O mnie, o książkach, filmach, wystawach, kolażach i dress-party z poczuciem humoru, niekiedy sarkastycznie a nawet złośliwie.
sobota, 29 lipca 2017

 

Ellen Alpstein – Caryca, Wydawn. Sonia Draga, Katowice 2015

 

WSTĘP: „Urodzić się kobietą to kara sama w sobie”

O autorce: Ellen Alpsten urodziła się w 1971 roku w Kenii i tam spędziła dzieciństwo. Studiowała w Kolonii i Paryżu – prawo, politykę i ekonomię.

Pracowała w Nairobii w niemieckiej ambasadzie i w telewizji Bloomberg.

Jest pisarką i dziennikarką. Mieszka z mężem i trzema synami w Londynie.

O książce:  

„Caryca” to opowieść o Marcie Skowrońskiej, córce chłopa pańszczyźnianego z Inflant urodzonej w 1683/4 roku.

Lecz książka zaczyna się od śmierci cara Piotra I.

Poznajemy głównych bohaterów: Martę – Katarzynę, najpierw kochankę a potem żonę cara, jego najbliższego współpracownika  Aleksandra Mienszykowa,  arcybiskupa Teofana Piotrowicza.

Marta wspomina swoje życie, dom rodzinny – gdzie panowały bieda, brud, smród i ubóstwo.

Oraz zależność ich losu od klasztoru. Poznajemy  warunki  w jakich mieszkali, ciężką pracę i nieliczne rozrywki w czasie wiosennego targu.

Także obyczaje – jak ten co robiono z niechcianymi dziećmi.

„Bieda rodzi najdziwniejsze nadzieje i najgłębsze rozczarowania”

Ojciec przekazał jej, że „Łzy innych ludzi to tylko woda”.

Kolejne wydarzenia poprowadziły ją przez pracę w charakterze służącej i praczki. Dzięki urodzie przechodziła z łóżka do łóżka kolejnych mężczyzn aż wylądowała przy boku cara.

Piotr I twierdził, na pewno słusznie. Że „Nic tak nie wiąże jak lęk o przetrwanie”.

Ale to nie jest tylko biografia Marty. To historia panowania Piotra I.

Autorka musiała dokładnie przestudiować materiały na ten temat, bo szczegółowo przybliża nam charakter, prywatne życie i poczynania władcy.

Szokujące są opisy rozrywek jakie upodobał – Alpstein nie szczędzi czytelnikowi detali uczt, można je nawet nazwać orgiami.

Historyczne realia, tamtych czasach „Własność każdego Rosjanina wciąż była przede wszystkim własnością cara”, który bezwzględnie z tego korzystał.

Ciągle wymyślał i pisał ustawy domagając się natychmiastowego ich wprowadzenia nie licząc się z nikim i z niczym.

Bo „Wszystkim co liczy się dla prawdziwego władcy jest trwałość jego imperium”.

Poznajemy też powody i historię powstania Sankt Petersburga, który zbudowano na czterdziestu wyspach kościach niezliczonych przymusowych robotników. Za próbę ucieczki okrutnie karano – o sposobach dowiecie się z książki.

Także przebieg wojen jakie nieustannie Rosja prowadziła z innymi państwami – Szwecją, Turcją, Persją.

Według mnie autorka wyraźnie nie lubi Rosjan ze szczególnym uwzględnieniem cara Piotra I i wielokrotnie opisuje ich prostactwo, chamstwo, bezwzględność, okrucieństwo, rozpustę, pijaństwo oraz brak uczuć wyższych.

„… życie u jego boku wciąż wydawało mi się niczym spacer po pierwszym lodzie na Newie wczesną wiosną”.

Obyczajowość tamtych czasów wielokrotnie zaskakuje – kobiety w ciąży piły piwo, aby mieć w piersiach dużo mleka.

Poznajemy szczegóły dotyczące ubiorów damskich i męskich, makijażu jaki stosowano i biżuterii.

A także w jaki sposób Bursztynowa Komnata znalazła się w Rosji.

