O mnie, o książkach, filmach, wystawach, kolażach i dress-party z poczuciem humoru, niekiedy sarkastycznie a nawet złośliwie.
poniedziałek, 20 listopada 2017

Dostałam od znajomej następną opinię o moich opowiadaniach, oto ona:

 Wielkie dzięki za opowiadania, które przenosiły mnie z rzeczywistości do Wrocławia.

Zazdroszczę mieszkańcom Wrocławia, którzy czytali Twoje opowiadania.
Ja osobiście nie znam miasta...i moje filmik i(fantazja) tworzące się w głowie podczas czytania opowiadań - pewnie odbiegały od rzeczywistości.
Czytało się komfortowo, bo opowiadania są krótkie i po przeczytaniu jednego, można było odłożyć książkę na "chwilę".
Takich opowiadań, nie da się czytać "ciurkiem". Tu każde po kolei trzeba "przetrawić". 
Wbrew moim oczekiwaniom...krew się nie polała!
Załatwiłaś Swoich wrogów "na cacy" w białych rękawiczkach...

Trudną sprawą dla mnie, jest wybór najlepszego opowiadania...
Jakie kryteria mam brać pod uwagę?
Akcję, tempo, opisy historyczne czy miejsce znalezienia trupa?
Tak naprawdę świetnie się ubawiłam i zrelaksowałam, 
czytając...Twoje przezabawne dialogi z Ewą.
Pozycją taką jest: "Zwłoki w Parku Szczytnickim".

Opowiadanie "Konkursowa śmierć" - bardzo zaległo mi w pamięci. 
Cenzorem literackim nie jestem - ale przyznałabym najwięcej punktów. 


Ogromną fobią, po przeczytaniu Twoich opowiadań ...jest głaskanie kota.

Mój Jakubek przed snem, dopomina się o głaskanki...
Kiedyś nie miałam z tym problemu...pogłaskałam i już!
Teraz, ręka w pół drogi się zatrzymuje...zanim pogłaszczę.:)

sobota, 18 listopada 2017

 

Leonie Swann – Sprawiedliwość owiec. Filozoficzna powieść kryminalna. Wydawn. Amber 2006

 

WSTĘP: „Kiedy prawda wychodzi na jaw ludzie mówią, że to sprawiedliwość”

O autorce:

Leonie Swann (pseudonim) urodziła się w 1975 roku w Dachau lub w Monachium. Studiowała filozofię, psychologię i literaturę angielską w Monachium. Mieszka w Berlinie.

O książce:

Nie jest to pierwszy raz gdy pisarz bohaterami swej powieści czyni zwierzęta. Zrobił to już Orwell w „Folwarku zwierzęcym” i Adams w „Wodnikowym wzgórzu”. A   L. J. Braun w serii książek „Kot, który…”.

Akcja ”Sprawiedliwość owiec” toczy się latem na pastwisku (tłumacz używa słowa pasionek) nad morzem w Irlandii i w miasteczku Glennkill.

Swann widocznie lubi zwierzęta stosuje więc antropomorfizację. Przypisuje im ludzkie zdolności i emocje „wszystkie trzęsły się ze strachu i łudziły nadzieją”.

Stado składające się z dziewiętnastu zwierząt zostaje nam, wraz z charakterystyką postaci, przedstawione na początku jako „dramatis oves”.

Każda owca  ma w stadzie swoją rolę: Panna Maple jest najmądrzejsza, Sir Ritchfield to bystrooki przewodnik stada, Biały Wieloryb ma świetną pamięć, Zora nie ma lęku wysokości i tak dalej.

Nie bez powodu czytelnikowi Panna Maple kojarzy się z bohaterką powieści Agaty Chrisie choć jej imię pochodzi od tego, że lubi zlizywać z kromki pasterza syrop klonowy a to języku angielskim jest „maple syrup”.

Nie brakuje też inspektora Holmesa ale ten nie jest tak inteligentny jak bohater powieści Artura Conan Doyla, ma najgorszą wykrywalność przestępstw w hrabstwie.

Treścią powieści jest próba wykrycia, przez stado, zabójcy ich pasterza George`a. Owce rozumieją ludzką mowę i nawet wyprawiają się do miasteczka, aby podsłuchiwać ich rozmowy. Ale sposób ich myślenia jest naiwny i prosty dlatego wielu zachowań ludzkich nie rozumieją. Nie lubią pastora i rzeźnika, który śmierdzi śmiercią, Świętoszki Beth, pasterza Gabriela i wiecznie pijanego Toma.

