O mnie, o książkach, filmach, wystawach, kolażach i dress-party z poczuciem humoru, niekiedy sarkastycznie a nawet złośliwie.

pamiętnik osobisty z kotem

sobota, 02 grudnia 2017

 

Jak  już sobie wcześniej zaplanowałam pojechałam do Hali Stulecia na Targi Książki. Już przy wejściu zauważyłam pojemnik do którego można wrzucać niechciane książki. Ale za bardzo uwolnione to one nie są, bo nie można sobie żadnej zabrać. Sądzę, że pojemnik jest opróżniany a książki lądują na stoisku książek używanych. Tyż piknie.

Zanim wejdzie się do sali głównej w holu można zaopatrzyć się w różne przedmioty, nazwano to Targi Wszystkiego Dobrego:  ozdoby świąteczne , ubrania, torby, ceramika, biżuteria, płyty, słodycze a nawet kleje.

Między stoiskami w sali głównej postawiono dużą kanapę, na niej dwoje aktorów Agata (z Fundacji "Teatr Akcja") i Arkadiusz czytają dzieciom książki.

 

Na stoisku Stowarzyszenia Autorów Polskich zastałam wrocławską poetkę Katarzynę Georgiou. Opowiadała zainteresowanej kobiecie o czym pisze. Na co kobieta otwierając tomik:

- Ale czy ja mogę zobaczyć to co pani pisze?

-  To może ja pani przeczytam - zapytała autorka.

- Nie, ja wolę sama - odparła kobieta.

Autor musi umieć wyczuć czy czytelnik chce być namawiany i przekonywany do nabycia jego książki, czy też woli sam zapoznać się z twórczością.


Dwie godziny chodziłam wśród stoisk i według mnie tylko Wydawnictwo Psychoskok miało jakiś noryginalny pomysł na promocję.

Kilkanaście książek zapakowano, na każdej jest napisane ręcznie krótkie omówienie treści, od pracownika można się dowiedzieć jaki to rodzaj literatury i ile książka kosztuje. Taki kot w worku.


 

Jeśli chodzi o koty to zauważyłam te zwierzątka tylko na okładce książki poetki Katarzyny "Komu mruczy kot" i książki z serii L. J. Braun "Kot, który..." .


 

 Zauważyłam parę fajnych nazw wydawnictw:

 AFERA, Tadam, WYTWÓRNIA, Dwie Siostry, CZARNA OWCA, Adamada, ZIELONA SOWA, Wielka Litera, ZAKAMARKI, Literówka.

W holu Hali było też kilka małych barów ale nie skorzystałam. Wolę jeść w domu. Nawet flaki ze słoika.

A poza tym: 

 Na poczcie zaczęłam wypełniać druk na list polecony i mój długopis okazał się być wypisany. Pożyczyłam od urzędniczki a pani stojąca za mną powiedziała, że  mogła mi swój pożyczyć. Jak miło.

Porozmawiałyśmy na tematy kartek okolicznościowych – pochwaliłam się, że wszystkie robię sama.

Koleżance w prezencie mikołajowym wysłałam notes zrobiony własnoręcznie.

W sklepie papierniczym nabyłam dwa wkłady do długopisu, postanowiłam je zawsze mieć w torebce.

Albowiem "PZU - przezorny zawsze ubezpieczony" ale nie zawsze jestem przezorna. Nobody`s perfect.

poniedziałek, 20 listopada 2017

Dostałam od znajomej następną opinię o moich opowiadaniach, oto ona:

 Wielkie dzięki za opowiadania, które przenosiły mnie z rzeczywistości do Wrocławia.

Zazdroszczę mieszkańcom Wrocławia, którzy czytali Twoje opowiadania.
Ja osobiście nie znam miasta...i moje filmik i(fantazja) tworzące się w głowie podczas czytania opowiadań - pewnie odbiegały od rzeczywistości.
Czytało się komfortowo, bo opowiadania są krótkie i po przeczytaniu jednego, można było odłożyć książkę na "chwilę".
Takich opowiadań, nie da się czytać "ciurkiem". Tu każde po kolei trzeba "przetrawić". 
Wbrew moim oczekiwaniom...krew się nie polała!
Załatwiłaś Swoich wrogów "na cacy" w białych rękawiczkach...

Trudną sprawą dla mnie, jest wybór najlepszego opowiadania...
Jakie kryteria mam brać pod uwagę?
Akcję, tempo, opisy historyczne czy miejsce znalezienia trupa?
Tak naprawdę świetnie się ubawiłam i zrelaksowałam, 
czytając...Twoje przezabawne dialogi z Ewą.
Pozycją taką jest: "Zwłoki w Parku Szczytnickim".

Opowiadanie "Konkursowa śmierć" - bardzo zaległo mi w pamięci. 
Cenzorem literackim nie jestem - ale przyznałabym najwięcej punktów. 


Ogromną fobią, po przeczytaniu Twoich opowiadań ...jest głaskanie kota.

