O mnie, o książkach, filmach, wystawach, kolażach i dress-party z poczuciem humoru, niekiedy sarkastycznie a nawet złośliwie.
wtorek, 26 października 2010

Idąc na Rynek nie zapomnijcie zatrzymać się na ul. Świdnickiej tuż przy poczcie. Z fotografii patrzą na przechodniów uważne oczy starszych pań i panów. To bohaterowie wystawy „Akowcy dziś”. Jest częścią konferencji popularno-naukowej pt.: „Nie tylko walka…Żołnierze Armii Krajowej w powojennym Wrocławiu i na Dolnym Śląsku”, która odbyła się 19 października na Uniwersytecie Wrocławskim.

Na wystawę składają się zdjęcia portretowe członków Armii Krajowej wykonane przez Wiktora Zakrzewskiego.

Pod każdym wizerunkiem jest tekst. Są to wspomnienia z Powstania Warszawskiego, z pierwszego dnia II wojny, z kopalni w Workucie w 1946 roku, z Wielkopolski gdzie terror niemiecki był jeszcze gorszy niż na innych terenach Polski, także tyczące działań zbrojnych czy tylko przeprowadzania partyzantów obok niemieckich magazynów broni. Pod jednym z portretów są wiersze m.in. ten o tytule „Dość”.

  „Czy polska młodzież obecnie zrozumie, że teraz, w wolnej Polsce przechodząc obok biało-czerwonej chorągwi w myśli przed Nią klękam. Czy jest w stanie zrozumieć?” pyta Bożena Pawłowska.

„Po pięćdziesięciu latach idea Polskiego Państwa Podziemnego została spełniona” – mówi Jerzy Woźniak.

  Nie mijajcie wystawy obojętnie.

Tagi: wystawa
17:53, alodia1949 , o wystawie
Link Dodaj komentarz »
piątek, 22 października 2010

 

   Wczoraj odwiedziłam koleżankę w bibliotece przy ul. A. Hercena ponaglona jej mailem. I zamiast dzień dobry powiedziałam:"mówisz-masz". Mnie, znaczy się. Sama chciała. Opowiedziała mi o niezrealizowanym jeszcze marzeniu przejechania się harlejeyem, bo kręci ją to środowisko. Jakie nietypowe zainteresowanie. Lubię gdy u moich znajomych znajduję coś pozytywnie nieoczekiwanego. Bo przeważnie to jest gadulstwo o codzienności i narzekanie. Ale dzisiaj usłyszałam o grupce pań, które spotykając się przynoszą ze sobą albo jakiś rebus, ciekawy artykuł, zagadkę, zabawną krzyżówkę. Ja staram się pokazać nowe kolaże lub to co napisałam. Idea warta rozpowszechnienia - przynośmy na spotkania coś interesujęcego, niekoniecznie własngo autorstwa.

  Koleżanka ta usłyszała, od dawno niewidzianej znajomej, swoisty komplement: "nic się pani nie zmieniła ale przeciętne tak mają". Co opowiedziawszy mi koleżanka zdjęła okulary do czytania, spojrzała z bliska na moją twarz i stwierdziła, że wcale nie mam zmarszczek. No i po co było zdejmować szkła?

  Dzisiaj poszłam zobaczyć zdjęcia grupy  z którą chodziłam na zajęcia z obróbki programem Picasa.  A tu koleżanki w lekkim obłędzie, bo nadzwyczaj profesjonalny dział promocji MBP całkowicie schrzanił robotę: nie dano podpisów z danymi autorów, fatalnie wydrukowano odbitki (przekłamane kolory), źle rozmieszczono zdjęcia na planszach, a moje nawet dano do gory nogami, inne w pionie zamiast w poziomie. Osoby, ktora z nami prowadziła zajęcia nie dopuszczono do tej pracy bo nie ma wyksztalcenia plastycznego! Pierwsza lepsza małpa z zoo lepiej by to wykonała. Jeśli tam komukolwiek zwrócić uwagę straszliwie się nadyma i obraża. A przykład idzie z góry MBP, miasta, kraju. Jak mi dobrze, że jestem od tego środowiska niezależna.

  Zostałam na zajęciach dla "Babiego lata" (program CAL) z ćwiczenia wyobraźni. Motywem przewodnim był "DOM". Na początek obejrzeliśmy prezentację z cytatami np. A. hr Fredry: "Świat suknia - dom koszula".