Na koniec: „Zasługi cara Piotra można wyliczać w nieskończoność… Lecz tworząc jednocześnie niszczył. Zadawał ból wszystkim ludziom , którzy kiedykolwiek się z nim zetknęli. Burzył pokój, dobrobyt, potęgę swego państwa. Celowo ranił godność prawa i dobrostan swoich poddanych”.

Polecam.

 

sobota, 22 lipca 2017

Od dawna wybierałam się obejrzeć bibliotekę w nowym budynku po starym kinie "Fama" na Psim Polu. Budynek idiotycznie jest położony bo na zakręcie ulicy Bolesława Krzywoustego i dawnymi czasy często zdarzało się, że auta ulegały kolizji na skutek czego z hukiem składały niezapowiedzianą wizytę w bibliotece przy tej samej ulicy.

Teraz prawo ruchu drogowego mają tylko autobusy i prywatne osoby z przepustką. Inni na Psie Pole muszą jechać przez wiadukt. Czy jakiś autobus wjedzie w okna nowej biblioteki -  czas pokaże.

Póki co ja się tam pokazałam. A pretekstem była moja książka "Wrocław, koty i ... Opowiadania prawie kryminalne". Otrzymała ją (wraz z zakładką sówką, kotem i kocim kolażem - specjalnie z morskim motywem) koleżanka z którą pracowałam w filii przy ul. Galla Anonima. I występuje w jednym z opowiadań.

Zacznę od minusów przeplatając plusami.

Od wejścia: lada biblioteczna stoi na terenie wspólnego z domem kultury holu, więc koleżanki są jednocześnie bezpłatną informacją o działaniach tegoż. Głupi pomysł. 

Przed bramką - łapaczem złodziei książek stoją krzesła ze starego kina i to jest ładne nawiązanie do przeszłości:

Już w holu widać, że ściany są jakieś takie betonowe szare z ciemniejszymi smugami na łączeniu płyt. Niestety w wypożyczalni jest tak samo. W dodatku postawiono bardzo ciemne regały co razem wygląda jak budynek gospodarczy gdzie zapomniano pomalować ściany i sufit. Zabrakło funduszy na farbę? Otóż nie! Projektant powiedział, że to jest taki dizajn (design). Cwana to metoda zachachmęcić swoją nieporadność zawodową i/lub brak kasy obcą nazwą. Lubimy gdy się nas traktuje jak swołeczeństwo (to określenie ludzi używane przez spin doctora z filmu "Volta").

Na zdjęciu jest przekłamana kolorystyka.

Koleżanki bibliotekarki z jednej strony mają nieźle bo mieszkają na Psim Polu (nie wiem czy wszystkie) a z drugiej znacznie gorzej, bo czytniki kodów nie są wbudowane w ladę i za rok, dwa dorobią się przynajmniej na jednej ręce ślicznych bicepsów. Taka darmowa siłownia.

Zaplecze socjalne jest położone najdalej jak tylko można. Na szczęście wc bliżej lady.

Na  poniższym zdjęciu widać płyty na ścianie (znowu zdjęcie nie oddaje ponurej, brudnej betonowej szarości ścian i sufitu). Próbowano ożywić wnętrze żółtym kolorem ale jest go zbyt mało. W dodatku nie schowano rur, są to świetne łapacze kurzu. Nie wiem czy o to chodziło. Ale taki dizajn.

Przy wejściu do wypożyczalni na prawo jest czarna krata. Ona i cały wystrój bardzo konweniują z widokiem zaokiennym - widać tam zakład pogrzebowy. 

Gdy byłam w holu usłyszałam dziwny dźwięk spod sufitu. Okazało się, że wystaje z niego kawał rury odprowadzającej ścieki, czyli odchody z toalety. No, cudny dizajn. Jak pęknie to nieczystości wyleją się na hol i ludzi. Śmierdzieć będzie długo. Ale kogo to obchodzi?

