O mnie, o książkach, filmach, wystawach, kolażach i dress-party z poczuciem humoru, niekiedy sarkastycznie a nawet złośliwie.
poniedziałek, 22 listopada 2010

 

Zajrzyjcie na tę stronę: http://uslyszane-powiedziane-zapisane.blogspot.com/

obśmiałam się niemożebnie i strasznie mi się to spodobało.

Oraz zainspirowało.

Zakładam więc Teatrzyk "Kiełbie we łbie" trochę na powyższym blogu wzorowany, a odrobinę na polskim klasyku. Jakim - kto zgadnie?

Będę w tym teatrzyku przedstawiać scenki z życia własnego i cudzego. Parę wymyślę, proszę o typowanie -  które. Bardzo też proszę o maile z zabawnymi zdarzeniami, będę je tu prezentować w tej konwencji.

Teatrzyk "Kiełbie we łbie" 

   przedstawia:

     "Lolitę"

Występują:

Bibliotekarka Publiczna - BP

Czytelniczka Pytająca - CzP

Czytelniczka Czekająca - CzCz

CzP: czy jest "Lolita"?

BP głośno w stronę magazynu: Lolita ktoś do ciebie!

CzCz - dostaje ataku śmiechu

CzP - stoi bezradnie

Kurtyna grozi palcem i zapada.

****************************************************************

Teatrzyk "Kiełbie we łbie"

   przedstawia

    "Nitkę"

Bibliotekarka Publiczna - BP

Książka na półce - KnP

BP w kilka dni po objęciu filii bibliotecznej robiąc selekcję księgozbioru dochodzi do litery J, na grzbiecie jednej z książek widzi napis zrobiony przez poprzedniczkę: J. Jones "Cienka czerwona nitka".

KnP - spada na podłogę.

BP wątpi w swoją inteligencję i idzie do katalogu sprawdzić choć wie, że tytuł brzmi "Cienka czerwona linia". 

Kurtyna zapada powoli.

****************************************************************

Teatrzyk "Kiełbie we łbie"

     przedstawia

  "Porozumienie"

Czytelniczka Seniorka - CzS

Bibliotekarka Publiczna - BP

CzS - chciałabym jeszcze raz przeczytać książkę na której ołówkiem jest napisane powieść irlandzka. 

BP - a jaki ma tytuł?

CzS - nie pamiętam.

BP - a kto ją napisał?

CzS zniecierpliwiona - no, przecież mówiłam co tam było napisane.

BP - wychodzi na idiotkę.

Kurtyna rozkłada ręce.

**************************************************************

A poza tym w bibliotece nudno jest.

Ciąg dalszy nastąpi wkrótce.

niedziela, 21 listopada 2010

  To jest Krasnal o imieniu Życzliwek.

Światowy Dzień Życzliwości i Pozdrowień to święto, które można obchodzić nie robiąc nic szczególnego - wystarczy jeden uśmiech i kilka miłych słów. :) Pomysł Światowego Dnia Pozdrowień - World Hello Day narodził się jesienią 1973 r. w Stanach Zjednoczonych, w odpowiedzi na konflikt pomiędzy Egiptem a Izraelem. W następnych latach jego popularność rosła i obecnie można powiedzieć, że jest obchodzone na całym świecie.

Życzę Ci...

abyś kochał tam, gdzie się nienawidzi;
przebaczał tam, gdzie się znieważa;
jednoczył tam, gdzie kłótnia;
mówił prawdę tam, gdzie błądzą;
przynosił wiarę tam, gdzie grozi zwątpienie;
budził nadzieję tam, gdzie dręczy rozpacz;
zapalił światło tam, gdzie panuje ciemność;
obdarzał radością tam, gdzie mieszka troska.

św. Franciszek z Asyżu

Warto sobie powtarzać:

“Panie, daj mi siłę, abym zmienił to, co zmienić mogę; daj mi cierpliwość, abym zniósł to, czego zmienić nie mogę i daj mi mądrość, abym odróżnił jedno od drugiego.” – F. C . Oetiger

 

 

 

piątek, 19 listopada 2010

  Nie ma to jak wizyta w miejscu o dobrej aurze. Dzisiaj to był "Salonik Trzech Muz" przy ul. Zawalnej 7.

