O mnie, o książkach, filmach, wystawach, kolażach i dress-party z poczuciem humoru, niekiedy sarkastycznie a nawet złośliwie.

opowiadanie

czwartek, 06 lutego 2014

 

to nie są medaliony z opowiadania ale szukam foremki do takich ciastek i kamionki do lazanii

„Medaliony babci Anieli”

- Babciu, a co dzisiaj będziemy robić? – zapytała Anielę Tosia.

- Może upieczemy medaliony?

- A co to są medaliony?

- Medalion to pudełeczko płaskie, okrągłe lub owalne, puste w środku, wkłada się tam zdjęcie lub kosmyk włosów.

- I my to będziemy piec?

- Nie, kochanie. Medaliony mogą też być z mięsa, smaży się je lub dusi.

- Ale powiedziałaś, że będziemy piec.

- Bo my zrobimy okrągłe ciasteczka z masą w środku.

- A nie można ich kupić?

- Takich smacznych na pewno nie.

- Ale ja chciałabym iść na dwór pobawić się.

- Przecież deszcz pada. Nikogo na podwórku nie ma.

Tosia wyjrzała przez okno.

- Szkoda. To może poczytasz mi bejeczkę?

- Dobrze, najpierw ci poczytam a potem zrobimy medaliony. Będziesz mi pomagać?

- Będę. Ale przecież nie umiem.

- Pokażę ci co trzeba robić. A teraz przynieś książeczkę.

Tosia zdjęła z półki ulubione bajki.

- O Czerwonym kapturku, babciu – poprosiła.

- Dobrze, aniołku. Potem przygotujemy składniki do ciasteczek. Przesieję mąkę, wyjmę z lodówki masło i jajka.

- A potem drugą bajeczkę – dobrze? Tosia przytuliła się do Anieli robiąc proszącą minkę i oczy.

- Dobrze, dobrze. Widzę, że to będą bajeczne medaliony.

Aniela zrobiła sobie zieloną herbatę, Tosi nalała soku z działkowych owoców.

Usiadły na kanapie i babcia zaczęła czytać:

„Była sobie raz mała śliczna dziewczynka! Każdy, kto na nią spojrzał, pokochać ją musiał zaraz. Była ulubienicą babuni swej, która radaby jej była dać wszystko, co tylko jest na świecie. Pewnego dnia podarowała małej czerwony, aksamitny kapturek, w którym tak pięknie wyglądała, że nie chciała włożyć już innej czapeczki”.

- Ja też chcę czerwony kapturek! Uszyjesz mi babciu?

- Oczywiście kochanie. Ale posłuchaj co było dalej:

„Chodziła ciągle w swym czerwonym kapturku i przezwano ją też „Czerwonym kapturkiem”. Raz powiedziała jej matka: — Masz tu smaczny placek i flaszkę wina. Zanieś to babuni. Jest chora i bezsilna, pokrzepi się i wzmocni. Idź, zanim się zrobi gorąco, bądź uważna, nie schodź z drogi, bo biegając mogłabyś stłuc flaszkę, a wówczas babuni nic by się nie dostało. Gdy zaś przyjdziesz, nie rozglądaj się po kątach, ale powitaj grzecznie babunię.

 Dziewczynka przyrzekła matce, że wszystko spełni jak należy”.

PRZEPIS:

ciasto:

40 dag mąki, 2 żółtka, 2 łyżki kwaśnej śmietany, 1 kostka masła, z tego zrobić ciasto, cienko rozwałkować, wykrawać kółka, kłaść na blasze wysmarowanej tłuszczem lub na papierze do pieczenia,

do posmarowania: 2 białka ubić z 20 dag cukru na sztywno

posmarować pędzelkiem kółka na blasze, upiec, wystudzić

do przełożenia: dżem jakiś kwaskowaty, smarujemy nim upieczone ciastka po stronie nie posmarowanej białkiem z cukrem, sklejamy dwa razem,

zrobić masę budyniową (ugotowany ostudzony budyn miksujemy z masłem, aby powstała dość gęsta masa), tą masą smarujemy brzegi sklejonego ciastka (obwód) i tytłamy w wiórkach kokosowych lub drobno posiekanych orzechach/migdałach

Pyszne są, sama osobiście jadłam!

niedziela, 19 stycznia 2014

 

To moje piąte opowiadanie z cyklu: "Speciały Nadodrza i okolic".