Gdy opisałam bibliotekę w "Graficie" załoga filii obraziła się na mnie, więc tutaj poproszono mnie abym napisała też coś dobrego.

Proszę bardzo oto plusy:

- NAJWIĘKSZY to bibliotekarki

- wc blisko lady

- krzesła ze starego kina

- żółte pulpity

jakoś nie umiem znaleźć innych.


sobota, 15 lipca 2017

 

„Volta” reż. Juliusz Machulski

 

WSTĘP: Zemsta jest najlepszą potrawą upieczoną w piekle

Film rozpoczyna się sceną widzenia w więzieniu. Kobieta (Katarzyna Herman) tłumaczy niewidocznej osobie,

że nie należy się mścić, bo to źle wpływa na naszą psychikę. I, że w takim wypadku najlepsza jest ignorancja.

Widz myśli sobie: chyba ignorowanie. Otóż nie – a dlaczego dowiadujemy się dopiero na końcu.

Akcja toczy się w Lublinie, które to miasto obchodzi 700-lecie istnienia.

Woody Allen mógł zrobić filmy o Paryżu i Rzymie, to dlaczego Machulski nie miałby umieścić swoich bohaterów w Lublinie.

Głównym bohaterem (absolutnie nie pozytywnym) jest spin doctor Bruno Volta (świetny Andrzej Zieliński).

Szalenie z siebie zadowolony i gardzący wszystkimi. Na przykład o ludziach mówi  swołeczeństwo.

Jest doradcą i kreatorem wizerunku kandydata na prezydenta Kazimierza Dolnego (Jacek Braciak) marzącego o przywróceniu monarchii w Polsce z nim jako królem.

Volta ma dużo młodszą kochankę Agnieszkę (Aleksandra Domańska) wykonująca modny dzięki programom telewizyjnym zawód kucharki (kreatorki potraw?) i marzącej o własnej restauracji.

Jej kierowcą i ochroniarzem jest totumfacki Volty o nazwisku Dycha (Michał Żurawski).

Cała akcja kręci się wokół korony Kazimierza Wielkiego, którą zamurowaną w ścianie starej kamienicy znalazła Wiki (Olga Bołądź).

Przy okazji poznajemy dzieje regaliów polskich dzięki opowieści profesor Dąbrowskiej (znakomita Joanna Szczepkowska) oraz retrospekcjom – przenosimy się w wiek XI, XVI i XIX. Widocznie upodobanie do munduru nie przeszło reżyserowi po nakręceniu „Szwadronu”.

Mamy więc tu oprócz intrygi kryminalnej także kpinę z polityków i ich doradców. A przede wszystkim pochwałę kobiecej solidarności. I radę dla widzów , aby nie wierzyli wujkowi Google.

Na koniec Volta dostaje mms-a: trzeba się było uczyć, ćwoku.

I niech to zostanie jako przesłanie tego filmu.

Polecam.

sobota, 08 lipca 2017

 

„W starym dobrym stylu” reż Zach Braff

WSTĘP: Chęć zysku (właścicieli fabryki) daje emerytom po pysku.

O filmie:

Trzej przyjaciele z fabryki skromnie żyją z emerytury wypłacanej przez byłego pracodawcę.

Joe (Michael Caine – 84 lata) mieszka, w niespłaconym domu, z córką i wnuczką.

Willie (Morgan Freeman – 80 lat) córkę i wnuczkę widuje tylko za pomocą skype`a, osobiście tylko raz w roku.

W dodatku ma chore nerki i często poddaje się dializie.

Ze względów oszczędnościowych mieszka z Albertem (Alan Arkin – 83 lata).

Panowie bardzo się lubią ale też i czubią, bo bez dobrotliwego dogryzania sobie ich przyjaźń byłaby nudna.

Pewnego dnia okazuje się, że fundusz emerytalny diabli wzięli i seniorzy nie będą mieli ani gdzie, ani z czego żyć.

Z początku załamani postanawiają wziąć sprawę w swoje ręce. Pomysł rzuca Joe, który był w banku w trakcie skutecznego napadu.