Obejrzałam wystawę Anny Raźnikiewicz "Papierowe marzenia" - powyżej zdjęcia. Są to roślinne kompozycje naklejone na papierze  czerpanym, witraże, lampiony i 2 obrazki z filcu. Oglądać je można w poniedziałki i piątki w godz. 16-20. Naprawdę warto.

  Poza tym ustaliłam termin styczniowego dress-party i mojej wystawy połączonej z wieczorem autorskim.

Poznałam tam panią Emilię Nowak, polonistkę i anglistkę, znawczynię rodzajów mąk (nie piekielnych :) i trunków typu ajerkoniak. Zapamiętałam, że do wykwintnych ciast należy używać mąki typu 320 bo jest najszlachetniejsza (z jednej tony ziarna otrzymuje się 320 kg mąki) czyli najbardziej oczyszczona. Ale i najmniej zdrowa. Wybór należy do nas.

Pani Emilia kolekcjonuje formy do ciast. Poza tym haftuje, robi koronki szydełkowe, pisze wiersze.

Wymieniłyśmy się komputerowymi przygodami (dzisiaj zawiesił mi się laptop i to wcale nie na lampie czy haku), ustaliłyśmy poglądy polityczne. Dwie panie z obecnych znają osobiście S. Piechotę i nie są o nim dobrego zdania. W mojej dzielnicy kandyduje kobieta z którą dawno, dawno temu chodziłam do szkoły. Jaka jest teraz? Lubię głosować na kobiety.

Tak więc WSZYSCY DO URN WYBORCZYCH w niedzielę się udajemy!

A w ramach ciszy przedwyborczej można poczytać wywiad ze mną:

http://www.infotuba.pl/styl_zycia/rozmowy_z_infutubowiczkami__alodia_a10518.xml

środa, 17 listopada 2010

  Nie spodziewajcie się, ze ten tekst będzie tylko o książce. Autorka była bibliotekarką publiczną, ja też więc temat mi bliski. 

Elzbieta Krzemińska z wykształcenia germanistka i muzyk, osoba ze zdolnościami plastycznymi oraz niespozytą energią przez 35 lat pracowała w Dzielnicowej Bibliotece Publicznej Wrocław-Fabryczna. Zaczęła pod koniec lat pięćdziesiątych. Wspomina dyrektorkę i dwóch dyrektorów tej instytucji wymieniając ich po nazwisku. Pisze o zwyczaju zatrudniania przez biblioteki pisarzy wrocławskich. Nie zawsze był to udany pomysł. Także o koleżankach bibliotekarkach i ich życiu prywatnym.

Podtytuł książki brzmi "Powieść autobiograficzna". I rzeczywiście jest tam wiele dialogów. Autorka najbardziej skupia się na swoim życiu prywatnym, na rodzinie, mężu, dzieciach, siostrach i ich bliskich. Opisuje wyjazdy zagraniczne  gdzie na jednym z nich autobus obwieszono polską kielbasą, aby się nie zepsuła. 

Wspomina epidemię ospy i kwarantannę w szkole na Praczach. Także stan wojenny, kolportowanie "bibuły", przeszukanie mieszkania. Oraz haniebne wstąpienie Stowarzyszenia Bibliotekarzy Polskich do WRON na co wiele bibliotekarzy zareagowało rezygnacją z przynależności do tego nagdniłego grona.

Nie podoba się jej super nowoczesna "Mediateka" gdzie więcej jest sprzętu niż książek, pracuje się jak na dworcu kolejowym, a kontakt z czytelnikiem jest na zasadzie "załatw sprawę i żegnaj".

Największa wadą tej książki jest brak zdjęć.

Nie znam osobiście autorki ale zetknęłam się z paroma wymienionymi w książce osobami. 

Dyrektor Dzielnicowej Biblioteki Publicznej Wrocław-Środmieście Jan Mielczarek przyjął mnie i jeszcze dwie koleżanki po internowaniu w Gołdapi. Nie bał się ubecji za co został ukarany zdjęciem ze stanowiska. 

Krzemińska nie lubiła swojego ostatniego dyrektora i wcale się jej nie dziwię. Miałam nieprzyjemność poznać go osobiście. Ale najpierw na piśmie.

