O mnie, o książkach, filmach, wystawach, kolażach i dress-party z poczuciem humoru, niekiedy sarkastycznie a nawet złośliwie.
sobota, 05 maja 2018

 

Jak nietypowo obchodzić imieniny tu teraz odpowiem.

 Poszłam z dwiema koleżankami  na wykład w Muzeum Pana Tadeusza - notka z facebooka:

5 maja 2018 gościem ostatniego w tym sezonie spotkania z cyklu ?Misja: Polska. Misja: Wrocław - Sto wielkich dni Wrocławia. Wystawa Ziem Odzyskanych i Kongres Intelektualistów w 1948 roku   był profesor Jakub Tyszkiewicz, historyk i członek Rady Kuratorów Zakładu Narodowego im. Ossolińskich.

Rozmowę poprowadziła współautorka wystawy stałej "Misja: Polska" - Gabinety Świadków Historii. Bartoszewski-Jeziorański-Różewicz w Muzeum Pana Tadeusza, dr Małgorzata Preisner-Stokłosa.

Profesor posiłkując się wyświetlanymi zdjęciami  opowiedział o największej akcji propagandowej w powojennej Polsce jakim była wystawa Ziem Odzyskanych otwarta 21 lipca 1948 roku. Był to pomysł Władysława Gomułki (w innej wersji Józefa Stalina), który nie był nawet na specjalnym otwarciu dla czerwonych VIP-ów, bo zmieniły się układy polityczne. Jako prywatna osoba zwiedził ją trochę później.

W tym czasie nie obowiązywał jeszcze w sztuce socrealizm, więc artystycznie wystawę opracowano bez jej wymogów. Ale i tak Dunikowski wyrzeźbił  głowę m.in. przystojnego robotnika, która stoi teraz obok ASP. Inteligent na pewno nie miałby takiej szlachetnej twarzy - prawda? Taka to głowa człowieka z marmuru.

Specjalnie na wystawę postawiono Iglicę co to jak mury pnie się do góry a obok niej trzy drewniane łuki, które szybko się wypaczyły. Niechcący zapowiadały okres błędów i wypaczeń.

Wystawa miała trzy części i była pochwałą osiągnięć nowego ustroju. A i tak największą popularnością cieszyła się część rozrywkowa z karuzelą i piwem. Głowa więc mogła się ludziom kiwać od jednego lub od drugiego. 

Specjalnie na wystawę przygotowano i sprzedawano różne pamiątkowe gadżety, które teraz na allegro są bardzo drogie. Bo zabytkowe. 

Pokazano nam też fragmenty kroniki filmowej (zawsze poprzedzała w kinach każdy film) w którym poinformowano nas w komentarzu, że dzieci piły mleko bezalkoholowe. Nie wiedziałam, że są krowy dające mleko z procentami. Pewnie jakieś wściekle imperialistyczne przemycane przez zachodnią granicę bo jak stonki nie dałoby się ich zrzucać z samolotu.

W trakcie dalszego ciągu propagandy czyli Kongresu Intelektualistów ktoś z sowieckiej delegacji (Aleksander Fadiejew) napadł na  zachodnich uczestników:  "Kajdany amerykańskich imperialistów mają zamienić świat w komisariat policyjny, a jego ludność w niewolników kapitału"  także personalnie nie żałował  ostrych słów, więc część z nich wyjechała.

Wykładowca stwierdził, że burzę jakoś zażegnano ale mleko się rozlało. Koleżanka stwierdziła, że było to mleko bezalkoholowe zapewne. No, nie wiem.

Wrocław trochę skorzystał na organizacji wystawy, bo uporządkowano z ruin część miasta.

Ale potem bezpardonowo wywożono cegły z naszego miasta, tak więc cały Wrocław budował nie tylko stolicę ale i Nową Hutę.

Oczywiście nie obeszło się bez działań Urzędu Bezpieczeństwa, które stało na straży prawomyślności organizatorów i wykonawców wystawy.

I jak to na każdym spotkaniu znalazła się osoba, która postanowiła być gwiazdą. Zanudzała nas opowieścią, w kilku odcinkach, i wspomnieniami, które niczego ciekawego nie wniosły.