Przyjaciele nie mają bandyckiego doświadczenia, więc za częściowy udział w zyskach zatrudniają przestępcę. Opracowuje on doskonały plan i na końcu dowiadujemy się dlaczego był taki świetny.

Główną zaletą filmu są trzej główni aktorzy. Już nie tak przystojni i sprawni jak kiedyś ale „choć szron na głowie, już nie to zdrowie lecz w sercu ciągle maj”. Bo oprócz historii kryminalnej mamy też ognisty romans.

Policjant jest inteligentny i sprawny zawodowo inaczej, więc wszystko kończy się dobrze.

Oprócz pozytywnego wydźwięku filmu, że najważniejsza w życiu jest przyjaźń mamy też smutne stwierdzenie, że Ameryka to nie jest kraj dla starych ludzi.

To świetny film na letnią porę  - polecam.

sobota, 01 lipca 2017

?

W poniedziałek byłam w Klubie Muzyki i Literatury na spotkaniu z pisarką Katarzyną Georgiou.

Na początku autorka powitała obecnych na sali swoich rodziców (dziękując im za wszystko) oraz siostrę i syna. Miło gdy rodzina się lubi i wspiera.

Wspomniała o tym, że ojciec gdy wysyłał Ją na emigrację powiedział: ?tylko nie wracaj cholero?. ?A cholera wróciła? ? stwierdziła poetka. Jak widać mają poczucie humoru.

Autorka mieszkała w Kanadzie gdzie zapoznała się i nasiąknęła kulturą indiańską o której często opowiada w trakcie spotkań z czytelnikami.

Przybyli także znani wrocławscy poeci ? dwaj panowie B.

Prezentowane przez poetkę teksty urozmaicało śpiewające i grające trio wykonujące piosenki do Jej wierszy.

Przedstawiona poezja i bajędy to zachwyt życiem i naturą, którą ma możność obserwować mieszkając w Dolinie Baryczy.

Dlatego zabrakło mi na spotkaniu pachnącego bukietu kwiatów i ziół z ogrodu poetki, którego pełną krasę przedstawia na zdjęciach zamieszczanych na facebooku.

Katarzyna pisze zarówno dla dorosłych jak i dla dzieci.

Oto fragment wiersza o kocie:

Kot Mruczymbał

Mały Mruczymbał to jest gość

Co swej pani daje w kość

Rano, wieczór, we dnie, w nocy

Wciąż rozrabia, ciągle psoci.

 

Nie śpi i nie odpoczywa,

Tylko szuka, wącha, bywa

W każdej dziurze, zakamarku

Jakby mógł to i w zegarku.

 

Teraz młody jest, więc każdy

?och, achami? na nim wzdycha

Wszak to zawsze radość wielka

Z figlów pośmiać się komika.

 

Masło liże z maselnicy,

cukier zjada z cukiernicy,

szynkę bierze wprost z talerza ?

co wyrośnie z tego zwierza?

 

Wywiad z nią: http://annasikorska.blogspot.com/2017/06/katarzyna-georgiou-o-pisaniu-i-nauczaniu.html

http://kuznia.art.pl/wydarzenia-kulturalne/1796-zycie-i-pasje-wroclawskiej-poetki-katarzyny-georgiou.html

blog: http://skalnykwiat.blogspot.com

 



sobota, 24 czerwca 2017

 

Dedykuję tym, którzy nie wątpią o słuszności czynów swych 

Wisława Szymborska - Pochwała złego o sobie mniemania

Myszołów nie ma sobie nic do zarzucenia.

Skrupuły obce są czarnej panterze.

Nie wątpią o słuszności czynów swych piranie.

Grzechotnik aprobuje siebie bez zastrzeżeń.

   Samokrytyczny szakal nie istnieje.

    Szarańcza, aligator, trychina i giez

    żyją jak żyją i rade są z tego.

Sto kilogramów waży serce orki,

ale pod innym względem lekkie jest.

