości starszego, brzydkiego mężczyzny do pięknej młodej kobiety.

Prawie do końca nic nie jest takie jak nam się wydaje. Może nawet za dużo tam niezwykłości ? wszystko licząca garbuska mieszkająca nad kawiarnią, części androida znajdowane sukcesywnie w piwnicy domu Claire.

Intrygę podsumowowalabym klasyką ?Wśród serdecznych przyjaciół psy zająca zjadły?. W jaki sposób to się odbyło zobaczycie sami. Polecam.

Reżyseria Giuseppe Tornatore. Muzyka Ennio Moricone.

niedziela, 11 sierpnia 2013

 Kartki okolicznościowe można kupić ale można tez zrobić samemu. Do ich wykonania moga się przydac różne materiały jak tkaniny, guziki i przyprawy kuchenne, oto przykłady moich prac, to są zdjęcia, więc trochę przekłamują i wykrzywiają:

te paprochy to brokat, koty to pasmanteria

 

 

środa, 07 sierpnia 2013

 

 

Maria Carmen Morese - Amore, amore! Miłość po włosku.

O autorce:  Maria Carmen Morese urodziła się w 1968 roku w Pompejach. W Niemczech studiowała germanistykę, romanistykę i historię sztuki. Jest autorką przewodnika po Neapolu i Wybrzeżu Amalfi. Mieszka w Neapolu gdzie jest dyrektorką Instytutu Goethego.

O książce:  Valeria Fest to 34-letnia córka Włoszki i Niemca, dziennikarka zamieszkała w Hamburgu. Niedawno opuścił ją partner co spowodowało u Valerii głęboką depresję. Koleżanki uznały, że „Lepszy bolesny koniec niż boleść bez końca”.

Sposobem na poradzenie sobie ze smutkiem ma być podróż do Neapolu, rodzinnego miasta matki. Akurat są Walentynki, w samolocie rozdają czekoladki w kształcie serduszka a miasto wita bohaterkę bardzo zimową pogodą. Oj, nie zapowiada to nic dobrego. Niby poznaje w samolocie przystojniaka ale czy będzie ulubiony przez czytelniczki ciąg dalszy?

Nie jest to książka o romantycznych gestach, wyznaniach, spacerach w świetle księżyca lub choćby świec. Autorka nie dotrzymuje obietnicy złożonej w tytule.

Jest to raczej przewodnik po charakterze południowych Włochów. W powieści ich przedstawicielami są ciotka i wujek bohaterki, jej przyjaciółka i koledzy z redakcji.

Już na początku dowiadujemy się, że „Umawianie się z Włochami to przedsięwzięcie, które wymaga przebiegłości Odyseusza, czaru syreny, a przede wszystkim spokoju Buddy.

Autorka pokpiwa sobie dobrodusznie z mieszkańców Italii – twierdzi na przykład, iż nie odróżniają oni Niemiec od Islandii i Syberii sądząc, że za Alpami zawsze leży śnieg.

Podobno wszyscy mężczyźni tam są tacy sami – oczekują, ze kobieta zawsze będzie ich ubóstwiać. Ale akurat w tym względzie nie różnią się od mężczyzn w Polsce.

Jaka jest matka Włoszka? „Jej cechy szczególne: dominująca, tak, śmiało można powiedzieć -  władcze zachowanie i wybujały instynkt opiekuńczy”.

W powieści jest także polski akcent, Włoch się skarży: „… wiele Polek mieszka w Neapolu. Te kobiety piękne są jak czarodziejki, ale także dość wyrachowane, bo przyjeżdżają do Włoch w jednym celu – by znaleźć sobie zamożnego mężczyznę i wyjść za niego za mąż”. Pewnie, powinny bezinteresownie sprawiać przyjemność każdemu Włochowi i nieustannie się nim zachwycać.

Valeria od koleżanki dowiaduje się jak klasyfikować mężczyzn po sposobie w jaki całują kobiety w rękę. Także czego politycy zazdroszczą biskupom i kardynałom. Nie chodzi o strój.