Obie z Alą znamy ją z tej słowotokowej przypadłości., więc uciekłyśmy przed nią najpierw do czekoladziarni na bocznej uliczce gdzie cisza i spokój w odróżnieniu od za bardzo gwarnego rynku.

A w trakcie spaceru w kierunku Ostrowa Tumskiego wstąpiłyśmy do Herbaciarni Targowa. Mieści się z boku Hali Targowej. Jest bardzo klimatyczna zarówno w wystroju jak i muzyce. Możecie przeczytać o niej : http://piewcyteiny.pl/herbaciarnia-targowa-we-wroclawiu/.

Bardzo udane imieniny miałam dzięki dwóm Alicjom -  dziękuję Wam za to spotkanie.

 

 

sobota, 28 kwietnia 2018

 

 

23 kwietnia obchodzimy Światowy Dzień Książki i Praw Autorskich. Tego dnia odbył się mój wieczór autorski we wrocławskim „Saloniku Trzech Muz”.

Przygotowywałam się do niego dość długo i konkretnie. Do tego stopnia, że wszystko wypełniło bardzo dużą torbę. Ciężka była, bo książki, kserokopie opowiadań i innych tekstów o kotach, dodatki rękodzielnicze (zakładki, kartki okolicznościowe i kolaże, torby papierowe [z lepiejami] każda rzecz  z motywem kota), torebki na książki, słodycze i wino, podpórki – metalowa, drewniana i tekturowa swoje ważyły.

Przed spotkaniem rozłożyłam na stolikach małe i większe teksty o kotach a gospodyni Saloniku Pani Ali wręczyłam ekologiczną torbę na zakupy z kotami na gałęziach i nazwą mego bloga (sama ją ozdobiłam).

To był duszny dzień, bo oczywiście musiało się rozpadać przed spotkaniem. Pot lał się ze mnie wodospadami stwierdziłam więc, że przydałby się wentylator. A ponieważ go nie ma to marzę o tym, aby z jednej strony ktoś mnie wachlował a z drugiej wycierał twarz. Ale tak się nie stało.

Spotkanie było pod hasłem „Jak być twórczym seniorem” opowiedziałam więc trochę czym się zajmuję.  I, że należy masować swoje szare komórki całe życie a na emeryturze szczególnie. To wszystko po to, aby nam nie zanikły. Jeśli ich nie masujemy stajemy się stetryczałymi marudami i narzekaczami.

Na stoliku ustawiłam książki w których są moje haiku, limeryki, lepieje i epitafia. Także teksty mnie dotyczące.

Ubrana byłam w bluzkę koszulową czarną z drobnym motywem kociej główki, dodatkowo przypięłam sobie broszkę  w postaci białego kota.

Przed przeczytaniem opowiadania ze zbioru "Wrocław, koty i... Opowiadania prawie kryminalne" poprosiłam o uruchomienie poczucia humoru i niektórym się to udało.

Poinformowałam także, że prawie  w każdym tekście są dane dotyczące różnych miejsc naszego miasta, a poza tym poruszone problemy społeczne np. przekręt na budowie, zakazana miłość, alkoholizm, mobbing .

Nawiązuję także do wydarzeń historycznych jak powódź i stan wojenny – internowanie w Gołdapi.

Czytałam „Zwłoki w Parku Szczytnickim” – w nim oprócz akcji zamieściłam dane o poniemieckim osiedlu WUWA i o Obserwatorium Astronomicznym.

Dwie koleżanki (Iza i Ela – dziękuję!) robiły zdjęcia – najlepsze z nich umieściłam na facebooku.

Po przeczytaniu opowiadania powiedziałam, że teraz jest czas na pytania i pretensje. Nie było.

Zapytano czy nadal piszę, więc pochwaliłam się, że owszem ale zmieniłam gatunek na sztuki teatralne. Znowu okazało się, że  nie potrafię napisać długiego tekstu. Wyszły więc dwie jednoaktówki (koleżanka orzekła, że to są skecze i chyba ma rację) – jedna to komedia kryminalna z czarnym humorem, druga to komedia obyczajowa. Obie o seniorach.

Prawie na każdym takim spotkaniu jest osoba, która chce zostać gwiazdą. Skutek  jest wręcz odwrotny do zamierzonego.

Parę osób zrobiło mi przyjemność  nabywając moje książki ale i tak największym powodzeniem cieszyły się słodycze i zrobione oraz rozdawane przeze mnie zakładki – sówki.

