O mnie, o książkach, filmach, wystawach, kolażach i dress-party z poczuciem humoru, niekiedy sarkastycznie a nawet złośliwie.
sobota, 20 maja 2017

W ramach reorganizacji i unowocześniania sieci bibliotek publicznych polegającej głównie na zamykaniu kilku filii i tworzeniu jednej dużej powstała nowa placówka na dworcu. Zlikwidowano tę przy ulicy Hercena, a przy Zielińskiego się ostała. Cud jakiś.

Dworcowa to kolejna, po Graficie, "zapchajdziura", czyli pan kazał, sługa musi. Bo żaden przedsiębiorca nie chciał się wprowadzić do lokalów na pierwszym piętrze dworca. Powody tej decyzji są na pewno poważne.

Wiedziałam, że ta biblioteka mieści się na pierwszym piętrze, więc przeszłam cały parter z zadartą głową szukając dużego napisu BIBLIOTEKA. Nie znalazłam i wcale nie dlatego, że miałam operowane oko. W dolnym holu też nie ma żadnego napisu, strzałki, baloników na druciku pozostałych po hucznym (chyba, nie byłam) otwarciu nowego obiektu.

Projektant przebudowy dworca tak to wymyślił, że z jednej strony holu (długiego przecież) są schody ruchome na górę, a z drugiej (odległej) w dół. Bezmyślna oszczędność czy brak profesjonalizmu? Normalnych schodów brak. To może chociaż drabinki sznurowe trzeba było umocować w kilku miejscach.

Przy schodach na dole brak informacji, dopiero na górze stoi tablica informacyjna.

Po wejściu do wnętrza biblioteki znowu są schody. Zapytałam jak sobie radzą z osobami niepełnosprawnymi. Jest winda, którą można wjechać. Sprawdźcie sami czy umieszczono tam informację o bibliotece.

Filia składa się z kilku pomieszczeń, na szczęście nie jest to hangar typu "Mediateka" czy "Grafit".

Wszystkie mają okna lub oszklone drzwi ale i tak mimo słonecznego dnia paliły się tam lampy.

Nad ladą biblioteczną jest wizerunek zegara - takie memento mori czy raczej: pamiętaj zwracać książki w terminie, bo ci naliczymy karę?

Regały, fotele, siedziska to ciemna szarość. Dobrze choć, że podłoga jest jasna. Wyjątkiem jest okrągła kanapa w dziale dziecięcym i nie rozumiem dlaczego wszystkie miejsca do siedzenia nie mogły być w takim przyjaznym kolorze:


 

Projektant wnętrz widocznie lubi jak jest na bogato, więc umieścił dwie kiczowate złote ozdoby:

 

Najbardziej podobały mi się tam drzwi (okna też są brązowe) i nie rozumiem dlaczego regały nie nawiązują do tej kolorystki:

Nad dużym stołem w dziale dla dzieci wiszą dwie lampy z motywem sztućców:

Czy jakiś król będzie tam wydawał obiady niekoniecznie czwartkowe?

Jeśli dział dla dzieci to sensowniejszy byłby motyw z bajki. Co proponujecie? Sierotkę Marysię, a może krasnoludki (nawiązując do licznie rozlokowanych w mieście), postać z wierszy Brzechwy, a może tuwimowską lokomotywę jako że biblioteka mieści się na dworcu?

Jedno z pomieszczeń to mała sala wystawowa, teraz są tam "Ikony popkultury"


Podsumowując - wszechobecny brak informacji bardzo utrudnia dotarcie do biblioteki. Czy to działanie celowe? W przypadku "Grafitu" było podobnie.

Żaden podróżny czekając na pociąg do biblioteki nie trafi. Może właśnie o to chodzi? 




sobota, 13 maja 2017

Po ostatnich dość smutnych wpisach dziś parę anegdot z życia artystów polskich:

KTO bardziej znany

Kasi Nosowskiej, która zdobyła popularność z grupą Hey, trudno jest zachować anonimowość. Nawet zmiana koloru włosów na miedziany niewiele dała. Gdziekolwiek się pojawiła, skupiała wokół siebie wianuszek fanów.

- Może założę maskę Kaczora Donalda - rzekła do swojego chłopaka. Może wtedy spokojnie sobie pospacerujemy.

- Sądzisz, że jest on mniej znany od Ciebie? - zapytał kąśliwie ukochany.

****************************************************************************************

Fachowa pomoc

Adam Hanuszkiewicz, reżyser, pożar Teatru Narodowego traktował jako osobisty dramat. Otuchy dodawała mu wtedy spontaniczna chęć pomocy życzliwych ludzi.

Bardzo rozrzewnił go przechodzień, który zaczepił go na ulicy.

- Chętnie pomogę - tłumaczył. Każda para rąk się przyda.

- A kim pan jest z zawodu? - zapytał reżyser.

- Ginekologiem położnikiem - odpowiedział z dumą.