A było to tak: po objęciu kierownictwa biblioteki publicznej przy ul. Galla Anonima rozwinęłam bardzo intensywną akcję zbierania darów książkowych od mieszkańców całego Wrocławia. Z wielką pomocą przyjaciół. Książki były sprzedawane na kiermaszu, a pieniądze przeznaczone na zakup nowości. Po trzyletnim działaniu opisałam akcję i postanowiłam wysłać do "Poradnika Bibliotekarza". Ówczesny dyrektor tekst lekko ocenzurował i zaakceptował. Potem otrzymałam telefon z redakcji, że artykuł wydrukują bo jest napisany z pasją. Ukazał się w numerze 6 z 1996 roku pt. "Biblioteka publiczna w dzikim kapitaliźmie".

A w 1999 roku koleżanka pracująca w dyrekcji poinformowała mnie, że R.T., ostatni dyro Autorki książki, opublikował w numerze 5 w.w czasopisma tekst pt. "Dwudziestowieczny (niestety) sposób bycia" w którym napisał: "Marketing z założenia postulujący działania aktywne czy wręcz agresywne, nakazujący bezustanne rozpoznawanie zmieniających się warunków jest mentalnie obcy pracownikom naszych bibliotek". No, wszystko opada! Ja tu o działaniu, on, że to niemożliwe. Czyli nie ma. A więc, wg niego, kłamałam. Gdyby tak było jak napisał nie wyszlibyśmy ze średniowiecznych scriptoriów. 

Podejrzewam, że mój ówczesny zwierzchnik pochwalił się napastliwemu koledze, że jego podwładna napisała artykuł, który ukazał się w fachowej prasie. Zawiść to nie jest dobry doradca. R.T. uważa, że "bibliotekarze to ja" i tu się myli. Oraz kompromituje. Ostatnio znowu coś niepochlebnego o bibliotekarkach wymodził. Tym razem na łamach "Bibliotekarza". Że też mu te banialuki drukują. Redakcje bardzo się tym ośmieszają.

Nie da się ukryć, że mogłabym napisać książkę o życiu bibliotecznym w PRL-u i RP ale byłaby tak prawdziwa, że nie wyszłabym z sądu, a potem z więzienia za długi na skutek płacenia odszkodowań.  I co z tego, że napisałabym prawdę? Jak są rodzaje prawdy? Ksiądz Tischner:  Są w życiu tylko trzy prawdy: święta prawda, tys prawda i gówno prawda.
 

Jakie to szczęście, że jestem już na emeryturze. 

 

poniedziałek, 15 listopada 2010

  Dzień ciepły, bez słońca i beznadziejne w kształcie chmury. Obiektyw aparatu skierowałam więc gdzie indziej.

Z sąsiadką powyciągałyśmy sobie nawzajem... pościel i obrusy. Obrusy jej, pięknie osobiście haftowane. Obie wybierałyśmy się do magla. Nie na plotki.

Oddałam koci kryminał w bibliotece przy ul. Reja. Wyszłam i zobaczyłam salon - patrz zdjęcie. Nie wiem czy właściciel/ka wie co napisał? Ja to odczytałam: "hołota won, tylko wyższe sfery zapraszamy".  Pogratulować pomysłu.

Kupiłam 2 płaty matjasów i czerwoną cebulę do obróbki własnej. W lumpeksie starszy pan właściciel namawiał klientkę, swoją rówieśniczkę, na ładny, w kolorze gołębim, kapelutek - proszę kupić on jest moherowy. Kpił czy reklamował?

Z ulicznej wysepki zrobiłam zdjęcie Katedry, tramwaj na mnie zadzwonił. Jak miło - nie chciał uszkodzić staruszki. Potem znalazłam się na skrzyżowaniu dwóch kardynałów - patrz zdjęcie. 

Przeszłam przez Ostrów Tumski - nadal go szpeci ogrodzone miejsce po przychodni. Pod platanem siedzieli panowie stali użytkownicy chaszczy i tradycyjnego polskiego dopalacza.

W "Cafeterie chic" wypiłam drogie capuccino, rogalików za 3,- złote nie było. Serwetek też. Ładny mi szyk.

W galerii "Za Szafą" obejrzałam wystawę (patrz poprzedni wpis) - dla ducha. Dla brzucha stanęłam w piętnastoosobowej kolejce do prywatnej piekarni. Warto było. A obok w sklepie spożywczym można nabyć zmrożoną wódkę i kostki lodu. I spacerkiem pod platan. Ja pojechałam do domu. 