Na koniec pan Bolek zaintonował „sto lat” na moją cześć parafrazując: sto lat, sto lat niech pisze nam.

„Salonik” i koleżanka obdarzyli mnie pięknymi czerwonymi różami a znajoma z Klubu Seniora – wiśniami w czekoladzie, od koleżanki bibliotekarki dostałam zakładkę z kotem świecącym w nocy.

Wszystkim obecnym bardzo dziękuję za przybycie – naprawdę doceniam.

 

sobota, 21 kwietnia 2018

 Paula Hawkins – Zapisane w wodzie, Wydawn. Świat Książki, 2017

WSTĘP: „Wszystkim tym, którzy lubią sprawiać kłopoty”

O autorce:

Paula Hawkins  urodziła się 26 sierpnia 1972   w Harare w Zimbabwe i tam wychowała. Jej ojciec był profesorem ekonomii i dziennikarzem ekonomicznym.

W 1989 roku przeprowadziła się do Londynu, gdzie studiowała filozofię, nauki polityczne i ekonomię na Uniwersytecie Oksfordzkim.

 Pracowała jako dziennikarka gazety The Times w dziale biznesu. Napisała ekonomiczny poradnik dla kobiet The Money Goddes.

Jako powieściopisarka zadebiutowała w 2015 roku thrillerem Dziewczyna z pociągu, który szybko znalazł się na listach bestsellerów. Książka odniosła olbrzymi sukces również poza granicami Wielkiej Brytanii.

Prawa do jej wydania sprzedano do 47 krajów, na podstawie książki powstał film pod tym samym tytułem.

Mieszka w południowym Londynie.

 O książce:

Polski tytuł książki "Zapisane w wodzie" bardzo dobrze oddaje całą jej treść. Bo czytając miałam wrażenie, że wszystkie pomysły i wątki autorka wrzuciła do wirującej wody, która wszystko pomieszała, poplątała.

 Widocznie Hawkins uwierzyła, że jest to bardzo nowoczesny i trendy sposób pisania, który zachwyci czytelników. Mnie jakoś nie uwiódł.

A przecież porusza nośny temat, czyli nieustanną dominację mężczyzn, którzy ciągle uważają, że mogą karać kobiety posuwając się do przemocy w odwecie za ich niezależność i niezgodę na to co się dzieje wokół nich.

Autorka dedykuje powieść wszystkim tym, którzy lubią sprawiać kłopoty.

Te kłopoty sprawiają przede wszystkim kobiety – Nel, która drąży przeszłość miasteczka, próbuje dociec prawdy o Topielisku. Czy kobiety jakie tam utonęły popełniły samobójstwo, czy może je zamordowano.

Historia utonięć zaczyna się od pławienia Libby posądzonej o czary w 1679 roku.

Potem są następne ofiary. Mieszkańcy żyją po złej stronie prawdy a kto chce ją ujawnić ginie.

Książka składa się z krótkich rozdziałów zatytułowanych imieniem jednego z bohaterów i pisana jest raz w pierwszej osobie, a raz w trzeciej.

Akcja toczy się w Anglii, czasie teraźniejszym (2015 rok) z powrotami do przeszłości (1993 rok) mającymi wyjaśnić zagadki ale jeszcze bardziej je gmatwa. 

Osoby występujące w powieści reprezentują rożne pokolenia – mamy więc nastolatki, ich rodziców, nauczycieli oraz starsze pokolenie. I nikt tu jest bez winy. 

Jest też subtelny wątek miłości kobiet do własnej płci.

Nie zabrakło parapsychologii w postaci miejscowej wróżki niekiedy jasnowidzącej. Przemocy domowej a także wobec zwierząt. Zakazanych romansów i zdrady małżeńskiej. Jest też porwanie.

Jak dla mnie to za dużo dlatego nie polecam.

 

 

 

 

sobota, 14 kwietnia 2018



ŁAZANKI Z KAPUSTĄ I GRZYBAMI

SKŁADNIKI:

- kapusta pekińska, włoska lub zwykła  - poszatkować

można użyć kiszonej kapusty

- pieczarki i trochę suszonych grzybów

- makaron łazanki czyli kwadraciki

- przyprawy - sól, pieprz ziołowy

- olej rzepakowy

WYKONANIE:

Poszatkowaną surową kapustę z pokrojonymi grzybami dusimy z przyprawami oraz olejem i wodą - dodać ich tyle, aby się nie przypaliło, należy całość mieszać co jakiś czas.