Mój Jakubek przed snem, dopomina się o głaskanki...
Kiedyś nie miałam z tym problemu...pogłaskałam i już!
Teraz, ręka w pół drogi się zatrzymuje...zanim pogłaszczę.:)

sobota, 21 października 2017

 

Opinie o mojej książce

Zapytałam znajomych, które z opowiadań podobało się im najbardziej.

 Sprytnie nie zapytałam, które kompletnie nie, ha,ha,ha.

Dzięki tym wypowiedziom dowiedziałam czym się kierują czytelnicy w ocenie czytanej książki.

I to jest wartość dodana.

 mąż współbohaterki Ewy

 Znakomite! Gratuluję Ci zarówno wyobraźni, jak i sposobu przedstawiania tych wizji!

 Dla mnie cenną stroną jest - wiadomo - obecność Ewy, ale także kilku naszych kotów (w tym nieżyjących Frycka i Loli), za co składam Ci osobne podziękowanie. Wartość dokumentalno - historyczną mają również pewne detale z życia "mrówkowca" - jak np. pani Helena od karmienia kotów, czy upierdliwy sąsiad, którego w jednym z opowiadań uśmiercasz (na szczęście udało mu się pokonać alkoholizm, także bardzo zmienił się na plus).

 Na stronie 179, wiersz 11 od dołu - porównujesz swoją książkę do Chmielewskiej. Mnie też w pewnej chwili przyszło do głowy to porównanie. Książek L. J. Braun nie znam.

 Swoją drogą - takie uśmiercanie wrogów w twórczości literackiej jest wśród osób piszących dość często spotykaną psychoterapią. I myślę, że to skuteczne odreagowanie, bo inaczej autorzy chyba by tego nie robili. Ja jeszcze nie próbowałem, może kiedyś...

Poczucie humoru nie zawsze idzie u Ciebie w parze z komizmem. Np. opowiadanie "Zabójcza miłość, czyli..." jest - w sumie - bardzo smutne...

Doprawdy trudno mi wyróżnić jakieś jedno opowiadanie, bo podobały mi się wszystkie. W czterech utworach: „Rąbnięta rocznikiem”,  „Zwłoki w Parku Szczytnickim”, „Kościotrup pamiętający Breslau” oraz „Zimny trup obok liceum” bardzo poruszyła mnie atmosfera i nastrój towarzyszący przechodzeniu do przeszłości i w powrotem. 

Gdybym jednak miał obiektywnie wytypować opowiadanie, które wydaje mi się najciekawsze pod względem konstrukcji i akcji, to (pomimo, że nie ma tam Ewy) - byłby to utwór „Konkursowa śmierć”. Myślę, że samo nadaje się na konkurs i to prawdopodobnie wygrany...

I tym optymistycznym akcentem kończę na dziś, jeszcze raz dziękując Ci za duchową ucztę.

znajoma, z  wykształcenia socjolog

Czytam te Pani opowiadania i nie dość, że wypijam hektolitry herbaty, to jeszcze mam ochotę na takie wędrówki po Wrocławiu, jakie Pani uskutecznia z przyjaciółką, o cieście drożdżowym, które mi się śniło nie wspomnę.

Natomiast w jednym opowiadaniu opisuje Pani swój sen, nie wiem, czy prawdziwy, ale dla mnie bardzo przejmujący, jak to Panią przesłuchują, w tle się snują wrogie postacie, a w końcu milicjant przystawia Pani pistolet do głowy.

Jestem w połowie i wciąż nie mogę wyjść z zachwytu jak pięknie oddaje Pani "swój" Wrocław -

biblioteki, opisy, wspomnienia, niemal jakbym była w tych opowiadaniach

Ale widzę tu dla Pani dwa zagrożenia: teraz bardzo bym chciała zostać bohaterką (nie mylić z nieboszczką) jakiegoś Pani opowiadania. no i koniecznie jesienią chodźmy na spacer.

 (już byłyśmy w Parku Szczyt. I na Zalesiu  wyszło z niego, że potrzebna jest mapa miejsc akcji)

Oczywiście, że Pani siebie nie docenia. Książka jest naprawdę znakomita i jakbym nie dostała, też bym chciała kupić. Choć to brzmi niepolitycznie.

bibliotekarka pierwsza

 Jej przygoda z lampą w bibliotece zainspirowała mnie do napisania „Poległa pod lampą”.

Najlepsze opowiadanie „Konkursowa śmierć”.

bibliotekarka druga

Jesz i jesz w tych opowiadaniach, a nigdy nie gotujesz. Jak ty to robisz? J

Uzupełniła tez moją wiedzę dot. cytatu „wyszedł letki z cichej klozetki” -  jest to część wiersza Tadeusza Boya-Żeleńskiego „Dzień pana Esika w Ostendzie”:

Wychodzi letki

Z cichej klozetki,

Znów na kobietki

Popatrzeć rad,

Z tłumem się miesza,

Gdzie strojna rzesza

Gwarnie pospiesza

Pięknym jest świat.

