O mnie, o książkach, filmach, wystawach, kolażach i dress-party z poczuciem humoru, niekiedy sarkastycznie a nawet złośliwie.

moje teksty

wtorek, 20 sierpnia 2013

"Dziećmi nikt się nie przejmował"

Żeby nie umrzeć z głodu, chodziłam do wsi i zawsze ktoś mi dał coś do jedzenia: trochę zupy albo małą kromkę chleba, czy gotowane ziemniaki. W końcu przyzwyczaiłam się do głodu. Po tym co tam przeszłam, to w Polsce wszędzie był raj.

Podróż? Pamiętam smak i zapach spalenizny. Znad lokomotywy unosił się dym. Nawet woda, jaką nam dawano do picia, smakowała węglem.

W wagonie były tylko prycze. I otwór w podłodze - do załatwiania się. Dorośli zasłonili go kocami.

Mało pamiętam. Był luty 1940 roku. Miałam cztery lata i zaraz po wejściu do wagonu zachorowałam.

Nastawię wodę na herbatę. Opowiedzieć od początku?

Tatuś pracował w Stanach, wrócił do Polski i kupił ziemię w województwie tarnopolskim. Mieszkaliśmy na osiedlu Trybuchów. Dom miał trzy pokoje, dużą kuchnię i spiżarnię. Z podwórza wchodziło się do sieni, stamtąd do pozostałych pomieszczeń.

W kuchni stał duży stół, przyjmowano przy nim gości. A każdy z domowników miał własny kubek.

Rodzice - Władysław i Maria - byli bardzo gościnni, w domu było gwarno i wesoło. Nie wiem, o czym się wtedy mówiło, bo dzieci zawsze były odsyłane do innych pomieszczeń.

Mama pięknie wyszywała, pewnie po niej to odziedziczyłam. Prowadziła gospodarstwo, szyła na maszynie i dużo czytała.  Zawsze miałam ubrania w jasnych kolorach – czerwonym, niebieskim, białym.

Bardzo lubiłam psy i koty. Spałam z nimi. Głośno płakałam, jeśli nie znalazłam ich w łóżeczku. Najgorzej było, gdy zginął mój ukochany piesek. Tak rozpaczałam, że tatuś przyniósł mi nowego. Bardzo mnie kochał i na wszystko pozwalał.

Mama przed wybuchem II wojny światowej przeziębiła grypę i umarła. W rok po niej tatuś.  Nie wiem dlaczego. Pamiętam tylko trumny wynoszone z domu.

Zostaliśmy sami – ja i mój brat Władek, starszy ode mnie o dziesięć lat. Wtedy zamieszkali z nami wujostwo i ich dwie córeczki – Zosia i Lucynka, jedna o rok starsza ode mnie, druga w moim wieku. Miałam się z kim bawić. Ale w domu już nie było tak wesoło. Goście przestali tłumnie przychodzić.

Jesienią 1939 roku w biały dzień przyszli Rosjanie z Ukraińcami. Zabrali krowy, konie, świnie. Mieliśmy pięknego, bielusieńkiego konia. Sowieci zabrali go z innymi zwierzętami. Szybko zwrócili, bo kogoś kopnął. Przynajmniej on się za nas zemścił.

 Potem oddali krowę, pewnie wujek ją wyprosił dla dzieci.

Dziesiątego lutego 1940 roku o czwartej nad ranem obudziło nas walenie do drzwi i rosyjskie okrzyki, żebyśmy otworzyli. Sowieci dali nam piętnaście minut na pakowanie. My, dziewczynki stałyśmy jak wryte z okrągłymi z przerażenia oczami. 

Wsadzili nas na sanie i zawieźli do pociągu. Jechaliśmy nim miesiąc, ja ciągle chora leżałam na pryczy.

W Krasnojarsku czekała nas przesiadka na sanie. Popatrz na mapę – to tu, nad Jenisiejem. Boże, jak to daleko! Od Tarnopola prawie 5 000 kilometrów.

Znowu długo jechaliśmy - zapamiętałam ogromny most. Zawieziono nas w tajgę. Stał tam jeden duży barak, w którym mieszkało mnóstwo Polaków. Spaliśmy na pryczach. Do ogrzewania i gotowania były dwa duże żeliwne piece.

Tam wujostwo od razu się od nas, ode mnie i brata, odseparowali. Żeby nie dzielić się jedzeniem. Z ich rodziny przeżyła tylko Lucyna. Musieliśmy sami sobie z bratem radzić.