Dość długo to trwa - zależy od kapusty, pekińska i włoska są delikatniejsze.

Ugotować makaron, połączyć razem i spróbować, aby ew. dodać jeszcze przypraw.

Oczywiście można dodać mięso, boczek lub kiełbasę.

DESER

SKŁADNIKI:

- sezam łuskany

- rodzynki moczone w lekkim alkoholu (dla dzieci bez niego)

- płatki migdałowe

- daktyle i figi pokrojone

- skórka pomarańczowa kandyzowana

- miód

- olej

- suche wafle okrągłe lub kwadratowe

Ewentualnie czekolada, kakao.

Proporcje w.w. według uznania.

WYKONANIE:

Sezam rozdrabniamy blenderem (ale mogą być też cale ziarna), dodajemy bakalie, miód, olej – dokładnie mieszamy, można też zmiksować.

Rozkładamy równomiernie masę na waflu i przykrywamy drugim. Obciążamy (ale nie za bardzo, aby masa nie wylała się poza wafel) deską kuchenną lub książką odpowiedniego rozmiaru na 2 godziny.

Kroimy na kawałki, zawijamy w folię spożywczą i wkładamy do lodówki na kilka godzin ale można jeść od razu.

Można polać wafle czekoladą lub dodać kakao do masy.

sobota, 07 kwietnia 2018

Już raz były tu słowa z tej książeczki ale przecież jest ich więcej. W jednym ze swoich opowiadań użyłam słowa "awantażownie" i młoda czytelniczka nie wiedziała co ono oznacza.

O każdym słowie tekst napisał inny autor, o wiele dłuższy niż tu podaję.

DEZABIL: (tekst Katarzyna Kłosińska)

Z w.w. książki: Wyrażenie "w dezabilu" oddaje i wygląd fizyczny kogoś nie do końca ubranego, i jego lekkie zawstydzenie tą sytuacją".

HECNY:

"...ma być dowcipny, ale przede wszystkim musi umieć przygotować hecę, czyli mały, nawet dwuzdaniowy teatrzyk, zabawne, zaskakujące zdarzenie" - pisze Mariusz Szczygieł podając swoje doświadczenia w byciu hecnym. Dodaje jeszcze: "Powiem szczerze: nie wyobrażam sobie życia bez hec".

Tak jak ja bez poczucia humoru.

We wtorek na spotkaniu w Klubie Seniora nalałam sobie wody mineralnej mówiąc: muszę się napić, bo po obiedzie mnie suszy, za bardzo go przyprawiłam. Szefowa KS zapytała: a czego dodałaś? JA na to: a mam na półce różne przyprawy i jak gotuję to sru każdej sypię - żartując oczywiście. Mina pań bezcenna. Rzadko z kim mam wspólnotę poczucia humoru.

KAJET: (pisze o nim Tadeusz Lubelski)

"Pierwsze [skojarzenie] to dziadek, który używał tego słowa na co dzień.

Google podaje, że to "wiekowy brulion" i "zeszyt pradziadka".

Mój osobisty dziadek Antoni też używał tego słowa.

POLEPA: (tekst Aleksander Kaczorowski)

"Lepiło się ją z gliny stąd nazwa. Chroniła przed wilgocią i robactwem. Była praktyczna i łatwa do uprzątnięcia, od święta gospodyni posypywała ją świeżym piaskiem. Tylko zimą ciągnęło od niej jak jasna cholera, a przynajmniej tak twierdzi moja mama, która wczesne dzieciństwo spędziła w chałupie swojej babki".

sobota, 31 marca 2018
"Prasa powinna służyć rządzonym, a nie rządzącym"
sobota, 24 marca 2018

Przyroda przygotowuje się do wiosny, ludzie do świąt. Piorą, sprzątają, pucują co się da. I robią zakupy, bo nie wiadomo jakie zakazy handlu zostaną jeszcze wprowadzone w trosce o dobro rodziny.

Inni zajmują się rękodziełem, aby świątecznie przystroić dom. Górują jaja ale bywają też baranki czy zajączki a może króliczki.