Bibliotekarka trzecia

Głosuję na "Zwłoki w Parku Szczytnickim"

ja: wow, pani jako pierwszej się to właśnie opowiadanie spodobało, czy dlatego, że nawiązuje do filmu "Dzień świstaka"?

- Też, ale bardziej na postać, którą Pani udało się unieszkodliwić. Miałam nieprzyjemność pracować z kimś kto mógłby być jej sobowtórem.

Koleżanka z którą byłam internowana w Gołdapi

 Z przyjemnością wędrowała po Wrocławiu przypominając sobie opisane miejsca. Przypomniała sobie też dzięki książce, że psycholożkę w Gołdapi nazywałyśmy „Puszek”.

Jej koleżanka czytała i pękała ze śmiechu.

Koleżanka lekarka:

Była w trakcie urlopu i po przeczytaniu zadzwoniła z podziękowaniem za książkę.

Pochwaliła mnie za to, że zamiast narzekać nudzić i marudzić obśmiałam przykre doświadczenia.

Nauczycielka

Jeśli miałabym wybrać to chyba opowiadanie p.t. "Topielec przy Galla Anonima"

Prawdę mówiąc z taką formą opowiadań i tematyką spotkałam się po raz pierwszy.

Znajoma nauczycielka polonistka

Najbardziej podobało się jej opowiadanie „Zabójcza śmierć…”, bo w nim bohaterka konsekwentna jest w realizowaniu swojego marzenia.

znajoma życzliwa

Przeczytałam książkę....Jest wspaniała. Pomysł z kotami rewelka...Czytałam i momentami zaśmiewałam się do łez.

No masz wrogów... Super to pokazane...Bardzo mi się też podoba wprowadzanie tekstów o Wrocławiu...

Całość naprawdę znakomita...Nie umiem wyszczególnić opowiadania..wszystkie są zaskakujące..inne...

no i poczucie humoru...Wielkie brawa...

 Znajoma urzędniczka

Dziękuję za Pani książkę. Oprócz ciekawych i wesołych historii kryminalnych, książka była dla mnie źródłem wielu informacji o Wrocławiu. Raz jeszcze dziękuję.

Pracownik DBP, edytor

 Ciekawy jest, według mnie, pomysł napisania opowiadań „prawie kryminalnych”, co faktycznie pozwala na rozbicie gatunkowych ograniczeń i poszerzenie możliwości interpretacji opisywanych zdarzeń.

Trzy cechy tych opowiadań przyciągają specjalnie moją uwagę –

- po pierwsze ich wrocławskość,

- po drugie – osadzenie w realiach bibliotecznych (i chociaż wyłania się z nich obraz bibliotek raczej zasmucający, to jest to jednak jakaś o nim prawda),

-  a po trzecie… to, co podoba mi się najbardziej – motywy „kocie”. A wśród nich ten przejmujący obrazek z „Topielca przy Galla Anonima”, kiedy bohaterka (Pani alter-ego) ratuje kotkę przed zatopieniem…

 Gratuluję!

A na koniec  chcę podkreślić, że zrobiła Pani fajną okładkę – kolorową i dowcipną!

 

 pierwowzór policjantki Kasi

Koncepcja książki oparta jest na uśmiercaniu prywatnych wrogów Brojek, o czym możemy przeczytać w nocie od wydawcy.Taki sposób pozbywania się prześladowców uważam za genialny i godny polecenia.Czy pisarka rozprawiła się już ze wszystkimi swoimi wrogami?

Polecam opowiadania również z kilku innych powodów: akcja książki toczy się w moim ukochanym Wrocławiu, (współcześnie i kilkadziesiąt lat do tyłu), mamy w niej świetne opisy wielu ciekawych miejsc, które zachęcają wręcz do odwiedzenia stolicy Dolnego Śląska, opowiadania zawierają wyjątkowo celne, nieszablonowe spostrzeżenia i uwagi o życiu.

A poza tym książkę cechuje niesamowite poczucie humoru, sarkazm, z którego Irena znana jest również prywatnie. Całość „lekko” się czyta. „Wrocław, koty i … opowiadania prawie kryminalne” to relaks w czystej postaci…

Jak już wspominałam w jednym z postów, pierwowzorem policjantki Kasi jestem… ja. Dlatego bardzo dziękuję autorce za tak łaskawe obejście się z postacią. Zwłaszcza za świetne dialogi w trakcie, których funkcjonariuszka jest równorzędną partnerką dla głównej bohaterki. Obie w takim samym stopniu błyskotliwe, co… złośliwe. A przede wszystkim dziękuję za zmarginalizowanie postaci policjantki, w przeciwnym wypadku mój system nerwowy, w trakcie czytania „o sobie”, mógłby paść…

Cytat: Policjantka Kasia: „ (…) sąd, sądem a sprawiedliwość musi być po stronie prawa.”

Właśnie skończyłam czytać: „Topielec przy Galla Anonima”... Rewelacja.

Opowiadanie dopieszczone w każdym calu. Mistrzowski opis pani sprzątającej...

