O mnie, o książkach, filmach, wystawach, kolażach i dress-party z poczuciem humoru, niekiedy sarkastycznie a nawet złośliwie.
niedziela, 30 października 2011

 Środę diabeł miał odlotową. Byłam umówiona z koleżanką. Z powodu ogromnej przestrzeni mieszkaniowej jaką zapewnił mi "budowniczy PRL-u" w postaci Gomułki (w wierszowanej sztuce Szpotańskiego "Cisi i gęgacze" nazwany Gnomem)  czyli mieszkania o powierzchni całych 19m2, gdy jedno wyjmuję to trzy rzeczy spadają. tego dnia przy dogłębnym sięganiu (albowiem: sięgaj gdzie wzrok nie sięga) do szafy po kapelutek, spadł sobie i mi z lodowki, rozbijając się, słoiczek z farbą olejną przygotowaną do odnowienia futryn. (swoją drogą cudne zdanie napisałam).

Na podłodze mam linoleum więc bezboleśnie plamę wytarłam ale jednak bez wypuszczenia pęczka panienek spod latarni się nie obeszło. U koleżanki okazało się, że pobrudziłam też bluzkę akurat na brzuchu. W domu potraktowałam ją zmywaczem do paznokci, zeszło ale nie do końca. Uprzejmie proszę o niepatrzenie na mój brzuch. Nie ma tam nic ciekawego! Dostałam na ten temat dwie cenne rady: 1. zrób kolaż z tych plamek 2 - zahaftuj to sobie. Psychicznie już to drugie spełniłam.

Poszłam na spotkanie towarzyskie, dzwoni komórka, sąsiadka:

- Irena, sprawdź czy masz klucze do mieszkania

- Nie mam

- Boś zostawiła w skrzynce na listy, sąsiad je znalazł.

Dobrze się skończyło ale zdenerwowalam się bardzo. A diablisko skakało z radości aż pod sufit świata.

Ze spotkania wyszłam wcześniej na odchodne otrzymując dobrą radę: listy wyjmuje się wracając do domu.

Stanęłam przed swoją bramą i dzwonię do mieszkania uczynnego sąsiada. Nie otwiera. Do sąsiadki, która mnie zawiadomiła. Bez echa. Dzwonek gra, ja nie tańczę. Miotłę zostawilam w domu, nie mogę wlecieć przez komin. Dobrze, że mam telefon w torebce. Ściągnęłam sąsiadkę z 4. piętra, aby mi otworzyła. Ufff...

W czwartek wylałam sobie na narzutę pół dużego jogurtu, patrzyłam na plamę i zastanawialam się czy jogurt dobrze pierze, czy raczej brudzi. A przy wejściu do budynku dopadła mnie sąsiadka (inna niż powyżej) równie wymalowana co narzekająca okropnie. Nadmiar kosmetykow źle wpływa na stan emocji, tak podejrzewam. Potem nie mogłam znaleźć dokumentów potrzebnych od zaraz. Diabeł ogonem nakrył.

W autobusie spotkałam, starszą ode mnie, koleżankę po fachu. Mogłaby tomy pisać o tym jak to z rodziną wychodzi się najlepiej na fotografii. Wymieniłyśmy się też radością z powodu bycia na emeryturze, a nie pod rządami tego co prezentuje sobą nasza była dyrekcja. A propos tej radości podarowałam koleżance tekst swojego opowiadania, nienagrodzonego w konkursie. Wtajemniczeni wiedzą dlaczego to jest a propos. ;)

Piątek - miły sen przerwał mi telefon z zaproszeniem na całkiem bezinteresowną prezentację. O tym marzyłam, oczywiście.

W czwartek i dzisiaj robiłam za konsultantkę (jako dłuuugoletnia organizatorka dress-party) i pomoc na wyprzedaży garażowej w domu. Kto był ten widział, nabył i wybył, mam nadzieję zadowolony. Ja owszem. Reklamacji nie przyjmujemy. Akcja odbyła się w 120-metrowym mieszkaniu owiniętym wokół atrium. Świetny pomysł, wszystkie okna, do podłogi, wychodzą na to patio. Zero widoku na ulicę, zero na mury czy sąsiadów lub ich garaże. No, mycie zajmuję trochę czasu i energii. Ja mam jedno i to jest akurat na moją pracowitość okienną.