Polecam stronę mojej znajomej z netu, pisze bardzo ciekawe wspomnienia ale nie tylko. Obejrzyjcie, poczytajcie:

http://www.otostrona.pl/halinas

 

Wobec Miejsca i Czasu... | Galeria ZPAF

Galeria ZPAF- Za Szafą
ul. Sw. Marcina 4
Wrocław

Wobec Miejsca i Czasu... to hasło przewodnie pleneru; zagadnienia przemijania i upływu czasu, relacji człowiek - natura, twórca- natura; świadomość i konsekwencje wynikające z rozwoju cywilizacji; obserwowane i analizowane w subiektywny, indywidualny sposób zmiany, konfrontacja twórców o różnych orientacjach artystycznych.
Uczestnicy pleneru i wystawy poplenerowej Barbara Górniak, Iwona Wojtycza, Marek Maruszak, Piotr Nowak, Wacław Ropiecki, Andrzej Rutyna, Jerzy Samulski , Andrzej Dudek –Dürer. Plener odbył się w kwietniu 2010 - w kotlinie Kłodzkiej.

Masuję nie tylko swoje szare komórki ale i wrażliwość. Polecam. 

Tagi: wystawa
18:26, alodia1949 , o wystawie
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 14 listopada 2010

http://pl.wikipedia.org/wiki/Alfred_Jahn

  Piękny mamy dzisiaj dzień, ciepło, słoneczko łaskawie nam przygrzewa, lekki wiaterek owiewa. Poszłam na cmentarz posprzątać pozostałości obfitości ludzkiej pamięci.  Po drodze usłyszałam wrzeszczącego ptaka. Wyraźnie chciał, abym zwróciła na niego uwagę. Mówisz-masz. :), zdjęcie powyżej.

Zwiędnięty był tylko mój kwiat doniczkowy postawiony tydzień przed Wszystkimi Świętymi. Umyłam pomnik, zebrałam wypalone znicze i doniczkę z w.w.

Pospacerowałam szukając nietypowych pomników do sfotografowania. I trafiłam na grób prof. Alfreda Jahna. W czasie strajków studenckich w 1968 roku, będąc rektorem Uniwersytetu, stanął po stronie studentów. Ale zapytał ich: "chcecie walczyć, a gdzie wasza broń?".

Znalazlam wiele imion już nie nadawnanych dzieciom: Wincentyna, Stella, Konstancja, Pelagia, Nadzieja, Filomena, Marcelina, Felicja, Hermina, Otylia, Adolfa, Tekla, Leontyna, Teodor, Zenon, Bazyli, Alfons, Kandyd, Feliks.

Po dwu stronach ścieżki są groby osób o nazwisku Król i Car.

Myślałam, że tylko w latach 50-60-tych XX w. wstawiano w pomnik zdjęcia zmarłych ale jest i na tegorocznym.

Wzdłuż części ul. Bujwida stoi siedem dużych kamiennych mis, a w nich piękne żółte bratki. Kto o nie dba? Niestety przy krawężniku stoją auta. Wolę kwiatki.  

 

piątek, 12 listopada 2010

  O autorze: Akif Pirincci urodził się 20.10.1959 roku w Stambule. W 1969 roku wyemigrował wraz z rodzicami do Niemiec. Pierwszą książkę opublikował mając 21 lat. Jego kocie kryminały zostały przetłumaczone na 20 języków osiągając milionowe nakłady. Mieszka w Bonn.

O książce: "Salve Roma!" ma motto: "Życie jest piękne - ludzie są straszni".

Głównym bohaterem jest piętnastoletni kocur imieniem Francis. Obdarowany został przez los zdolnościami detektywistycznymi oraz panem w postaci Gustawa Loebla. Jest on z zawodu archeologiem oraz wielkim nieudacznikiem. Waży 130 kilogramów i to nie jest jego ostatnie słowo. Pije za dużo czerwonego wina i jest łysy. Według Francisa przypomina przeznaczony do rozbiórki silos przemysłowy. I ma tylko jedna zaletę - jest "otwieraczem  kocich konserw".

We wrześniu 2007 roku Gustaw niespodziewanie otrzymuje propozycję pracy przy wykopaliskach w Rzymie. Zamierza więc zostawić kota w hotelu dla zwierząt. Ale nie z Francisem te sztuczki. Dzięki wrodzonemu sprytowi dociera do Rzymu i od razu trafia na miejsce bytowania większości rzymskich kotów. I to akurat w momencie odkrycia kolejnych zmasakrowanych kocich zwłok.

