O mnie, o książkach, filmach, wystawach, kolażach i dress-party z poczuciem humoru, niekiedy sarkastycznie a nawet złośliwie.

pamiętnik osobisty z kotem

sobota, 20 maja 2017

W ramach reorganizacji i unowocześniania sieci bibliotek publicznych polegającej głównie na zamykaniu kilku filii i tworzeniu jednej dużej powstała nowa placówka na dworcu. Zlikwidowano tę przy ulicy Hercena, a przy Zielińskiego się ostała. Cud jakiś.

Dworcowa to kolejna, po Graficie, "zapchajdziura", czyli pan kazał, sługa musi. Bo żaden przedsiębiorca nie chciał się wprowadzić do lokalów na pierwszym piętrze dworca. Powody tej decyzji są na pewno poważne.

Wiedziałam, że ta biblioteka mieści się na pierwszym piętrze, więc przeszłam cały parter z zadartą głową szukając dużego napisu BIBLIOTEKA. Nie znalazłam i wcale nie dlatego, że miałam operowane oko. W dolnym holu też nie ma żadnego napisu, strzałki, baloników na druciku pozostałych po hucznym (chyba, nie byłam) otwarciu nowego obiektu.

Projektant przebudowy dworca tak to wymyślił, że z jednej strony holu (długiego przecież) są schody ruchome na górę, a z drugiej (odległej) w dół. Bezmyślna oszczędność czy brak profesjonalizmu? Normalnych schodów brak. To może chociaż drabinki sznurowe trzeba było umocować w kilku miejscach.

Przy schodach na dole brak informacji, dopiero na górze stoi tablica informacyjna.

Po wejściu do wnętrza biblioteki znowu są schody. Zapytałam jak sobie radzą z osobami niepełnosprawnymi. Jest winda, którą można wjechać. Sprawdźcie sami czy umieszczono tam informację o bibliotece.

Filia składa się z kilku pomieszczeń, na szczęście nie jest to hangar typu "Mediateka" czy "Grafit".

Wszystkie mają okna lub oszklone drzwi ale i tak mimo słonecznego dnia paliły się tam lampy.

Nad ladą biblioteczną jest wizerunek zegara - takie memento mori czy raczej: pamiętaj zwracać książki w terminie, bo ci naliczymy karę?

Regały, fotele, siedziska to ciemna szarość. Dobrze choć, że podłoga jest jasna. Wyjątkiem jest okrągła kanapa w dziale dziecięcym i nie rozumiem dlaczego wszystkie miejsca do siedzenia nie mogły być w takim przyjaznym kolorze:


 

Projektant wnętrz widocznie lubi jak jest na bogato, więc umieścił dwie kiczowate złote ozdoby:

 

Najbardziej podobały mi się tam drzwi (okna też są brązowe) i nie rozumiem dlaczego regały nie nawiązują do tej kolorystki:

Nad dużym stołem w dziale dla dzieci wiszą dwie lampy z motywem sztućców:

Czy jakiś król będzie tam wydawał obiady niekoniecznie czwartkowe?

Jeśli dział dla dzieci to sensowniejszy byłby motyw z bajki. Co proponujecie? Sierotkę Marysię, a może krasnoludki (nawiązując do licznie rozlokowanych w mieście), postać z wierszy Brzechwy, a może tuwimowską lokomotywę jako że biblioteka mieści się na dworcu?

Jedno z pomieszczeń to mała sala wystawowa, teraz są tam "Ikony popkultury"


Podsumowując - wszechobecny brak informacji bardzo utrudnia dotarcie do biblioteki. Czy to działanie celowe? W przypadku "Grafitu" było podobnie.

Żaden podróżny czekając na pociąg do biblioteki nie trafi. Może właśnie o to chodzi? 




sobota, 22 kwietnia 2017

 

Oj, przeplata mi on, przeplata.

We wtorek dostałam wiadomość, że jedna z koleżanek nie żyje.

W środę byłam u dentystki – usunęła kawałek (zęba, plomby?) powodujący ból przy gryzieniu jedzenia.