Wracałam z koleżanką, spotkałyśmy jej znajomą, która zajmuje się kotami do tego stopnia, że wynajęła u kogoś pokój dla kotów szukających opiekunów i domu. Ależ to jest pomysł!

 

środa, 26 października 2011

 Podobnie jak Marszałek nie mam cierpliwości dla głupców i nudziarzy, tu cytaty:

http://deser.pl/deser/1,84842,9583337,Najlepsze_cytaty_z_marszalka_Jozefa_Pilsudskiego_,,ga.html

był także kochliwy, a w tym trochę wyrachowany (ci faceci!):

http://deser.pl/deser/56,111858,10537679,Wszystkie_kobiety_marszalka_Pilsudskiego.html

 

 

20:41, alodia1949 , różne
Link Komentarze (3) »
wtorek, 25 października 2011

„Bogowie śmierci w różnych religiach powstali z energii największego ludzkiego strachu, strachu przed śmiercią” – napisał autor.

 

O autorze:

 Christopher Moore urodził się 1 stycznia 1957 roku w Toledo, stan Ohio. Studiował na Uniwersytecie Stanowym Ohio i Brooks Institute of Photography w Santa Barbara.  Jego ojciec był policjantem w drogówce, a matka ekspedientką.

Moore od 19. roku życia mieszkał w Kalifornii, a potem przeniósł się na Hawaje.

Pracował jako dekarz, sprzedawca, agent ubezpieczeniowy, kelner, fotograf i diskdżokej. Lubi pływać kajakiem po oceanie, nurkować, fotografować i malować tuszem w technice sumi-e.

Pisze od 12. roku życia ale pierwszą książkę opublikował mając 35 lat.

Jest autorem m.in. „Baranka’ i „Najgłupszego anioła”.

 O książce:

 Charlie Asher mieszka w San Francisco, w czteropiętrowym domu zbudowanym w stylu edwardiańskim. który miał „tyle detali w burdelowym stylu, że nawet marynarza by odrzuciło”.

Jest samcem beta a „Rozczarowanie i żal to środowisko naturalne samca beta”. „Samce alfa rządzą światem ale samce beta stanowią tryby dzięki którym ta maszyna działa”. Na stronach 53. i 54. znajdziecie dokładny opis tego rodzaju mężczyzn.

Macho czy Charlie? – oto jest pytanie.

Bohater książki poznał Rachel, swoją późniejszą żonę, w księgarni do której wszedł przemoczony deszczem. „Wmówił sobie, że leje się z niego chłopięcy urok, gdy po prostu lało się z niego i już.”

Żona umiera przy porodzie i tylko Charlie widzi, siedzącego na jej łóżku, bardzo wysokiego czarnoskórego mężczyznę odzianego w kombinezon w kolorze miętowym, w dodatku nazywającego się Minty Fresh. I już nic nie jest takie jak przedtem.

W komisie rzeczy używanych, którego właścicielem jest Charlie niektóre przedmioty zaczynają pulsować czerwonym światłem, a potem „siły, których nie kontrolował zmieniły go w coś, do czego nie miał instrukcji obsługi”.

Otrzymuje 28-stronicową „Księgę śmierci” w której zawarto obowiązki „Handlarza Śmierci”. Nowa rola wplątuje bohatera książki w wydarzenia o których nikomu się nie śniło i niech tak zostanie.

Siły Ciemności z Zaświatów chcą opanować Ziemię i tylko handlarze śmierci zbierający i przekazujący dalej „naczynia duchowe” mogą temu zapobiec.

Ta książka byłaby ponurym horrorem gdyby nie poczucie humoru jakie autor, w sporej dawce, nam prezentuje.

Chociażby w tytułach rozdziałów:

- Nie mogłem stać i czekać na śmierć – ona sama mnie podwiozła

- Tramwaj zwany zamieszaniem

- Śmierć idzie na spacer

Ta książka to 526 stron niepoprawności politycznej, obyczajowej i językowej, jest jednocześnie okrutna, zabawna, straszna i śmieszna z niespodziewanymi zwrotami akcji i zakończeniem.

Jeśli chcecie ją przeczytać odrzućcie wszelkie uprzedzenia i stereotypy nie tylko na temat śmierci. Polecam.