U mnie na regale wisi już taka dekoracja (to filcowe zajączki i ptaszki) :

 

A inne wyroby "tymi ręcami" zrobione można zobaczyć na facebookowym profilu "Robótki z komódki".

A teraz kilka anegdot o malarzach zebranych w książce Eryka Lipińskiego "Wesoło o malarzach":

Otto Axer (malarz, scenograf) zapytał raz znakomitego rzeźbiarza Mariana Wnuka:

- Która godzina?

Wnuk na to: 

- A wiesz, ja też bym się napił.

KOMENTARZ mój: nie żebym popierała picie alkoholu.

**********************************************************

Spytano raz   znakomitego rysownika Antoniego Chodorowskiego, czy wszystkie jego dzieci są z jednego łoża?

- Nie, trzecie z kolei jest z kanapy w salonie.

Kom. mój: a czwarte z windy?

********************************************

Dwie panie rozmawiają o Xawerym Dunikowskim:

- Wiesz, pan Xawery stał się szalenie nudny z tą manią opowiadania o swym powodzeniu u kobiet.

- Trzeba mu wybaczyć. Inwalidzi zawsze  mają manię opowiadania o swych zwycięstwach.

Kom. mój: nie tylko oni.

*****************************************************

- Wiesz - powiedział do swego kolegi artysta malarz Wojciech Fangor - sprzedałem wczoraj swój obraz za dwadzieścia tysięcy.

- Wspaniale. Cena jakbyś już od dawna nie żył.

Kom, mój: kolega przyjemniaczek.





piątek, 16 marca 2018

Za oknem pada śnieg choć wolałabym, aby to była manna z nieba. Tylko nie jestem zdecydowana co do smaku - słodka czy wytrawna?

Wyjść się z domu się nie chce, więc nareszcie lodówka doczekała się opieki. Bo jest w leciach - pamięta PRL. Ja też :(.

Nie jest to sprzęt nowoczesny, czyli następuje wyjmowanie wszystkiego, przy okazji też mycie, a czasem skrobanie gdy coś się wylało i zaschło. Ale najpierw należy poskrobać się po głowie - jak to najbezpieczniej zrobić. Zalecam ostrożność.

Bardzo "zarośnięty" lodem zamrażalnik nie traktuję nożem, młotkiem czy kafarem tylko garnkiem z gorącą wodą. Oczywiście lodówka jest wyłączona z sieci.

A teraz parę aforyzmów Oscara Wilde`a:

*Śmiech nie jest wcale złym początkiem przyjaźni, a na pewno najlepszym jej zakończeniem.

komentarz mój: takie zakończenie rzadko się zdarza, chyba że jest to śmiech szyderczy lub przez łzy.

*Osobistości, nie zasady, nadają bieg stuleciom.

kom. mój: odejście od zasad to nie jest dobry kierunek

*Powaga jest jedynym schronieniem ludzi płytkich.

kom. mój: a nawet głupich

Czasami myślę, iż Bóg tworząc człowieka przecenił nieco swoje zdolności.

kom. mój: oj, tak

Potrafię wszystkiemu się oprzeć - z wyjątkiem pokusy.

kom.mój: i bardzo tego nie lubię

Wartość telefonu polega na tym, co dwoje ludzi ma sobie do powiedzenia.

kom. mój: często jest to głupia paplanina, dobrze jeśli nie odbywa się w miejscu publicznym


sobota, 10 marca 2018

 

W Domu Kultury "Bakara" przy ul. Różanej jest Klub Seniora. Od jakiegoś czasu prowadzę tam zajęcia robótkowe.

Poproszono mnie, abym zgodziła się na spotkanie autorskie (28.02) związane moją książką "Wrocław, koty i...  Opowiadania prawie kryminalne". Pomyślałam, że jest to dobra okazja, aby zachęcić seniorów do znalezienia i rozwijania swojej pasji.


Na pytanie skąd biorę tyle energii do działania odpowiedziałam, że stosuję dopalacze. Ale nie wącham, palę czy wstrzykuję a zażywam kapsułki omega3 i suplementy z miłorzębem, które powodują lepsze ukrwienie mózgu i dzięki temu dają chęć do działania.

Zastrzegłam jednak, że po jednej tabletce nikt nie dostanie nagle wigoru i nie stanie się wybitnym pisarzem, malarzem, tancerzem czy śpiewakiem lub rękodzielnikiem.