Dostaliśmy też różne zadania do wykonania w grupach. A to na podstawie krótkiego tekstu  opowiedzieć o bohaterze. A to z tekstów na kilkunastu paskach stworzyć wiersz. A to do otrzymanego przedmiotu (lusterko, klucz, świecznik, krzyżyk, klucz) ułożyć historię. Także do haseł "Kamień na kamieniu", "Cień wiatru", "Linia czasu".

Usłyszeliśmy od prowadzącej zajęcia, że picie wody bardzo sprzyja pracy mózgu. Trzeba by wysłać jakiś duży transpot do Warszawy ale najpierw władzom naszego miasta.

Kotka bardzo się za mną stęskniła ale nie była na mnie zła i mnie nie gryzła. Ona nie potrzebuje żadnych ćwiczeń umysłowych, od urodzenia jest świetna i wie o tym doskonale.

czwartek, 21 października 2010

  Przy wejściu do sali kinowej zobaczyłam plakat ze słowami:

24 lata

geniusz

zdrajca

miliarder 

  Film zaczyna się od rozmowy pary studenckiej w barze. Mark Zuckerberg szpanuje przed swoją dziewczyną przyjęciem do ekskluzywnego klubu jedniocześnie wyśmiewając skromny koledż w którym ona się uczy. Na co usłyszał, że nie dlatego nie ma przyjaciół, że jest kujonem ale dlatego, że jest dupkiem.

  Zirytowany Mark wraca do akademika i złośliwie pisze o dziewczynie na swoim blogu. Oraz tworzy portal na którym koledzy mogli wypowiadać się o urodzie studentek z Harvardu. Mimo, że działo się to w nocy było tak wiele wejść na tę stronę, że padł system uczelni. Tym wyczynem z jednej strony zdobył nienawiść ze strony koleżanek, z drugiej podziw kolegów. Dostaje o nich propozycję stworzenia portalu społecznościowego obejmującego całą uczelnię. Zgodził się lecz odwlekał realizację ponieważ zajął się swoim programem będącym rozwinięciem pomysłu kolegów. Pomagał mu w tym jedyny przyjciel jakiego miał. Co nie przeszkodziło w nawiązaniu współpracy i obdarzeniu zaufaniem hochsztaplera i krętacza. 

Tak powstawał portal "Facebook". Po drodze były proceszy o kradzież pomysłu, działanie na szkodę przyjaciela i odszkodowanie.

Dziewczyna miała rację. Brak empatii i bezwzględność bardzo pomagają w osiągnięciu sukcesu. Ale i skazują na samotność. Czy to się opłaci? Wybór należy do Was. 

Zapraszam do kina bo warto.  

Tagi: film recenzja
19:28, alodia1949 , o filmie
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 18 października 2010

Agnieszka Osiecka – „Galeria potworów” wyd. Prószyński i S-ka 2004 r.

 O autorce: Agnieszka Osiecka urodziła się 9 września 1936 roku w Warszawie, zmarła 7 marca 1997 roku.

Ukończyła studia dziennikarskie na Uniwersytecie Warszawskim oraz reżyserię w Łodzi.

Początek jej twórczości to teksty do amatorskiego teatrzyku studenckiego STS. Napisała ich 166.

Autorka tekstów piosenek dla wielu wykonawców a także widowisk muzycznych „Niech no tylko zakwitną jabłonie” i „Apetyt na czereśnie”. Dla telewizji napisała „Listy śpiewające”. Dla dzieci m.in. „Dzień dobry Eugeniuszu”, „Wzór na diabelski ogon”, „Ptakowiec”.

Jej książki wspomnieniowe to „Szpetni czterdziestoletni”, „Rozmowy w tańcu”, „Na początku był negatyw” i „Galeria potworów”.

   „Galeria potworów” to świat Agnieszki Osieckiej – opowieść o ludziach, miejscach i wydarzeniach w Jej życiu” napisał Daniel Passent w przedmowie.

To nie jest książka plotkarska choć nie brakuje faktów z życia. Autorka z sentymentem wspomina dawne  czasy wyśmiewając nowobogackich jacy narodzili się po 1989 roku.

„Młody polski kapitalizm jest pożyteczny i prężny jak każdy kapitalizm. Jest też nieprawdopodobnie ordynarny”.

