O mnie, o książkach, filmach, wystawach, kolażach i dress-party z poczuciem humoru, niekiedy sarkastycznie a nawet złośliwie.
środa, 31 października 2012

 Prawie co środę chodzę na zajęcia aktywizujące dla seniorów do DCP przy ul. Sienkiewicza. Kiedyś przed zajęciami miałam trochę czasu i przyjrzałam się mijanym kamienicom:

portret dziewczyny czy uroczego pacholęcia?

tutaj nad diabłem paskudnym umieszczono szpikulce, aby gołębie tam nie zakładały gniazd i nie brudziły, a po lewej stronie, we wgłębieniu sprytny gołąb i tak sobie znalazł azyl,

widać nr bramy gdybyście nie mogli żyć bez tej informacji :)

w misie może to owoce, może pączki ale na pewno golasek powyżej marznie,

tutaj właśnie są te zajęcia

i na koniec roślinki istniejące bez podlewania

 

 

Tagi: Wrocław
18:46, alodia1949 , o Wrocławiu
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 29 października 2012

 Przyszła kryska na Matyska i kobyłka u płota oraz na pochyłe (czyli chore) drzewo każda koza (czyli bzdurne NFZ) skoczy. Dzięki USG, w środę, dowiedziałam się, że jakiś guz we mnie urósł, w dolnych partiach ciała mego niegdyś powabnego :). Ale kto to pamięta? :(.

Doktorek od usg mnie pogonił do szpitala przy ul. Kamieńskiego. Gdy tam dojechałam okazało się, że przychodnia czynna do godz. 13. W czwartek z pieśnią na ustach ("W mogile ciemnej usia-siusa, w mogile ciemnej uhaha...) pojechałam ponownie, aby się dowiedzieć w pok. 1018, że muszę stanąć w głównym holu do rejestracji. Odstałam swoje przysłuchując się konwersacji na tematy ogólne i szczegółowe tyczące naszej ukochanej rzeczywistości i władzy. Pół godzinki upłynęło dowalając moim stopom i kręgosłupowi, nawet nie mogłam poczytać, bo w holu ciemno. Czy im się naprawdę zdaje, że "gdzie ciemno toam przyjemno" niezależnie od stanu zdrowia? Wrociłam do pokoju w.w., aby dowiedzieć się, że 1. terminy są najbliższe na styczeń, 2. mam przyjść w poniedziałek na godz. 8 rano ale wcześnie ponownie się zarejestrować w znanych mi już okienkach, 3. brakuje mi badania C coś tam (doktorek o nim wspomniał ale nie dał skierowania, jak się dowiedzialam, że jego koszt to 69 zl +13,- to wrociłam do gabinetu, aby usłyszeć, że najpierw mam mieć datę operacji, a on potem da mi skierowanie na bezpłatne badanie. Czy ktoś mnie o takich numerach uprzedzilł zabierając w ciągu ponad 39 lat pracy niezłe sumy na FOZ?). Ponownie zeszłam na dół, aby mnie wampir nadessał. Kolejki prawie nie było. Wrociłam na górę, aby zapytać się do kogo mam się konkretnie zapisać w poniedziałek. Czułam się jak Ziuta K. - prawnuczka Jozefa. Peregrynuję od pokoju do pokoju.

W domu przez dwa dni pakowalam różne rzeczy, wg mnie przydatne w szpitalu i spis spraw do przekazania koleżance, aby w razie czego ktoś wiedział gdzie co jest, w tym testament. Nie zapisałam wszystkiego swemu kotu :)