W Glennkill odbywa się konkurs na najmądrzejszą owcę. Przeczytajcie  do czego te biedne zwierzęta są wtedy zmuszane.

Nastrój książki tworzą opisy przyrody: „Tuż obok przeleciał biały motyl, mleczny tancerz, kawałek niesionego przez wiatr jedwabiu”.

Według owiec „Sprawiedliwość jest wtedy … kiedy możesz biegać i paść się, gdzie chcesz. Kiedy możesz walczyć o swoje. Kiedy nikt ci niczego nie kradnie i nie zabrania iść własną drogą”.

„Małe zagadki rozwiązują się same. Jedna po drugiej, jak otwierające się pączki”.

Poza owcami i ludźmi raz tylko pojawia się w książce Biały Kot, para kotów w zalotach i pies Tess oraz ptak.

Po przeczytaniu książki podejrzewam, że marzeniem autorki jest wielopoziomowe porozumienie całej przyrody: ludzi, zwierząt i roślin. Moim też.

Polecam.

 

sobota, 11 listopada 2017

Kubuś mówi do Prosiaczka:

- Wiem co się z Tobą stanie gdy dorośniesz.

- A co, czytałeś mój horoskop?

- Nie, książkę kucharską.

Mój komentarz: Kubuś stanowczo powinien przerzucić się na inną literaturę!

******************************************************************************

Rozmawiają dwie znajome:

- Dokąd tak pędzisz?

- Na wystawę.

- A kto ciebie zechce oglądać?

Mój komentarz: może kurator... sądowy?

*****************************************************************************

Święty Mikołaj przyjechał do Etiopii i rozmawia z dziećmi:

- A czemu wy takie chude jesteście?

- Bo nie jadłyśmy od miesiąca.

- Co? nie jadłyście to nie będzie prezentów!

Mój komentarz: to jest wyjątkowo głupi dowcip. Pokazuje ignorancję tzw. dobrych ludzi, ktorzy niosą pomoc głodującym.

*****************************************************************************

Rozmawiają dwa noworodki: 

- Jaką masz płeć?

- Nie wiem.

- To podnieś kołderkę.

- I co?

- Jesteś dziewczynką.

- A skąd wiedziałeś?

- Bo masz różowe buciki.

Mój komentarz: stereotypy wiecznie żywe są.


Tagi: dowcipy
17:20, alodia1949 , różne
Link Komentarze (7) »
sobota, 04 listopada 2017

przepis znalazłam w darmowym piśmie pewnego sklepu i wypróbowałam :)

SKŁADNIKI:

- 400 g dyni (najlepiej odmianę muscat) - wzięłam to co było w sklepie

- 250 g mąki pszennej, najlepiej tortowej (użyłam "babuni")

- 1 łyżeczka proszku do pieczenia

- pół łyżeczki sody

- pół łyżeczki imbiru w proszku

- 1 łyżeczka cynamonu

- 170 g cukru

- 180 g miodu

- 3 jajka

- 150 g oleju roślinnego lub stopionego masła

sądzę, że można dodać gotową przyprawę do pierników zamiast cynamon+imbir

a także bakalie takie jak do piernika (orzechy włoskie, płatki migdałowe, skórka pomarańczowa), 

PRZYGOTOWANIE;

* Piekarnik nagrzać do 180 stopni C

* Dynię umieścić na blasze i piec około godziny

ja obrałam ze skóry, pokroiłam i udusiłam z wodą na bardzo miękko, potem podusiłam widelcem na miazgę

* Miąższ upieczonej dyni oddzielić od skory i zmiksować. Dodać olej, jajka, mód i cukier - zmiksować

* W drugiej misce połączyć mąkę, sodę, proszek, imbir i cynamon

Powoli, cały czas miksując, wmieszać suche składniki do masy dyniowej.

Przelać masę do długiej (28 cm) keksówki wyłożonej papierem do pieczenia

PIECZENIE:

Zmniejszyć temperaturę do 160 st C.

Wsunąć foremkę z ciastem i piec przez półtorej godziny.