*******************************************************************************************

Magia nazwiska

Miłośnicy kabaretu pamiętają zapewne skecz w wykonaniu Fronczewski - Pszoniak, w którym ten drugi , odgrywając rolę gruzińskiego studenta, nijak nie mógł przedstawić się profesorowi, bo nazywał się Awas. I tak też odpowiadał na pytanie, jak go nazywają. 

Profesor mówi:

-Mnie nazywają Iwanowicz, a was?

I dialog trwa.

********************************************************************************************

Za późno

Popularny piosenkarz i showman Andrzej Rosiewicz znany jest z tego z tego, że nie lubi chodzić do lekarzy. Kiedyś jednak musiał.

W czasie badania lekarz zadaje mu rutynowe pytania:

- Palił pan?

- Nie - odpowiada Andrzej.

- Pił pan?

- Ależ skąd!

- To szkoda - wzdycha lekarz, bo teraz już pan nie może...




18:12, alodia1949 , różne
Link Komentarze (6) »
sobota, 06 maja 2017

Byłam dzisiaj na pogrzebie koleżanki bibliotekarki.

Pracowałyśmy w jednej firmie, w ostatnich latach z obrzydzeniem. Do tego stopnia, że Ona odeszła na emeryturę dwa lata prze ukończeniem 60 lat. 

Była dwa lata ode mnie młodsza.

Mieszkałyśmy na sąsiednich osiedlach. Utrzymywałyśmy prawie codzienny kontakt - mailowy lub telefoniczny. Osobisty trochę rzadziej.

Gdy miała ochotę uczestniczyła w organizowanej przeze mnie giełdzie, wtedy mi pomagała. 

Także w organizowaniu i prowadzeniu "Biblioteki sąsiedzkiej".

Brała też udział w sesji fotograficznej "sleeveface" tam organizowanej.

Gdy byłam ostatnio w szpitalu pojechała do mojego mieszkania, aby wziąć ładowarkę i przywieźć mi ją wieczorem.

I tak dalej.

Była skryta, więc nie życzyłaby sobie, abym pisała o Jej prywatności.

Odejście bliskiej osoby czyni nasze życie uboższym, a nawet kalekim.

Zmarła 1 maja a ja każdego następnego łapałam się na myśli: o tym muszę koniecznie Krysi opowiedzieć lub napisać.

I komu teraz będę zawracać głowę swoją codziennością?

Chciała mieć fiołki afrykańskie, od lata zeszłego roku wsadzałam listki tego kwiatka (pozyskane tu i ówdzie) i niedawno powiedziałam, że mam dla niej kwitnący różowo. A następne gdy zakwitną.

Komu je teraz podaruję?

Za Kochanowskim mogę napisać: wielkieś mi uczyniła pustki tym zniknieniem swoim.

Nigdy się z tym nie pogodzę.


18:21, alodia1949
Link Komentarze (10) »
poniedziałek, 01 maja 2017

 

Dorota Karaś – Cybulski. Podwójne salto. Wydawn. Znak 2016

 

WSTĘP: „…ja nie mogę nigdzie zagrzać miejsca. Jestem ciągle w podróży, większość czasu spędzam w pociągu”.

O autorce:

 Dorota Karaś  jest dziennikarką gdańskiego oddziału "Gazety Wyborczej". Współpracuje z "Wysokimi Obcasami" i "Dużym Formatem". Jest autorką książki "Szafa, czajnik, obwodnica. Rozmowy z obcokrajowcami".

O książce:

Jest powiedzenie, że wybrańcy bogów umierają młodo. Tak było ze Zbigniewem Cybulskim, nazywanym polskim Jamsem Deanem. Obaj zginęli młodo i tragicznie, jeden za szybko jechał, drugi za późno wskoczył do pociągu.

Tak też autorka zatytułowała pierwszy rozdział swojej książki – „Pociąg”.

Nie opisuje w nim wypadku na dworcu, jak to naprawdę było  dowiemy się dopiero, od naocznego świadka, na końcu książki.  

Aktor żył w PRL-u i ta rzeczywistość miała ogromny wpływ nie tylko na życie ale i na pogrzeby obywateli. A Cybulski miał aż dwa.

Każdy z rozdziałów nosi, bardzo dobrze wybrany, tytuł filmu w jakim grał bohater. Nie zawsze  te najważniejsze.

W drugim nazwanym „Milczenie” poznajemy losy rodziny aktora. Przemilczane w jego oficjalnych biografiach (bo PRL) i przez niego samego.

Czytamy: „…wojna zniszczyła Zbigniewa: poharatała rodzinę, zabrała miejsce, w którym się urodził, zostawiła niegojącą się ranę”.

Następne rozdziały to „Koniec nocy”, „Trzy starty”, „Pokolenie”, „Cała naprzód”, ”Niewinni czarodzieje”, „Popiół i diament”, „Kochać”, „Giuseppe w Warszawie”, „Ich dzień powszedni”, „Rozwodów nie będzie”, „Salto”, „Pociąg” (II).