         „Jak na drożdżach”

- Babciu, a co to znaczy chleba naszego powszedniego? – zapytała Anielę Tosia.

- Przecież wiesz co to jest chleb.

- Ale dlaczego mówi się powszedniego?

- Powszedniego czyli codziennego. Codziennie jesz chlebek – prawda?

- Najbardziej lubię z tej małej piekarni.

- Ja też, kochanie. To może dzisiaj tam pójdziemy?

- I kup kawałek tego pysznego ciasta drożdżowego.

- Nie dość, ze pyszne to jeszcze tańsze niż w innych sklepach – praktycznie stwierdziła Aniela.

- A czy ty babciu potrafisz upiec taki chlebek i placek?

- Pewnie umiałabym ale wolę robić coś innego.

- Poczytać mi bajeczkę?

- Nie tylko.  Ugotować obiadek, przyszyć ci oberwaną kieszonkę.

- Zerwały mi się koraliki, naprawisz?

- No i sama widzisz, nie mam czasu piec chleba.

- To idziemy do piekarni – zarządziła Tosia.

- W takim razie wkładaj kurteczkę i butki.

- Babciu, babciu – a chlebek to ja najbardziej lubię z masłem i pomidorkiem. A ty?

- A ja z masłem, białym serem i miodem.

- To powrocie do domu zrobisz nam takie kanapeczki?

- Zrobię. To będzie nasze drugie śniadanie.

- A po obiedzie zjemy ciasto drożdżowe, dobrze?

- Koniecznie, deser musi być.

- Tylko pamiętaj, babciu, wziąć ze sobą pieniądze i zamknąć drzwi na klucz.

- I co ja bym bez ciebie zrobiła? – roześmiała się Aniela i pocałowała wnuczkę w czoło.

 

sobota, 21 grudnia 2013

 To czwarte moje opowiadanie kulinarne z cyklu "Specjaly Nadodrza i okolic". Może być propozycją na świąteczne ciasto.

Przepis wygrał konkurs na specjał - deser, autorką jest córka Basi B.

 

„Jabłka pod pierzynką schowane”

 

Tego dnia było jak w piosence „Na całej połaci śnieg” .

 

Tosia rano wstała z łóżeczka i spojrzała przez szybę.

 

- Babciu, popatrz, ktoś wszystko posypał mąką.

 

Aniela podeszła do okna, objęła wnuczkę  i powiedziała:

 

- To aniołki w niebie robiły przedświąteczne porządki, zbyt energicznie trzepały poduszki i pierzyny, które rozdarły się i wyleciały z nich białe piórka.

 

-  Taaak? A dlaczego są takie duże? I dlaczego na ulicy się rozpuściły?

 

- Ach ty moja mądralińska! Masz rację, ja tylko żartowałam. A teraz idziemy do łazienki. Umyjesz się a potem zjesz śniadanko.

 

- A co dzisiaj będziemy jeść?

 

- Chlebek z masełkiem, biały serek, a na deser piękne czerwone jabłuszko. Chyba, że wolisz żółte lub zielone.

 

- Bym chciała czerwone, żółte i zielone razem.

 

- Chyba takich trójkolorowych nie ma.

 

- A dlaczego?

 

- Nie wiem, kochanie.

 

- A dlaczego nie wiesz?

 

- Dlaczego i dlaczego. Lepiej wytrzyj rączki i marsz do kuchni.