Na dworze było mnóstwo śniegu. Ludzie się w nim zapadali. Zima na Syberii trwała dziewięć miesięcy. Latem było łatwiej - w lesie zbieraliśmy grzyby, czarne jagody, porzeczki. Zesłańcy uprawiali warzywa – ziemniaki, kapustę, marchew, brukiew, ogórki - gotowali z tego zupę.

Mam placki ziemniaczane. Ile zjesz?

Na przednówku głodowaliśmy. Zbierało się lebiodę, pokrzywę, byle tylko coś zjeść.

Ciągle chorowałam.

Mieszkaliśmy tam trzy miesiące, potem przewieźli nas w miejsce, gdzie stało pięć baraków. Mieszkali w nich nie tylko Polacy. Dorośli, kobiety i mężczyźni, chodzili do pracy, spławiali drewno do tartaków w Archangielsku.

„Rasija kak tiebie zwat`/ Kakaja ty krasiwa/ Job twoju mat`” powtarzali pod nosem zesłańcy. I jeszcze: „Kto nie rabotajet, nie kuszajet”. A ja nie mogłam nic jeść. Wszystko mi śmierdziało dymem z lokomotywy. Tylko wędzoną rybę byłam w stanie przełknąć, co uratowało mnie od śmierci głodowej.

Wreszcie zawieziono mnie do izby przyjęć, 60 kilometrów od baraków. Do nieustalonej choroby dołączył się straszny ból oczu. Leżałam na brzuchu, twarzą w poduszce i krzyczałam z bólu. Groziła mi ślepota, mieli nawet operować mi oczy. Serdecznie zajęła się mną rosyjska sanitariuszka. Nareszcie miałam co jeść. Pamiętam zupę mleczną.

Po dwóch miesiącach przewieziono mnie do dużego szpitala w Abanie. W końcu mnie wyleczono. Dawano mi trzy razy dziennie po łyżce tranu. Do dzisiaj nie lubię ryb.

W tym szpitalu leżałam półtora roku - wszyscy wiedzieli, że nie mam opiekunów. Poza tym byłam jedynym dzieckiem w całym szpitalu. Rozpuścili mnie, wszędzie mi wolno było wejść. Lekarz, też zesłaniec, który mówił do mnie: „pasmatri pad paduszku” – zostawiał dla mnie pralinki. A pacjentki Rosjanki dokarmiały mnie, bo szpitalne jedzenie to była postna zupa kapuściana i kromeczka chleba, przez którą widać było Moskwę.

Pod koniec mojego pobytu zaczęto do szpitala zwozić mężczyzn po wypadkach przy spławianiu drewna. Okropnie wyglądali, nie mogłam na to patrzeć. A kiedy Niemcy napadli na Sowietów, zabrano lekarzy na front. A ja zaczęłam się domagać, że chcę do swoich. I wróciłam do baraków nad rzeką.

 

Po pobycie w szpitalu mówiłam dobrze po rosyjsku i ludzie powiedzieli, że poszła Polka, a wróciła Ruska. W dodatku chodziłam do rosyjskiego przedszkola. Ale najważniejsze było dla mnie, że dwa razy dziennie dawali jeść - najczęściej zupę ze zmarzniętych ziemniaków, kapusty i marchwi.

Ugotowałam fasolkę, zjesz trochę? Polać ci masłem? Posypać z tartą bułką?

W przedszkolu byłam trzy, może cztery miesiące. Potem zrobił mi się ropień w pachwinie i dostałam malarii. Kazali mi wracać do baraku. Sama poszłam, na szczęście było niedaleko. Dziećmi nikt się nie przejmował.

Żeby nie umrzeć z głodu, chodziłam do wsi i zawsze ktoś mi dał coś do jedzenia. Nie żebrałam. Dostawałam trochę zupy, małą kromkę chleba czy gotowane ziemniaki. W końcu przyzwyczaiłam się do głodu.

W baraku nikt się mną nie zajmował, tylko raz dostałam od kogoś kawałeczek chleba. Ludzie nie mogli nic dać, bo sami nic nie mieli. Wszystko zamieniali na jedzenie. Nie było się czym przykryć, chyba tylko wszami.

Czasem sama sobie prałam ubranie - tylko w wodzie, nie miałam mydła. Byłam głodna, obszarpana i cuchnąca.

Znów dostałam malarii. Zabrali mnie do szpitala do Abanu. Po czterech miesiącach wróciłam do baraku.