 Wydawnictwo MAG Warszawa 2007

 

czwartek, 20 października 2011

 idę sobie ulicą i cóż widzę? widok ulubiony ten :)

 a dalej fasada biblioteki publicznej świeżo wymalowana w ten deseń czyli regały z książkami. Świetny to jest pomysł na znak firmowy MBP i oby tak właśnie wyglądały ściany zewnętrzne bibliotek przy ul. Wyszyńskiego, pl. Staszica czy Zielińskiego.

Poza tym na podwórku mym jakieś potwory rzygają a to połamanymi meblami, a to wytytłanymi ubraniami albo różnymi papierzyskami. Nie wiem co im zaszkodziło, że muszą się tak uzewnętrzniać. Za dużo denatury czy politury?

W sklepie spożywczym nabywam jajca z nr 2 lub jeden. Po wpadce ze stłuczkami sprawdzam zawartość wytłoczki. I odkryłam, że dwu brakuje. Jakiś jajoman nienażarty ukradł był je?

W autobusie łysy osobnik w średnim wieku spał, usiadłam obok ale leciał na mnie. Nie dowartościowało mnie, że nawet przez sen na mnie leci i nie skorzystałam z okazji do przytulenia  więc zmieniłam miejsce. Wolę jak w piosence "Elity": "do serca przytul psa, weź na kolana kota".

Na pl. Bema kupiłam "chleb rycerski". Wprawdzie sprzedawany przez mężczyznę ale bez zbroi. To błąd wielki. A chleb jest bardzo dobrze wypieczony, ma ciemną, twardą i chrupiącą skórkę. W pobliżu, w sklepie z wyrobami zakonu Benedyktynów (a raczej ich współpracowników) zobaczyłam pyszne rózności m.in. "kiełbasę ostateczną". Zapytałam czy dlatego taka nazwa, bo po spożyciu się schodzi z tego łez padołu? Podobno nie, ale nie zaryzykowałam.

Nabyłam za to "Końską maść", która jest żelem w dodatku różowym. A ja się spodziewałam maści o zapachu stajni. :)

W punkcie ksero rozmawiałam ze znajomym pani obsługującej na temat konkursów ogłaszanych przez gazety codzienne, nagród przyznawanych i konkurencji redakcji polegającej m.in. na niechęci wzajemnej. Bez sensu.

Ja zawsze mogę się dosłodzić miodem z pasieki "Majorka" męża mojej koleżanki. Właśnie dzisiaj przywieziono mi trzy słoiki duże. Kupuję małe okrągłe suche wafle, smaruję, składam pięć razem i mam pyszne ciastko do kawy/herbaty. Polecam. Lepiej tym się pożywić niż warczeniem i kopaniem dołków pod bliźnimi swymi, prawda?

 taką wywieszkę zabrałam sobie ze sklepu ale nie będę jej wieszać na klamce, aby ew. złodzieje nie mieli zakusów na mój stan posiadania skromniutki.

Bardzo dziękuję wszystkim za życzenia imieninowe. Już się cieszę na te 5 maja gdy obchodzę imieniny.

A tu można obejrzeć zdjęcia z "Senioraliów" w DBP gdzie prowadziłam zajęcia kolażowe:

http://www.wbp.wroc.pl/index.php?option=com_content&task=view&id=3188&Itemid=351

sobota, 15 października 2011

 Piękne serce - prawda? I o tym, między innymi była mowa na dzisiejszym spotkaniu.

Ale od początku. "Human project" www.fhp.org.pl , www.facebook.com/pokolenia wymyślił projekt "Pokolenia" polegajacy na wymianie doświadczeń seniorów po 60-tce i młodzieży. Spotkania odbywają się w "Tratwie", Wrocław, ul. Henryka Probusa 9/4.

Na organizacyjne dla seniorów, w którym brałam udział, przyszły 4 panie i jeden pan. Poproszono nas, abyśmy krótko opowiedzieli o sobie, pasjach, zainteresowaniach i doświadczeniach, aby wybrać co z tego można zaproponować młodzieży. Dla faceta najważniejsze było zjedzenie obiadu, a chudy jest, o godz. 13-tej w domu. Przełożono więc dzisiejsze spotkanie na 14-ta. I tak nie przyszedł.