Zostawić piernik w foremce aż wystygnie.

sobota, 28 października 2017

Z tej książki cytuję następne anegdoty:

Szczerość widza

Anna Dymna, która jako dojrzała kobieta nabrała kształtów, reakcje ludzi na swój wygląd traktuje z humorem.

Komentarze szczególnie nasilają się po emisji starszych filmów z jej udziałem. Stanowi to również wyznacznik tego co ludzie ujrzeli właśnie w telewizji.

Po przypadkowym: "Boże święty tylko głos z pani pozostał" - wnioskuje, że właśnie nadawano "Znachora";

Po uroczym stwierdzeniu: "Ale pani gruba" wie, że powtarzano "Kochaj albo rzuć".

A po taktownym "Jezus Maria, to pani jeszcze żyje?" - gwiazda Starego Teatru rozpoznaje, że zaczęła się emisja "Janosika", w którym zagrała jako studentka drugiego roku...

KOMENTARZ mój - odpowiadałabym tym wielbicielom: a kiedy ostatnio przejrzał/a się pan/i w lustrze?

Obiad zjadła sama

Irena Eichlerówna była prawdziwą teatralną diwą. Nie tylko świetnie grała ale i równie mistrzowsko rachowała.

Kiedyś Adam Hanuszkiewicz omawiał z nią szczegóły uroczystego obiadu, którym pragnął uczcić jej twórczy jubileusz. Miało w nim uczestniczyć wielu ważnych gości. 

- Ile pan na to przeznacza? - zapytała aktorka.

Gdy padła suma, krzyknęła: Co to, to nie! Pieniądze proszę mi przesłać do domu, a obiad to ja zjem sama!

KOMENTARZ mój: ciekawa jestem jak to się skończyło czyli kto zjadł ten obiad.

Fatalna rola

Ryszarda Hanin była aktorką powszechnie uwielbianą nie tylko z racji swego zawodowego kunsztu, ale także ze względu na wewnętrzne ciepło jakim obdarzała odtwarzane przez siebie postaci.

Kiedyś zrobiła wyjątek od tej reguły, kreując w popularnym serialu "Polskie drogi" rolę matki gestapowca granego przez Henryka Talara.

Traf chciał, że ta właśnie dwójka aktorów występowała w spektaklu "Ballada o Januszku". Po przedstawieniu, na spotkaniu z publicznością, dialog się nie kleił, atmosfera była chłodnawa - jednym słowem - coś wisiało w powietrzu. 

Nagle najodważniejszy z widzów wstał i wskazując na Talara, wygarnął: Pani Hanin, kochamy tu panią wszyscy tylko proszę nam wytłumaczyć dlaczego zgodziła się pani zostać matką tego... sku.....na?

 


15:12, alodia1949 , różne
Link Komentarze (2) »
sobota, 21 października 2017

 

Opinie o mojej książce

Zapytałam znajomych, które z opowiadań podobało się im najbardziej.

 Sprytnie nie zapytałam, które kompletnie nie, ha,ha,ha.

Dzięki tym wypowiedziom dowiedziałam czym się kierują czytelnicy w ocenie czytanej książki.

I to jest wartość dodana.

 mąż współbohaterki Ewy

 Znakomite! Gratuluję Ci zarówno wyobraźni, jak i sposobu przedstawiania tych wizji!

 Dla mnie cenną stroną jest - wiadomo - obecność Ewy, ale także kilku naszych kotów (w tym nieżyjących Frycka i Loli), za co składam Ci osobne podziękowanie. Wartość dokumentalno - historyczną mają również pewne detale z życia "mrówkowca" - jak np. pani Helena od karmienia kotów, czy upierdliwy sąsiad, którego w jednym z opowiadań uśmiercasz (na szczęście udało mu się pokonać alkoholizm, także bardzo zmienił się na plus).

 Na stronie 179, wiersz 11 od dołu - porównujesz swoją książkę do Chmielewskiej. Mnie też w pewnej chwili przyszło do głowy to porównanie. Książek L. J. Braun nie znam.

 Swoją drogą - takie uśmiercanie wrogów w twórczości literackiej jest wśród osób piszących dość często spotykaną psychoterapią. I myślę, że to skuteczne odreagowanie, bo inaczej autorzy chyba by tego nie robili. Ja jeszcze nie próbowałem, może kiedyś...

Poczucie humoru nie zawsze idzie u Ciebie w parze z komizmem. Np. opowiadanie "Zabójcza miłość, czyli..." jest - w sumie - bardzo smutne...