Z książki poznajemy stosunek autorki do mody: „Od dawien dawna przeciętny nowojorczyk czy paryżanin doskonale orientuje się, że żurnale wydają bogaci homoseksualiści dla swoich znajomych i gdyby nie dentyści, którzy muszą czymś udekorować swoje poczekalnie – nikt by ich nie kupował.”  Osiecka dużo podróżowała po Ameryce i Europie więc wiedziała o czym pisze.

Wspomina znane osoby: Marek Hłasko w stalinowskich czasach, jak każdy, ciągle musiał pisać życiorysy, nudziło go to bardzo więc podawał, że ojciec był drwalem, senatorem lub inżynierem. Wezwano jego matkę do szkoły, a ta stanęła w obronie syna mówiąc, że przecież dziecko nie może pisać ciągle tego samego. Reżyser Jerzy Skolimowski miał zwyczaj, z okazji świąt, obdarowywać swoich znajomych.  Krzysztofa Komedę nazwala Chopinem dla lalek. Wyjaśnia dlaczego literacką Nagrodę Nobla dostał Reymont, a nie Żeromski.

  Nie brak w książce pikantnych szczegółów – Osiecka podaje jacy mężczyźni nie pasowali jej seksualnie.

Zahacza także o politykę wymieniając u kogo ze znanych osób załatwiało się różne sprawy w stanie wojennym.

Nie oszczędza prasy kobiecej w rozdziale „Dziennikarstwo w rękach kobiet” gdzie opisuje spotkanie z dziennikarką mającą przeprowadzić z nią wywiad.

W kabarecie „Pod Egidą” J.T. Stanisławski śpiewał: „Z jednej strony śmiech szalony, z drugiej strony straszny żal”.

I z takimi emocjami czyta się tę książkę.

 

niedziela, 17 października 2010

 

   Czy to ostatnia tak piękna niedziela? Warto ją było spędzić w plenerze. Bardzo lubię kolory jakie nam funduje jesienna przyroda. Chciałabym, aby przetrwały w niezmienionym stanie aż do wiosny. Pomarzyć nie można?

Wysiadłam przy Skwerze im. Zbigniewa Cybulskiego. Odnotowałam, że Iglica i Hala Studecia są na swoim miejscu. Lubię porządek :). Dochodziły do mnie dźwięki muzyki. Pióropuszom wody z fontanny ona towarzyszy. A że świeciło słońce pokazała się też tęcza, co widać na załączonym obrazku. O mało co  nie dostałam zeza bo tam fontanna z tęczą, a pod nogami dwa małe kudlate pieski, biały i czarny, bawiły się ze sobą w takt właśnie nadawanego "Tańca z szablami". Mocowały się, to odbiegały i przybiegały, padały sobie w objęcia i na szyję. Tylko kamera oddałaby całe piękno tej scenki. Okazało się, że zwierzątka są całkiem sobie obce. Polubiły się od pierwszego wejrzenia? Za spektakl powinny być nagrodzone co najmniej oklaskami. Nikt o tym nie pomyslał, ja też.

Pergolę po remoncie powoli zarasta winnorośl, miejscami zielona i żółta lecz w większości intensywnie ciemnoczerwona.

Poszłam w stronę kościółka, na polanie grupka młodych osób fotografowała się pod kolorowym drzewem. Dalej zauważyłam iglaki pięknie obsypane liśćmi spadłymi z obok rosnącego drzewa.  

Kilkadziesiąt kroków dalej spróchniały mostek a przy nim młoda całująca sie para. Wszystkie starsze pary wyglądają, jakby się nie lubiły i odrabiały ciężką pańszczyznę.  Wyglądali na bardzo zudzonych, a nawet coś wokół nich warczało z cicha. Niechęć niedokładnie skrywana?

Na rzeczce kaczki solo  i parami bardzo zadowolone pływają sobie  i bez biletu mają wstęp do Ogrodu Japońskiego.

Dwie pary w ślubnych strojach korzystały fotograficznie z pięknych plenerów. Inni z leżaków stojących wokół wody, że nie wspomnę o ławkach.  Parę osób z psami, kotów nie zauważyłam. Pewnie wszystkie poszły do zoo. 

W wielkich oknach nowych budynków odbija się fontanna, woda i pergola. Ludzie  także ale już mniej pięknie. Nie wiem dlaczego.