Dzisiaj wstałam o 6,30 ale najpierw nie mogłam zasnąć, po krótkim śnie rozbudziłam się koło 4-tej, a jak przysnęłam to zadzwonił budzik. Nakarmiłam kota i zadzwoniłam po taksówkę - zimy to my się boimy, szczególnie stania na przystankach. W znanym i ponurym holu byłam o 7,15 - kilkanaście osob już stało pokornie przed "u drzwi twoich stoję..." a rejestracji okienka odsłaniają się o 7,30. W holu wiało zimnem po całości mimo drzwi na fotokomorkę i wiszącej kurtyny. Już o 7,50 byłam z kolejnym papiórem w ręku. Dużo mi z tego przyszło!!! Niby kolejki nie było pod umówionym pokojem (wolałabym jawor) ale pan doktor specjalista zamiast o godz. 8,00 zaszczycił przychodnię o 8,45. A potem przyjmowano wszystkich przede mną, niezależnie kiedy przyszli. Rozmawiałam (ha,ha,ha - raczej słuchałam) z młodą kobietą, wypiłyśmy po kawie, ciastek nie było :). Na korytarzu zimno, bo kaloryfery letnie, a na dodatek (gratulacje dla pomysłodawcy) zabudowane panelami szerszymi niż otwory pomiędzy nimi. A jak już wreszcie mnie wezwano to były dwie wiadomości, jedna dobra - wynik badania jest bardzo dobry, druga zła - termin operacji wyznaczono na 11 września, czyli za rok prawie. Albo niech se szukam miejsca gdzie indziej. Chyba od razu na cmentarzu. Brzydkie wyrazy do tej chwili powtarzam po kilka razy. A ja, głupia, bałam się, że każą mi przyjść już jutro i nie zdążę bliźniej swej przekazać instrukcji obsługi kota. Ciąg dalszy niewątpliwie nastąpi.

niedziela, 28 października 2012

 

 dzięki koleżance internetowej naumiałam się robić takie napisy, dziękuję Ci Halinko,

dzisiaj jest niedziela a więc czas na ciasto

SKŁADNIKI:

30 dag mąki, najlepiej krupczatki

20 dag masła prosto z lodówki (zimne, twarde)

10 dag cukru pudru

2 jajka, cukier wanilinowy, duży nóż, plaska blaszka

Mąkę proszę przesiać, usypać kopczyk, w środek dać 2 żółtka, masło i cukier. Dużym nożem (nie musi być ostry) szybko siekamy i mieszamy to wszystko, nie dotykając rękoma, aż wszystko się wymiesza. Potem szybko zagniatamy ciasto dłońmi nie przejmując się, że na początku nic się nie klei i rozsypuje. Tak ma być. Kulkę ciasta owinąć w folię spożywczą lub papier śniadaniowy czy pergamin i włożyć do lodówki na co najmniej godzinę.

Potem wyjmujemy je  i wykładamy płaską blaszkę, może być tortownica. Jesli ciasto jest bardzo twarde kroimy je w plastry, układamy ciasno obok siebie na blaszce i ugniatamy tak, aby nie było wolnego miejsca. Wokół brzegów układamy wałek ciasta, dociskamy, aby zlepił się z podłożem. Wkładamy blaszkę do piekarnika o temperaturze 200 st. C i pieczemy 20 minut. Wyjmujemy i studzimy.

RÓŻNE MASY NA CIASTO:

- jabłeczna - dżem (gęsty) jabłkowy mieszamy z jednym rozbitym białkiem z jajka, rodzynkami, cynamonem i skórką pomarańczową kandyzowaną, wykładamy na ciasto i zapiekamy w temp. 160 st.C przez 20-30 minut. Można wcześniej zostawić trochę ciasta i na masę (przed pieczeniem) ułożyć z wałeczków kratkę - taka szarlotka za kratkami to będzie :)

- czekoladowa - rozpuszczamy czekoladę gorzką i mleczną razem, dodajemy rodzynki, skórkę pomarańczową kandyzowaną, płatki migdałowe, orzechy włoskie pokrojone, mieszamy i wykładamy na podpieczone ciasto. Wkładamy do piekarnika i jak wyżej. Po wyjęciu można ozdobić połówkami migdałów np. układając z nich kwiatki, taka prosta wersja mazurka to jest

- owocowa - gęsty dżem albo marmoladę wymieszać z bakaliami i jednym białkiem roztrzepanym, ułożyć na cieście, można nakryć kratką z ciasta i zapiec w piekarniku jak wyżej. Smacznego!

piątek, 26 października 2012

w październiku 2010 roku napisałam poniższy tekst, dzisiaj byłam umyć pomnik i refleksje mam te same:

Cmentarz to miejsce pochówku naszych przodków, ofiar nieszczęśliwych wypadków i chorób. Ich groby odwiedzamy przeważnie z okazji Wszystkich Świętych.