 

Aniela wyjęła z szafki kubek i spodeczek z wizerunkiem Króla Lwa. Ukroiła kawałek białego sera. Przekrojoną na pół kromkę chleba i nabiał położyła na spodeczku. Do kubka nalała kakao.

 

- Siadaj, kochanie, i jedz – powiedziała do Tosi.

 

- A ty babciu?

 

- Ja już jadłam.

 

- To poczytaj mi książeczkę.

 

Aniela sięgnęła zdjęła z półki ulubiony zbiór bajek, otworzyła książkę i zaczęła czytać.  Był to taki mały poranny rytuał. Czytanie na śniadanie.

 

Tosia skończyła jeść i zapytała:

 

- A co teraz będziemy robić?

 

- Upieczemy ciasto nazywające się „Jabłka pod pierzynką”.

 

- Taką z piórek? To będzie jabłuszkom cieplutko.

 

- W piekarniku będą miały bardzo gorąco.

 

- A jak to się robi?

 

- Najpierw trzeba włożyć fartuszek.

 

- Ciasto będzie w fartuszku?

 

- Nie kochanie, my założymy fartuszki a potem obiorę jabłka. Ale najpierw przygotuję wszystkie składniki.

 

- A co to są składniki?

 

- Wszystko to z czego będziemy robić ciasto.

 

- A z czego?

 

- Zaraz ci przeczytam przepis. Dostałam go od pani Basi.

 

JABŁKA   POD   PIERZYNKĄ

 

Składniki na biszkopt

 

5 jajek, 1 szklanka cukru, 1 łyżka octu, 1 łyżeczka proszku do pieczenia, 75 dag mąki

 

Składniki na mus jabłkowy

 

2 kilogramy jabłek, pół szklanki cukru lub więcej w zależności jak kwaśne są owoce, 1 paczka mielonego cynamonu, 2 galaretki cytrynowe

 

Krem budyniowy

 

Opakowanie budyniu, ¾ litra mleka, 5 łyżek cukru, kostka margaryny lub masła

 

Posypka na krem

 

1 paczka wiórków kokosowych, 2 łyżki masła, 1 łyżka cukru

 

Wykonanie:

 

Biszkopt:

 

białka ubić na sztywno, dodać cukier i żółtka. Potem mąkę, ocet i proszek do pieczenia – wymieszać. Piec 40 minut w temperaturze 180 st. C

 

Mus jabłkowy:

 

Jabłka obrać, wyciąć gniazda nasienne, pokroić, do garnka włożyć, rozgotować mieszając, w razie potrzeby wody dodając, potem wsypać cukier i cynamon. Mieszać i gotować aż cukier się rozpuści. Galaretki przygotować wg przepisu na opakowaniu dodając trochę mniej wody, aby związały masę. Dodać je do masy z jabłek. Dokładnie wymieszać. Po wystygnięciu położyć masę na biszkopt.

 

Krem:

 

Ugotować budyń z cukrem. Ostudzić. Potem dodać masło lub margarynę i utrzeć lub zmiksować.

 

Wiórki kokosowe uprażyć na złoty kolor na patelni z cukrem i masłem. Ostudzić.

 

Krem rozsmarować na zastygłym zimnym musie jabłkowym. Posypać zimnymi wiórkami.

 

Wstawić ciasto do lodówki. Najlepsze jest na drugi dzień.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

poniedziałek, 02 grudnia 2013

 To trzecie moje opowiadanie z cyklu "Specjały Nadodrza i okolic". Nie ma pod nim przepisu, bo autorka choruje ale obiecuję ten brak uzupełnić. Tekst ukazał się też na:

http://wroclaw.doba.pl/?s=subsite&id=8442&mod=1

Pączki w Infopunkcie

To nie był dobry dzień dla Infopunktu. Zaraz po otwarciu drzwi okazało się, że nie ma światła. Potem, ze cieknie z rozmrażającej się lodówki.

