O mnie, o książkach, filmach, wystawach, kolażach i dress-party z poczuciem humoru, niekiedy sarkastycznie a nawet złośliwie.
sobota, 29 października 2016

 Tytuł wpisu nie oznacza, że najpierw się najadłam a potem leczyłam. Choć teoretycznie mogło się tak (albo i gorzej) skończyć.

W środę na terenie Stowarzyszenia Żółty Parasol duet Kasia i Asia poprowadziły warsztaty kulinarne. Tematem był makaron z różnymi sosami. Uczestników przyszło sześcioro - w tym jeden młodzieniec (lubi gotować), ja jako jedyna seniorka, więc międzypokoleniowo.

Obie z sąsiadką miałyśmy w miseczkach mąkę pszenną i semolinę (Semolina – gruboziarnista mąka lub drobna kasza otrzymywana z pszenicy twardej (durum), używana do przemysłowej produkcji makaronu lub kuskusu). Oczywiście plus jajka, sól, oliwa i woda.

Makaron można barwić różnymi sposobami: burakiem, szpinakiem, przecierem pomidorowym, kurkumą a także sepią (Sepia – czarnobrązowy barwnik otrzymywany z woreczka czernidłowego mątw. Rodzaj atramentu, wytwarzany z głowonogów, stosowany od końca XVIII wieku).

Za radą Kasi ten barwnik zastosowałam no i okazało się, że sepia zrobiła nas na szaro zamiast makaron na czarno. oto dowód (zdjęcie wklejam, bo po pokrojeniu makaron tworzy fajną grafikę):

Mieliśmy do wyboru różne składniki do zrobienia sosu, ja wybrałam grzyby (plus cebula, czosnek, śmietana, natka pietruszki).

Jeśli chodzi o leczenie (otwór w plamce oka mego lewego) to postanowiłam dać szansę publicznej służbie zdrowia. W środę pojechałam do szpitala ze skierowaniem i kserokopią wydruku komputerowego badania. Labiryntem korytarzy dotarłam do pokoju 4A na parterze. Uzyskałam jedynie informację, że mam się stawić nazajutrz na szóstym piętrze.

Pogubiłam się kompletnie wracając, niestety nie miałam takiego szczęścia jak Tezeusz i żadna Ariadna nie obdarowała mnie kłębkiem nici.

Z Wikipedii: Ateny składały coroczną ofiarę królowi Krety Minosowi, wysyłając siedmiu chłopców i siedem dziewcząt na pożarcie przez Minotaura, mieszkającego w Labiryncie potwornego syna Minosa. Tezeusz zgłosił się jako jeden z siedmiu i zabił Minotaura. Następnie wydostał się z Labiryntu przy pomocy Ariadny, córki Minosa, która dała mu kłębek nici (Dedal przed ucieczką powiedział jej, aby osoba która wchodzi do labiryntu przywiązała jeden koniec kłębka nici do progu drzwi i go rzuciła, wtedy kłębek potoczy się do miejsca gdzie nocuje Minotaur).

Nazajutrz był czwartek, czyli "Dzień narzekania" - szpital to doskonałe miejsce na tę czynność.

Spędziłam tam trzy i pół godziny, najpierw czekałam pół, a w środku (z zakropionymi oczami - nie lubię tego) godzinę. Żeby mnie chociaż uprzedzono, że tak długo potrwa przerwa w badaniach. Bo nie wiedziałam czy się coś stało i lekarka gdzieś padła a ja tu siedzę jak ta durna nadaremnie, czy musiała wykonać inne obowiązki, co oznacza, że albo organizacja pracy jest do niczego, albo mają za mało personelu.

Badano mnie znowu najróżniejszymi aparatami i wyszło to samo. Mam otwór w jednym oku i zaćmę w obu. Mam czekać na telefon w sprawie operacji otworu - raczej na wiosnę to będzie.

To na koniec zapytałam panią chirurg czy nie można by było zrobić obu operacji za jednym zamachem. Przecież już i tak leżałabym tam na stole operacyjnym. Ale NIE!

Na operację zaćmy trzeba się zapisać do kolejki - na 2020 rok! Dobrze choć, że dostałam (choć na początku usłyszałam, że muszę iść do okulisty w normalnej przychodni) skierowanie na ten zabieg. No i wtedy powtórzy się dokładne badanie - czy nie szkoda ich czasu?

A teraz scenka rodzajowa jaką usłyszałam w trakcie badania, dwa przyrządy dalej:

Przy aparacie z jednej strony pani chirurg, z drugiej seniorka.