Jak ustalono dzisiaj Helena przedstawiła swoje doświadczenia w stosowaniu różnych ziół nie rozwodząc się nad dolegliwościami, na szczęście. Przyniosła kilka książek na ten temat oraz: nawłoć, pokrzywę, macierzankę, lebiodkę, lubczyk, pokrzywę, dziki bez i miętę.  Opowiedziała, że sama kisi kapustę w beczce dodając do niej jabłka, marchewkę, pietruszkę i seler dzięki czemu ma zawsze gotową surówkę. Polecała bardzo olej lniany. Muszę się nim zainteresować. Potem uczestnicy (seniorki i młodzież oraz prowadzący spotkanie) robili kolaże pod moim kierunkiem. Dwie okazały poczucie humoru, jedna w ogóle nawet nie sprobowała zabrać się do tworzenia. "Bo ja nie umiem".

W drodze na zajęcia spotkałam znajomą, która na moją propozycję pójścia ze mną odpowiedziała, że idzie do domu handlowego. Czy chcesz coś kupić? - zapytałam?

- Nie, tylko tak pochodzić.

Jeśli nie masujemy szarych komorek w różnych kierunkach to one sobie najpierw zasypiają, a potem nieodżywiane stymulacją zanikają. Rutyna znanej codzienności rodzi nietolerancję dla inności. Dlatego zdecydowana większość ludzi oczekuje tylko potwierdzania swojej wartości i słuszności wyborów nie otwierając się na innych, a nawet wręcz napadając na nich słownie. Na mnie obraziło się parę osób za moje wybory, a raczej bardziej za fakt nie bycia nieszczęśliwą tak jak one.

Młodzi ze spotkania chodzą do V LO, opowiedzieli trochę o sobie. Poprosili, abyśmy napisały co myślimy o młodzieży a potem młodzi to skomentowali. Dla nas przygotowali prezentację na temat facebooka co było czytelne tylko dla mnie. Powinni byli wcześniej zainteresować się czy ich pomysł ma sens.

A przy śmietniku znalazłam blok techniczny, kołonotatniki częściowo zapisane i zeszyty. Wewnątrz jednego z nich napis: "Pamiętnik Ani czyli mój" z wydartymi kartami. Na koncu zachowała się jednak notka: "ja Anna ..... postanawiam, że od dnia 7.07.03 r. będę ograniczać lub unikać spożywania słodyczy w celu zgubienia kilku kilogramów". Obok leżał indeks. Co się stało? Na jednym z zeszytów jest napis "Nie chodź z głową w chmurach". Poszła i nie wróciła? Życzę jej jak najlepiej.

Zeszyty przydadzą mi się do pisania różnych tekstów, np. opowiadań. Działania ekologiczne to korzystanie z każdej okazji, aby wykorzystać co leży pod naszymi nogami.

środa, 12 października 2011

 Kinomani mają do wyboru dwa polskie filmy kostiumowe „Bitwę warszawską1920” i Daas”.

Który warto obejrzeć?

 Akcja filmu toczy się w drugiej połowie XVIII wieku na terenie Polski i w Austrii.

Jakub Józef Frank (http://pl.wikipedia.org/wiki/Jakub_Frank) (Olgierd Łukaszewicz) ogłasza się Mesjaszem i przechodząc na katolicyzm powoduje konwersję wielu Żydów, którzy wierzą, że Frank zapewni im  nieśmiertelność.

Sekta frankistów działa tak jak wszystkie – guru wszystko może, jest najmądrzejszy i wszystko mu się należy, w tym pieniądze współwyznawców. Jeden z nich Jakub Goliński, wynalazca gumy (Andrzej Chyra) po śmierci synka występuje z sekty, której zemsta jest krwawa i finansowa. Pisze więc skargę do cesarza (Maciej Stuhr).

Rozpatruje ją radca  Klein (Mariusz Bonaszewski).  Prowadzi śledztwo wykazujące, że Frank tworzy swoją armię, kupuje broń przypuszczalnie przygotowując zamach stanu. Próbuje więc ostrzec cesarza.