Lekkość, poczucie humoru. Brawo!!!

PS Na uwagę zasługuje również oryginalna, wyjątkowo dobrze współgrająca z treścią opowiadań, okładka autorstwa I. Brojek.

PODSUMOWANIE

 

 Rozdałam wiele egzemplarzy swojej książki i każdego obdarowanego prosiłam o wybranie ulubionego opowiadania.

Od większości nie doczekałam się spełnienia tej prośby.

Pewnie  z powodu:  braku czasu, zawyżonych oczekiwań wobec książek i  pogardy dla „czytadeł”, czasem wygodnictwa czy lekceważenia na zasadzie: szkoda mojego czasu, bo cóż ta Irena mogła napisać dobrego, nic przecież, lepsze bym napisał/a).

Domyślam się, że nie spełniono mojej prośby także z niezrozumienia, że śmiech jest ucieczką od smutku.

 A nawet „Śmiech odkurza znużone półki naszych dni” J. Carroll – „Czarny koktajl”

Oczywiście biorę pod uwagę możliwość, moje opowiadania  po prostu NIE SPODOBAŁY się obdarowanym.

Osobom, które przeczytały książkę i podzieliły się ze mną wrażeniami BARDZO DZIĘKUJĘ!

sobota, 14 października 2017

 Dawno, dawno temu czyli w 1975 roku na skutek reformy administracyjnej kraju włączono do wrocławskiej dzielnicy Psie Pole Lipę Piotrowską Tam tez przeniesiono bibliotekę mieszczącą się dotąd w Widawie. Usadowiono ją na piętrze budynku dawnej szkoły przy ul. Pełczyńskiej.

Na parterze mieszkały osoby zajmujące się sprawami gospodarczymi budynku.

 Kuriozum stanowił fakt, że chociaż w budynku była toaleta to jakiś mądry inaczej z władz uznał: nie można się załatwiać w budynku gdzie się jada!  I zbudowano na zewnątrz murowaną sławojkę.

W 1992 roku bibliotekę zlikwidowano, bo po zmianie ustroju okazało się, że Polska ma tylko długi. Po jakimś czasie budynek opustoszał co wykorzystali bezdomni. Ale w końcu zaprószyli ogień i budynek spłonął.

W tym czasie szkoła mieściła się w budynku przy ul. Tymiankowej 3 i tak było do 1999 roku. Zamknięto ją  więc delegacja mieszkańców poszła do władz miasta z prośbą, aby jej nie likwidować ale gdzie tam. Władza ma zawsze rację a jak nie ma to patrz punkt pierwszy.

Ciekawostką jest fakt, że w Breslau też była tam szkoła. Jej kronika jest w posiadaniu Rady Osiedla.

W tym budynku mieściła się Rada Osiedla, Klub Seniora i świetlica dla dzieci i młodzieży.

Biblioteki nie było w Lipie 25 lat aż tu nagle okazało się, że można to zmienić. 9 października 2017 roku słowo stało się filią nr 15 MBP. Bez przecinania wstęgi, przemów i telewizji.

Organizowała ją, dobierając księgozbiór i wystrój prowadząca bibliotekę Beata Kryg.

Biblioteka ma na razie około 6000 książek i nie jest to jej ostatnie słowo. Powierzchnia wypożyczalni to około 60 m2. Aż się boję pomyśleć o następnych danych mających w sobie cyfrę 6.

Na podłodze jest parkiet (nie liczyłam klepek) i praktycznie patrząc przydałby się chodnik , bo przecież czytelnicy nie będą zmieniać obuwia na kapcie.

Wybrałam się tam zanosząc dary i dobre życzenia. Na szczęście był to pogodny dzień, bo wzdłuż ulicy nie ma chodnika tylko błoto. Od głównej ulicy nie jest to duża odległość i dziwi mnie, że Rada Osiedla nic nie zrobiła, aby to ucywilizować. Czyżby czekali na inwestora strategicznego, który da pieniądze na wszystkie potrzebne inwestycje?

 Beata Kryg



 

sobota, 16 września 2017

Byłam dziś na pogrzebie koleżanki bibliotekarki. To od kwietnia już trzecie pożegnanie.

Pierwsza była Ewa Maria - z wykształcenia historyk sztuki, pracowałam z Nią w katedrze Historii Sztuki naszego Uniwersytetu. Bardzo lubiła uczestniczyć w giełdzie (dress-party) przeze mnie wymyślonej i organizowanej. Kochała i przez długi czas dokarmiała podwórkowe koty. W domu też miała te zwierzątka. Jest współbohaterką moich opowiadań - zgodziła się w ciemno nie wiedząc co napiszę.

Nie doczekała wydania książki - otrzymał ją Jej mąż.

Druga to Krysia, z którą pracowałyśmy w bibliotece przy ul. Galla Anonima. Ja w wypożyczalni, Ona była instruktorką a potem pracowała w Dziale Opracowania. Współpracowałyśmy w Bibliotece Sąsiedzkiej.