Pani doktor pyta:

- czy może pani leżeć na plecach?

Seniorka:

- Kochana, ja zawsze śpię na brzuchu.

Pani doktor:

- Proszę nie mówić do mnie "kochana" bardzo tego nie lubię. Pytam czy może pani leżeć na plecach, bo tak będzie w czasie operacji.

- Kochana, to chociaż podłóżcie mi poduszeczkę pod głowę.

Pani doktor:

- Prosiłam panią, aby nie mówiła do mnie "kochana".

Seniorka:

- Ale kochana, u nas na wsi ja tak do wszystkich mówię.

Nie żebym się wyśmiewała ze starszej pani. Ale jest to dowód na to, że mówimy jednym językiem a dogadać się trudno.

BIBLIOTEKA Sąsiedzka (ul. Wyszyńskiego 75A) zaprasza:

w poniedziałki, środy i czwartki w godz. 11-14, a w piątki w godz. 12-18.

Mamy też nową "książkę tygodnia":



 


sobota, 22 października 2016

„Ostatnia rodzina” reż. Jan P. Matuszyński

WSTĘP:

Zdzisław Beksiński urodził się  24 lutego 1929 w Sanoku, zmarł 21 lutego 2005 w Warszawie – polski inżynier, malarz, rzeźbiarz, fotograf, rysownik i artysta posługujący się też grafiką komputerową.

Tomasz Sylwester Beksiński urodził się 26 listopada 1958 w Sanoku, zmarł 24 grudnia 1999 w Warszawie – polski dziennikarz muzyczny, prezenter radiowy, tłumacz języka angielskiego.

O filmie:

Film zaczyna się i kończy sceną śmierci. Pierwsza powstała w wyobraźni Zdzisława, druga w rzeczywistości. Obie są koszmarne.

To pierwszy demon – demon śmierci, która przewija się przez cały film. A dotyczy nie tylko starszego pokolenia.

Na warszawskim blokowisku w  M-5 mieszka Zdzisław Beksiński (Andrzej Seweryn) z żoną (Aleksandra Konieczna), swoją matką i teściową.

W budynku nieopodal  żyje ich syn Tomasz (Dawid Ogrodnik) ogarnięty demonem depresji, nadwrażliwości i nieumiejętności radzenia sobie z rzeczywistością. Nie radzi sobie także z demonem śmierci. Mimo ogromnych możliwości intelektualnych.

Zdzisław jest ogarnięty demonem malarstwa, pełnego okrucieństwa, grozy, przemocy i śmierci.

A także kupowania coraz nowszego sprzętu audiowizualnego i nagrywania siebie samego i swojej rodziny.

Jego żonę pożera demon codzienności, czyli dbania o seniorki, męża i syna, którzy bez niej nie poradziliby sobie z prozą życia.

Ta proza jest w filmie dokładnie pokazana  za pomocą częstych podróży obskurną windą, rozmów, wspólnych posiłków, chorób i pogrzebów.

Zdzisław przez otoczenie odbierany był jako spokojny, życzliwy i pogodny człowiek. Jakby wszystkie swoje demony umieścił na obrazach i dzięki temu one go nie dręczyły.

Takiego szczęścia nie miał Tomasz, demony prawie nigdy go nie opuszczały.

Demon śmierci pokonał całą rodzinę, a Zdzisława w parze z cudzym demonem zawiści i zachłanności.

Trójka aktorów gra wspaniale, są bardzo wiarygodni i przekonujący.

Bardzo polecam.

 

 

 



sobota, 15 października 2016

 Tytuł wpisu jak powyżej, bo diabeł stróż daje mi nieźle popalić. Oczywiście są doświadczenia przykre mniej lub więcej. Sami osadźcie jaki s te opisanie. I które się Wam najbardziej podoba - wpiszcie w komentarzu.

Na Kongresie Kultury przy Stoliku Dobrych praktyk powiedziałam o naszej "Bibliotece sąsiedzkiej",która nie ma pieniędzy na zakup nowości i poprosiłam o dary. Wszyscy zapisali numer mojego telefonu i NIKT się nie odezwał. Sukces inaczej.

Niedawno tak było jeszcze ciepło - i komu to przeszkadzało? Chyba moim butom i pięcie oraz diabłu. Tak mi but obżarł piętę, że boli mnie i piecze. Jeśli chodzi o to ostatnie to wolę pieczenie ciasta drożdżowego.