- Chyba się zabiję – pomyślała Dorota marząca o kubku gorącej kawy z ekspresu. Setny raz tego dnia wytarła zaczerwieniony od kataru nos.

Wyszukała w notesie numer do pogotowia elektrycznego i zgłosiła awarię.

- A korki pani sprawdziła? – zapytał fachowiec. Może macie automatyczne i wystarczy wcisnąć.

- Nie sprawdziłam – przyznała obolała Dorota.

- Oj, te kobiety – mizoginicznie stwierdził samiec po drugiej stronie.

Dorota przeszła do pomieszczenia z licznikami. Wszystko było w porządku. Co przekazała z drobną satysfakcją w głosie.

- Szkoda. No, dobra – zgłoszenie przyjąłem.

- Ale ile to potrwa?

- Proszę czekać, jak przyjedziemy to będziemy.  I odłożył słuchawkę.

Do Infopunktu weszła Maja.

- Czemu tak po ciemku siedzisz? – zapytała.

- Bo gdzie ciemno, tam przyjemno – pociągając nosem zażartowała Dorota.

- Aleś przeziębiona. Gdzieś się tak zaprawiła?

- Nakichali na mnie w sklepie – zeznała zdołowana i przeziębiona.

- To idź do domu, bo nasz zarazisz. Ale co z tym światłem?

- Mają przyjechać i naprawić.

- A powiedzieli kiedy?

- Jeszcze czego! Mamy czekać.

- Dobrze. Zaraz przyjdzie Karolina to razem poczekamy. A ty marsz do domu, a tam polopiryna i pierzyna.

Wychodząc Dorota powiedziała:

- Bożena z Basią mają przynieść pączki. Zostaw mi kilka.

- Jasne. Od razu włożę do firmowej torebki „Specjały Nadodrza”. A teraz uciekaj.

W tej chwili zabłysło światło a do Infopunktu weszła Aniela z Tosią.

- Babciu, a dlaczego pączek tak się nazywa?

- Bo robi się go z ciasta drożdżowego, które rośnie czyli pączkuje.

- Ale chlebek też jest z takiego ciasta a nie jest pączkiem.

- Chleb można robić także z zakwasu, nie tylko z drożdży.

- A co to jest zakwas?

Dorota i Maja roześmiały się.

- W domu ci to wyjaśnię – dobrze?

Od schodów zapachniało pysznie niedawno smażonymi pączkami niesionymi przez Basię.

PRZEPIS:

  Składniki: 2 kg mąki, 15 jaj, 30 dag miękkiego masła, 20 dag drożdży, szlanka cukru,  3 szklanki mleka, - można te proporcje podzielić np. na 3 i będzie mniej pracy oraz mniej pączków; wszystkie składniki powinny mieć temperaturę pokojową

 Wykonanie: drożdże rozkruszyć, wymieszać z łyżką cukru i 2 łyżkami mąki, zostawić w naczyniu do wyrośnięcia, uważać, aby nie wykipiały

Mąkę przesiać, wsypać cukier, dodać masło, jajka (ja bym dała same żółtka - a Wy?), wlać mleko a potem wyrośnięte drożdże, dobrze wyrobić, odstawić w ciepłe miejsce do wyrośnięcia, przykryć czystą ściereczką.

Wyrośnięte ciasto delikatnie rozwałkować na wysokość mniej więcej 1 cm, wykrawać szklanką lub foremką okrągłą, do środka wkładać powidła śliwkowe z cynamonem. Smażyć na smalcu lub oleju.

Dla spieszących się: można zastosować drożdże w proszku.

 Smacznego.

wtorek, 26 listopada 2013

To moje drugie opowiadanie z cyklu "Specjały Nadodrza i okolic"

„Ciasto miodem smakujące”

Mirka nakryła długi stół białymi serwetami, na środku stawiając flakoniki z kwiatkami. Odpakowała przyniesione ciasto i pokroiła w nieduże kawałki.