   Nic bardziej zwierzęcego

   niż czyste sumienie

   na trzeciej planecie Słońca.

sobota, 17 czerwca 2017

 Długotrwały stres związany z pracą społeczną obniżył moją odporność. A diabeł - stróż mój tylko na to czekał z choróbskiem w ręce. Tak więc teraz angina, antybiotyk, alergia  - ale atrakcje :(.

Poniżej dwa wiersze znalezione w makulaturze.

Henryk Kaletka

Przyszła do mnie Pani Starość

Przyszła do mnie Pani Starość

z bólem kręgosłupa i z siwymi włosami.

Jak ja nie lubię siwych włosów!

Ale jestem dżentelmenem

nie mogę jej wyrzucić.

Chodząc z nią po mieście

przestałem widywać moich przyjaciół,

i coraz ich mniej dookoła.

Jeszcze niedawno tacy żywotni.

Za to widuję innych uśmiechniętych ludzi,

których nie znam.

Może to jest ta słynna wymiana pokoleń?

Przecież choć nie chcę i ja jej podlegam.

Coraz więcej w tej Pani Starości

smutku i nostalgii przemijania.

Ale ja się jej nie poddam.

Będę śpiewał w poniedziałki w TZR, 

razem z tymi, co nie chcą

tej starczej rezygnacji.

**********************************

Henryk Węgrzyk

Święty spokój

Kiedy ósmy krzyżyk leci,

zamieniamy się znów w dzieci.

W pionie trzyma siła woli,

szczęściem: gdy nas nic nie boli.


Jeśli chcemy żyć wciąż dalej,

nie czekajmy na szpitale.

Bo tam tylko lekarz może

stwierdzić jedno: będzie gorzej.

 

Optymizmu jednak trzeba:

wciąż zbliżamy się do Nieba.

Bo nas czeka: niepojęty

w perspektywie Spokój Święty.




sobota, 10 czerwca 2017

Rzeczywistość mam ostatnio okropną, więc sobie i Wam parę anegdot o gwiazdach:

 

Telefoniczna pomoc

Ciepły komik z dużym wnętrzem   - komentowano jego aktorstwo. Mowa o Bogumile Kobieli, popularnym Bobku, o którym tak trudno i przykro pisać w czasie przeszłym.

Znane było jego przywiązanie do żony Gosi. Wydzwaniał do niej ciągle z wojaży.

Do historii przeszedł jego żart, kiedy to ze słuchawką przy uchu powtarzał rytmicznie: Dobra, zła, dobra, dobra...

Na pytanie kolegów co to ma oznaczać odparł, że właśnie pomaga żonie... sortować truskawki.

Potrójne zauroczenie

Znany i lubiany artysta plastyk, znakomity rysownik i wspaniały gawędziarz Szymon Kobyliński uchodził za znawcę nie tylko różnych rodzajów broni ale także kobiecego piękna.

Na pytanie co go najbardziej fascynuje u własnej żony  odpowiedział:

- Trzy rzeczy!

- Jakież to?

- Podbródek - odpowiedział radośnie.

Komentarz mój: a co odpowiedziałaby jego żona na takie pytanie?


***************************************************************************

Ścigany w Nowym Jorku

Krzysztof Kieślowski przyznawał często, że ma awersję do Stanów Zjednoczonych.

- Wszystko tam jest za duże - mawiał. Miasta, samochody, ruch na ulicach i wytwornie filmowe też.

Kiedyś w Nowym Jorku, spiesząc się na pokaz swojego filmu utknął w taksówce, która potrąciła rowerzystę.

Zrobił się korek. Pan Krzysztof obawiając się spóźnić wybiegł z taksówki i udał się pospiesznie na skróty.

Gapie spostrzegłszy uciekającego z miejsca wypadku człowieka rzucili w pościg za "przestępcą".

Reżyser przedarł się jakoś do budynku kina.

Przywitany stereotypowym: Jak leci?

odparł poirytowany: Byle jak!