 Jeśli mieszkamy w tej samej miejscowości i jesteśmy sprawni robimy to kilkakrotnie w ciągu roku. Dbamy o groby najbliższej rodziny – myjemy pomniki, wyrywamy chwasty, odgarniamy liście i śnieg, ozdabiamy kwiatami, zapalamy znicze.
Na nagrobku znajomych często zostawiamy cięte kwiaty w postaci wiązanki lub w wazonie, czasem stawiamy doniczkę z żywą rośliną.
A potem jest problem.
Na cmentarz, aby zadbać o grób, chodzę dosyć często ale nie jest to raz w tygodniu. I czasem zastaję w wazonie suche chabazie pozostałe po ciętych kwiatach. Wyciągam je z wody, a zgniłe łodygi dręczą mój nos swoją specyficzną wonią. Myję więc wazon ze wstrętem niesympatycznie myśląc o ofiarodawcy.
Na całym cmentarzu jest podobnie. Poprzewracane słoiki, porozrzucane kwiaty w różnym stopniu rozkładu, uschłe badyle w doniczkach, wypalone znicze.
To, że jest to cmentarz nie znaczy, ze wszystko ma być martwe.
Jeśli przynosimy świeże kwiaty wróćmy tam za tydzień i posprzątajmy pozostałości. Nie możemy tego zrobić – przynieśmy sztuczne. Nie podobają się nam – można zapalić tylko mały znicz. Też nie? Wystarczy modlitwa.
Na niektórych nagrobkach przez cały rok straszą pozostałości nieprzemyślanych gestów paskudząc swoim widokiem wszystko dokoła.
Zawsze i wszędzie, zanim coś zrobimy, pomyślmy co zostawiamy po sobie i czy nie sprawimy tym przykrości innym ludziom.
Dbajmy o estetykę i porządek każdego miejsca.
Święto Zmarłych już przecież niedługo.

wtorek, 23 października 2012

 „Blog wrósł w powszechną świadomość w tempie niezwykłym pod każdym względem. Czym jest ta forma porozumiewania, która tak nagle stała się częścią naszej kultury?”

 O autorce:

Jill Walker Rettberg jest Norweżką, pracuje na Uniwersytecie w Bergen. Prowadzi dwa blogi – jeden dotyczący jej badań, drugi – na użytek studentów uczestniczących w prowadzonych przez nią zajęciach

 O książce:

Autorka zaczęła blogować w październiku 2000 roku gdy pracowała nad doktoratem. „Jak większość blogerów poznawałam blogowanie przez uprawianie tego zajęcia”.

„Blogowanie” nie jest podręcznikiem zawierającym rady jak pisać na blogu. W siedmiu rozdziałach poznajemy historię blogowania, dowiadujemy się od czego pochodzi nazwa „blog” i co ma wspólnego z żeglowaniem.

Autorka szczegółowo analizuje wybrane trzy blogi, każdy inny, oczywiście nie polskie.

W rozdziale „Od bardów do blogów” omawia blogowanie w kontekście historycznym, związki z wynalazkiem druku, szerzeniem się umiejętności pisania i czytania oraz upowszechnianiem dostępu do internetu.

Stwierdza, że „Blog nie jest po prostu formą zrodzoną na zasadzie przeciwieństwa w stosunku do innych mediów, lecz ma cechy wspólne z wieloma innymi formami komunikacji, które funkcjonowały w ciągu minionych kilkuset lat”.