Pod tytułem każdego rozdziału jest krótki fragment listu od wielbicieli. Nie są w nich tylko wyrazy uznania ale i prośby o zdjęcie, autograf, radę jak zostać aktorką,  nawet o pieniądze.

Autorka relacjonuje życie Cybulskiego chronologicznie opierając się na dokumentach, wywiadach, rozmowach z rodziną, znajomymi, aktorami, którzy z nim występowali.

Życie aktora można podzielić na kilka okresów ale dla miłośnika jego talentu dwa są najważniejsze: gdański i warszawski. Jawią się w nich dwa zupełnie odmienne oblicza Cybulskiego.

W czasie pobytu w Gdańsku jest bardzo twórczy i to na kilku polach – pisze teksty, scenariusze, organizuje przedstawienia, jest reżyserem, konferansjerem, występuje jako aktor. Jest zorganizowany i punktualny. Zupełne przeciwieństwo Zbyszka (jak go wszyscy nazywali) z okresu warszawskiego.

Dowiecie się dlaczego tak się stało i co wpłynęło na zmianę osobowości aktora.

Także jakie miał fobie, natręctwa, kompleksy i życie prywatne, małżeństwo, trudności lokalowe i jak spisywał się w roli ojca.  Oraz jak to wpłynęło na życie oraz charakter syna Maćka.

„Kiedy wychodził i zamykał za sobą drzwi , zapominał, że ma dom. …on się w domu po prostu źle czuł”.

 Przeczytamy o ciągłym borykaniu się z brakiem pieniędzy. O jego odpowiedzialności za rzeszowskie i kieleckie.

O tym, że chciał, aby wszyscy go kochali.

Co to były „zastrzyki optymizmu” i dlaczego na grobie położono mu budzik.

Mówił o sobie: „Jestem nastrojowcem. Czasami interesuje mnie miłość dwojga ludzi, czasem planeta Mars, kiedy indziej kulawy pies czy też to, że w ogrodzie botanicznym przemarzły kaktusy”.

Książkę kończą wspomnienia różnych osób, które opowiadają swoje ostatnie z aktorem spotkanie.

Zawiera też „Kalendarium życia i twórczości”, źródła ilustracji, indeks osób oraz podziękowania.

Polecam.

 

sobota, 22 kwietnia 2017

 

Oj, przeplata mi on, przeplata.

We wtorek dostałam wiadomość, że jedna z koleżanek nie żyje.

W środę byłam u dentystki – usunęła kawałek (zęba, plomby?) powodujący ból przy gryzieniu jedzenia.

I podpiłowała protezę bardzo agresywnie działającą na jedno miejsce dziąsła.

Poprzednią robiła kobieta, obecną mężczyzna – i to widać. Kobieca była delikatniejsza.

W czwartek inna koleżanka pytała telefonicznie, jako tę doświadczoną, co ma zabrać do szpitala,

bo dostała skierowanie.

Tego też dnia nastąpiła druga kontrola mojego operowanego oka (otwór w plamce oka i zaćma – jak w szamponie: dwa w jednym, piany nie było ale szczypanie a i owszem).

O organizacji oddziału już pisałam, więc się nie będę powtarzać.

Tylko napiszę, że (jak wszędzie) wszystko zależy od ludzi. Głównie chyba od ordynatora. W tym samym szpitalu byłam operowana na innym oddziale i wszystko poszło o wiele sprawniej.

Na badanie  polecono mi się stawić na godz. 13-tą ale połączenie mam takie, że albo jestem na miejscu dużo wcześniej albo z opóźnieniem.

Wybrałam wersję pierwszą.

Diabeł stróż mój jest w pełni swoich sił mataczących. Czasem tylko anioł stróż miesza mu szyki.

Gdy doszłam do przystanku widziałam, że na poprzednim jest autobus, którym dojeżdżam do miejsca przesiadkowego.

Jestem tam więc i widzę, że stoi, stoi, stoi. Opony go zabolały? Benzyny zabrakło.

Kierowca ma zawał? Nikt nic nie wie.

Naprzeciwko zaś następna niespodziewanka – zamknięto sklep spożywczy w którym wygodnie robiło się zakupy idąc od przystanku tramwajowego do domu.

Napisu wyjaśniającego nie ma. Remont, likwidacja, plajta?

Wreszcie autobus przyjechał. Na szczęście mój zegarek naręczny się spieszy, więc zdążyłam na następny.

Do szpitala także i jeszcze czekałam czytając pisemko „Retro”.

Zbadano mnie wielorako, powiedziano, że wszystko jest dobrze i zalecono stosowanie sztucznych łez.

Urażające oko szwy wyjęto – uff… Przez wiele dni miałam wrażenie jakby dwa ziarnka piasku tam były.

Pani chirurg powiedziała, że sokoła ze mnie nie dało się zrobić.