Doprawdy trudno mi wyróżnić jakieś jedno opowiadanie, bo podobały mi się wszystkie. W czterech utworach: „Rąbnięta rocznikiem”,  „Zwłoki w Parku Szczytnickim”, „Kościotrup pamiętający Breslau” oraz „Zimny trup obok liceum” bardzo poruszyła mnie atmosfera i nastrój towarzyszący przechodzeniu do przeszłości i w powrotem. 

Gdybym jednak miał obiektywnie wytypować opowiadanie, które wydaje mi się najciekawsze pod względem konstrukcji i akcji, to (pomimo, że nie ma tam Ewy) - byłby to utwór „Konkursowa śmierć”. Myślę, że samo nadaje się na konkurs i to prawdopodobnie wygrany...

I tym optymistycznym akcentem kończę na dziś, jeszcze raz dziękując Ci za duchową ucztę.

znajoma, z  wykształcenia socjolog

Czytam te Pani opowiadania i nie dość, że wypijam hektolitry herbaty, to jeszcze mam ochotę na takie wędrówki po Wrocławiu, jakie Pani uskutecznia z przyjaciółką, o cieście drożdżowym, które mi się śniło nie wspomnę.

Natomiast w jednym opowiadaniu opisuje Pani swój sen, nie wiem, czy prawdziwy, ale dla mnie bardzo przejmujący, jak to Panią przesłuchują, w tle się snują wrogie postacie, a w końcu milicjant przystawia Pani pistolet do głowy.

Jestem w połowie i wciąż nie mogę wyjść z zachwytu jak pięknie oddaje Pani "swój" Wrocław -

biblioteki, opisy, wspomnienia, niemal jakbym była w tych opowiadaniach

Ale widzę tu dla Pani dwa zagrożenia: teraz bardzo bym chciała zostać bohaterką (nie mylić z nieboszczką) jakiegoś Pani opowiadania. no i koniecznie jesienią chodźmy na spacer.

 (już byłyśmy w Parku Szczyt. I na Zalesiu  wyszło z niego, że potrzebna jest mapa miejsc akcji)

Oczywiście, że Pani siebie nie docenia. Książka jest naprawdę znakomita i jakbym nie dostała, też bym chciała kupić. Choć to brzmi niepolitycznie.

bibliotekarka pierwsza

 Jej przygoda z lampą w bibliotece zainspirowała mnie do napisania „Poległa pod lampą”.

Najlepsze opowiadanie „Konkursowa śmierć”.

bibliotekarka druga

Jesz i jesz w tych opowiadaniach, a nigdy nie gotujesz. Jak ty to robisz? J

Uzupełniła tez moją wiedzę dot. cytatu „wyszedł letki z cichej klozetki” -  jest to część wiersza Tadeusza Boya-Żeleńskiego „Dzień pana Esika w Ostendzie”:

Wychodzi letki

Z cichej klozetki,

Znów na kobietki

Popatrzeć rad,

Z tłumem się miesza,

Gdzie strojna rzesza

Gwarnie pospiesza

Pięknym jest świat.

Bibliotekarka trzecia

Głosuję na "Zwłoki w Parku Szczytnickim"

ja: wow, pani jako pierwszej się to właśnie opowiadanie spodobało, czy dlatego, że nawiązuje do filmu "Dzień świstaka"?

- Też, ale bardziej na postać, którą Pani udało się unieszkodliwić. Miałam nieprzyjemność pracować z kimś kto mógłby być jej sobowtórem.

Koleżanka z którą byłam internowana w Gołdapi

 Z przyjemnością wędrowała po Wrocławiu przypominając sobie opisane miejsca. Przypomniała sobie też dzięki książce, że psycholożkę w Gołdapi nazywałyśmy „Puszek”.

Jej koleżanka czytała i pękała ze śmiechu.

Koleżanka lekarka:

Była w trakcie urlopu i po przeczytaniu zadzwoniła z podziękowaniem za książkę.

Pochwaliła mnie za to, że zamiast narzekać nudzić i marudzić obśmiałam przykre doświadczenia.

Nauczycielka

Jeśli miałabym wybrać to chyba opowiadanie p.t. "Topielec przy Galla Anonima"

Prawdę mówiąc z taką formą opowiadań i tematyką spotkałam się po raz pierwszy.