Potem zawieźli nas do kołchozu „Woskriesienie” (Zmartwychwstanie) 25 kilometrów od Abanu. Tam pracowali mój brat i kuzynka. Było już co jeść, bo można było coś ukraść. Kołchoźnicy pokazali nam, jak to robić na polach. Oni mieli swoje działki, na których uprawiali warzywa, hodowali kury, to sami kraść nie musieli. Najgorzej było zimą. Chodziliśmy na pole, zbieraliśmy tam przemarznięte ziemniaki, ucieraliśmy, mieszaliśmy z odrobiną mąki i piekliśmy placki ziemniaczane.

Po jakimś czasie zaczęły przychodzić paczki z UNRR-y. Po drodze były rozkradane, do nas docierały resztki. Pamiętam ryż i mleko z puszki. Jakie to było pyszne! W życiu nic lepszego nie jadłam. A kiedyś przyszły ubrania. Dostałam sukienkę w czerwono-niebieską krateczkę z okrągłym kołnierzykiem i sweterek. To był luksus – żeby mieć się w co ubrać, ludzie tkali na krosnach. Potem brało się kawał materiału, wycinało otwór na głowę, przepasywało sznurkiem.

Dzieci w kołchozie nie pracowały, spędzały czas na zabawach. Graliśmy w palanta, berka, klasy. Zabawek nie było.

W końcu trzeba było mnie ubrać i posłać do szkoły, więc trafiłam do rozdzielczego domu dziecka w Kańsku, 240 km na wschód od Krasnojarska. Któregoś dnia przyjechała Wanda Wasilewska - zapamiętałam ją wysoką, szczupłą i pięknie ubraną w niebieski kostiumik. Wasilewska zabierała z rosyjskich domów polskie dzieci i zawoziła do polskich.

Z Krasnojarska wyruszyło nas sześcioro - normalnym pasażerskim pociągiem pojechaliśmy do Jerby. Miejscowość była położona nad górskim potokiem. Jezu, jakie tam piękne kwiaty rosły - podobne do piwonii, tylko w różnych kolorach. Przechodziłam w bród przez potok, żeby popatrzeć na nie.

Pracowaliśmy w ogrodzie należącym do naszego domu dziecka, żeby mieć własne warzywa. Na drzewa owocowe było za zimno. Zimą przemrożone ziemniaki, marchew i kapusta leżały na podwórzu. Kradliśmy marchew i jedliśmy pod kocem w łóżku, żeby nam nikt nie zabrał.

Tam mieszkałam cztery miesiące, chodziłam do pierwszej klasy. Było nas jednak za dużo i niektóre dzieci, w tym mnie, przewieziono do polskiego domu dziecka w Porogu. Nie ma już tej miejscowości, zrobili na rzece wielką elektrownię wodną i ją zalali. Ślad po nas nie został.

W tym domu było nas sto dwadzieścioro, chłopców i dziewcząt. Jeśli ktoś skończył 18 lat zostawiano go tam jako pracownika. W szkole uczyły nas starsze koleżanki. Chłopcy zajmowali się końmi i cięższymi pracami.

Chodziłam do szkoły i pracowałam w kołchozie, tak jak wszyscy, nawet wychowawcy. Wykopywaliśmy ziemniaki, plewiliśmy – tak zarabialiśmy na utrzymanie.

W budynku było bardzo zimno, silne wiatry wywiewały ciepło. Wtedy spałyśmy po kilka w jednym łóżku, aby się ogrzać. Raz w tygodniu chłopcy palili w łaźni nad rzeką i wszyscy się kąpaliśmy.

Ubrania mieliśmy z UNRR-y. Takie fajne kurteczki pamiętam, niebieskie zapinane na guziki. Przysyłano konserwy, mięsne i sojowe, fasolę. Dodawano je do zupy. Kiedyś trafiły się puszki z fasolą śmierdzącą naftą. Nie było nic innego, więc tym nas nakarmiono. Ależ dzieci po tym chorowały! Ja odmówiłam i dzięki temu ominęły mnie  biegunka i wymioty. Bardzo rzadko, ale trafiały się też ciastka i czekoladki. Od czasu tych pralinek ze szpitala w Abanie nie miałam nic słodkiego w ustach.