Dzisiaj pożegnaliśmy Ewę, długoletnią pracownicę biblioteki publicznej przy ul. Inflanckiej. Wspominały Ją dwie córki i mąż. Obok urny rodzina postawiła pudełko z ulubionymi czy często używanymi przez zmarłą przedmiotami, były to: okulary, krzyżówki, karty, długopis i maskotka.

Świat  bez Was na pewno będzie gorszy.


piątek, 01 września 2017

Rozmowa z dziennikarzem może być różna w skutkach. Po tej zapewne przybędzie mi paru wrogów, więc będę miała materiał na następne opowiadania kryminalne.

Wywiad dotyczy moich działań w pierwszej "Solidarności", internowania i poglądów na teraźniejszość. 

 

https://l.facebook.com/l.php?u=http%3A%2F%2Fbit.ly%2F2gv1KDx&h=ATO7pK8D1Q7dUdLyzDW_GVvns979-ok9kyYRthZwppDMWHFB-Y188_Au5U-A-asw31-IqsTF7qoJjUihrgdKUZG61H0A1t-4tYqCm_vC4CB6N8ZtOS7Esf-MpQ86nwf1WM3OT2mcOhYkbgdMKfNmQd-5SUSnzqF11z9ORjWJeYjOxFPu7k-0fOuKWvquxa0lOO1CX_tJ_a6dUK_2ErTu-sIBxWwz2j_91njP9OVFr5pfSrk-D0hsAOblxmMew8wyHn-8uVJWhFKDmndV6rxL0VRDPRJO1MYbcejaLTGxqA7_vw

sobota, 20 maja 2017

W ramach reorganizacji i unowocześniania sieci bibliotek publicznych polegającej głównie na zamykaniu kilku filii i tworzeniu jednej dużej powstała nowa placówka na dworcu. Zlikwidowano tę przy ulicy Hercena, a przy Zielińskiego się ostała. Cud jakiś.

Dworcowa to kolejna, po Graficie, "zapchajdziura", czyli pan kazał, sługa musi. Bo żaden przedsiębiorca nie chciał się wprowadzić do lokalów na pierwszym piętrze dworca. Powody tej decyzji są na pewno poważne.

Wiedziałam, że ta biblioteka mieści się na pierwszym piętrze, więc przeszłam cały parter z zadartą głową szukając dużego napisu BIBLIOTEKA. Nie znalazłam i wcale nie dlatego, że miałam operowane oko. W dolnym holu też nie ma żadnego napisu, strzałki, baloników na druciku pozostałych po hucznym (chyba, nie byłam) otwarciu nowego obiektu.

Projektant przebudowy dworca tak to wymyślił, że z jednej strony holu (długiego przecież) są schody ruchome na górę, a z drugiej (odległej) w dół. Bezmyślna oszczędność czy brak profesjonalizmu? Normalnych schodów brak. To może chociaż drabinki sznurowe trzeba było umocować w kilku miejscach.

Przy schodach na dole brak informacji, dopiero na górze stoi tablica informacyjna.

Po wejściu do wnętrza biblioteki znowu są schody. Zapytałam jak sobie radzą z osobami niepełnosprawnymi. Jest winda, którą można wjechać. Sprawdźcie sami czy umieszczono tam informację o bibliotece.

Filia składa się z kilku pomieszczeń, na szczęście nie jest to hangar typu "Mediateka" czy "Grafit".

Wszystkie mają okna lub oszklone drzwi ale i tak mimo słonecznego dnia paliły się tam lampy.

Nad ladą biblioteczną jest wizerunek zegara - takie memento mori czy raczej: pamiętaj zwracać książki w terminie, bo ci naliczymy karę?

Regały, fotele, siedziska to ciemna szarość. Dobrze choć, że podłoga jest jasna. Wyjątkiem jest okrągła kanapa w dziale dziecięcym i nie rozumiem dlaczego wszystkie miejsca do siedzenia nie mogły być w takim przyjaznym kolorze:


 

Projektant wnętrz widocznie lubi jak jest na bogato, więc umieścił dwie kiczowate złote ozdoby:

 

Najbardziej podobały mi się tam drzwi (okna też są brązowe) i nie rozumiem dlaczego regały nie nawiązują do tej kolorystki:

Nad dużym stołem w dziale dla dzieci wiszą dwie lampy z motywem sztućców:

Czy jakiś król będzie tam wydawał obiady niekoniecznie czwartkowe?

Jeśli dział dla dzieci to sensowniejszy byłby motyw z bajki. Co proponujecie? Sierotkę Marysię, a może krasnoludki (nawiązując do licznie rozlokowanych w mieście), postać z wierszy Brzechwy, a może tuwimowską lokomotywę jako że biblioteka mieści się na dworcu?

Jedno z pomieszczeń to mała sala wystawowa, teraz są tam "Ikony popkultury"


Podsumowując - wszechobecny brak informacji bardzo utrudnia dotarcie do biblioteki. Czy to działanie celowe? W przypadku "Grafitu" było podobnie.