Znajoma nauczycielka polonistka

Najbardziej podobało się jej opowiadanie „Zabójcza śmierć…”, bo w nim bohaterka konsekwentna jest w realizowaniu swojego marzenia.

znajoma życzliwa

Przeczytałam książkę....Jest wspaniała. Pomysł z kotami rewelka...Czytałam i momentami zaśmiewałam się do łez.

No masz wrogów... Super to pokazane...Bardzo mi się też podoba wprowadzanie tekstów o Wrocławiu...

Całość naprawdę znakomita...Nie umiem wyszczególnić opowiadania..wszystkie są zaskakujące..inne...

no i poczucie humoru...Wielkie brawa...

 Znajoma urzędniczka

Dziękuję za Pani książkę. Oprócz ciekawych i wesołych historii kryminalnych, książka była dla mnie źródłem wielu informacji o Wrocławiu. Raz jeszcze dziękuję.

Pracownik DBP, edytor

 Ciekawy jest, według mnie, pomysł napisania opowiadań „prawie kryminalnych”, co faktycznie pozwala na rozbicie gatunkowych ograniczeń i poszerzenie możliwości interpretacji opisywanych zdarzeń.

Trzy cechy tych opowiadań przyciągają specjalnie moją uwagę –

- po pierwsze ich wrocławskość,

- po drugie – osadzenie w realiach bibliotecznych (i chociaż wyłania się z nich obraz bibliotek raczej zasmucający, to jest to jednak jakaś o nim prawda),

-  a po trzecie… to, co podoba mi się najbardziej – motywy „kocie”. A wśród nich ten przejmujący obrazek z „Topielca przy Galla Anonima”, kiedy bohaterka (Pani alter-ego) ratuje kotkę przed zatopieniem…

 Gratuluję!

A na koniec  chcę podkreślić, że zrobiła Pani fajną okładkę – kolorową i dowcipną!

 

 pierwowzór policjantki Kasi

Koncepcja książki oparta jest na uśmiercaniu prywatnych wrogów Brojek, o czym możemy przeczytać w nocie od wydawcy.Taki sposób pozbywania się prześladowców uważam za genialny i godny polecenia.Czy pisarka rozprawiła się już ze wszystkimi swoimi wrogami?

Polecam opowiadania również z kilku innych powodów: akcja książki toczy się w moim ukochanym Wrocławiu, (współcześnie i kilkadziesiąt lat do tyłu), mamy w niej świetne opisy wielu ciekawych miejsc, które zachęcają wręcz do odwiedzenia stolicy Dolnego Śląska, opowiadania zawierają wyjątkowo celne, nieszablonowe spostrzeżenia i uwagi o życiu.

A poza tym książkę cechuje niesamowite poczucie humoru, sarkazm, z którego Irena znana jest również prywatnie. Całość „lekko” się czyta. „Wrocław, koty i … opowiadania prawie kryminalne” to relaks w czystej postaci…

Jak już wspominałam w jednym z postów, pierwowzorem policjantki Kasi jestem… ja. Dlatego bardzo dziękuję autorce za tak łaskawe obejście się z postacią. Zwłaszcza za świetne dialogi w trakcie, których funkcjonariuszka jest równorzędną partnerką dla głównej bohaterki. Obie w takim samym stopniu błyskotliwe, co… złośliwe. A przede wszystkim dziękuję za zmarginalizowanie postaci policjantki, w przeciwnym wypadku mój system nerwowy, w trakcie czytania „o sobie”, mógłby paść…

Cytat: Policjantka Kasia: „ (…) sąd, sądem a sprawiedliwość musi być po stronie prawa.”

Właśnie skończyłam czytać: „Topielec przy Galla Anonima”... Rewelacja.

Opowiadanie dopieszczone w każdym calu. Mistrzowski opis pani sprzątającej...

Lekkość, poczucie humoru. Brawo!!!

PS Na uwagę zasługuje również oryginalna, wyjątkowo dobrze współgrająca z treścią opowiadań, okładka autorstwa I. Brojek.

PODSUMOWANIE

 

 Rozdałam wiele egzemplarzy swojej książki i każdego obdarowanego prosiłam o wybranie ulubionego opowiadania.

Od większości nie doczekałam się spełnienia tej prośby.