I tu przypomniała mi się taka jedna nauczycielka ze szkoły podstawowej nr 45,

która powiedziała, że przy mnie można spokojnie zostawić otwarte okno bo i tak nie wyfrunę.

Za zasługi została uwieczniona w jednym z moich opowiadań kryminalnych.

Gdy w szpitalu kazano mi czytać na tablicy okazało się, że litery falują, falują…

Tekst pisma też tak się zachowuje w środku i po bokach. Nie podoba mi się to.

Siatkówka ma zdrowieć przez pół roku.

Mogę już sprawić sobie okulary z nowymi szkłami. W starych nie bardzo mogę czytać.

Wizyta u optyka w poniedziałek nastąpi.

Mogę też chodzić na masaże kręgosłupa, aby tylko nie urażać oka i okolic.

W piątek  zakończyłam zakrapianie się kroplami cztery razy dziennie, już nie będę zależna od dźwięku budzika.

A i on pewnie miał mnie już dosyć.

Za to przylepianie osłonki spowodowało bolesny uraz skóry na policzku, pewnie od odrywania plastra.

To go psikam oxycortem. Policzek.

W szpitalu na tym oddziale już w tym roku nie chcą mnie widzieć. Zapisana jestem na operację zaćmy prawego oka ale termin jest śmieszny.

Piątek też był rozrywkowy. Wodno-telefoniczny.

Zdążyłam się umyć gdy okazało się, że krany mają suszę.

Zadzwoniłam do administracji – w dziale technicznym nic nie wiedzieli. Ja pierwsza poinformowałam o awarii.

Pracownik poprosił, abym zapytała sąsiadów o wodę a sam obiecał, że zadzwoni do wodociągów.

Wzruszyłam się jego łaskawością.

Jedna sąsiadka miała, wodę, druga nie ale powiedziały, że przed bramą jest wykop i robotnicy.

Od administratora dowiedziałam się, że była awaria ale woda zaraz będzie. Nie tak zaraz ale była … tylko ciepła.

No to wybrałam ulubiony numer, na co znudzony moją namolnością pracownik adm-u polecił zadzwonić na pogotowie wodne.

Co zrobiłam w wyniku czego dowiedziałam się, że jeśli zakręcają wodę to obie wersje. Czyli ktoś to zrobił w naszym w budynku.

Jak zareagowałam? Tak! Wybrałam ulubiony numer działu technicznego w adm. Zmęczony moją przedsiębiorczością pracownik powiedział, że nie ma kogo wysłać, bo ich hydraulik jest na zwolnieniu. Na co ja, że sama nie zejdę do piwnicy i nie będę zaworu odkręcać przecież. Obiecał zadzwonić do awaryjnego hydraulika, który miał się ze mną skontaktować.  I rzeczywiście to zrobił. Odłożyłam słuchawkę i poszłam sprawdzić co w kranie piszczy. Poleciała zimna woda. Kran zakręciłam, wizytę hydraulika odkręciłam.

Na skrzynkę mailową dostałam z Poczta Polska S.A. informację, że jest do mnie 30-to kilogramowa paczka. Ani od kogo, ani co tam w niej jest. Wczoraj, że paczkę dostarczą mi 21.04. czyli wczoraj. Co nie nastąpiło. Czy to kolejny sposób na  naciąganie?

Teraz czekam na jakieś miłe wydarzenia. Należą mi się – prawda?

 

 

niedziela, 09 kwietnia 2017

 

W holu głównym przywitał mnie wolno przechadzający się rudy kot.

Ale jakby ktoś miał złudzenia, że mój diabeł – stróż mi odpuścił to się grubo myli.

Oto dowody:

Termin zgłoszenia się do szpitala na operację otworu w plamce oka połączonej z wymianą zaćmionej soczewki wyznaczono mi na wtorek 28 marca godzina 7 rano, na czczo. Wcześniej należało zaopatrzyć się w pampersa i osłonkę na oko.

Przed punktem przyjęć o godz. 6,40 już czekał tłum. Na szczęście potem okazało się, że niektórzy byli  osobami odprowadzającymi.

Przy biurku pani z komputerem usłyszałam, że niepotrzebnie przyszłam tak wcześnie, mogłam na godzinę dziesiątą. Jak miło!

W komputerze widniała inna data mojego zgłoszenia  - mianowicie 8 marca. Na szczęście istnieją telefony, urzędniczka zadzwoniła na oddział,  ktoś wpisujący zgubił cyfrę 2.

To już dwa dowody. Ulubiony ciąg dalszy poniżej.

Na oddziale okulistycznym okazało się, że dla mnie i paru innych nowych pacjentów nie ma wolnych łóżek. Była ósma rano. Siedzieliśmy na korytarzu o głodnym  pysku. Na szczęście miałam ze sobą wodę. Oraz „Przekrój”. Do operacji przeczytałam cały, a potem jeszcze dokupiłam inne pismo. Nie polityczne, bo od takiego oślepłabym na zawsze.