Ideał włoskiej kobiety zatrzymał się na wzorze z 1948 roku. Autorka podaje obowiązujące każdą kobietę cechy, aby stała się pożądaną kandydatką na żonę.

Nie znając lokalnych zwyczajów możesz mieć kłopoty z porozumieniem: „Jeśli chcesz zrozumieć Włochy musisz wiedzieć, że tutaj forma i treść [wypowiedzi] rzadko idą ze sobą w parze”.

Jeszcze gorzej jest w przypadku miłości „Neapolitańczyk, także neapolitanka są najszczęśliwsi, kiedy są nieszczęśliwie zakochani”.

Z książki dowiecie się także kto jest najlepszym przyjacielem Włoszki. Dlaczego transwestyci cieszą się w Neapolu szacunkiem, gdzie Włosi kochają się gdy nie mają samodzielnego mieszkania i co jest głównym tematem ich rozmów.

To lektura w sam raz na upalne lato w Polsce.

wtorek, 06 sierpnia 2013

 Nie umieszczam tutaj swoich opowiadań, ale zrobię wyjatek. Agnieszka Wolny-Hamkało wymyślała nam na zajęciach w Pracowni różne zadania, na szczęscie nie matematyczne. A to opisywaliśmy jej postać (z przyjemnością :) ), a to tworzyliśmy tekst do przyniesionej przez nią pocztówki z Berlina. Przedstawia kościół zniszczony na skutek nalotów  alianckich w 1944 roku.

Opowiadanie wyszło mi takie:

 

Była wiosna 1944 roku.

 

W kościelnych dębowych niewygodnych ławkach siedzieli lub klęczeli nieliczni wierni modlący się o zwycięstwo, coraz mniej ukochanego, fuhrera.

 

W powietrzu unosiły się drobinki kurzu i ledwo wyczuwalny zapach kadzidła. Pracowite korniki chrobocząc pożywiały się drewnem licznych figur stojących na ołtarzu głównym, w bocznych nawach i pod amboną.

 

Kwadraty posadzkowych kafli w wyniku kontaktu z butami wielu ludzi zmieniły się w romby i pięciokąty.

 

Święci z obrazów nie zwracali na nich uwagi zajęci innymi sprawami. Rita była sfrustrowana, bo nie mogła spełnić próśb Polaków wyrażanych w pieśni „ojczyznę wolną racz nam zwrócić panie”. Święty Krzysztof w rozterce nie wiedział nad którymi kierowcami lepiej czuwać – niemieckimi czołgistami czy pijanymi polskimi rowerzystami. Święty Jerzy, z lancą zwaną Ascalon, od wieków stał pod Smoczą Jamą w Krakowie, bo nikt go nie poinformował o działaniu szewczyka Skuby.  Z gaszeniem pożarów na całej Ziemi nie nadążał święty Florian. Franciszek popadł w depresję – tak wiele zwierząt potrzebowało jego pomocy.

 

Pod ostatnim filarem siedziała stara kobieta w nietwarzowym kapeluszu i płaszczu sprzed wojny. Wyliniały rudy lis otaczał jej szyję. Z pełną zmarszczek szarą twarzą kontrastowały błękitne oczy, które nie straciły intensywnego koloru mimo upływu lat.

 

Cicho modliła się przesuwając paciorki różańca. Jednocześnie myślała o córce, która dziesięć lat przed wybuchem wojny wyszła za mąż. Matka narzeczonego była Żydówką. Bogaty ojciec zdążył przelać większość pieniędzy do banku w Szwajcarii, ale jemu i żonie już nie udało się wyjechać z Niemiec i umarli w getcie.

 

Trzy lata temu córka z mężem i dziećmi pojechała do Portugalii, aby dostać się na statek płynący do Stanów. Od tej pory kobieta nie miała od nich żadnej wiadomości.

 

Czuła się osierocona. Mąż zmarł na zawał serca w pierwszym roku wojny po otrzymaniu wiadomości, że ich syn homoseksualista zginął w obozie koncentracyjnym w Dachau.