Dzięki książce poznajemy współczesne badania blogów jako przestrzeni społecznych, uwzględniające i badające związki między blogami a portalami społecznymi jak Facebook.

Rettberg, na konkretnych przykładach,  analizuje podobieństwa i związki między blogowaniem a dziennikarstwem obywatelskim.

Okazuje się, że za pomocą blogów można też zarabiać, autorka przedstawia przykłady takich rozwiązań. Nawet firmy prowadzą swoje blogi, starając się mówić „ludzkim głosem” do swoich klientów obecnych lub przyszłych.

„Czy za 20 lat będziemy nadal blogować? A jak będzie za lat 50 czy 100? Blogowanie trwa zaledwie od dekady, a więc zbyt krótko, abyśmy mogli wiedzieć jak zniesie kolejne dziesięciolecia”.

I na koniec:

„...jeśli chce się rzeczywiście zrozumieć blogi należy zacząć pisać własny i czytać inne. To proste. Jeżeli jeszcze nie blogujecie, pora spróbować”. Polecam.

 p.s. zaczęłam blogować w październiku 2009 roku po przejściu na emeryturę, pierwszy blog to http://kotnagalezi.blox .pl, byłam wtedy początkująca blogerką i gdy zabrakło mi tagów nie wiedzialam co zrobić, więc założyłam obecny. Teraz już wiem - gdy przekraczam dozwoloną ilość, po prostu kasuję niektóre.

 Rettberg Jill Walker – Blogowanie PWN 2012

 

 

 

poniedziałek, 22 października 2012

 przygotowując potrawę można się wspomagać trunkiem, część wlewając do garnka :)

SKŁADNIKI:

- 25 dag kapusty kiszonej,

- 25 dag kapusty pekińskiej poszatkowanej surowej, umytej

- garść suszonych grzybów (raczej jadalnych), umytych

- garść suszonych śliwek, j.w.

- kiełbasa polska, surowa wędzona - ile chcecie np. 2-3 cząstki

- boczek średnio tłusty, np. 25 dag

- kawałki mięs wszelakich (nieobowiązkowo)

- przyprawy: kilka ziarnek ziela angielskiego, pieprzu czarnego, kilka listków laurowych, łyżeczka kminku mielonego lub nie (ale będą trzeszczeć w zębach), soli ile lubicie, ew. jałowiec, cebula podsmażona

Wszystko wkładamy do garnka, podlewamy wodą i dusimy do miękkości. Nadmiar można zapakować do woreczka foliowego lub pojemniczka i zamrozić na zapas. Smacznego!

środa, 17 października 2012

 nie odmówiłabym takiego prezentu choć wolałabym czajnik o sylwetce kota

SKŁADNIKI:

- tusza kaczki (tzn. bez piór, dzioba, łap, wnętrzności) ja kupuję w "Biedronce"

- 2-3 jabłka, ewentualnie garść żurawin i 2. łyżeczki miodu

- majeranek, sól

- garnek owalny lub blaszka do pieczenia ciasta

WYKONANIE:

kaczkę i jabłka myjemy, jabłka obieramy (lub nie), wycinamy gniazda nasienne,  kroimy w ósemki, mieszamy z żurawiną i miodem.

W kaczkę obficie i dokładnie oraz wszędzie wcieramy majeranek i sól, do środka wkładamy mieszankę jablek z żurawiną, zaszywamy otwór kaczki (można spiąć wykałaczkami ale lepiej zszyć, raczej białą nitką, pamiętacie co się przytrafiło Bridget Jones?).

Układamy w garnku z pokrywką i przykrywamy lub na blaszce i szczelnie przykrywamy folią aluminiową. Wstawiamy do piekarnika na 200 st. C, po 20-30 minutach sprawdzamy co się dzieje z ptakiem, ewentualnie podlewamy wodą, pół do 1. szklanka.