W przerwach zastanawiałam się czy nas położą po dwie osoby na jedno leże i kto mi się trafi jako towarzyszka niedoli.

Przy stanowisku pielęgniarek usłyszałam, że operację mam jutro, więc mogę jeść. To dlaczego kazano mi przyjść na czczo? Przepływ informacji mają  jak w plemionach pierwotnych bez tam-tamów.

O godzinie 10, 30 przydzielono mi miejsce na sali ale… bez łóżka. Było powiedzieć, abym przyniosła karimatę.

Przy ważeniu i mierzeniu okazało się, ze mam 163 cm wzrostu choć cale życie miałam 162. Nawet miarki wzrostu w PRL-u kłamały?

Posiłki załatwię jednym blokiem:

Okazało się, że w dniu przyjęcia na oddział śniadanie i obiad nie przysługują. Łaskawie dano mi talerz krupniku. Gdybym wiedziała zabrałabym ze sobą coś konkretnego.

Na korytarzu stoi baniak z wodą, można tam nabrać zarówno zimnej jak i gorącej, zdatnej do zaparzenia herbaty na smyczy i kawy rozpuszczalnej. Kubki papierowe też tam są. Dobrze, że zabrałam saszetki i kubek. Zapomniałam o sztućcach. Obsługa pojemnika jest prosta pod warunkiem, że wie się co i jak.

Rano kawa z mlekiem, chleb, ser biały, niby masło. Wieczorem chleb, wędlina i herbata -  niezbyt słodka – pani podająca stwierdziła, że cukrownie zamknięto, ha, ha, ha. Dobra jest odrobina humoru w każdej sytuacji.

Ogólnie wyżywienie jest na stołówkowym poziomie. Da się zjeść.

W salach są trzy lub cztery łóżka, szafki - niestety nie mają klucza, a na dyżurce pielęgniarek wisi kartka, że należy pilnować swoich rzeczy, bo zdarzają się kradzieże. Dlatego oddział jest zamknięty oprócz godzin przyjęć nowych pacjentów.

W salach są też umywalki ale bez lustra. Aby pacjenci nie przerazili się swoim wyglądem?

Nie ma problemu z utrzymaniem higieny. Na 7 sal (x 4 osoby) są 3 łazienki z kabinami prysznicowymi, w tym dwie z wc, osobno też wc.

Przy rejestrowaniu się na oddziale pielęgniarki rysują flamastrem duży iks nad okiem. Przypomniała mi się pieśń Okudżawy:

Więc by się czerwienić nie musiał kto kiep
By mógł rozpoznawać swój swego

Każdemu mądremu stempelek na łeb
Przybiło się razu pewnego

Dnia następnego miałam być operowana. Pierwsza poszła seniorka starsza ode mnie, ja miałam być po niej. Czekałam i czekałam, czekałam i nie denerwowałam się, bo poprzedniego dnia przytomnie poprosiłam lekarkę o lek uspakajający pomna swych doświadczeń sprzed kilku lat.

Po czterech (!!!) godzinach seniorka wróciła a wkrótce potem okazało się, że będę operowana jutro. Czas obiadu już minął! Zgłosiłam to pielęgniarce na co usłyszałam, że nie jest kucharką. To poszłam coś zjeść do baru.

A jak wróciłam prawie zimny obiad  czekał na szafce. Wzięłam więc tylko kotleta i zawinęłam w papierowy ręcznik. Okazał się przydatny na kolację, bo wędlinę podano bardzo nastrzykniętą wodą, czyli mało pyszną.

Dodatkową atrakcją inaczej była rozładowująca się komórka, oczywiście ładowarki nie wzięłam. Nastąpiła więc akcja pt. koleżanka - sąsiadka z kluczami – ładowarka – taksówka – szpital.

W czwartek nadejłsza wiekopomna chwila, czyli czas na operację. Poszłam (w niebieskim szpitalnym, jednorazowym chałacie i majtkach-pampersie) na salę gdzie pani anestezjolog miała na głowie czepek w koty. Za to silnej postury młodzieniec walił mnie po dłoni mocno zbyt, aby ujawniła się żyła do wpięcia wenflonu, bo poprzednie miejsce bolało.

Po dwóch godzinach przywieziono mnie na salę. Operacja się udała, pacjentka żyje – taki komunikat nadałam sms-em do znajomych.

Na jednym przegubie miałam opaskę z numerem pacjenta, a na drugiej szeroką żółtą z napisem ALCHIMIA, co oznacza, że w oku mam gaz i nie wolno mi latać samolotem.

Pacjenci na oddziale są często zakrapiani (niealkoholowo), a w dodatku tacy jak ja jeszcze na gazie. Teoretycznie wesoło.

W piątek okazało się, że tak solidnie wykonałam lekarskie polecenie spania na brzuchu aż na oku operowanym narosła mi błonka, którą należy ściągnąć.