*********************************************************************

Obie z koleżanką zrezygnowałyśmy z wolontariatu w "Bibliotece sąsiedzkiej". Nasze zaangażowanie wzięto za słabość. I takie są skutki.


 

18:15, alodia1949 , różne
Link Komentarze (2) »
sobota, 03 czerwca 2017

 ?

Maja Lunde - Historia pszczół. Wydawn. Literackie Kraków 2016

 

WSTĘP: "By móc żyć w naturze, z naturą, musimy stłumić naturę w nas samych... Wykształcenie jest po to, byśmy nie przywiązywali zbyt dużej wagi do samych siebie, do naszej natury, do instynktów".

O autorce:

Maja Lunde urodziła się 30 lipca 1975 roku w Oslo. Jest autorką książek dla dzieci.

"Historia pszczół"  to jej pierwsza powieść dla dorosłych.

Dostała za nią Nagrodę Księgarzy Norweskich. Prawa do wydania książki zakupiło 15 wydawnictw z całego świata.

O książce:

"Historia pszczół" to powieść ekologiczna i przestroga przed skutkami rabunkowego eksploatowania Ziemi.

Autorka opowiedziała nam historie trzech osób: Wiliama żyjącego w Anglii w połowie XIX wieku, Georga mieszkającego w USA na początku XXI wieku i Chinki Tao z 2098 roku.

Jest to więc powieść historyczno - futurystyczna z elementami współczesności.

Losy bohaterów spajają pszczoły odgrywając w ich życiu ogromną rolę.

William - jest niespełnionym naukowcem w depresji spowodowanej przymusem utrzymania wielodzietnej rodziny. Z psychicznego dołka wyciąga go pomysł zbudowania nowoczesnego ula. "Bez pasji jesteśmy niczym".

George - pszczelarzem marzącym o przekazaniu farmy jedynemu synowi Tomowi, który nie chce spełnić ojcowskich oczekiwań.

Tao - ciężko fizycznie pracującą kobietą przy zapylaniu drzew owocowych. Mimo, że jest zdolna i chciała się uczyć. Marzy o lepszym losie dla synka. "Bez wykształcenia jesteśmy niczym. Bez wykształcenia jesteśmy zwierzętami".

Wszyscy troje opowiadają swoje doświadczenia w pierwszej osobie, ich imiona noszą kolejne rozdziały.

Około roku 2040 na Ziemi była Zapaść, wojna światowa podczas której wyginęły wszystkie pszczoły. Co spowodowało klęskę nieurodzaju i konieczność ręcznego zapylania kwiatów.

Poradzono sobie z tym tylko w Chinach.

Śledzimy więc jednocześnie historię bohaterów i pszczół przy okazji dowiadując się jak wyglądały ule w XIX wieku i w jaki sposób je unowocześniono ? na tym polu zasłużył się też Polak Jan Dzierżon z którym koresponduje William.

Ule dzielą się na stacjonarne i wędrowne - takie stosuje George.

Jednak bezmyślność ludzi doprowadza do wyginięcia tego pożytecznego owada.

I to co nas może czekać opisała Lunde w części poświęconej Tao. A jest to wizja apokaliptyczna.

Wszystkim bohaterom autorka nie oszczędziła złych doświadczeń, aby czytelnika przekonać do dbania o naszą planetę.

To książka o miłości matki do syna, o przedmiotowym traktowaniu dzieci przez rodziców, o pasji prowadzącej do pozytywnego rezultatu ale i o rozczarowaniu jakie często niesie życie rodzinne czy nawet najcięższa praca i poświęcenie.

Na koniec ciekawostka - Kupidyn (Amor) maczał groty swoich strzał w miodzie.

Polecam.

 

 

sobota, 27 maja 2017

 

Judy Blume – Koleje losu, Wydawn. Zysk i Ska, 2016

 

WSTĘP: „Koleje losu nie muszą być złe. Zdarzają się też dobre”.

O autorce:

Judy Blume urodziła się 12 lutego 1938 roku. Dorastała w Elizabeth, New Jersey. Ukończyła New York University. Napisała 28  książek, większość dla dzieci i młodzieży.