Żaden podróżny czekając na pociąg do biblioteki nie trafi. Może właśnie o to chodzi? 




sobota, 22 kwietnia 2017

 

Oj, przeplata mi on, przeplata.

We wtorek dostałam wiadomość, że jedna z koleżanek nie żyje.

W środę byłam u dentystki – usunęła kawałek (zęba, plomby?) powodujący ból przy gryzieniu jedzenia.

I podpiłowała protezę bardzo agresywnie działającą na jedno miejsce dziąsła.

Poprzednią robiła kobieta, obecną mężczyzna – i to widać. Kobieca była delikatniejsza.

W czwartek inna koleżanka pytała telefonicznie, jako tę doświadczoną, co ma zabrać do szpitala,

bo dostała skierowanie.

Tego też dnia nastąpiła druga kontrola mojego operowanego oka (otwór w plamce oka i zaćma – jak w szamponie: dwa w jednym, piany nie było ale szczypanie a i owszem).

O organizacji oddziału już pisałam, więc się nie będę powtarzać.

Tylko napiszę, że (jak wszędzie) wszystko zależy od ludzi. Głównie chyba od ordynatora. W tym samym szpitalu byłam operowana na innym oddziale i wszystko poszło o wiele sprawniej.

Na badanie  polecono mi się stawić na godz. 13-tą ale połączenie mam takie, że albo jestem na miejscu dużo wcześniej albo z opóźnieniem.

Wybrałam wersję pierwszą.

Diabeł stróż mój jest w pełni swoich sił mataczących. Czasem tylko anioł stróż miesza mu szyki.

Gdy doszłam do przystanku widziałam, że na poprzednim jest autobus, którym dojeżdżam do miejsca przesiadkowego.

Jestem tam więc i widzę, że stoi, stoi, stoi. Opony go zabolały? Benzyny zabrakło.

Kierowca ma zawał? Nikt nic nie wie.

Naprzeciwko zaś następna niespodziewanka – zamknięto sklep spożywczy w którym wygodnie robiło się zakupy idąc od przystanku tramwajowego do domu.

Napisu wyjaśniającego nie ma. Remont, likwidacja, plajta?

Wreszcie autobus przyjechał. Na szczęście mój zegarek naręczny się spieszy, więc zdążyłam na następny.

Do szpitala także i jeszcze czekałam czytając pisemko „Retro”.

Zbadano mnie wielorako, powiedziano, że wszystko jest dobrze i zalecono stosowanie sztucznych łez.

Urażające oko szwy wyjęto – uff… Przez wiele dni miałam wrażenie jakby dwa ziarnka piasku tam były.

Pani chirurg powiedziała, że sokoła ze mnie nie dało się zrobić.

I tu przypomniała mi się taka jedna nauczycielka ze szkoły podstawowej nr 45,

która powiedziała, że przy mnie można spokojnie zostawić otwarte okno bo i tak nie wyfrunę.

Za zasługi została uwieczniona w jednym z moich opowiadań kryminalnych.

Gdy w szpitalu kazano mi czytać na tablicy okazało się, że litery falują, falują…

Tekst pisma też tak się zachowuje w środku i po bokach. Nie podoba mi się to.

Siatkówka ma zdrowieć przez pół roku.

Mogę już sprawić sobie okulary z nowymi szkłami. W starych nie bardzo mogę czytać.

Wizyta u optyka w poniedziałek nastąpi.

Mogę też chodzić na masaże kręgosłupa, aby tylko nie urażać oka i okolic.

W piątek  zakończyłam zakrapianie się kroplami cztery razy dziennie, już nie będę zależna od dźwięku budzika.

A i on pewnie miał mnie już dosyć.

Za to przylepianie osłonki spowodowało bolesny uraz skóry na policzku, pewnie od odrywania plastra.

To go psikam oxycortem. Policzek.

W szpitalu na tym oddziale już w tym roku nie chcą mnie widzieć. Zapisana jestem na operację zaćmy prawego oka ale termin jest śmieszny.

Piątek też był rozrywkowy. Wodno-telefoniczny.

Zdążyłam się umyć gdy okazało się, że krany mają suszę.

Zadzwoniłam do administracji – w dziale technicznym nic nie wiedzieli. Ja pierwsza poinformowałam o awarii.

Pracownik poprosił, abym zapytała sąsiadów o wodę a sam obiecał, że zadzwoni do wodociągów.

Wzruszyłam się jego łaskawością.

Jedna sąsiadka miała, wodę, druga nie ale powiedziały, że przed bramą jest wykop i robotnicy.

Od administratora dowiedziałam się, że była awaria ale woda zaraz będzie. Nie tak zaraz ale była … tylko ciepła.

No to wybrałam ulubiony numer, na co znudzony moją namolnością pracownik adm-u polecił zadzwonić na pogotowie wodne.

Co zrobiłam w wyniku czego dowiedziałam się, że jeśli zakręcają wodę to obie wersje. Czyli ktoś to zrobił w naszym w budynku.