Tego mi tylko było potrzeba do szczęścia! Bo operacja odbyła się w nieczuleniu ogólnym a ten zabieg w miejscowym. W trakcie rozmawiałam z panią chirurg, zapytałam czy też ma taki ładny czepek jak pani usypiająca? Usłyszałam, że używa jednorazowego, bo w zielonym jej do twarzy. 

Napiszę krótko -  ten zabieg nie był miłym doświadczeniem.

A propos niemiłych chwil. W szpitalu najgorszy jest stres, ból i … chrapanie współpacjentów. Dwa pierwsze można wyeliminować lekami, chrapaczy nic nie zdoła pozbawić tej przypadłości.

Tak więc pierwszej nocy nie spalam, drugiej tylko 4 godziny, trzecia była najgorsza. Większość czasu spędziłam na korytarzu – nie dało się wytrzymać. Należy albo chrapaczy umieszczać na wspólnej sali, albo dawać niechrapiącym zatyczki do uszu.

Z powodu oka na gazie widzę tylko na jedno. Czytać się nie da.

Zapisano mi 4 rodzaje kropli do stosowania 11 razy na dobę, od siódmej rano (nastawiam budzik) do 21-wszej oraz maść. Na noc przylepiać należy plastikową osłonkę, aby go nie urazić.

Byłam już na badaniu kontrolnym, podobno dobrze się goi. Gaz w postaci bańki (widzę jakby dużą kroplę wody) dopiero po tygodniu zaczął powoli, powoli osuwać się w dół.

Dziękuję Joannie W. za transport, zupę, chleb i wniesienie bagaży oraz zakupów do domu. Krysi za ładowarkę. Sąsiadkom za zupę i gołąbki. Znajomym za pamięć i chęć pomocy. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

poniedziałek, 03 kwietnia 2017

Byłam w szpitalu na operacji oka, bo miałam otwór w plamce oka  http://www.kcmclinic.pl/pl/dla-pacjentow/poradnik,29,co-to-jest-witrektomia,395.chtm. W pakiecie usunięto mi zaćmę.

Dokładnie opiszę sprawę gdy będę już sprawna, bo na razie nic nie widzę na lewe oko. Zakraplam je 11 razy dziennie od 7 rano do 21-szej. Budzik nastawiam, aby nie zapomnieć.

Jutro idę do kontroli - okaże się, że operacja się udała, czy wymaga powtórki.

sobota, 25 marca 2017

 

Johan Theorin – Zmierzch. Wydawn. Czarne 2014

WSTĘP: „…co się stało we mgle tamtego dnia?”

O autorze:

Johan Theorin urodził się w Goteborgu, w 1063 roku. Jest pisarzem i dziennikarzem. Za swoją twórczość otrzymał wiele nagród  m.in. Szwedzkiej Akademii Kryminału za „Zmierzch” i „Szklany Klucz”.

W Polsce  Wydawnictwo Czarne wydało w ramach „Serii ze Strachem”:

·         2007 -  Zmierzch przekł. Anna Topczewska, Wołowiec 2008)

·         2008 - Nocna zamieć przekł. Bogumiła Ratajczak, Wołowiec 2010)

·         2010 - Smuga krwi, przekł. Barbara Matusiak, Wołowiec 2012)

·         2011 - Święty psychol przekł. Barbara Matusiak, Wołowiec 2013)

O książce:

Tytuł „Zmierzch” kojarzy się czytelnikowi z wampirami. Na szczęście Theorin woli pisać kryminały.

Akcja powieści toczy się na wyspie Olandia, która leży  na Morzu Bałtyckim, położona jest blisko brzegu przy południowo-wschodnim krańcu Szwecji i oddzielona od stałego lądu Cieśniną Kalmarską. Jest drugą co do wielkości (po Gotlandii) wyspą tego kraju.

Narracja zaczyna się od zaginięcia we wrześniu 1972 roku kilkuletniego Jensa Davidssona, syna Julii, która po dwudziestu latach nie może się z tym faktem pogodzić. Utrata dziecka wpłynęła destrukcyjnie na jej życie, kobietą rządzi przebyta trauma.

„Czarna dziura rozpaczy, w którą ona wpadała coraz głębiej nie dbając o życie”.

Bohaterów książka ma kilku, każdy z nich jest dobrze opisaną postacią wnoszącą coś ważnego  do sprawy wyjaśniania zaginięcia chłopca.

Współcześnie jego dziadek Gerlof, mieszkaniec domu dla seniorów otrzymuje pocztą dziecięcy sandał. I postanawia wyjaśnić co naprawdę stało się z wnukiem. Dzwoni więc do córki, która przyjeżdża i zamieszkuje w Stanvik, w pustym rodzinnym domu.

Widać, że pisarz zna osoby w zaawansowanym wieku, bardzo przekonująco opisuje kłopoty Gerlofa ze zdrowiem, głównie poruszaniem się.