Dałam za przykład koleżankę, która po jakimś leku na artretyzm miała ogromną energię. I jak ją wykorzystała? Biegała po sklepach i pewnego dnia przyszła do mnie do biblioteki wykrzykując: Irena, koniecznie musisz sobie kupić taką mgiełkę do twarzy.

Czyli daną energię zmarnowała.

Przyniosłam na spotkanie wyżej wymienioną książkę, a także tomiki z haiku, tomik zatytułowany "Zabawy literackie" (limeryki, fraszki, epitafia, altruitki) oraz autorski tomik "Do serca przytul kota" z moimi rymowankami i kolażami.

Pokazałam też książkę o powodzi w której jest mój tekst "Dziennik niezatopionej" w jej wydaniu miało też CK ?Zajezdnia?, która mieści się blisko DK "Bakara".

Przygotowałam dla ewentualnych nabywców torby z naklejonymi kotami i trzy z moimi ?lepiejami?. Miałam też kilkanaście karteczek, bo zachęcałam, aby na miejscu lub w domu obecni spróbowali napisać takie utwory. Nikt nie chciał. Szkoda.

Organizatorki spotkania poprosiły, abym opowiedziała też o tym blogu - co piszę i od jak dawna. Tylko jedna z pań zapisała sobie jego adres.

Okazało się, że na moje mailowe zaproszenie zareagowała przyjściem znajoma, której obrazy wystawiałam pracując w bibliotece przy ul. Parkowej (w jednym z pomieszczeń zorganizowałam galerię). Ma z koleżankami dobry zwyczaj spotykania się co środę, więc skorzystały z okazji i  przyszły na moje spotkanie. Dodatkowym zbiegiem okoliczności panie te studiowały geografię, a jedno z moich opowiadań ma akcję właśnie w bibliotece Instytutu Geografii naszego uniwersytetu..

Także na prośbę organizatorek opowiedziałam trochę o swoim internowaniu -  bez dołowania siebie i obecnych. Jeden z panów zapytał czy nie myślałam o napisaniu wspomnień z internowania. Odpowiedziałam, że nie byłam w "Solidarności" aż tak ważną osobą, aby moje wspomnienia kogoś zainteresowały. Ale jedno z moich opowiadań ma akcję w ośrodku, w Gołdapi, gdzie byłyśmy internowane.

Zachęcałam wszystkich do stosowania w życiu poczucia humoru i na dowód, że prawie w każdej sytuacji można dopatrzeć się czegoś śmiesznego opowiedziałam co usłyszałam po powrocie z internowania.

Mieszkałam wtedy w wynajmowanym pokoju na poddaszu w starej poniemieckiej wilii. Miała ona dwóch właścicieli.

 Kobieta mieszkająca na dole powiedziała, jakby trochę się usprawiedliwiając:

- wie pani, to ja wpuściłam tych trzech ubeków, bo u nas było czuć zacierem i wolałam, żeby poszli na górę.

Na co ja:

- pani Krysiu, czy pani kiedyś widziała, żeby do mnie przychodziło na raz AŻ trzech facetów?

Największym powodzeniem cieszył się moje tomki o kotach - zawierające rymowanki i kolaże.

Od jednej z pań dostałam czerwone papierowe serce zawiązywane wstążeczką, napełnione słodyczami a od organizatorek piękną różę i kartkę okolicznościową w złotej kopercie, wewnątrz był  taki tekst:

Życzymy

Odwagi by porywać się na cele i zmiany,  które z pozoru wydają się trudne, a później wręcz wymarzone, realizacji planów nowych marzeń i kolejnych natchnień, które tak jak fala pcha statek pchają życie do przodu.

Wszelkiej pomyślności życzą Seniorzy z klubu Bakara.

Obecni otrzymali w prezencie wykonaną przeze mnie zakładkę w kształcie sówki, a kto chciał mógł sobie wziąć kartonowego kotka (na niego można namotać włóczkę lub nici) oraz kserokopię opowiadań lub tekstu o powodzi.