Pewnie  z powodu:  braku czasu, zawyżonych oczekiwań wobec książek i  pogardy dla „czytadeł”, czasem wygodnictwa czy lekceważenia na zasadzie: szkoda mojego czasu, bo cóż ta Irena mogła napisać dobrego, nic przecież, lepsze bym napisał/a).

Domyślam się, że nie spełniono mojej prośby także z niezrozumienia, że śmiech jest ucieczką od smutku.

 A nawet „Śmiech odkurza znużone półki naszych dni” J. Carroll – „Czarny koktajl”

Oczywiście biorę pod uwagę możliwość, moje opowiadania  po prostu NIE SPODOBAŁY się obdarowanym.

Osobom, które przeczytały książkę i podzieliły się ze mną wrażeniami BARDZO DZIĘKUJĘ!

sobota, 14 października 2017

 Dawno, dawno temu czyli w 1975 roku na skutek reformy administracyjnej kraju włączono do wrocławskiej dzielnicy Psie Pole Lipę Piotrowską Tam tez przeniesiono bibliotekę mieszczącą się dotąd w Widawie. Usadowiono ją na piętrze budynku dawnej szkoły przy ul. Pełczyńskiej.

Na parterze mieszkały osoby zajmujące się sprawami gospodarczymi budynku.

 Kuriozum stanowił fakt, że chociaż w budynku była toaleta to jakiś mądry inaczej z władz uznał: nie można się załatwiać w budynku gdzie się jada!  I zbudowano na zewnątrz murowaną sławojkę.

W 1992 roku bibliotekę zlikwidowano, bo po zmianie ustroju okazało się, że Polska ma tylko długi. Po jakimś czasie budynek opustoszał co wykorzystali bezdomni. Ale w końcu zaprószyli ogień i budynek spłonął.

W tym czasie szkoła mieściła się w budynku przy ul. Tymiankowej 3 i tak było do 1999 roku. Zamknięto ją  więc delegacja mieszkańców poszła do władz miasta z prośbą, aby jej nie likwidować ale gdzie tam. Władza ma zawsze rację a jak nie ma to patrz punkt pierwszy.

Ciekawostką jest fakt, że w Breslau też była tam szkoła. Jej kronika jest w posiadaniu Rady Osiedla.

W tym budynku mieściła się Rada Osiedla, Klub Seniora i świetlica dla dzieci i młodzieży.

Biblioteki nie było w Lipie 25 lat aż tu nagle okazało się, że można to zmienić. 9 października 2017 roku słowo stało się filią nr 15 MBP. Bez przecinania wstęgi, przemów i telewizji.

Organizowała ją, dobierając księgozbiór i wystrój prowadząca bibliotekę Beata Kryg.

Biblioteka ma na razie około 6000 książek i nie jest to jej ostatnie słowo. Powierzchnia wypożyczalni to około 60 m2. Aż się boję pomyśleć o następnych danych mających w sobie cyfrę 6.

Na podłodze jest parkiet (nie liczyłam klepek) i praktycznie patrząc przydałby się chodnik , bo przecież czytelnicy nie będą zmieniać obuwia na kapcie.

Wybrałam się tam zanosząc dary i dobre życzenia. Na szczęście był to pogodny dzień, bo wzdłuż ulicy nie ma chodnika tylko błoto. Od głównej ulicy nie jest to duża odległość i dziwi mnie, że Rada Osiedla nic nie zrobiła, aby to ucywilizować. Czyżby czekali na inwestora strategicznego, który da pieniądze na wszystkie potrzebne inwestycje?

 Beata Kryg



 

sobota, 07 października 2017

 

Gabrielle Zevin  - Między książkami, Wydawn. WAB 2014

 

WSTĘP: "Żaden człowiek nie jest wyspą. Każda książka jest wszechświatem".

O autorce:

Gabrielle Zevin urodziła się 24 października w Nowym Jorku. Ukończyła studia z literatury angielskiej i amerykańskiej na Harvardzie.

To pisarka, autorka powieści dla młodzieży i dorosłych oraz scenariusza filmu ?Rozmowy z innymi kobietami?.

Mieszka w Los Angeles.

O książce:

Motto powieści brzmi:

chodź kochanie

miłujmy się

zanim ślad po nas zaginie

Rumi (perski poeta z XII wieku)

Polski tytuł "Między książkami" zachęca miłośników czytania do sięgnięcia po tę pozycję.

I nie zawiodą się, bo większa część akcji toczy się w niedużej księgarni na Alice Island.