„W końcu gdy człowiek jest już dosyć stary, tak naprawdę chodzi tylko o to, żeby znaleźć się w spokojnym, swojskim miejscu, w towarzystwie ludzi, których się lubi”.

Mimo to senior wplątuje się w wyjaśnianie kto zabił jego przyjaciela, bo życie w domu opieki jest nudne.

Zawodowo Gerlof był marynarzem i przewoził ze Smalandii na Olandię drewno, a w czasie II wojny pracował jako pilot.

Julia jest pielęgniarką na ortopedii ale ma depresję, za dużo pije i często jest na zwolnieniu lekarskim.

Oprócz nich ważną postacią powieści jest Nils Kant, najlepiej czujący się na wrzosowisku gdzie codziennie poluje na zające a nawet na ludzi.

Opis tej krainy niektórych znuży, a innych zachwyci.

Nils czuje się stworzony do wielkich rzeczy ale nikt go nie docenia co powoduje jego wielką frustrację i drastyczne zachowania.

Poznajemy jego życie dzięki wielu retrospekcjom. I nie jest to postać pozytywna. Przypisuje się mu bowiem śmierć brata, niemieckich żołnierzy, policjanta. Także podpalenie łodzi.

„Człowiek, który na Olandii z czasem stanie się przyczyną wielkiego smutku i strachu…”.

Akcja przenosi się wraz z Nilsem z Olandii na Smalandię a potem na Kostarykę przedstawiając różne okresy jego bytu.

Mamy też śmierć kamieniarza Ernesta.

Zagadek jest kilka – jak i czy zginął Jens. Kto zabił Ernesta, a kto przysłał sandał? Czy Nils Kant naprawdę nie żyje? Kto zabrał zakopane na alvarecie klejnoty? I jaką tajemnicę kryje pewne zdjęcie.

Wyjaśnia się to dopiero pod koniec książki.

Autor i tłumacz nie podają co to jest snus zostawiony w pustym domu rodziny Kant:

Snus  to popularna w Szwecji, Finlandii i w Norwegii używka, sporządzana na bazie tytoniu. Postacią przypomina sprzedawaną w Polsce tabakę, jednak w odróżnieniu od niej zażywana jest doustnie przez umieszczenie jej za dolną lub górną wargą, skąd następuje wchłanianie nikotyny.

Polecam książkę, nie używkę.

sobota, 18 marca 2017

 

„Pokot” reż. Agnieszka Holland (na podstawie powieści Olgi Tokarczuk „Prowadź swój pług przez kości umarłych”)

Agnieszka Holland nazwała ten film "feministyczno-anarchistycznym eko-thrillerem z elementami czarnej komedii".

Akcja filmu jest oparta na silnych kontrastach. Spokojnej pięknej przyrodzie w różnych porach roku przeciwstawiono okrutnych, bezwzględnych, egoistycznych ludzi – głównie mężczyzn.

To członkowie koła myśliwskiego, a między nimi: ksiądz (Marcin Bosak), Prezes (Andrzej Grabowski), chamski i okrutny właściciel fermy lisów (Borys Szyc), komendant policji.

Główną bohaterką jest Janina Duszejko (Agnieszka Mandat), wegetarianka, astrolożka, która ma za sobą karierę budowniczego mostów na Bliskim Wschodzie. Teraz żyje w Sudetach z dwoma sukami i uczy języka angielskiego w szkole. To archetyp mścicielki.

Duszejko szuka sojuszników w walce z okrucieństwem wobec braci mniejszych ale nawet u księdza nie znajduje zrozumienia. Argumentuje on, że zwierzęta nie mają duszy a człowiek ma sobie ziemię czynić poddaną.

Policjant  zaś jest finansowo uzależniony od biznesmena.

Mieszkańcy  uważają kobietę za wariatkę. Nikogo nie obchodzi los nie tylko zwierząt ale wszystkich słabszych istot.

Takimi są w filmie dziewczyna nazwana Dobra Nowina (Patricia Volny – córka Jacka Kaczmarskiego) i Dyzio świetny informatyk (Jakub Gierszał).

Przyroda się mści i okrutnicy zaczynają ginąć. Duszejko twierdzi, że to zwierzęta zabijają. Ale czy to prawda?

Myślistwo to symbol bezkarnej przemocy usankcjonowanej prawem i tradycją, w dodatku ilość ofiar jest powodem do dumy i robienia sobie zdjęć pamiątkowych nad zwłokami zwierząt.

Przewijająca się przez film pieśń „Pojedziemy na łów” (z XVII wieku) radośnie zachęca do zabijania:

Pojedziemy na łów, na łów, 
towarzyszu mój.

Na łów, na łów, na łowy 
Do zielonej dąbrowy, 
towarzyszu mój!

Aż tam biegnie zając, zając, 
towarzyszu mój.

Puszczaj charty ze smyczą, 
Niech zająca uchwycą, 
towarzyszu mój! 