Porusza w nich takie tematy jak: rasizm, seksualność, rozwody, z tego powodu miała problemy z cenzurą w bibliotekach szkolnych i z religijną prawicą.

Jest założycielką i honorowym prezesem organizacji pomagającej dzieciom „The Kids Funds”.

Otrzymała medal za wybitny wkład w literaturę amerykańską.

O książce:

„Koleje losu” autorka spięła klamrą czasową – książka zaczyna się i kończy w 1987 roku gdy odbywa się spotkanie świadków katastrof:

„Tamta zima połączyła nas na zawsze”.

W części środkowej opowiada o losach mieszkańców miasteczka Elizabeth, w którym dorastała autorka. Na ich życie a nawet zdrowie wpłynęły trzy katastrofy lotnicze jakie zdarzyły się na początku lat 50-tych ubiegłego wieku, w niewielkich odstępach czasu, na lotnisku Newark leżącego blisko Elizabeth.

Judy Blum pamięta te zdarzenia i przenosi nas w ten czas i miejsce. Pierwsza katastrofa zdarza się przed świętami Bożego Narodzenia.

 Od 17 grudnia dziennikarz Henry Ammerman  w gazecie „Elizabeth Daily Post” opisuje tragiczne wydarzenia.

 Za pomocą bohaterów powieści autorka przedstawia różne postawy mieszkańców wobec tragicznych zdarzeń.

Główną bohaterką jest nastolatka Miri Ammerman, nieślubna córka Rusty, wnuczka Irene i siostrzenica Henry`ego.

Mieszkają razem, dość zgodnie i wygodnie. Rusty dojeżdża do pracy w Nowym Jorku, Irene jest konsultantką firmy kosmetycznej.

Autorka od początku wprowadza wiele postaci i można się trochę wśród nich pogubić.

Krótkie rozdziały zatytułowane są imionami bohaterów pierwszo i drugoplanowych: Miri, Rusty, Irene, Henry, Mason, Ruby, Christina, Daisy, Kathy.

Przedzielają je teksty napisane przez Henry`ego, nie tylko o katastrofach ale i zdarzeniach politycznych lub o  życiu gwiazd kina.

Judy Blum przybliża czytelnikowi  tamten czas za pomocą dokładnego opisu strojów, zwyczajów towarzyskich i rodzinnych, podaje tytuły przebojów, nazwiska piosenkarzy, tytuły  filmów i jacy aktorzy w nich grali. Oraz tytuły gazet , nazwy gumy do żucia i markę papierosów.

To wielowątkowa książka o dojrzewaniu, pierwszych miłosnych zauroczeniach, traumie po tragicznych przeżyciach prowadzącej do choroby psychicznej, karierze dziennikarskiej zbudowanej na opisywaniu katastrof. O pozornie szczęśliwych rodzinach i przestrzeganiu zasady, że wiązać się należy tylko wśród swoich – Żydzi z Żydówkami, Grecy z Greczynkami, Irlandczycy z kobietami swojej narodowości. O seksie i sposobach zapobiegania ciąży. I o zdradach małżeńskich. O przemocy w rodzinie. I o chorobie polio na którą nie było jeszcze lekarstwa. Nie zabrakło też postaci gangstera.

 A także o pozamałżeńskim macierzyństwie. Miri zadaje sobie pytanie:

„Czy dorośli bywali kiedyś szczerzy wobec dzieci?”.

Wtedy „Żyli w świecie, w którym dzieci, nawet nastolatki chroniło się przed prawdą dla ich dobra. Dlatego nic im się wtedy nie mówiło”.

Po tragicznych wydarzeniach Elizabeth nazwano miastem katastrof lotniczych. Nie brakowało też ludzkich. Ale zgodnie z hollywoodzką tradycją mamy happy end, bo w końcu prawie wszyscy żyją długo i szczęśliwie.

Polecam.

 

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 75
O autorze
Tagi
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Dodatki na bloga
”znaczek