Jej właścicielem i jedynym pracownikiem jest trzydziestodziewięcioletni Ajay Fikry.

Smutek po śmierci ciężarnej żony zagłusza alkoholem, jest zgorzkniały i nieprzyjemny w kontaktach.

O czym na własnej skórze przekonuje się agentka wydawnictwa Pterodactyl Press Amelia Loman, mieszkająca poza wyspą z kotem Błotosmętkiem.

Na wyspie Ajay nie ma konkurencji lecz ledwie zarabia na swoje utrzymanie.

Jego szwagierka Ismay jest żoną znanego pisarza i nie jest to udany związek.

"Życie go nauczyło, że są to [pisarze] zarośnięci narcyzowie, ludzie niepoważni i na ogół nieznośni".

No to sobie już wyobrażam co myśli o pisarkach.

Do tych nieprzyjemnych faktów autorka dołącza zaginięcie bardzo cennej książki, która miała być zabezpieczeniem dla Ajaya na starość.

No i pewnego wieczoru w piątek Fikry zastaje w księgarni dwuletnią dziewczynkę Maję.

Decyduje się nią zająć a potem adoptować. Pomocą w opiece i wychowaniu dziecka są informacje z googli, na szczęście Maja jest bystra ponad swój wiek.

Dzieciństwo spędza w księgarni bawiąc się z dziećmi, które przychodzą z ciekawskimi rodzicami.

Jej przemyślenia są gorzko - zabawne "Całe życie człowieka zależy od tego gdzie go zostawią".

Ajay najbardziej ceni opowiadania i dlatego każdy rozdział książki jest poprzedzony krótkim streszczeniem ulubionych tekstów dedykowanych Mai.

"... powieści bez wątpienia mają swój urok, lecz w uniwersum prozy nie ma nic elegantszego nad opowiadania".

Przybrany ojciec na koniec przekazuje córce "Jesteśmy tym, co kochamy".

W księgarni powstał policyjny klub książki i zabawna jest refleksja jego organizatora:

"Wiele lat w roli organizatora...  nauczyło komendanta, że najważniejszą rzeczą, ważniejszą nawet od omawianego tytułu, jest poczęstunek?.

To opowieść  o potrzebie miłości zarówno do ludzi i literatury. Także o śmieci, nieudanych związkach, chorobie.

Na koniec: "Czytamy, bo chcemy czuć, że nie jesteśmy sami. Czytamy, bo jesteśmy sami. Czytając nie jesteśmy sami".

Polecam.

 

sobota, 30 września 2017

 

 Andrzej Meller  "Czołem, nie ma hien. Wietnam jakiego nie znacie". Wydawn. Znak, Kraków 2016

WSTĘP: "Jak opisać ten wietnamski patchwork. Jak poznać kraj i jego mieszkańców  bez znajomości języka?"

O autorze:

Andrzej Meller urodził się 28 marca 1976 roku w Warszawie. Dziennikarz, reportażysta, podróżnik. Stale współpracuje z "Tygodnikiem Powszechnym".

Był korespondentem wojennym w Afganistanie, Gruzji, na Sri lance i w Libii.

Opublikował książki:

Miraż. Trzy lata w Azji;

Zenga, zenga, czyli jak szczury zjadły króla Afryki

Czołem nie ma hien. Wietnam jakiego nie znacie.

O książce:

"Jedna połowa świata nie wie jak żyje druga"  i tę lukę poznawczą autor próbuje wypełnić opowiadając o kraju, który miał nieszczęście być najpierw podbity i wykorzystywany przez Chiny, potem Francuzów a na koniec niszczony napalmem w czasie długoletniej wojny przez Amerykanów.

Komunistyczna północ zwyciężyła kapitalistyczne południe tego kraju i to co z tego wynikło Meller opisuje ukazując dobre i złe strony obecnej sytuacji.

Robi to zarówno za pomocą relacji ze swoich podróży po Wietnamie jak i losów jego  mieszkańców.

Nie skupia się tylko na tubylcach, bo przebywa tam wiele osób z innych krajów.

"Mui Ne stało się posowieckim kurortem... można spotkać ? Ukraińców, Uzbeków, Kazachów, Buriatów".

Rosjanie prowadzą tam swoje małe biznesy aptekę, wędzarnię, piekarnię.