Weszła Bożena, zdjęła płaszcz, powiesiła go i przeszła do części kuchennej Infopunktu. Włączyła czajnik, przeniosła filiżanki i spodeczki z suszarki na blat lady. Dodała łyżeczki i cukierniczkę. Z lodówki wyjęła mleko.

Mirka dostawiła dwa dzbanki – jeden na kawę, drugi na herbatę.

Goście czwartkowej kawiarenki schodzili się powoli.

Kazimierz siedział pod oknem i czytał gazetę dla seniorów.

Na parapetach, stolikach i w gablotach stały, a na ścianach wisiały eksponaty wystawy „Nadodrze z pamięci” zrealizowanej przez Romana Płatka.

Otworzyły się drzwi, weszła Aniela i Kasia z Tosią. Zapachniało chlebem.

- Mamy świeży chleb i smalec, kto chętny? – zapytała Kasia.

- To ja pokroję – powiedziała Ania.

- A ja posmaruję – podniosła się z krzesła Irena.

- Ja zapraszam na upieczone przeze mnie ciasto prosto z ula powiedziała Mirka.

- A dlaczego z ula? – zapytała zawsze ciekawa Tosia.

- Bo jest w nim miód – odpowiedziała Aniela.

- A gdzie był ul?

- W pasiece.

- A co to jest pasiece?

- Pasieka to takie osiedle małych domów dla pszczółek.

- Mieszkają i w słoiczkach miodek mają?

Wszyscy zebrani roześmiali się.

- Nie, pszczółki robią miód i chowają go w plastrach.

- Takich na rozbite kolano?

- Nie, w zupełnie innych. Widzę, że musimy kupić książeczkę o pszczółkach – powiedziała Kasia.

- A kiedy?

- To może jutro, po przedszkolu – dobrze?

- Dobrze, to poproszę teraz chlebka i miodowego ciasta. Ale małe kawałki – zarządziła Tosia rozsiadając się za stołem.

Mirka i Bożena postawiły na stole napoje, Aniela filiżanki, Kasia dzbanki, Ania chleb, a Irena ciasto.

Kazimierz zdjął okulary, schował do kieszeni, odłożył  gazetę i usiadła stołem.

Za chwilę dołączyli  Romek, Zbyszek i Basia częstując się czym kawiarenka bogata.

MIODOWNIK MIRKI – przepis

Składniki:  (na mały placek)

Ciasto: 1 szklanka mąki przesianej przez sito, 2 łyżki miodu, ¼ kostki masła, pół łyżeczki sody oczyszczonej, 1 jajko

Krem budyniowy: budyń śmietankowy, ¾ kostki masła

Poza tym: gorzka czekolada, garść orzechów włoskich, 2 łyżki miodu, 2 łyżki cukru

Wykonanie:

Ciasto – miód i masło rozpuścić razem w garnku, wystudzić dodać do mąki z sodą i jajkiem, wymieszać, upiec, nasączyć wodą z cytryną lub z lekkim alkoholem

Krem: budyń ugotować wg przepisu, po wystudzeniu zmiksować z masłem

Orzechy włoskie pokroić, rozpuścić miód z cukrem, wsypać orzechy, skarmelizować,

Rozpuścić pół tabliczki czekolady

Na ciasto nałożyć masę budyniową, posypać orzechami, i polać  płynną czekoladą

 

 

 

piątek, 08 listopada 2013

 Napisałam cztery krotkie opowiadania, cykl nazwałam "Specjały Nadodrza i okolic".

Oto pierwsze, zawiera przepis, który już tutaj podawałam:

        „To ci pasztet”      

- Mamo, mamo – Kasia usłyszała wołanie z podwórka. Poprawiając kosmyk rudych włosów wyjrzała przez okno. Przy piaskownicy kucały dzieci sąsiadów kłócąc się o coś.