Ukroić ci kawałek ciasta? Mam szarlotkę, koleżanka mi przyniosła

Dziewięć miesięcy po wojnie, 25 marca 1946 roku musieliśmy oddać ubrania i wszystkie polskie książki. W zamian dostaliśmy jakieś łachy, po czym zapakowano nas na ciężarówki i zawieziono do Krasnojarska.

Mieszkańcy Poroga żegnali nas wzruszeni, bo bali się, że będziemy ich okradać, tak jak to robiły rosyjskie dzieci. „Polskie dzieci nie kradną” powiedział im na początku nasz dyrektor.

Z Krasnojarska trafiliśmy do Polski. Tam rozwieziono nas po różnych domach dziecka, żebyśmy w dużej grupie nie wspominali zesłania. Część zostawiono w Łodzi, Kłodzku. Ja z paroma koleżankami od maja do sierpnia 1946 roku byłam w Bardzie Śląskim, w internacie prowadzonym przez zakonnice. Przed wojną to była szkoła. Bardzo duży budynek, nazywał się „Jutrzenka”. Mieszkałyśmy po 5-7 na sali, a nie jak poprzednio w dużych grupach. Tam zakonnice wyleczyły mi nogi, bo całe były w strupach.

Od września 1946 do 1952 roku byłam w domu dziecka w Ząbkowicach. Tylko z trzema koleżankami stamtąd mam kontakt. Nigdy nie wspominamy zesłania, raczej pobyt w polskich domach dziecka.

Po tym co przeszłam, to w Polsce wszędzie był raj.

Posłano mnie do zawodowej szkoły krawieckiej. Wolę wyszywać, ale dzięki tej szkole umiałam sobie coś uszyć. Jednak maszynę do szycia kupiłam dopiero w latach 80-tych XX wieku. Przedtem obszywała mnie koleżanka. Już nie żyje.

Po szkole miałam 20 lat i zostałam wychowawczynią w prewentorium. To takie trzymiesięczne sanatorium dla dzieci. Na początek dano mi prawie dorosłych nastolatków myśląc, że sobie nie dam rady. A ja dogadałam się z nimi: powiedziałam, że jak będą mnie słuchać, to ja ich też. I spełnię to, co tylko będę mogła.

Przepracowałam tam cztery lata.

W 1956 roku z koleżanką pojechałam do Wrocławia. Chciałam mieć zawód, który bym lubiła i dlatego poszłam do dwuletniej szkoły pielęgniarskiej, przy ulicy Bartla.

Po jej skończeniu wszystkie absolwentki wysłano do sanatorium w Trzebnicy. Przez rok opiekowałyśmy się maleńkimi dziećmi (od 8 miesięcy do półtora roku), które były po chorobie Heinego-Medina.

Wróciłam do Wrocławia i tu pracowałam w różnych szpitalach do emerytury.

Pewnie, że byłam zakochana. Miałam 16 lat. Ale miłość się skończyła, kiedy on poszedł do wojska i mnie zdradzał. To po co mi taki? Nie, nie żałuję, że nie wyszłam za mąż. Pewnie tak miało być. Teraz jest mi bardzo dobrze. Mam dużo znajomych, ludzie się mną interesują.

Wtedy, jako młoda dziewczyna, byłam wstydliwa, nieśmiała i zakompleksiona. Nie miałam w co się ubrać, w ogóle niczego nie miałam. Pewności siebie nabrałam dopiero gdy zaczęłam podróżować.

To było w 1975 roku. Na oddziale kobiety bardzo się kłóciły i taka fajna pani ordynator powiedziała, że szkoda mnie dla nich i powinnam sobie gdzieś pojechać, odpocząć. Ze Sport-Turistem pojechałam do Hiszpanii, widziałam corridę. Myślałam, że to męczenie zwierząt, ale tam jest piękny taniec torreadorów. W czasie wbijania szpad w byka zamykałam oczy.

A 14 sierpnia jadę na Madagaskar. I co z tego, że mam 76 lat? Mówisz, że jeszcze tam mnie nie było? Właśnie dlatego! Kupiłam sobie kijki do chodzenia, czapeczkę i środek przeciw komarom. Jak siedzę długo w domu, to sufit mi się wali na głowę.

ZAPRASZAM w poniedziałek 26 sierpnia o godz. 19, na wystawę prac wykonanych w ramach Pracowni Opowieści,

ul. Szajnochy 5, wejście z przejścia prowadzącego od placu Solnego do Psich Bud i Szajnochy, po lewej stronie.

 

 

 

 

 

O autorze
Tagi
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Dodatki na bloga
”znaczek