Wietnamczyk ?Mistrz Le? pomaga autorowi w wielu sytuacjach, jest rusycystą, tłumaczem nie tylko języka ale i tradycji, obyczajów, mentalności rdzennych mieszkańców.

W książce znajdziecie odpowiedzi na pytania:

- co palą Wietnamczycy,

- dlaczego azjatycki poranek zaczyna się znacznie wcześniej niż europejski,

- jaką funkcję pełni kapelusz z liści palmowych - oprócz tej oczywistej,

- kto króluje tam w dyskotekach,

- a kto jest dla Wietnamu największym zagrożeniem,

- z czego składa się wietnamski samogon.

- ile tuneli zbudowano w czasie wojny z Amerykanami.

I  na wiele innych.

A te wszystkie wiadomości są usystematyzowane w rozdziały, czasem zabawnie zatytułowane jak np.:

- Born In CCCP

- Dom ludzi zagubionych

- Piekło w raju

- Polscy nomadzi kajta

- Napoleon Wschodu.

Każdy rozdział ma podtytuł, który jest przysłowiem lub mądrością ludową jak ta:

"Jeśli za często wychodzisz nocą na pewno spotkasz duchy".

Z ciekawszych dla mnie informacji to ta, że w Hanoi jest ?Świątynia Literatury? najstarszy i najpiękniejszy zespół architektoniczny stolicy. Założono ją w 1070 roku. Przez siedem wieków za wysokimi murami znajdowało się centrum szkolnictwa wyższego gdzie kształcono urzędników państwowych.

Rubaszne poczucie humoru autora nadaje niekiedy łotrzykowski wdzięk tej książce.

Zawiera ona mapę kraju, zdjęcia i ilustracje wykonane przez żonę autora.

I na koniec jako podsumowanie:

"Komuniści wyprali mózgi społeczeństwa. ... 70% Wietnamczyków żyje na wsi, napycha się ryżem i wierzy telewizji, bo nie ma innego źródła informacji".

sobota, 23 września 2017

 „Nie ma tego złego” reż. Valerie Lemercier

WSTĘP:  Po rozwodzie trzeba zbudować wszystko od nowa. I to nowe może być dużo lepsze od tego, co się skończyło.

 

O filmie:

Można by powiedzieć: nareszcie komedia romantyczna nie o dwudziesto-trzydziestolatkach.

Nareszcie coś dla osób w dojrzałym wieku.

Ona to Marie - Francine (Valerie Lemercier) ma 49 lat i jest wysoką, chudą, niedbale ubraną i uczesaną genetyczką. Traci pracę z powodu azbestu.

Ma dwie prawie dorosłe córki i męża. Który zakochał się w masażystce w wieku jego córki.

Zaskoczona kobieta wyprowadza się (dlaczego? Przecież mają duże mieszkanie) najpierw do pokoiku na poddaszu z kucanym kibelkiem. A potem do rodziców.

To nietypowa para, chodzą na msze ale mamusia od 20 lat sypia z rzeźnikiem a tatuś poklepuje ekspedientki i udając Balzaca pisze historyczne dzieło.

Próbują wydać córkę kolejno za alkoholika, faceta w depresji i geja. Córki pomagają pisać CV i robią do niego zdjęcie profilowe (to nie znaczy, że ma  być z  profilu mamo – uświadamiają, ha,ha,ha).

W końcu Marie ląduje w sklepiku z e-papierosami gdzie wpada w nałóg nikotynowy, ha,ha,ha. Klienci mówią o niej: ta wysoka kobieta w depresji.

On – to splajtowany restaurator Miguel (Patrick Timsit). Albowiem wątek gotowania jest teraz bardzo modny. Może wraz z filmem powinni dystrybutorzy serwować jakieś pyszne dania? Łatwiej wtedy widzowie znieśliby mało śmieszne pomysły twórców.

Nie mogło zabraknąć też osoby kochającej inaczej.

To trochę komedia omyłek (głównie scenarzystów i reżyserki), trochę paszkwil na mieszczan, odrobinę trendy (kucharz), szczyptę gender i jest nawet facet w babskich cuchach – ha,ha,ha.

W filmie najbardziej podobała mi się muzyka i ostatnia scena.

Raczej nie polecam.

Tagi: Francja
17:47, alodia1949 , o filmie
Link Komentarze (6) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 75
O autorze
Tagi
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Dodatki na bloga
”znaczek