Jak zareagowałam? Tak! Wybrałam ulubiony numer działu technicznego w adm. Zmęczony moją przedsiębiorczością pracownik powiedział, że nie ma kogo wysłać, bo ich hydraulik jest na zwolnieniu. Na co ja, że sama nie zejdę do piwnicy i nie będę zaworu odkręcać przecież. Obiecał zadzwonić do awaryjnego hydraulika, który miał się ze mną skontaktować.  I rzeczywiście to zrobił. Odłożyłam słuchawkę i poszłam sprawdzić co w kranie piszczy. Poleciała zimna woda. Kran zakręciłam, wizytę hydraulika odkręciłam.

Na skrzynkę mailową dostałam z Poczta Polska S.A. informację, że jest do mnie 30-to kilogramowa paczka. Ani od kogo, ani co tam w niej jest. Wczoraj, że paczkę dostarczą mi 21.04. czyli wczoraj. Co nie nastąpiło. Czy to kolejny sposób na  naciąganie?

Teraz czekam na jakieś miłe wydarzenia. Należą mi się – prawda?

 

 

niedziela, 09 kwietnia 2017

 

W holu głównym przywitał mnie wolno przechadzający się rudy kot.

Ale jakby ktoś miał złudzenia, że mój diabeł – stróż mi odpuścił to się grubo myli.

Oto dowody:

Termin zgłoszenia się do szpitala na operację otworu w plamce oka połączonej z wymianą zaćmionej soczewki wyznaczono mi na wtorek 28 marca godzina 7 rano, na czczo. Wcześniej należało zaopatrzyć się w pampersa i osłonkę na oko.

Przed punktem przyjęć o godz. 6,40 już czekał tłum. Na szczęście potem okazało się, że niektórzy byli  osobami odprowadzającymi.

Przy biurku pani z komputerem usłyszałam, że niepotrzebnie przyszłam tak wcześnie, mogłam na godzinę dziesiątą. Jak miło!

W komputerze widniała inna data mojego zgłoszenia  - mianowicie 8 marca. Na szczęście istnieją telefony, urzędniczka zadzwoniła na oddział,  ktoś wpisujący zgubił cyfrę 2.

To już dwa dowody. Ulubiony ciąg dalszy poniżej.

Na oddziale okulistycznym okazało się, że dla mnie i paru innych nowych pacjentów nie ma wolnych łóżek. Była ósma rano. Siedzieliśmy na korytarzu o głodnym  pysku. Na szczęście miałam ze sobą wodę. Oraz „Przekrój”. Do operacji przeczytałam cały, a potem jeszcze dokupiłam inne pismo. Nie polityczne, bo od takiego oślepłabym na zawsze.

W przerwach zastanawiałam się czy nas położą po dwie osoby na jedno leże i kto mi się trafi jako towarzyszka niedoli.

Przy stanowisku pielęgniarek usłyszałam, że operację mam jutro, więc mogę jeść. To dlaczego kazano mi przyjść na czczo? Przepływ informacji mają  jak w plemionach pierwotnych bez tam-tamów.

O godzinie 10, 30 przydzielono mi miejsce na sali ale… bez łóżka. Było powiedzieć, abym przyniosła karimatę.

Przy ważeniu i mierzeniu okazało się, ze mam 163 cm wzrostu choć cale życie miałam 162. Nawet miarki wzrostu w PRL-u kłamały?

Posiłki załatwię jednym blokiem:

Okazało się, że w dniu przyjęcia na oddział śniadanie i obiad nie przysługują. Łaskawie dano mi talerz krupniku. Gdybym wiedziała zabrałabym ze sobą coś konkretnego.

Na korytarzu stoi baniak z wodą, można tam nabrać zarówno zimnej jak i gorącej, zdatnej do zaparzenia herbaty na smyczy i kawy rozpuszczalnej. Kubki papierowe też tam są. Dobrze, że zabrałam saszetki i kubek. Zapomniałam o sztućcach. Obsługa pojemnika jest prosta pod warunkiem, że wie się co i jak.

Rano kawa z mlekiem, chleb, ser biały, niby masło. Wieczorem chleb, wędlina i herbata -  niezbyt słodka – pani podająca stwierdziła, że cukrownie zamknięto, ha, ha, ha. Dobra jest odrobina humoru w każdej sytuacji.

Ogólnie wyżywienie jest na stołówkowym poziomie. Da się zjeść.

W salach są trzy lub cztery łóżka, szafki - niestety nie mają klucza, a na dyżurce pielęgniarek wisi kartka, że należy pilnować swoich rzeczy, bo zdarzają się kradzieże. Dlatego oddział jest zamknięty oprócz godzin przyjęć nowych pacjentów.

W salach są też umywalki ale bez lustra. Aby pacjenci nie przerazili się swoim wyglądem?

Nie ma problemu z utrzymaniem higieny. Na 7 sal (x 4 osoby) są 3 łazienki z kabinami prysznicowymi, w tym dwie z wc, osobno też wc.