Pieczemy 1,5 do 2. godzin, zależnie od wielkości drobiu. Jeśli jest miejsce na blaszce/w garnku można obok położyć różne warzywa, kaczka jest tłusta więc nasiąkną i będa pyszne.

poniedziałek, 15 października 2012

Urszula Dudziak – Wyśpiewam wam wszystko, Wydawn. Kayax Production and Publishing, Warszawa 2011

 Tytuł: Z piosenką przez życie

 Wstęp: „A teraz otwieram szeroko drzwi i zapraszam do siebie, w podróż po moim dotychczasowym życiu”

 O autorce:

Urszula Dudziak-Urbaniak urodziła się 22 października 1943 roku w Straconce (teraz jest to część Bielska-Białej), mieszkała w Gubinie, Nowej Soli i Zielonej Górze. Wokalistka jazzowa, kompozytorka.

 O książce:

„Pretekstem do tych opowieści są piosenki, które mi towarzyszyły i towarzyszą. Obok nich umieściłam nazwiska moich ulubionych wykonawców wybranych utworów i to one uruchamiają we mnie wspomnienia, nie chronologia” napisała autorka.

Książka zaczyna się od „Again” w wykonaniu Elli Fitzgerald, a kończy „Thank you for the music” Abby.

Dudziak z humorem opowiada o swoim życiu jak choćby o tym, że w młodości nie znając języka angielskiego myślała, że „again” to imię męskie i postanowiła, że nada je swojemu synowi. „Na szczęście mam córki” – podsumowała.

„Nie jest źle” Krzysztofa Komedy to pretekst, aby opowiedzieć o początkach profesjonalnego śpiewania.

Krótkie teksty zawarte pod piosenkami opowiadają nam o życiu, śpiewaniu, rodzinie, miłościach, koncertach zarobkowych w Szwecji i w Niemczech, karierze w Stanach oraz co tam robił Sławomir Petelicki. Dowiemy się z nich także co to jest „kozie wibrato”, prozopagnozja. oraz dlaczego Jerzy Kosiński popełnił samobójstwo.

Wspomnienia te zawierają wiele zdjęć (niestety tylko czarno-białe) a pod niektórymi są zabawne podpisy jak ten pod rozbitym autem: „Bozia lubi nasze dźwięki, my żyjemy! Wielkie dzięki!”, to w rozdziale „Driving too fast”.

Natomiast pod „A star is born” napisała: „Rosłam jak na drożdżach ale traciłam na urodzie. Jako czternastolatka byłam chudą tyczką , miałam krzywe zęby, długi nos a na twarzy kilka czarnych pieprzyków...”

Na szczęście talent przebijał braki urody „Już od dziecka wiedziałam, że muzyka będzie mi towarzyszyć  na każdym kroku. Jako dziecko grałam na akordeonie kolędy, melodie ludowe, pieśni partyzanckie”.

Podobno Bóg akceptuje ludzi a kocha śpiewaków, w jaki sposób ta miłość się objawiała w stosunku do Urszuli Dudziak – przeczytajcie. Polecam.

 

 

sobota, 13 października 2012

 Dla brzucha upiekłam kaczkę (przepis wkrótce), a dla ducha posłuchalam poezji Izabeli Moniki Bill w Klubie Muzyki i Literatury i bylam w teatrze.

Izabela Monika Bill urodziła się 27. maja 1982 roku we Wrocławiu, tu ukończyła Kolegium Nauczycielskie. Poezji oddaje się od wielu lat. Poza tym zajmuje się grafiką, fotografią, koleją i podróżuje. Ma swoją stronę: http://kochankapoezji.op11.pl/0.html zajrzyjcie tam. Obecnym na sali towarzyszyły anioły, na ścianach i żywe, jeden jest za Izą, a inne:

z tego tomiku autorka czytała wiersze

a ten wydała jako pierwszy,

"Wilki"