W dalszych zwrotkach jest sarna i soból, a nawet panna.

To nie jest obraz idealny, bo reżyserka tak poprowadziła główną postać, że w swojej pasji i bezkompromisowości jest momentami denerwująca a nie przekonująca.

Klarowność narracji zaburza też wielość wątków i retrospekcje. A nadwrażliwych widzów może odstręczyć kilka okrutnych scen.

Z ciekawostek - na planie filmowym próbowano przekonać psy do lizania twarzy Duszejko za pomocą smarowania twarzy aktorki pasztetową i smalcem.

 

 

 

sobota, 11 marca 2017

 

Lisa Unger – Piękne kłamstwa, Świat Książki 2008

 

WSTĘP: „Co robicie, kiedy przekonacie się, ze fundamenty waszego życia zbudowane zostały z piasku i teraz walą się wszystkie ściany”?

O autorce:

 Lisa Unger urodziła się 26 kwietnia 1970 roku w New Heaven (USA) ale dorastała w Holandii, Anglii i New Jersey.

Ukończyła The New School for Social Research w Nowym Jorku.

Dziesięć lat pracowała w branży wydawniczej w tym mieście.

Przyszłego męża Jeffa Ungera poznała będąc na wakacjach na Florydzie. Zrezygnowała z pracy i przeniosła się na Florydę. Pod panieńskim nazwiskiem opublikowała cztery powieści kryminalne.

„Piękne kłamstwa” ukazały się drukiem w 2006 roku.

O książce:

Motto: „Że bez nazwiska był, bez nazwy zgoła – sierota quidam…” C.K. Norwid

Bohaterem wiersza Norwida jest człowiek poszukujący swojego miejsca w życiu, ktoś kto szuka też dobra i prawdy”.

Autorka od samego początku stosuje skuteczną metodę zainteresowania czytelnika dalszym ciągiem.

Zaczyna książkę od dwóch mocnych scen przerywając je w kulminacyjnym momencie. Jedna z nich toczy się w 1972 roku.

Główną bohaterką jest trzydziestoletnia Ridley Jones, dziennikarka pracująca jako wolny strzelec.

Mieszka w tanim ale miłym mieszkaniu (według autorki małym, bo ma 70 metrów kwadratowych) w niezbyt dobrej dzielnicy Nowego Jorku.

 Przy okazji poznajemy częściową topografię miasta i poznajemy różne fakty z nim związane – na przykład taki, że po II wojnie budowano tandetne domy dla weteranów na East Village (dzielnica na nowojorskim Manhattanie).

Bohaterka ma kochających rodziców i jedynym ale dość dużym cieniem w jej życiu jest brat, który nie poradził sobie z życiem.

Ridley ratuje na ulicy dziecko,  przypadkowy fotograf uwiecznia ten fakt na zdjęciu. Ukazuje się ono w prasie i powoduje lawinę zdarzeń.

Następny jest list od nieznajomego z pytaniem „Czy jesteś moją córką”? A przecież bohaterka wychowała się w dobrej rodzinie, jej ojciec jest lekarzem, który oprócz pracy zawodowej udziela się jako wolontariusz lecząc biedne dzieci.

Rodzice uspakajają Ridley twierdząc, że jest ich rodzoną córką.

Chętnie by im uwierzyła gdyby nie następne wydarzenia.

Bierze w nich udział autor pierwszego listu, przystojny sąsiad, którego hasło do laptopa brzmi: Quidam,

nieżyjący bogaty przyjaciel rodziny Max, były narzeczony, Zelda gospodyni budynku pracująca w pizzerii,

brat insynuujący niezgodność faktów z tym co mówią rodzice.

„W naszym życiu występują tytani, którzy mają ogromny wpływ na nasze dzieciństwo i na to kim się stajemy”.

Mamy też morderstwo, policjantów prowadzących dochodzenie i przesłuchujących opornych świadków.

Ridley na własną rękę próbuje rozwiązać zagadkę kim naprawdę jest, jaką tajemnicę skrywają rodzice, czy wujek Maks był rzeczywiście dobrym człowiekiem a jego fundacja „Na ratunek” szlachetna w swoim działaniu.

W trakcie jej działań okazuje się, że cale życie pływała w oceanie kłamstw.

„Ścieżka wiodąca do mojego starego życia była zamknięta i mogłam tylko posuwać się naprzód”.

Była lisem z łapką w potrzasku i jedynym wyjściem było sobie ją odgryźć.

Okazało się, że w jej rodzinie „Brzydkie albo niepokojące rzeczy są ignorowane. To taki mieszczański stereotyp”.

To książka o wyborach, poszukiwaniu własnej tożsamości i prawdy, która niekoniecznie wyzwala.

Ale i o tym jak dobry pomysł zamienia się w przestępczą działalność, bo przede wszystkim liczą się zyski.

Polecam.

 

 

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 75
O autorze
Tagi
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Dodatki na bloga
”znaczek