I podpiłowała protezę bardzo agresywnie działającą na jedno miejsce dziąsła.

Poprzednią robiła kobieta, obecną mężczyzna – i to widać. Kobieca była delikatniejsza.

W czwartek inna koleżanka pytała telefonicznie, jako tę doświadczoną, co ma zabrać do szpitala,

bo dostała skierowanie.

Tego też dnia nastąpiła druga kontrola mojego operowanego oka (otwór w plamce oka i zaćma – jak w szamponie: dwa w jednym, piany nie było ale szczypanie a i owszem).

O organizacji oddziału już pisałam, więc się nie będę powtarzać.

Tylko napiszę, że (jak wszędzie) wszystko zależy od ludzi. Głównie chyba od ordynatora. W tym samym szpitalu byłam operowana na innym oddziale i wszystko poszło o wiele sprawniej.

Na badanie  polecono mi się stawić na godz. 13-tą ale połączenie mam takie, że albo jestem na miejscu dużo wcześniej albo z opóźnieniem.

Wybrałam wersję pierwszą.

Diabeł stróż mój jest w pełni swoich sił mataczących. Czasem tylko anioł stróż miesza mu szyki.

Gdy doszłam do przystanku widziałam, że na poprzednim jest autobus, którym dojeżdżam do miejsca przesiadkowego.

Jestem tam więc i widzę, że stoi, stoi, stoi. Opony go zabolały? Benzyny zabrakło.

Kierowca ma zawał? Nikt nic nie wie.

Naprzeciwko zaś następna niespodziewanka – zamknięto sklep spożywczy w którym wygodnie robiło się zakupy idąc od przystanku tramwajowego do domu.

Napisu wyjaśniającego nie ma. Remont, likwidacja, plajta?

Wreszcie autobus przyjechał. Na szczęście mój zegarek naręczny się spieszy, więc zdążyłam na następny.

Do szpitala także i jeszcze czekałam czytając pisemko „Retro”.

Zbadano mnie wielorako, powiedziano, że wszystko jest dobrze i zalecono stosowanie sztucznych łez.

Urażające oko szwy wyjęto – uff… Przez wiele dni miałam wrażenie jakby dwa ziarnka piasku tam były.

Pani chirurg powiedziała, że sokoła ze mnie nie dało się zrobić.

I tu przypomniała mi się taka jedna nauczycielka ze szkoły podstawowej nr 45,

która powiedziała, że przy mnie można spokojnie zostawić otwarte okno bo i tak nie wyfrunę.

Za zasługi została uwieczniona w jednym z moich opowiadań kryminalnych.

Gdy w szpitalu kazano mi czytać na tablicy okazało się, że litery falują, falują…

Tekst pisma też tak się zachowuje w środku i po bokach. Nie podoba mi się to.

Siatkówka ma zdrowieć przez pół roku.

Mogę już sprawić sobie okulary z nowymi szkłami. W starych nie bardzo mogę czytać.

Wizyta u optyka w poniedziałek nastąpi.

Mogę też chodzić na masaże kręgosłupa, aby tylko nie urażać oka i okolic.

W piątek  zakończyłam zakrapianie się kroplami cztery razy dziennie, już nie będę zależna od dźwięku budzika.

A i on pewnie miał mnie już dosyć.

Za to przylepianie osłonki spowodowało bolesny uraz skóry na policzku, pewnie od odrywania plastra.

To go psikam oxycortem. Policzek.

W szpitalu na tym oddziale już w tym roku nie chcą mnie widzieć. Zapisana jestem na operację zaćmy prawego oka ale termin jest śmieszny.

Piątek też był rozrywkowy. Wodno-telefoniczny.

Zdążyłam się umyć gdy okazało się, że krany mają suszę.

Zadzwoniłam do administracji – w dziale technicznym nic nie wiedzieli. Ja pierwsza poinformowałam o awarii.

Pracownik poprosił, abym zapytała sąsiadów o wodę a sam obiecał, że zadzwoni do wodociągów.