za dnia bezwzględni łowcy

broniący terytorium nieczułością

w nocy bezbronni

zżerani tęsknotami

wyjemy

na samotnych legowiskach

 W Teatrze Współczesnym byłam na przedstawieniu "Hopla, żyjemy!" autorstwa i w reżyserii Krystyny Meissner. Opowiada o pensjonariuszach "domu pogodnej śmierci" jak to określił jeden z bohaterów. Dom prowadzą zakonnice bardzo starajace się szczelnie zapełnić dzień różnymi zajęciami i pilnując, aby osoby płci przeciwnej nie zostawały sam na sam. Głównymi bohaterami są ona (Ewa Dałkowska) i On. Znali się ponad 50 lat temu, ona wyszla za innego, mąż umarł a dzieci zadecydowały, że matce będzie lepiej w tym miejscu. I wszystko byłoby dobrze gdyby reżyserka nie kazała w.w. parze w pewnym momencie rozebrać się do naga, stać dość długo na scenie i rozmawiać. Naprawdę bez sensu. O wiele lepiej wyglądaliby w ładnej bieliźnie. Niedopowiedziane jest lepsze i ładniejsze. Współczuję aktorom, że muszą w ten sposób zarabiać na życie. Mimo to spektakl polecam. http://www.wteatrw.pl/przedstawienie.xml?id=148

wtorek, 09 października 2012

 TVP Wrocław produkuje "Telewizyjny Klub Seniora". Program prowadzi para seniorów, zabawnie się przekomarzająca, pani Maria i pan Marek. Poproszono mnie, abym przed kamerą opowiedziała o swoim blogu. Chyba dla młodych realizatorów jestem taką babą-dziwo, seniorka a nie dość, że korzysta z komputera to jeszcze pisze na blogu.  Zapytano mnie dlaczego? Przez większość życia korespondowałam analogowo, potem pisałam i wysyłałam maile o tym co widziałam, czytałam itp. ale doszłam do wniosku, że blog będzie najlepszym wyjściem z sytuacji. Znalazły się, wśród znajomych, takie osoby, które się obraziły. Dlaczego? Bo nie piszę do nich osobiście tylko zapraszam na blog. Przecież nie odmówiłam rozmowy osobistej czy korespondencji mailowej, pod tą obrazą jest drugie dno i nawet wiem o co chodzi. Ale to już nie mój problem.

Nadal jest pytanie DLACZEGO? Dlaczego prowadzę bloga, robię kolaże czy piszę opowiadania. Uwaga! Oto odpowiedż: COŚ MNIE PCHA. Co to jest - pojęcia nie mam. A Wam jak się zdaje?

tu sympatyczny operator filmuje moje pisanie na blogu, robił też zbliżenie rąk mych piszących na klawiaturze,

ja i pan Marek, współprowadzący program, nagrywano go w bibliotece publicznej przy ul. Wyszyńskiego, bo moje mieszkanie ma, całe, 19 m2, a ekipa to 3 osoby plus dwoje prowadzących, kot i ja - musielibyśmy się przebić do sąsiadow ;). Oczywście, z tego co nagrano, na antenie ukaże się tylko drobna część.  "Telewizyjny Klub Seniora" można oglądać w soboty o godz. 8-mej rano i powtórki w poniedziałki o 18,50.

Zabiegi zaliczyłam dość szybko więc pojechałam do biblioteki przy ul. Hercena, aby dać koleżance tekst mojego opowiadania. Dlaczego akurat jej? Bo akcja tego właśnie dzieje się w bramie, w której mieści się biblioteka. Insiracją było morderstwo jakie tam się zdarzyło nie tak dawno temu. A pierwsze opowiadanie jakie w ogóle napisałam (bez trupów za to z duchami pt. "Noc w bibliotece") dzieje się w bibliotece przy ul. Wyszyńskiego czyli tam gdzie dzisiaj nagrywano rozmowę ze mną.

Za oknem ostatnio mam takie widoki:

tęcza jakby ktoś nie wiedział :)

czerwone wyłazi zza chmur

wyraźnie coś się tam pali, może politycy ze wstydu?

 
1 , 2
O autorze
Tagi
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Dodatki na bloga
”znaczek