Od jakiegoś czasu boli mnie prawa strona twarzy. Z lewą miałam podobne doświadczenia więc pojechałam prześwietlić ząb. Zdjęcie udane ale niczego nie mówi. Za to gdy dentystka przebiła się przez koronkę to ja zaryczałam ("Niech ryczy z bólu ranny łoś... a nawet łania). Ząb został podtruty co czułam cały dzień ale już bez ryków. W trakcie zabiegu przyszła baba z jajami. I nie chodzi tu o charakter. Załapałam się na 10 sztuk. Jeszcze nie sprawdziłam czy pyszne.

Przed wizytą u stomatolożki wybrałam kasę z bankomatu klikając "tak" na pytanie o wydruk potwierdzenia. A że się spieszyłam to go nie odebrałam. Siedząc na przystanku dotarło to do mnie (refleks szachisty) ale już nie miałam czasu wrócić. No i się stresowałam, że jakiś haker na pewno z tego wydruku może wejść na moje konto i zgarnąć pieniądze. Czasem przy bankomacie leżą cudze wydruki, więc miałam nadziej, że i mój tam jest. Pojechałam więc po wizycie zębowej pod bankomat ale nadzieja ma płonną była. Stres mnie obalił na wznak. A nie mogłam biec do banku, aby zablokować konto bo musiałam iść na masaż.

Fizjoterapeuta stał na korytarzu przed gabinetem, więc zapytałam czy specjalnie na mnie czeka i gdzie czerwony dywan. Powiedział, że go właśnie zwinął, bo sprzątał. Jak dobrze, że ma poczucie humoru! To duża ulga bo możemy w trakcie zabiegu sympatycznie porozmawiać.

W banku okazało się, że panikarą jestem i z wydruku żaden haker nie dostanie się do mojego konta. Ufff....

Uczulenie po pastylkach do prania potraktowane maścią prawie minęło. Ale prawie czyni dużą różnicę.

W środę prowadziłam zajęcia robótkowe w klubie seniora DK "Bakara", udało mi się zapomnieć opaski na głowę ale w porę się spostrzegłam i ją odzyskałam. Diabeł nie mógł tego przeboleć i zepsuł mi napa w kurtce. Zawsze czujny jest, niestety.

Wczoraj w "Bibliotece sąsiedzkiej" dostałam telefonicznie zadanie specjalne, aby w oknie wystawić napis i książkę. Fajnie ale jak ją podeprzeć? No to zajrzałam do stojącego w kuchni pojemnika na papier, wyciągnęłam kartonowe szczątki i udziałam podpórkę. Dobrze, że mam tam kilka kartek z dużego kalendarza - było na czym zrobić napis.

A w domu tak zachłannie jadłam obiad aż ugryzłam się bardzo mocno w język. Aby mi odgryziona część nie przeszkadzała dzisiaj ją odcięłam, bez znieczulenia :). Lancetu nie mam ale siekiery też nie. Nożyczki wystarczyły.

Na dyżur w bibliotece przyniosłam dla koleżanki słoiczek miodu, odłożyłam go, aby na stole (przy robieniu podpórki i napisu) nie przeszkadzał i jak wychodziłam nie mogłam go znaleźć. Szukałam chyba wieczność i trochę dłużej.

Dzisiaj po odrobieniu sobotnich zajęć domowych poszłam - no zgadnijcie dokąd? Oczywiście do biblioteki, aby zdjąć z dwóch regałów książki, bo jutro mają zostać przesunięte w inne (lepsze) miejsce). Książki i półki odkurzyłam. Trwało to godzinę ale niestety przez ten czas w sąsiedniej sali panie tańczyły zumbę przy bardzo głośnej muzyce. A ja hałasu nie znoszę. No i teraz boli mnie głowa.

NIE będzie już dress-party w maju i listopadzie. Gospodyni mieszkania poczuła się zmęczona przygotowywaniem mieszkania do giełdy i sprzątaniem po niej. Doskonale ją rozumiem. Powiedziała, że młodsze pokolenie powinno przejąć pałeczkę i ja się z nią zgadzam. To czekam na zgłoszenia.

A Ani dziękuję za wiele lat sympatycznej współpracy.

ZAPRASZAM do "Biblioteki sąsiedzkiej" przy ul. Wyszyńskiego 75A szczególnie w piątki gdy trzy bibliotekarki (po kolei) mają dyżur w godz. 12 - 18. W listopadzie w piątek wypada święto, więc będziemy tam w czwartek  10-tego godz. 13-17.