Francis poznaje tam kota geja imieniem Antonio, zakochuje się w kotce Sankcie. W dalszej części obserwuje spotkanie stowarzyszenia teozofów, wędruje katakumbami i wchodzi na teren Watykanu. Tam poznaje Miracolo - kota będącego pupilem papieża.

Po wielu niebezpiecznych przygodach koci detektyw odkrywa powód seryjnych morderstw i ich wykonawcę. Unika śmierci i wraca do swojej ukochanej.

Autor prowadzi nas przez  ruiny, ulice i podziemia Rzymu. Opisuje jak radzą tam sobie bezdomne koty. Nadaje im wiele ludzkich cech  jednak nie idealizująch tych zwierząt.

Uprzedzam, że książka ma dość ponurą atmosferę i okrutne momenty. Autor prezentuje, nie każdemu odpowiadające, czarne i wisielcze poczucie humoru.

Thomas Warton napisał: "Godzina czytania jest godziną skradzioną z raju".  Fundujmy sobie tego raju jak najwięcej.

czwartek, 11 listopada 2010

 

    Poszłam wczoraj na zakupy. Zawsze wychodzę tylnymi drzwiami (uciekając przed tłumem pięknych i bogatych oraz szczodrych nadzwyczaj wielbicieli, oczywiście), pod blokiem jest około metrowy pas ziemi i zieleni. Tam tez czasem wygrzewają się piwniczne koty. Jak się okazało nie tylko wygrzewają ale i pożywiają. choć to raczej środek wymiotny jest. Kot z wampirzymi ząbkami pogryzał trawę. Olał moją obecność, zagrycha bardziej byla atrakcyjna. A może to jest tzw. "trawka", ale coś mi się zdaje, że tamta inaczej wygląda. Koty mają inne dopalacze.

Nic nie zażyłam a dzisiaj od rana mam zawroty głowy. Pocieszam się, że to z powodu gwałtownego wzrostu ciśnienia, bo jeśli nie...

Wczoraj przygotowałam ingrediencje do gołąbków z włoskiej kapusty, z grzybami, kaszą gryczaną i niewielką ilością mięsa. Dzisiaj dzieła dokończyłam. Zataczając się. Szczęście w nieszczęśiu, że chata malutka więc na tapczan blisko.

W każdym razie testament napisany mam, no i spadkobierca będzie musiał zająć się kotem, ha, ha, ha.

wtorek, 09 listopada 2010

  W Grodzisku pod Poznaniem jest klub piłkarski z drużyną o nazwie "Czarni". Mają grupę zagorzałych kibiców, najaktywniejsi są bracia Oskar i Mariusz (Paweł Małaszyński i Piotr Rogucki). Bywanie na meczach i dopingowanie jest sensem i treścią ich życia.

W tle tego jest praca zarobkowa w postaci handlowania dewocjonaliami w Licheniu. Także ich dziewczyny, będąca w wysokiej ciąży narzeczona Oskara, z zawodu fryzjerka (Karolina Gorczyca) i Basia dziewczyna Maria (Olga Bołądź) organistka w kościele, stale towarzysząca grupie kibiców.

 Po kolejnym meczu drużyna spada do niższej ligi. W  czasie gry dziewczyna Oskara rodzi syna, a do szpitala musi ją zawieźć teść bo przyszly ojciec zajęty jest kibicowaniem.

Potem w drodze powrotnej z Lichenia bracia lądują w jeziorze tracąc niezapłacony hurtownikowi towar. Oskar popija zamiast szukać pracy więc dziewczyna wyrzuca go z domu.

Dostaje jednak szansę na zarobienie dużej kasy za to co robił dotychczas. Lecz musi zdradzić swój klub i stworzyć grupę kibiców dla nowej drużyny-fanaberii Bossa (Cezary Pazura).

Podejmuje decyzję brzemienną w skutki nie tylko dla siebie. Jakie - obejrzyjcie sami. Dowiecie się także skąd tytuł filmu i zobaczycie jakie pośladki ma główny bohater.

Nie jest to demaskatorski film jak "Piłkarski poker". To obraz o dojrzewaniu. W ostatniej scenie Oskar wychodzi ze stadionu, wraz z małym synem, mówiąc, że najważniejsze w życiu to wygrać swój własny mecz. I ja się z tym zgadzam.

Film wyreżyserowała Anna Kazejak.

 

Tagi: film recenzja
18:27, alodia1949 , o filmie
Link Dodaj komentarz »
O autorze
Tagi
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Dodatki na bloga
”znaczek