- Mamo, a oni mówią, że pasztet kupuje się w sklepie, a nie robi w domu!

Zamknięta prostokątna przestrzeń  budynków położonych przy ulicach Nadodrza: Paulińskiej, Rydygiera, Kazimierza Jagiellończyka i Bolesława Chrobrego doskonale niosła głos dziewczynki. Tosia stała z podniesioną główką, w rozpiętej kurteczce, opadającej podkolanówce i  z rozplecionym warkoczykiem.

W  budynkach otworzyło się parę okien.

- Tym ze sklepu najwyżej można sobie zepsuć żołądek – powiedziała starsza pani z kotem w objęciach.

- W kupnych są zmielone, niedokładnie umyte kości, oczy, jelita, racice i ogony z włosami– dodała ostro umalowana kobieta koło czterdziestki, jak widać bardzo dobrze poinformowana.

- I pełno wypełniaczy, dobrze jeśli to tylko kasza manna – dobiegło z sąsiedniego bloku.

- Najwięcej w nich jest chemii, polepszaczy i konserwantów – przyłączyła się do dyskusji nastolatką idąca z kubłem w stronę  pojemników na śmieci.

Dziewczynka stała pod oknem, w jednej ręce trzymała wiadereczko, w drugiej łopatkę.

- Mamo, a z piasku można zrobić pasztet? – zapytała.

- Można córeczko, ale będzie taki sam pyszny jak te ze sklepu.

- Ale chyba nie wszystkie są takie paskudne? – zapytała studentka wynajmująca pokój w mieszkaniu na parterze. Ja mam jeden taki ulubiony, kupuję go na wagę w sklepie mięsnym.

- Dziecko, młoda jesteś, zdrowa to nic nie czujesz ale za parę lat zaczniesz świecić – stwierdziła siedząca na ławce babcia jednego z bawiących się chłopców. Przysłuchiwała się rozmowie jednocześnie dziergając sweter dla wnuka.

- Dlaczego świecić? – zdziwiła się studentka.

- Bo to wiadomo, tak naprawdę, co do tej masy dodają? Ale na pewno nic dobrego i zdrowego.

- Byle tylko zarobić na klientach.

- Sztuczne zapachy i smaki wsypują do wszystkiego.

Wymiana informacji zataczała coraz większy krąg.

- Ale ja nie mam czasu na gotowanie i pieczenie – dołączyła się Barbara elegancka bizneswoman, wyjmująca z bagażnika samochodu  reklamówki pełne zakupów, głównie gotowych dań – pizzy, pierogów, bigosu, kotletów w panierce, słoików z klopsikami, sałatek warzywnych i białego pieczywa.

- O, widzę całą tablicę Mendelejewa w pani siatkach. Nie lepiej to zjeść mniej a zdrowo? I te reklamówki. Wie pani, że one zatruwają środowisko, bo nigdy się nie rozpuszczają? Lepiej używać siatek uszytych z materiału.

- Nie mam czasu biegać po sklepach i szukać takich, ja ciężko pracuję – oburzyła się kobieta.

Zamknęła auto, zabrała siatki i poszła do swojej bramy. W tej chwili stanęła w niej sąsiadka właścicielka kota.

- Proszę, tu jest torba na zakupy. Sama ją uszyłam.

- Ja tego nie potrzebuję – obruszyła się Barbara.

- Ale środowisko potrzebuje. Torba jest duża, trwała, z grubego materiału, ma podszewkę i kieszonkę na zewnątrz, będzie pani tam mogła włożyć spis zakupów. Jak się podniszczy to ją pani naprawię lub sprzedam następną. Dziesięć złotych się należy.

Zaskoczona kobieta wyciągnęła portmonetkę i dała dwadzieścia złotych.

- To poproszę od razu dwie, będę miała na zapas.

- I słusznie, jak jedną pani wypierze to drugą będzie używać.