Co tydzień w oknie będziemy wystawiać "Książkę tygodnia":



sobota, 08 października 2016

 Życie emeryta przeważnie składa się ze zwyczajnych zdarzeń. Ale staram się wśród nich znaleźć coś zabawnego lub interesującego. Przeczytajcie poniższy tekst i sami zdecydujcie co jest jakie.

Na rozpoczęcie roku akademickiego "Studium 3. wieku" w SKIBie przybyło wiele osób mimo paskudnej pogody. Albowiem "Nie ma złej drogi do mej niebogi" :).

Nagrodzeni zostaliśmy recitalem w wykonaniu Wiesława Gawałki - byłego solisty i tancerza naszej Operetki (której już nie ma) oraz wykładowcy SKIB-y. Artysta senior ma niespożyte siły - śpiewał i  tańczył prawie godzinę bez przerwy. Usłyszeliśmy utwory z różnych musicali - jak "Kabaret", "Hello dolly", "West side story" czy "Upiór w operze". Ten ostatni trochę nas postraszył sprzęgając sprzęt nagłaśniający. Artyście powieka nie drgnęła.

Wczorajszy dyżur w "Bibliotece sąsiedzkiej" był intensywny - a to sprzątaczka z odkurzaczem i hałasem, a to prezeska Stowarzyszenia z wymogami biurokratycznymi dotyczącymi projektu, czyli pozyskania pieniędzy,  czytelniczka jedna, czytelniczka druga (82 lata) z nietypową prośbą, abym jej wyczyściła komórkę z sms-ów, których i tak nie odbiera.

Rozmawiałyśmy m.in. o tym, że robi porządki w domu, w wyniku czego obiecała mi podarować 2 słoiki duże z guzikami. Nie są one (guziki) kiszone, w occie, tomacie lub oleju albo jakiejś zalewie :), czyli przetworzone. I bardzo dobrze. Przydadzą mi się na zajęcia robótkowe w klubie seniora.

Diabeł stróż dokopał mi bardzo za pomocą pastylek do prania. Dostałam koszmarnego uczulenia - smaruję porażone miejsca maścią przepisaną przez dermatologa. A więc alergicy - trzymajcie się z dala od tego wynalazku.

Ukradł mi także obieraczkę do warzyw. Nie mógł sobie jej kupić. Taki oszczędny jest? Skąpiec raczej i złodziej.

Nie poddałam się i jarzyny na zupę obierałam zwykłym nożem.

Postanowiłam (choć parę zębów jeszcze mam, hahahaha), że jarzyny (marchew, pietruszka, seler, brukselka, kalarepka), kilka drobiowych żołądków i mięso z porcji rosołowej, też drobiowej, po ugotowaniu zmiksuję. I wyszło naprawdę coś pysznego. Polecam.

Za to nie polecam gotowych dań zakupionych w "Garmażerce narodowej" mieszczącej się na moim osiedlu. Kiedyś nabyłam tam łazanki z kapustą i kiełbasą. Sama nazwa chyba miała być reklamą polskiej kuchni. Nie udało się.




sobota, 01 października 2016

 Tak wygląda wejście do jednego z budynków Dolnośląskiej Szkoły Wyższej we Wrocławiu. Co najbardziej mi się tu podoba? Oczywiście widok znajomy ten - czyli biblioteka.

A znalazłam się na terenie tej uczelni, bo zaproszono mnie, abym w ramach Międzypokoleniowego Dnia Seniora opowiedziała o tym co robię na emeryturze, aby zachęcić słuchaczy do działania/rozwijania pasji.

W piątki mam dyżur w "Bibliotece Sąsiedzkiej" i nie zdążyłabym dojechać na godzinę trzecią, więc przyjechano po mnie autem. Lubię to :).

Byliśmy na miejscu przed umówioną porą mogłam więc zaobserwować co się dzieje.

Mam parę uwag krytycznych ale biorę pod uwagę, że takie obchody organizowano tam po raz pierwszy.

Nie byłabym sobą gdyby mnie coś nie rozbawiło.

Zaraz przy wejściu (chociaż dość nisko stąd zdjęcie niezbyt udane) wisi "Regulamin Międzynarodowego Dnia Seniora w DSW" podpisany prze rektora Kwaśnicę. Pojęcia nie mam dlaczego uznano za konieczne wywiesić taki druk tym bardziej, że na kartce A-4, zagubiony wśród innych ogłoszeń. Założę się, że nikt tego nie tylko nie przeczytał ale nawet nie zauważył. Zdjęcie pokazuje tylko część tekstu, bo punktów jest 13.