Zarówno Golińskiemu jak i Kleinowi idzie jak po grudzie. Księżna, matka chrzestna Golińskiego odbiera darowiznę w postaci ziemi, wspólnik w interesach przywłaszcza wynalazek. Przełożony nakazuje radcy porzucić śledztwo. Frank ma długie ręce i nieograniczone możliwości.

Reżyser nie szczędzi widzom szczegółów z epoki począwszy od wysmakowanych kostiumów, przez autentyczne zabytkowe wnętrza, leczenie za pomocą upuszczania krwi oraz wymuszanie zeznań za pomocą tortur.

Niestety w drugiej części filmu akcja siada jakby przytłoczona powyższymi elementami.

Rekompensują nam to wszyscy aktorzy na czele z Chyrą i Łukaszewiczem tworząc bardzo wiarygodne postacie.

Dla mnie jest to opowieść o manipulacji jakiej podlegamy zarówno ze strony wszelkiej władzy i o tym jak bardzo jesteśmy spragnieni wiary w ideał.

A co oznacza słowo daas? Po odpowiedź musicie wybrać się do kina.

 

 

 

 

poniedziałek, 10 października 2011

 Dopiero dzisiaj wpadłam na pomysł, aby zrobić kolaż na temat bloga. Oto on. Gałęzi brakuje ale przecież nie ona jest najważniejsza. Wszystkim czytającym moje wpisy SERDECZNIE DZIĘKUJĘ za poświęcony czas. I proszę o jeszcze. :) 

sobota, 08 października 2011

Dolnośląska Biblioteka Publiczna, Wrocław, Rynek 58

  "Dni Seniora" w naszym mieście obchodzono tydzień temu, dzisiaj do tej akcji przyłączyła się DBP. W "Galerii Pod Plafonem" śpiewająco rozpoczął chór z Kozanowa. Niestety słuchać musiałyśmy na stojąco. To nie byłdobry pomysł. Albo krótki występ, albo siedząc. Piszę musiałyśmy bo, oczywiście, przyszły głównie panie. Stojąca obok mnie stwierdziła, że w naszym wieku to panowie nie żyją. Bez przesady. Nie żyje, przede wszystkim, ich ciekawość świata. No, chyba że jest to sport lub polityka w telewizji. Ale zaskoczyła mnie też znajoma, spotkana wczoraj, która na propozycję udziału w zajęciach powiedziała, że chce tylko w spokoju doczekać końca. Jest w moim wieku. Powaliła mnie ta postawa.

Biblioteka zaoferowała seniorom rozmaite zajęcia. Tuczące w postaci pokazu wyrobu pralinek i odchudzające - tańca w stylu filmów Bollywood. Reklamowo-złudzeniowe czyli wizażu, na które było najwięcej chętnych. Nadzieja na lepszy wygląd umiera ostatnia.

Warsztaty literackie czyli jak psać haiku poprowadziła, polecona przeze mnie, poetka specjalizująca się w tej formie Aleksandra Zamorska. Zadowolona jest z uczestniczek, okazały dużą chęć i zdolność tworzenia. 

Plastycznych były dwa rodzaje: praktyczne czyli decoupage i bezinteresowne czyli kolaże (collage), które poprowadziłam. Jak zwykle rozpoczęłam od książki "Pamiątkowe rupiecie, przyjaciele i sny Wisławy Szymborskiej" w której są reprodukcje jej pocztówek-wyklejanek zawierające ogromny ładunek poczucia humoru. Potem pokazałam swoje prace w różnych formatach, od pocztówki do A-4. Robię też większe. Panie dostały na pamiątkę po zakładce do książki będącej kserokopią moich prac.  Wykonały, z moją pomocą, udane collage.

W części artystycznej wystapił kabaret seniorów z piosenkami "Qui Pro Quo" i drugi chór na cygańską nutę. Śpiewać każdy może, ale nie wszyscy powinni, bo czasem wykonawcy lepiej się bawią niż słuchacze.

Około godziny 15-tej zużyliśmy catering w postaci kanapek, ciast, owoców i napojów. Po nim większa część zebranych rozeszła się choć nastapił ciąg dalszy. Osobom prowadzącym zajęcia rozdano dyplomy z podziękowaniem za trud i każda z nas powiedziała parę słów o tym czego uczyła. Ja zachęciłam do czytania książek gdzie można znależć inspirację do działań, które mogą stać się naszą pasją.