Z okien rozległy się oklaski i głosy:

- A ma pani jeszcze te torby, bo ja bym kupiła.

- I ja, i ja, i ja.                                    

- Spokojnie – dla wszystkich starczy. Uszyję więcej. A do każdej torby prezent gratis – mój przepis na pasztet drobiowy. Mogę go też upiec na zamówienie.

PASZTET DROBIOWY

Składniki:

30 dag serc drobiowych

30 dag żołądków drobiowych

30 dag mięsa drobiowego ze skórką (nie pierś)

20 dag wątróbki drobiowej

1 mała bułka

1 mała marchewka,

1 mała pietruszka

kawałek selera

mała cebula

szklanka mleka lub wody

20 dag tłustego boczku w plasterkach

2 jajka

sól, pieprz

Wykonanie:

Mięso, jarzyny, cebulę z przyprawami dusimy do miękkości dodając wody, aby się nie przypaliło.

Do mleka (wody) wkładamy bułkę, aby całkowicie nasiąkła.

Uduszone składniki po wystygnięciu mielimy, dodajemy odciśniętą bułkę i jajka. Dokładnie mieszamy. Dwie keksowe lub jedną płaską foremkę dokładnie wykładamy boczkiem i wylewamy masę. Wyrównujemy i polewamy olejem rozprowadzając go na powierzchni. Wkładamy do gorącego ok. 200 st. C piekarnika, pieczemy 50 minut do godziny, temperatura ma powoli wzrastać.

 

 

 

wtorek, 06 sierpnia 2013

 Nie umieszczam tutaj swoich opowiadań, ale zrobię wyjatek. Agnieszka Wolny-Hamkało wymyślała nam na zajęciach w Pracowni różne zadania, na szczęscie nie matematyczne. A to opisywaliśmy jej postać (z przyjemnością :) ), a to tworzyliśmy tekst do przyniesionej przez nią pocztówki z Berlina. Przedstawia kościół zniszczony na skutek nalotów  alianckich w 1944 roku.

Opowiadanie wyszło mi takie:

 

Była wiosna 1944 roku.

 

W kościelnych dębowych niewygodnych ławkach siedzieli lub klęczeli nieliczni wierni modlący się o zwycięstwo, coraz mniej ukochanego, fuhrera.

 

W powietrzu unosiły się drobinki kurzu i ledwo wyczuwalny zapach kadzidła. Pracowite korniki chrobocząc pożywiały się drewnem licznych figur stojących na ołtarzu głównym, w bocznych nawach i pod amboną.

 

Kwadraty posadzkowych kafli w wyniku kontaktu z butami wielu ludzi zmieniły się w romby i pięciokąty.

 

Święci z obrazów nie zwracali na nich uwagi zajęci innymi sprawami. Rita była sfrustrowana, bo nie mogła spełnić próśb Polaków wyrażanych w pieśni „ojczyznę wolną racz nam zwrócić panie”. Święty Krzysztof w rozterce nie wiedział nad którymi kierowcami lepiej czuwać – niemieckimi czołgistami czy pijanymi polskimi rowerzystami. Święty Jerzy, z lancą zwaną Ascalon, od wieków stał pod Smoczą Jamą w Krakowie, bo nikt go nie poinformował o działaniu szewczyka Skuby.  Z gaszeniem pożarów na całej Ziemi nie nadążał święty Florian. Franciszek popadł w depresję – tak wiele zwierząt potrzebowało jego pomocy.

 

Pod ostatnim filarem siedziała stara kobieta w nietwarzowym kapeluszu i płaszczu sprzed wojny. Wyliniały rudy lis otaczał jej szyję. Z pełną zmarszczek szarą twarzą kontrastowały błękitne oczy, które nie straciły intensywnego koloru mimo upływu lat.