 

czwartek, 14 października 2010

Hanna Kowalewska o pisarstwie i mediach

  W środę 13 października, w bibliotece publicznej przy ul. Wyszyńskiego we Wrocławiu (MBP, filia nr 34) goszczono pisarkę Hannę Kowalewską.

Urodziła się ona w 1960 roku w Wysokiem Mazowieckiem. Studiowała polonistykę na Uniwersytecie im. M. Curie-Skłodowskiej w Lublinie, ukończyła także Studium Scenariuszowe w Łodzi. Przez kilka lat była nauczycielką i krótko bibliotekarką.

Debiutowała w prasie w 1985 roku.

Choć od dawna pisała czytelnicy, tak naprawdę, poznali i polubili jej książki po ukazaniu się „Tego lata w Zawrociu” .

 - „Tego lata w Zawrociu” pisałam kilkanaście lat – powiedziała autorka. Zaczęło się od krótkiego opowiadania, które rozrastało się bo ciągle coś do niego dopisywałam.  Gdy wydawnictwo „Zysk i s-ka” oraz „Świat Książki” w 1997 roku ogłosiły konkurs na współczesną powieść polską moja książka już była gotowa.

- Czy pani bohaterowie mają pierwowzory w rzeczywistym świecie?

- Nie, są wytworami mojej wyobraźni. Raz tylko wykorzystałam parę faktów z życia mojej koleżanki ale poprosilam ją o pozwolenie.

Autorka powiedziała nam, że 1987 rok był najobfitszym w pomysły na książki. Przychodzą one jej do głowy np. w czasie spaceru nad morzem.

- Czy miała pani propozycję sfilmowania książek?

- Tak, ale chociaż jestem przygotowana zawodowo do pisania scenariuszy sama nie potrafiłabym napisać go z mojego tekstu. Zbyt jestem przywiązana do moich bohaterów i wszystkich wątków.

_Czy przed oddaniem do druku swojej powieści daje pani ją komuś do przeczytania?

- Teraz  rzadko, ale miałam przyjaciółkę o podobnym do mojego guście literackim oraz wrażliwości na której opinii zawsze polegałam.

_- Pani książki mają wysmakowaną szatę graficzną – stwierdziła bibliotekarka prowadząca spotkanie.

- Cieszę się, że zwróciła pani na to uwagę.  Moja graficzka często przez kilka tygodni szuka odpowiadającego mi pomysłu na okładkę.

- Jak dużo czyta pani książek i czy ma pani ulubione?

- Albo czytanie, albo pisanie – stwierdziła Kowalewska. Głównie czytam literaturę faktu jak listy czy pamiętniki.

Pisarka powiedziała, ze kiedyś Empik promował dobre książki wystawiając je w widocznych miejscach. Teraz chodzi tylko o zarobek.

Ze smutkiem powiedziała, że programy kulturalne w mediach są spychane na głęboką noc, a po stwierdzeniu niskiej oglądalności zdejmowane z anteny. Media wymagają też od wydawnictw opłaty za recenzje.

- Od czego zależy obecność pisarzy w mediach? Jedni są tam często a inni wcale – powiedziała kierowniczka biblioteki.

- Od tego czy twórca mieszka w Warszawie, bardzo chce zaistnieć albo ma znajomych w tym środowisku – usłyszeliśmy.

- Czy opłaca się być pisarzem? – zainteresowała się bibliotekarka.

- Ja żyję z pisania ale wydawnictwa traktują pisarzy bardzo przedmiotowo.

- Dobra książka sama się obroni – optymistycznie stwierdziła prowadząca spotkanie.

Ja pracowałam prawie czterdzieści lat w bibliotekach i nie jestem taką optymistką.

 Hanna Kowalewska wydała:

PROZA

Cykl: 1. „Tego lata w Zawrociu” 2. „Góra śpiących węży”, 3. „Maska Arlekina” 4. „Inna wersja życia”

„Kapelusz  z zielonymi jaszczurkami”

„Julita i huśtawki”

„Letnia akademia uczuć”

 

POEZJA

„Anna tłumaczy świat”

„Winoroślinność”

 

Pisze także słuchowiska i dramaty.