Pracownice DBP zwijały się jak w ukropie organizacyjnie, transportowo (nosząc krzesła) i fotograficznie. W przyszłym tygodniu zajrzyjcie na www.wbp.wroc.pl, na pewno będzie tam relacja ze zdjęciami.

Pani Beacie bardzo dziękuję za miłą współpracę. i zaangażowanie.

A w domu okazało się, że na wardze wyskoczyła mi opryszczka. Czarne bydle z ogonem i kopytami nie zasypia gruszek w popiele i czujnie wykorzystuje każdy moment, aby mi dowalić. A żeby mu nóżka spuchła i inne części ciała też oraz niech go dunder świśnie i pobratymcy zabiorą gdzie pieprz rośnie, aby zakopać w mrowisku na zawsze.

środa, 05 października 2011

 Towarzystwo Pomocy św. Brata Alberta powstało we Wrocławiu w 1981 roku. Jest najstarszą i największą w kraju organizacją pozarządową zajmującą się pomocą ludziom bezdomnym i ubogim. Zrzesza 2900 członków zorganizowanych w 60 kołach, które prowadzą ponad 10 placówek pomocowych – schronisk i noclegowni dla bezdomnych, punktów wydawania żywności i sklepy dobroczynne.

 Koło Wrocławskie TPBA prowadzi trzy ośrodki dla mężczyzn, jeden dla kobiet i samotnych matek z dziećmi. 
W sumie zapewnia 420 miejsc osobom bezdomnym i w ramach tego szeroki zakres usług socjalnych
 i profesjonalnych oddziaływań zmierzających do powrotu osób bezdomnych do społeczności.
 
 Co robicie z niepotrzebnymi rzeczami? Wielokrotnie widziałam, na swoim podwórku przy pojemnikach na śmieci, 
wyrzucone meble, dywany, odzież, ksiązki. Potem pada na nie deszcz, rozwłóczą psy, ozdobią odchodami ptaki. 
Sama rozkosz estetyczna dla oka mieszkańców.

Niekiedy właściciele takich rzeczy zawożą je do schronisk lub kościołów. Tak było we Wrocławiu. Nagromadziło się tych darów tak dużo, że kościół przy ulicy św. Antoniego, kilka razy do roku, organizował kiermasze dobroczynne.

W marcu 2009 roku przy ulicy kard. Stefana Wyszyńskiego 66A przydzielono Towarzystwu lokal o powierzchni 80 m2 z przeznaczeniem na sklep dobroczynny. A 14 lutego 2011 roku otwarto drugi, mniejszy ale z wejściem od ulicy pod numerem 68. Sprzedawcami są pracownicy schronisk i wolontariusze. Osobiście poznałam jedna z nich, panią Ziutę, energiczną i bardzo kontaktową mieszkankę naszego osiedla Ołbin.

Do sklepów oraz schronisk można przynieść rzeczy używane ale nie zużyte, powinny być wyprane lub dokładnie wyczyszczone tak, aby od razu nadawały się do wykorzystania.

Ta ekologiczno-pomocowa idea zainspirowała mnie do działania. Zrobiłam dokładny przegląd swojego małego ale jakże pojemnego, mieszkania. Zapakowałam rzeczy bez których mogę się obejść (a nie była to odzież) i przekazałam sklepowi. Było ich na tyle dużo, że mieszkanko odetchnęło z ulgą. Ja też.

Od czasu do czasu kupuję tam potrzebne mi drobiazgi, bo oferta jest wielce urozmaicona. Od odzieży przez książki, zastawę stołową, sprzęt AGD, telewizory, radia, meble, nici, pościel, serwety, zasłony, pościel, zabawki itd.

W internecie wystarczy wejść na stronę Pomagacz.org, aby znaleźć więcej informacji.

Lubię gdy w tym świecie pełnym prywaty, gniewu, zawiści i frustracji dzieje się coś tak bezinteresowni
 pozytywnego. Bo jest to dowód, że choć rzadko, człowiek to brzmi dumnie.

 adres mailowy do sklepów: sklep@pomagacz.org

p.s. dziękuję pani Grażynie za informacje dzięki którym powstał ten tekst.