 

Życie w Berlinie było coraz trudniejsze. Większość sklepów zamknięto. Żywność można było kupić tylko na czarnym rynku po paskarskich cenach. Kobieta sprzedała już większość cennych rzeczy i martwiła się o swoją przyszłość.

 

Przestała odmawiać różaniec przypominając sobie przemówienia Hitlera nadawane w radiu i pokazywane w kronikach filmowych.  Pamiętała także entuzjazm tłumu na olimpiadzie w 1936 roku gdy wygrywali Niemcy i gwizdy wywołane zwycięstwem ciemnoskórych zawodników, szczególnie Jesse Owensa, który wygrał w czterech lekkoatletycznych konkurencjach.

 

Widziała film dokumentalny Leni Riefenstahl nakręcony w czasie igrzysk pod tytułem „Olympia” w którym aryjscy zawodnicy wyglądali jak greccy bogowie.

 

Nagle coś głośno stuknęło. Kobieta odwróciła się. Do kościoła wszedł wysoki mężczyzna w czarnym mundurze ss-mana. Krotko obcięte bardzo jasne włosy ledwie było widać spod wojskowej czapki. Dźwięk jego kroków, wybijanych podkutymi obcasami, odbijał się echem po wnętrzu świątyni.

 

Podszedł do ołtarza i próbował otworzyć tabernakulum. Nie udało się uderzył więc pięścią w drzwiczki. Potem wyjął pistolet z kabury i strzelił. Kula odskoczyła  i rykoszetem trafiła profana w usta. Czaszka rozprysła się z głośnym plaśnięciem. Mężczyzna stał chwilę i runął na schodki prezbiterium.

 

Modląca się kobieta wstrzymała oddech. Po chwili głośno wypuściła powietrze.  Wstała, sięgnęła po torebkę stojącą obok na ławce i szybko wyszła na boczną nawę. Zbyt dużo  miała własnych kłopotów, aby angażować się jeszcze w cudze.

 

Usłyszała odgłos nadciągającej burzy.

 

- Zapomniałam parasola – pomyślała.

 

Wyszła z kościoła, ciężkie drzwi zamknęły się z hukiem. W tej samej chwili budynek zadrżał.

 

Kobieta przeszła paręnaście kroków, odwróciła się i zobaczyła odlatujące alianckie samoloty lżejsze o kilka bomb spuszczonych na kościół.

 

 

poniedziałek, 05 sierpnia 2013

 

W ramach, ukończonych w piątek, zajęć w Pracowni Opowieści robiliśmy krótkie filmy animowane. Mój ilustrował opowiadanie przeze mnie napisane. Położyłam kalkę na moim zdjęciu Psich Bud i narysowałam budynki, potem wycięłam Misię ze zdjęcia i powolutku ją przesuwając ulicą każdy ruch fotografowałam. Narysowałam osobno jej oczy, najpierw malutkie, a potem ogromniejące na widok tego co zobaczyła.

a gdy szłam na zajęcia od placu Dominikańskiego to na Rynku mijałam panią Halinkę z jej pracami (koty też tam są)

czwartek, 01 sierpnia 2013

 Na Psich Budach zrobiłam rożne zdjęcia, na trzech są dodatki nadzwyczajne:

tutaj piesek kiczowaty a w szybie odbiła się twarz koleżanki z warsztatów

słoneczko na krzakach? nie, odbłysk lampy błyskowej na znaku drogowym :)

robiłam zdjęcie złamanego znaku a w głębi uwieczniłam sikającego faceta :) :) :)

a tu bez dodatku tylko są fajne, nietypowe okna klatki schodowej

dzisiaj szłam przez Psie Budy na zajęcia i przy wejściu na schody prowądzce do przejścia z Szajnochy na plac Solny zobaczyłam, że ktoś przylepił papierowego czarnego kota

O autorze
Tagi
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Dodatki na bloga
”znaczek