 

Cicho modliła się przesuwając paciorki różańca. Jednocześnie myślała o córce, która dziesięć lat przed wybuchem wojny wyszła za mąż. Matka narzeczonego była Żydówką. Bogaty ojciec zdążył przelać większość pieniędzy do banku w Szwajcarii, ale jemu i żonie już nie udało się wyjechać z Niemiec i umarli w getcie.

 

Trzy lata temu córka z mężem i dziećmi pojechała do Portugalii, aby dostać się na statek płynący do Stanów. Od tej pory kobieta nie miała od nich żadnej wiadomości.

 

Czuła się osierocona. Mąż zmarł na zawał serca w pierwszym roku wojny po otrzymaniu wiadomości, że ich syn homoseksualista zginął w obozie koncentracyjnym w Dachau.

 

Życie w Berlinie było coraz trudniejsze. Większość sklepów zamknięto. Żywność można było kupić tylko na czarnym rynku po paskarskich cenach. Kobieta sprzedała już większość cennych rzeczy i martwiła się o swoją przyszłość.

 

Przestała odmawiać różaniec przypominając sobie przemówienia Hitlera nadawane w radiu i pokazywane w kronikach filmowych.  Pamiętała także entuzjazm tłumu na olimpiadzie w 1936 roku gdy wygrywali Niemcy i gwizdy wywołane zwycięstwem ciemnoskórych zawodników, szczególnie Jesse Owensa, który wygrał w czterech lekkoatletycznych konkurencjach.

 

Widziała film dokumentalny Leni Riefenstahl nakręcony w czasie igrzysk pod tytułem „Olympia” w którym aryjscy zawodnicy wyglądali jak greccy bogowie.

 

Nagle coś głośno stuknęło. Kobieta odwróciła się. Do kościoła wszedł wysoki mężczyzna w czarnym mundurze ss-mana. Krotko obcięte bardzo jasne włosy ledwie było widać spod wojskowej czapki. Dźwięk jego kroków, wybijanych podkutymi obcasami, odbijał się echem po wnętrzu świątyni.

 

Podszedł do ołtarza i próbował otworzyć tabernakulum. Nie udało się uderzył więc pięścią w drzwiczki. Potem wyjął pistolet z kabury i strzelił. Kula odskoczyła  i rykoszetem trafiła profana w usta. Czaszka rozprysła się z głośnym plaśnięciem. Mężczyzna stał chwilę i runął na schodki prezbiterium.

 

Modląca się kobieta wstrzymała oddech. Po chwili głośno wypuściła powietrze.  Wstała, sięgnęła po torebkę stojącą obok na ławce i szybko wyszła na boczną nawę. Zbyt dużo  miała własnych kłopotów, aby angażować się jeszcze w cudze.

 

Usłyszała odgłos nadciągającej burzy.

 

- Zapomniałam parasola – pomyślała.

 

Wyszła z kościoła, ciężkie drzwi zamknęły się z hukiem. W tej samej chwili budynek zadrżał.

 

Kobieta przeszła paręnaście kroków, odwróciła się i zobaczyła odlatujące alianckie samoloty lżejsze o kilka bomb spuszczonych na kościół.

 

 

środa, 13 lipca 2011

     Opisywałam tutaj perypetie z konkursem literackim w którym dostałam jedną z nagród ale z poślizgiem bo na uroczystości tego nie ogłoszono. Zapomniano albowiem. Przyczyn dociekać nie będę.

A tutaj można przeczytać nagrodzone opowiadanie pt.: "Otruci w pociągu":

http://www.forum.kolejarz.org/viewtopic.php?t=5183

niedziela, 05 czerwca 2011

   W internecie jest bibliotekarski portal o nazwie pulowerek.pl, umieścił on jedno z moich bibliotekarskich opowiadań, zachęcam do przeczytania i zastrzegam, że fakty autentyczne są tam pomieszane z fikcją:

http://pulowerek.pl/2011/06/03/topielec-przy-galla-anonima-by-irena-brojek/

O autorze
Tagi
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Dodatki na bloga
”znaczek