 

niedziela, 02 października 2011

 "Dzień chłopaka" odbył się u mnie typowo. Najpierw zadzwonił młodzieniec bardzo sobą zachwycony, z aroganckim poleceniem podania mu mojego numeru odbiorcy energii. Już się rozpędziłam w podskokach dzikiego mamuta informując, że niczego nie podam i oczekuję informacji na piśmie. Na co orzekł, iż ucieka mi świetna propozycja i trzask słuchawką. Musi mieć obłędne sukcesy w pracy z takim podejsciem. Potem zapukał do mych przepięknych drzwi akwizytor z propozycją, dość nachalną, ich wymiany. Moje stwierdzenie, że podobają mi się bardzo i prośba o nienachodzenie przyjął z niechęcią i niedowierzaniem. Do tego stopnia, że wetknął ulotkę reklamową. W drzwi. Mam propozycję, aby to zrobił tam gdzie jego plecy tracą swą szlachetną nazwę. 

Pod koniec sierpnia inkasent stwierdził, że mój licznik nie wskazuje zużycia energii. To fajnie, mogę nie płacić. I że trzeba go wymienic. Już gorzej. Pod koniec września zadzwoniłam w tej sprawie. Okazało się, ze zgłoszenie nieczynności jest w ich komputerze. Lecz nie dotarło do zwojów mózgowych decydentów. Powinni jeść ryby i orzechy włoskie. Dużo. Monterzy mieli przyjść między godziną 12 a 15-tą, zaszczycili mnie o 11,30. Punktualność jest grzecznością królów, my zwykli ludzie powinniśmy stosować się do wyznaczoego terminu. Panów było dwóch, zapytałam dlaczego, Młodszy wyjaśnił, że tylko jeden z nich umie pisać. Wymienił licznik elektroniczny na analogowy, lepszy. Zapytałam dlaczego tak długo czekałam na tę przyjemność i usłyszałam, że "nie ma kim robić", bo młodzi nie chcą pracować za 1500,- złotych netto. Jako pierwsza naiwna, była pracownica budżetówki, stwierdziłam, że przecież jest bezrobocie a ta suma piechotą nie chodzi. Młodzi chcą 3000,- zł - usłyszałam. Na koniec Młodszy poglaskał Misię, a Starszy się zdystansował, bo ma kocią traumę, jakiś zwierzak go kiedyś podrapał. Mnie kilka razy i jakoś się nie przejęłam. Ach, ci bardzo wrażliwi, głównie na siebie, faceci.

Przy pojemnikach na śmieci znowu zauważylam wyrzucone małe meble, odzież, dywany i chodniki. A przecież przy naszej ulicy jest sklep dobroczynny. Gdybym była bogata postawiłabym, przy każdym śmietniku, tablicę informacyjną gdzie te rzeczy można oddać.

Odwiedziłam lumpex w którym także sprzedają zabawki. Matki z dziećmi tam przesiadują zamiast iść na pobliski skwer i np. poczytać dzieciom książkę. Czy to taki rodzaj życia towarzyskiego a ten specyficzny smrodek to swoisty narkotyk? Nabyłam materiał biały w małe serduszka na prześcieradło.

Postanowiłam urozmaicić swoją dietę świeżą rybą. Wybrałam co chciałam, a że drogie musiałam pójść do bankomatu. Pobrałam pieniądze i poszłam do sklepu "Herbapolu" o rybkach zapominając. Dobrze, że po drodze nie było monopolowego, jeszcze by mi się skojarzyło, że rybka lubi pływać. A ja przecież nie piję wcale. Niech żyje roztargnienie. Koleżanka pocieszyla mnie, że dopiero po tygodniu odkryła ser biały w swoim piekarniku. Prawie na nią wyszedł. Przez kilka dni zastanawiała się co w kuchni tak śmierdzi. A ser miał zgliwieć do usmażenia. Pamiętam taki przysmak z dzieciństwa. Z kminkiem był.

Od koleżanki bibliotekarki dostałam na płytce film "1409. Afera na zamku Bartenstein". Jest to parodia filmów historycznych, ze świetną obsadą: Jan Machulski, Borys Szyc, Joanna Brodzik. Polecam go zamiast oglądania przedwyborczych kłamstw i manipulacji. Ale na wybory iść trzeba.

 

O autorze
Tagi
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Dodatki na bloga
”znaczek