  

wtorek, 12 października 2010

   Mój diabel stróż naprawdę się rozszalał. Mam uczulenie z przodu i z tyłu oraz na obliczu mimo zażywania codziennie tabletki odczulającej.
Musiałam wyrzucić czajnik i dwa garnki. Pierwszy sie rozszczelnił, drugie przypaliły kilka razy i są nie do użytku.
W dodatku wczoraj padł mi laptop znienacka. Mam w nim zdjęcia i inne takie, załamka kompletna mnie dopadła. Dzisiaj poszłam jak na ścięcie do fachowca, okazało się, że to zasilacz. Miał gwarancję na pół roku, wytrzymal rok. Mam się cieszyć, że 120,- zlotych poszło fiuuu? Taka tandetę robią specjalnie, aby nas naciągać. W dodatku od rzazu nowego nie mogłam kupić bo odpowiedniego nie mieli.
Polecono zadzwonić około godziny 16-tej.

Wróciłam zła i wyładowałam się na odkurzaniu regału z książkami. Co sobie odkurzę to jakiś lokator na mojej klatce schodowej robi generalny remont i znowu kurzu ci u mnie dostatek. Stąd ta alergia nieustanna choć już nie pracuję w bibliotece.

Zadzwoniłam, usłyszalam dobrą nowinę, poszłam, zapłaciłam 95 złotych. Wesołe i tanie jest życie emerytki skomputeryzowanej.

A w telewizji tylko o tragicznych wypadkach w Polsce i poza.

Poproszę o coś miłego lub zabawnego bo popadnę w depresję nie tylko jesienną.

niedziela, 10 października 2010

   "Noc w bibliotece"

   Wrocław, środek parnego lata. Zbliżała się północ. Nad ulicą poruszały się dwa cienie. Podłużne, u dołu zwężone. Jeden był mniejszy, filigranowy a drugi przysadzisty. Ona i On. Płynęły objęte od mostu Pokoju nad ulicą kardynała Stefana Wyszyńskiego. Minęli Szczytnicką, Benedyktyńską i Sienkiewicza.

Latarnie jakby zmęczone upałem świeciły niemrawo.

  Po drodze para zaglądała w parterowe okna starych kamienic. W pierwszym zobaczyli kobietę śpiącą przed telewizorem. Rudy kot siedział na stole i wylizywał futerko.

W następnym mieszkaniu nastolatek siedział przy komputerze. Odrabiał lekcje czy oglądał piękne panie? Owszem, tyle że całkowicie ubrane i w kuchni. Był to portal z przepisami kulinarnymi. Lubił gotować czego nikt z jego bliskich nie rozumiał.

Okno obok – kobieta czytała i płakała. Stos zużytych chusteczek higienicznych pokrywał jej stopy.

Przeszli dalej – kot i pies spały objęte na fotelu. Obok para w średnim wieku na dużym łóżku.

Okna pizzeri były zasłonięte. W introligatorni nic się nie działo.

Obłoczki poleciały dalej kierując się w stronę Skweru imienia  Stanisława Tołpy.

Na końcu budynku zauważyły uchyloną górną część okna biblioteki.

- Wpływamy? – zapytała Ona

Lśniła niebieskawo gdzieniegdzie błysnęło srebrne pasemko. On był szary z małymi czarnymi

maziajami

Leciutko unieśli się w górę, przefrunęli przez okno i znaleźli w pracowni komputerowej. Jeden z ekranów znienacka rozbłysnął.

- Popatrz, ktoś zapomniał go wyłączyć – zauważyła Ona.

- No to co z tego? Przecież z niego nie skorzystamy.

- Ty nie, bo ci się nie chciało chodzić na kurs. A ja ukończyłam  Akademię e-seniora UPC i  umiem obsługiwać komputer – pochwaliła się Ona.

- Tak, a ja musiałem sam sobie robić śniadania i samotnie je jeść – pożalił się On

- Trzeba było się nie wylegiwać.

Usadowiła się na krzesełku. On przycupnął na sąsiednim.

- Nic nie zrobisz – On marudził jak zwykle.

- Jak się bardzo skupimy to poruszymy myszką. Spróbujmy, co ci szkodzi?

- Dobrze, dobrze. Zawsze musisz postawić na swoim.

- Nigdy nie umiałeś mnie przegadać, hi, hi, hi – zaśmiała się Ona.

Myszka poruszyła się i lewy klawisz kliknął w ikonkę internetu.

- Ochchch, udało się – westchnęli oboje.

- Czego szukamy? – zapytał.