Wzruszyłam się jego łaskawością.

Jedna sąsiadka miała, wodę, druga nie ale powiedziały, że przed bramą jest wykop i robotnicy.

Od administratora dowiedziałam się, że była awaria ale woda zaraz będzie. Nie tak zaraz ale była … tylko ciepła.

No to wybrałam ulubiony numer, na co znudzony moją namolnością pracownik adm-u polecił zadzwonić na pogotowie wodne.

Co zrobiłam w wyniku czego dowiedziałam się, że jeśli zakręcają wodę to obie wersje. Czyli ktoś to zrobił w naszym w budynku.

Jak zareagowałam? Tak! Wybrałam ulubiony numer działu technicznego w adm. Zmęczony moją przedsiębiorczością pracownik powiedział, że nie ma kogo wysłać, bo ich hydraulik jest na zwolnieniu. Na co ja, że sama nie zejdę do piwnicy i nie będę zaworu odkręcać przecież. Obiecał zadzwonić do awaryjnego hydraulika, który miał się ze mną skontaktować.  I rzeczywiście to zrobił. Odłożyłam słuchawkę i poszłam sprawdzić co w kranie piszczy. Poleciała zimna woda. Kran zakręciłam, wizytę hydraulika odkręciłam.

Na skrzynkę mailową dostałam z Poczta Polska S.A. informację, że jest do mnie 30-to kilogramowa paczka. Ani od kogo, ani co tam w niej jest. Wczoraj, że paczkę dostarczą mi 21.04. czyli wczoraj. Co nie nastąpiło. Czy to kolejny sposób na  naciąganie?

Teraz czekam na jakieś miłe wydarzenia. Należą mi się – prawda?

 

 

niedziela, 09 kwietnia 2017

 

W holu głównym przywitał mnie wolno przechadzający się rudy kot.

Ale jakby ktoś miał złudzenia, że mój diabeł – stróż mi odpuścił to się grubo myli.

Oto dowody:

Termin zgłoszenia się do szpitala na operację otworu w plamce oka połączonej z wymianą zaćmionej soczewki wyznaczono mi na wtorek 28 marca godzina 7 rano, na czczo. Wcześniej należało zaopatrzyć się w pampersa i osłonkę na oko.

Przed punktem przyjęć o godz. 6,40 już czekał tłum. Na szczęście potem okazało się, że niektórzy byli  osobami odprowadzającymi.

Przy biurku pani z komputerem usłyszałam, że niepotrzebnie przyszłam tak wcześnie, mogłam na godzinę dziesiątą. Jak miło!

W komputerze widniała inna data mojego zgłoszenia  - mianowicie 8 marca. Na szczęście istnieją telefony, urzędniczka zadzwoniła na oddział,  ktoś wpisujący zgubił cyfrę 2.

To już dwa dowody. Ulubiony ciąg dalszy poniżej.

Na oddziale okulistycznym okazało się, że dla mnie i paru innych nowych pacjentów nie ma wolnych łóżek. Była ósma rano. Siedzieliśmy na korytarzu o głodnym  pysku. Na szczęście miałam ze sobą wodę. Oraz „Przekrój”. Do operacji przeczytałam cały, a potem jeszcze dokupiłam inne pismo. Nie polityczne, bo od takiego oślepłabym na zawsze.

W przerwach zastanawiałam się czy nas położą po dwie osoby na jedno leże i kto mi się trafi jako towarzyszka niedoli.

Przy stanowisku pielęgniarek usłyszałam, że operację mam jutro, więc mogę jeść. To dlaczego kazano mi przyjść na czczo? Przepływ informacji mają  jak w plemionach pierwotnych bez tam-tamów.

O godzinie 10, 30 przydzielono mi miejsce na sali ale… bez łóżka. Było powiedzieć, abym przyniosła karimatę.

Przy ważeniu i mierzeniu okazało się, ze mam 163 cm wzrostu choć cale życie miałam 162. Nawet miarki wzrostu w PRL-u kłamały?