Sympatyczna pani Ania zaprowadziła mnie do biblioteki i przedstawiła. Ja powiedziałam koleżance po fachu o "Bibliotece sąsiedzkiej" dzięki czemu z ich oferty bookcrossingu mogłam wziąć 4 książki.

Oczywiście przeszłam się po bibliotece. Spodobał mi się pomysł - sugestia, aby czytelnicy po wyjęciu książki z półki nie odkładali jej tam z powrotem tylko na stoły, nawet są tam naklejki z numerami działów według Uniwersalnej Klasyfikacji Dziesiętnej. Wszyscy pracownicy wypożyczalni wiedzą, że czytelnicy nader rzadko wstawiają książki na właściwe miejsce. Nawet mając w ręku zakładkę. A odnaleźć źle wstawioną książkę jest bardzo trudno.

Postawiono tam, niestety, bardzo wysoką ladę - barykadę, w dodatku naklejono na niej napis "lada biblioteczna". Czyżby obawiano się, że czytelnicy nie zorientują się w charakterze tego mebla? Lub potraktują jako okazję do ćwiczenia skoku przez płotki?

Coś mi tu (regulamin plus ten napis) pachnie wybujałą biurokracją.

Spotkania z zaproszonymi dla przyjemności i korzyści seniorów odbywały się w holu gdzie były też różne stoiska: NFZ i z bezpłatnymi badaniami kontrolnymi. Nie skorzystałam.

To nie była dobra koncepcja - ten hol. Ciągle przechodziły różne osoby, rozmowy przy stoiskach też nie ułatwiały odbioru tego co mówili zaproszeni goście.

Widziałam też występ zaproszonego młodego mężczyzny. Widziałam, bo nic nie usłyszałam mimo że miał w ręku włączony mikrofon. W dodatku (o zgrozo) rozwalił się na czerwonej kanapie zamiast wstać i nawiązać bliższy kontakt z publicznością. Że nie wspomnę o dużej różnicy wieku między nim a słuchaczami, należało więc okazać im trochę szacunku.

Na spotkanie przywiozłam ze sobą torbę dowodów na moje działania: kolaże, ikony, torby na zakupy, woreczki na prezenty, kartki okolicznościowe, 2 teksty moich opowiadań, kilkanaście zakładek sówek, ramki ozdobione różnie, album ze zdjęciami sleeveface.

Zakładki sówki i kolaż - z adresem mojego bloga zostały rozdane. Z moich doświadczeń wynika, że ludzie lubią coś dostać na spotkaniu - potem mogą to pokazać rodzinie i znajomym, Powspominać. Pochwalić się.  Wiem, że niektórzy to szybko wyrzucą.

Oczywiście stałam w czasie swojego wystąpienia i to blisko krzeseł seniorów.

Przedstawiono mnie jako blogerkę piszącą o książkach, więc ktoś zapytał mnie jaką pozycję mogłabym polecić. Pełna zachwytu opowiedziałam o "Domu tęsknot" http://kotnagalezi1.blox.pl/2015/10/Niezwykla-kamienica.html mówiąc, że to lektura obowiązkowa dla każdego wrocławianina/anki. Wspomniałam także, że warto chodzić na zajęcia z rękodzieła do Dolnośląskiej Biblioteki Publicznej w rynku i do Ecocentrum na Nadodrzu.

A potem okazało się, że wszyscy obecni to byli seniorzy ze Żmigrodu - ha,ha,ha.

Panie prowadzące spotkanie po zakończeniu stwierdziły, że jestem szołmenką.  Chyba nie - po prostu nie jestem gadatliwa typu - ple-ple-pl-bla-bla-bla ale jak mam coś do powiedzenia to nie zapominam języka w gębie.

Na zakończenie tych obchodów był dwuczęściowy koncert piosenek Nataszy Zylskiej, Marii Koterbskiej, Anny Jantar, Niemena i Grechuty, a potem kilka z tekstami Agnieszki Osieckiej. Śpiewały dwie młode kobiety, bardzo się starały, niestety złe nagłośnienie lub akustyka spowodowały, że w miejscu gdzie siedziałam były decybele zamiast śpiewu.

Do domu wróciłam autobusami z dość oddalonego przystanku ale szybko przyjechały, więc nie było to uciążliwe.

Jeśli młodzi organizatorzy przyszłorocznej takiej imprezy nie obrażą się i wezmą pod uwagę moje zastrzeżenia co do organizacji to wróżę im sukces. I dziękuję za zaproszenie.

p.s. żeby nie było niedomówień - wystąpiłam bez honorarium, nawet go nie oczekiwałam.


O autorze
Tagi
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Dodatki na bloga
”znaczek