- Może wejdźmy na portal ze zdjęciami? Tam są nasze dzieci, wnuki i znajomi – zaproponowała.

   Duchy zaczęły się intensywnie kurczyć jednocześnie nabierając intensywniejszych barw. Jemu powiększyły się ciemne plamki.

Weszli w google, wpisali adres.

Chyba musimy się zalogować? – On znowu marudził.

- Nie, do oglądania nie trzeba.

Pooglądali fotki wspominając gdzie i kiedy były zrobione.

- Może sprawdzimy co słychać w polityce? – zaproponował On.

- A idź ty! Co nas to teraz obchodzi? Przecież nie żyjemy – trzeźwo zauważyła Ona."

   Co działo się dalej? Jeśli ktoś jest zainteresowany proszę przeczytać: http://www.kobieta50plus.pl/news/1,36596,noc-w-bibliotece
lub:
http://www.wbp.wroc.pl/index.php?option=com_content&task=view&id=2460&Itemid=737 

ł

 

    W sobotę zakończyliśmy krótki kurs obróbki zdjęć plenerami w Ogrodzie Botanicznym. Na następny dzień zaplanowano "Festiwal Dyni" dlatego zastaliśmy gotowe dekoracje. Bardzo pomysłowe, niektóre zabawne: sztangista upadły pod ciężarem, panienka pod latarnią, czołg "Rudy 102", smoki, piwosz na ławce z kiwniętą głową, parka w krzakach, pawie, panna młoda.

Pani Marta udzielala nam rad, wskazywała odpowiednie miejsca i ujęcia, odradzała banalność.

Słońce świeciło, dynie pomarańczowiły się, żółciły i zieleniły.

Fontanna duża tryskala radośnie i kropelkowo tworząc fotogeniczny okrąg na wodzie.

Sprytne kaczki podpłynęły ku nam z nadzieją na poczęstunek. Złudną.

Zdejmowałyśmy się solo i w duecie, na tle i na mostku.

W pewnej chwili padłam na ławkę jak długa i mam na to dowód. Mnie mieszczucha tak piękne okoliczności zwalają z nóg.

Na zakończenie otrzymaliśmy broszurę pt. "Plenery fotograficzne" i informację, że zoom cyfrowy to ściema.

  Potem pojechałyśmy do Muzeum Architektury na "targi senioralne". W korytarzach muzeum przedstawiały swoją ofertę różne firmy:  produkujące sprzęt ułatwiający życie, banki, firma kosmetyczna, telefonia itp.

W drugim skrzydle panie z klubów seniora całego miasta wystawiały rękodzieła: szydełkowe serwetki i ozdoby choinkowe, witraże, obrazki, hafty, wypieki cukiernicze a nawet pasztet.

Po znajomości poczęstowano mnie kanapkami, napojami i ciastem.

O sposobie pozyskania z biblioteki kolaży wykonanych pod moim okiem z biblioteki i o sposobie prezentowania ich na tagrach zmilczę. Brzydkie wyrazy cisną mi się po kilka razy. Czysty PRL.

  Od godziny 20-tej uczestniczyłam w imprezie "Gadu-gadu nocą" w bibliotece przy ul. Wyszyńskiego. Przyszło 12 osób, w tym jeden starszy pan typu ględa. 

Na początek pokzano nam krótki film "Jaś Fasola w bibliotece". Kto nie widział niech żałuje. Bez słów ale jakże wymowny.

Motywem przewodnim spotkania byly kulinaria.

W ramach tego  częstowano nas napojami i słodkościami ale także angażowano do zadań specjalnych jak:

- do podanego tekstu trzeba było ułożyć ciąg dalszy, 

- z podanych składników należało ułożyć przepisy - podano 3 dla urody, 2 erotyczne i jeden na przeczyszczenie,

- zalecono nam do podanego tekstu opisu kulinarnego dopasować jedną z książek wystawionych na małym regale,

- przetłumaczyć na współczesny język tekst Słoty "O zachowaniu przy stole" co było najtrudniejszym zadaniem.

  Z okazji tej imprezy wcześniej napisałam opowiadanko "Noc w bibliotece", które odczytałam.

Mirka G. kierowniczka filii przedstawila nam frgment wspomnień o powojennym Wrocławiu uczestniczki tego spotkania.