A prowadząca Klub Seniora smycz z gwizdkiem.

piątek, 02 marca 2018

Jarosław Rybski – Warkot. Wydawn. SQN Kraków 2017

WSTĘP: „Kto mniej wie, ten krócej będzie przesłuchiwany”

O autorze:

Jarosław Rybski urodził się w 1966 roku.  Jest  Wrocławianinem. Ukończył anglistykę. Jest tłumaczem i  dziennikarzem  muzycznym (dawniej współpraca Jego zainteresowania to: muzyka, fotografia, kultura celtycka, historia językoznawstwo.

 Dawniej współpracował z rozgłośniami radiowymi i podróżował jednocześnie  fotografując po Europie. Przetłumaczył prawie sto książek i komiksów. Komiksy tłumaczone dla wydawnictwa Mandragora podpisywał pseudonimem Orkanaugorze.

„Warkot” to jego debiut powieściowy.

O książce:

„Warkot”  to retroktyminał z akcją w powojennym Wrocławiu i nawiązaniem do czasów piastowskich tego miasta. Wszystko zaczyna się w 1946 roku gdy dwaj szabrownicy kradną zawartość schowka w pustym domu. Ale jest też powrót do marca i kwietnia 1945 roku.

Zawiera także  elementy ezoteryczne a nawet grozy. Czyli  powieść historyczna, kryminalna, ezoteryczna i wampiryczna plus teoria spiskowa, sekta, walka dobra ze złem, zabytkowe przedmioty o cudownej mocy  a wszystko to z poczuciem humoru. Jakby autor się bał, że już nie napisze żaden powieści i musi wykorzystać wszystkie pomysły. Można dostać zawrotu głowy.

Właściwy tytuł powieści to „Bractwo Wrocławskie. Warkot” ale trzeci wyraz uznano za bardziej przyciągający czytelnika.

To nazwisko  głównego bohatera powieści Jana, studenta Politechniki Wrocławskiej i pracownika drukarni. Pochodzi on ze wsi Czorty  na Warmii. Wierzy propagandzie nowego ustroju.

Autor stosuje nomen omen, czyli nazwiska określające bohaterów powieści. Widać, że się tym pomysłem bawi: sierżant MO Ryszard ZNÓJ; porucznik MO Stefan Gromił; pułkownik UB – Stanisław PODATNY; porucznik UB – KOROMYSŁO; sierżant FAJANS, szwaczka Zofia CUDNA; majster drukarski KAPUSTA; księgowy Tadeusz SKRUPULATNY, Eulalia WNYK. A biedna studentka ma na imię Marlena od połączenia nazwisk Marksa i Lenina.

Książka zawiera  rysunki pełniące różne  funkcje. Każdy rozdział  zaczyna się podobizną czarnego auta. Tekst jest podzielony rysunkiem miecza a na końcu każdego rozdziału widnieją a to tarcza herbowa z łabędziem (nie bez powodu, bo autor opisuje postać Piotra Włostowica a od niego pochodzą rodziny pieczętujące się herbem Łabędź), a to osinowe kolki z ząbkiem czosnku, a to lew, pierścień, owad i tak dalej. Lew i miecz w połączeniu z Piotrem Włostowicem grają dużą rolę w tej opowieści.

Po powojennym Wrocławiu jeździ auto marki pobieda (słowo to znaczy zwycięstwo), pasażerowie porywają ludzi a potem porzucają w mieście ich trupy. Blady strach pada na mieszkańców i krążą w mieście makabryczne opowieści.

Wyjaśnianiem sprawy zajmuje się Gromił z Warkotem, Kapustą z pomocą ducha  średniowiecznego złoczyńcy, który teraz dobrymi uczynkami odkupuje swoje winy.

W tle mamy ówczesny Wrocław m.in. kina, których już nie ma. „Z filmami radzieckimi było zupełnie jak z kawiorem z siei zamiast z jesiotra”.

Dla oddania atmosfery tamtych lat autor cytuje ówczesne piosenki („O północy się zjawili jacyś dwaj cywili…)”, powiedzonka: „Nic tak nie cieszy jak seria z pepeszy”.

Opisuje porządkowanie i odbudowę zniszczonego miasta a zarazem wywożenie cegieł ze zniszczonych domów do Warszawy. Żartowano, że wiele budynków w stolicy szprecha jak w Berlinie.

To dobra lektura dla tych, którzy lubią takie pomieszanie gatunków.



1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 79
O autorze
Tagi
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Dodatki na bloga
”znaczek