Przy rejestrowaniu się na oddziale pielęgniarki rysują flamastrem duży iks nad okiem. Przypomniała mi się pieśń Okudżawy:

Więc by się czerwienić nie musiał kto kiep
By mógł rozpoznawać swój swego

Każdemu mądremu stempelek na łeb
Przybiło się razu pewnego

Dnia następnego miałam być operowana. Pierwsza poszła seniorka starsza ode mnie, ja miałam być po niej. Czekałam i czekałam, czekałam i nie denerwowałam się, bo poprzedniego dnia przytomnie poprosiłam lekarkę o lek uspakajający pomna swych doświadczeń sprzed kilku lat.

Po czterech (!!!) godzinach seniorka wróciła a wkrótce potem okazało się, że będę operowana jutro. Czas obiadu już minął! Zgłosiłam to pielęgniarce na co usłyszałam, że nie jest kucharką. To poszłam coś zjeść do baru.

A jak wróciłam prawie zimny obiad  czekał na szafce. Wzięłam więc tylko kotleta i zawinęłam w papierowy ręcznik. Okazał się przydatny na kolację, bo wędlinę podano bardzo nastrzykniętą wodą, czyli mało pyszną.

Dodatkową atrakcją inaczej była rozładowująca się komórka, oczywiście ładowarki nie wzięłam. Nastąpiła więc akcja pt. koleżanka - sąsiadka z kluczami – ładowarka – taksówka – szpital.

W czwartek nadejłsza wiekopomna chwila, czyli czas na operację. Poszłam (w niebieskim szpitalnym, jednorazowym chałacie i majtkach-pampersie) na salę gdzie pani anestezjolog miała na głowie czepek w koty. Za to silnej postury młodzieniec walił mnie po dłoni mocno zbyt, aby ujawniła się żyła do wpięcia wenflonu, bo poprzednie miejsce bolało.

Po dwóch godzinach przywieziono mnie na salę. Operacja się udała, pacjentka żyje – taki komunikat nadałam sms-em do znajomych.

Na jednym przegubie miałam opaskę z numerem pacjenta, a na drugiej szeroką żółtą z napisem ALCHIMIA, co oznacza, że w oku mam gaz i nie wolno mi latać samolotem.

Pacjenci na oddziale są często zakrapiani (niealkoholowo), a w dodatku tacy jak ja jeszcze na gazie. Teoretycznie wesoło.

W piątek okazało się, że tak solidnie wykonałam lekarskie polecenie spania na brzuchu aż na oku operowanym narosła mi błonka, którą należy ściągnąć.

Tego mi tylko było potrzeba do szczęścia! Bo operacja odbyła się w nieczuleniu ogólnym a ten zabieg w miejscowym. W trakcie rozmawiałam z panią chirurg, zapytałam czy też ma taki ładny czepek jak pani usypiająca? Usłyszałam, że używa jednorazowego, bo w zielonym jej do twarzy. 

Napiszę krótko -  ten zabieg nie był miłym doświadczeniem.

A propos niemiłych chwil. W szpitalu najgorszy jest stres, ból i … chrapanie współpacjentów. Dwa pierwsze można wyeliminować lekami, chrapaczy nic nie zdoła pozbawić tej przypadłości.

Tak więc pierwszej nocy nie spalam, drugiej tylko 4 godziny, trzecia była najgorsza. Większość czasu spędziłam na korytarzu – nie dało się wytrzymać. Należy albo chrapaczy umieszczać na wspólnej sali, albo dawać niechrapiącym zatyczki do uszu.

Z powodu oka na gazie widzę tylko na jedno. Czytać się nie da.

Zapisano mi 4 rodzaje kropli do stosowania 11 razy na dobę, od siódmej rano (nastawiam budzik) do 21-wszej oraz maść. Na noc przylepiać należy plastikową osłonkę, aby go nie urazić.

Byłam już na badaniu kontrolnym, podobno dobrze się goi. Gaz w postaci bańki (widzę jakby dużą kroplę wody) dopiero po tygodniu zaczął powoli, powoli osuwać się w dół.

Dziękuję Joannie W. za transport, zupę, chleb i wniesienie bagaży oraz zakupów do domu. Krysi za ładowarkę. Sąsiadkom za zupę i gołąbki. Znajomym za pamięć i chęć pomocy. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

poniedziałek, 03 kwietnia 2017

Byłam w szpitalu na operacji oka, bo miałam otwór w plamce oka  http://www.kcmclinic.pl/pl/dla-pacjentow/poradnik,29,co-to-jest-witrektomia,395.chtm. W pakiecie usunięto mi zaćmę.

Dokładnie opiszę sprawę gdy będę już sprawna, bo na razie nic nie widzę na lewe oko. Zakraplam je 11 razy dziennie od 7 rano do 21-szej. Budzik nastawiam, aby nie zapomnieć.

Jutro idę do kontroli - okaże się, że operacja się udała, czy wymaga powtórki.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 26
O autorze
Tagi
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Dodatki na bloga
”znaczek