Mocnym końcowym akcentem był fragment filmu "Uczta Babette" w którym pokazano przygotowywanie wykwintnych dań i spożywanie ich przez przyzwyczajonych do surowego życia Skandynawów.

Poprosiłam Mirkę, aby w następną noc w tej bibliotece serwowała takie menu. A były tam np. przepiórki w sarkofagu. Fatalnie przetłumaczono nazwę bo ptaszki były w miseczkach z ciast francuskiego.

Osoby, które dotrwały do końca otrzymały malł upominek od gospodyń wieczoru.

Dziękujemy Wam Dziewczyny.

 

czwartek, 07 października 2010

    Mamy złotą polską jesień. Szkoda siedzieć w domu. Warto obejrzeć wystawy.

Galeria Pod Plafonem, mieszcząca się na parterze Dolnośląskiej Biblioteki Publicznej w Rynku, prezentuje malarstwo Mariny  Czajkowskiej. Artystka urodziła się w Celinogradzie w Kazachstanie. W 1989 roku ukończyła studia architektoniczne. Była projektantem,  nauczycielką i wykładowcą grafiki komputerowej. Obecnie mieszka na terenie gminy Dobroszyce.

 Oto niektóre z tytułów jej obrazów:

"Dajcie mi spokój"; "Anioł grzejący duszę"; "Każdy lubi swoje słońce"; "Kanarska fanaberia"; "Każdy ma swoje skrzydła"; "I tylko z tobą jestem spokojny"; "Krab tancerz".

  Potem przeszłam na ulicę Świdnicką do galerii Design w której można obejrzeć "Body in the library" czyli "Ciało w bibliotece". I nie chodzi o trupa.

Jest to część pierwsza programu edukacyjnego zrealizowanego przez Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Tematem przewodnim jesiennego sezonu tej galerii jest książka w przestrzeni kultury potraktowana nie tylko jako fizyczny, zaprojektowany obiekt, ale także rekwizyt wiedzy, inspiracja do opowiadania, wspólnego czytania oraz przekształcania języka na dżwięki i obrazy - napisano w małym folderze-przewodniku.

Weszłam i cóż zobaczyłam? Regał zbudowany z nagich płyt wiórowych, składający się z kilku elementow krzywo postawionych jedna na drugiej. Na tym leżące książki.

Na prawo, z takich samych płyt, szezlong nakryty dwiema czarnymi poduchami i mniejszą zieloną. Z boku ten mebel ma półki a na nich książki. Wygodnie, leżymy i sięgamy ręką w dół.

Dalej w sali stoją cztery czerwone ogrodowo-plażowe leżaki, przy nich okrągłe kolorowe chodniczki i książki.

Niskie szerokie parapety galerii są przykryte jasnozielonym materiałem, w rogach leżą poduchy w tym samym kolorze i rozrzucone książki.

Na środku sali stół i cztery krzesła. Można usiąść i zagłębić się w lekturze pozostawionych tam książek. Książki, książki, książki. Przejrzałam niektore tytuły. Encyklopedie, poradniki, powieść KIK-u, ot przypadkowa zbieranina. Żeby nie kusiły zwiedzających? Są tylko obiektem, przedmiotem wystawy, nikogo nie obchodzi ich treść. Takie odniosłam wrażenie. Jest to na pewno kompletnie inna przestrzeń niż biblioteczna.

Bezosobowe traktowanie książki nie jest mi bliskie. Książka to nie tylko przedmiot. Przynajmniej dla mnie. Ale bibliotekarze tak już mają.   

Nie samą kulturą człowiek jednakowoż żyje.

Także obserwacją - przed Piwnicą Świdnicką stał mim, ubrany w czarnobiałą odzież, miał też na sobie tzw. paczkę czyli spódniczkę sztywo stojącą na boki jaką noszą baletnice. w lewej ręce zgiętej i opartej na barku trzymalłdużą białą buławę, jakby pałkę policyjną. Przed nim naczynie z monetami a przy nim małe cygańskie (rumuńskie dziecko) zastanawiające się nad... Mim nieruchomy, chłopiec chwilę też, potem wołający coś do nadchodzącej matki. Nie pozwoliła mu wziąć monet. Zbyt dużo osób to obserwowało?

Poza tym na wyprzedaży kupiłam sobie letni lniany żakiecik za dziewięć złotych.

O autorze
Tagi
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Dodatki na bloga
”znaczek