Posiłki załatwię jednym blokiem:

Okazało się, że w dniu przyjęcia na oddział śniadanie i obiad nie przysługują. Łaskawie dano mi talerz krupniku. Gdybym wiedziała zabrałabym ze sobą coś konkretnego.

Na korytarzu stoi baniak z wodą, można tam nabrać zarówno zimnej jak i gorącej, zdatnej do zaparzenia herbaty na smyczy i kawy rozpuszczalnej. Kubki papierowe też tam są. Dobrze, że zabrałam saszetki i kubek. Zapomniałam o sztućcach. Obsługa pojemnika jest prosta pod warunkiem, że wie się co i jak.

Rano kawa z mlekiem, chleb, ser biały, niby masło. Wieczorem chleb, wędlina i herbata -  niezbyt słodka – pani podająca stwierdziła, że cukrownie zamknięto, ha, ha, ha. Dobra jest odrobina humoru w każdej sytuacji.

Ogólnie wyżywienie jest na stołówkowym poziomie. Da się zjeść.

W salach są trzy lub cztery łóżka, szafki - niestety nie mają klucza, a na dyżurce pielęgniarek wisi kartka, że należy pilnować swoich rzeczy, bo zdarzają się kradzieże. Dlatego oddział jest zamknięty oprócz godzin przyjęć nowych pacjentów.

W salach są też umywalki ale bez lustra. Aby pacjenci nie przerazili się swoim wyglądem?

Nie ma problemu z utrzymaniem higieny. Na 7 sal (x 4 osoby) są 3 łazienki z kabinami prysznicowymi, w tym dwie z wc, osobno też wc.

Przy rejestrowaniu się na oddziale pielęgniarki rysują flamastrem duży iks nad okiem. Przypomniała mi się pieśń Okudżawy:

Więc by się czerwienić nie musiał kto kiep
By mógł rozpoznawać swój swego

Każdemu mądremu stempelek na łeb
Przybiło się razu pewnego

Dnia następnego miałam być operowana. Pierwsza poszła seniorka starsza ode mnie, ja miałam być po niej. Czekałam i czekałam, czekałam i nie denerwowałam się, bo poprzedniego dnia przytomnie poprosiłam lekarkę o lek uspakajający pomna swych doświadczeń sprzed kilku lat.

Po czterech (!!!) godzinach seniorka wróciła a wkrótce potem okazało się, że będę operowana jutro. Czas obiadu już minął! Zgłosiłam to pielęgniarce na co usłyszałam, że nie jest kucharką. To poszłam coś zjeść do baru.

A jak wróciłam prawie zimny obiad  czekał na szafce. Wzięłam więc tylko kotleta i zawinęłam w papierowy ręcznik. Okazał się przydatny na kolację, bo wędlinę podano bardzo nastrzykniętą wodą, czyli mało pyszną.

Dodatkową atrakcją inaczej była rozładowująca się komórka, oczywiście ładowarki nie wzięłam. Nastąpiła więc akcja pt. koleżanka - sąsiadka z kluczami – ładowarka – taksówka – szpital.

W czwartek nadejłsza wiekopomna chwila, czyli czas na operację. Poszłam (w niebieskim szpitalnym, jednorazowym chałacie i majtkach-pampersie) na salę gdzie pani anestezjolog miała na głowie czepek w koty. Za to silnej postury młodzieniec walił mnie po dłoni mocno zbyt, aby ujawniła się żyła do wpięcia wenflonu, bo poprzednie miejsce bolało.

Po dwóch godzinach przywieziono mnie na salę. Operacja się udała, pacjentka żyje – taki komunikat nadałam sms-em do znajomych.

Na jednym przegubie miałam opaskę z numerem pacjenta, a na drugiej szeroką żółtą z napisem ALCHIMIA, co oznacza, że w oku mam gaz i nie wolno mi latać samolotem.

Pacjenci na oddziale są często zakrapiani (niealkoholowo), a w dodatku tacy jak ja jeszcze na gazie. Teoretycznie wesoło.

W piątek okazało się, że tak solidnie wykonałam lekarskie polecenie spania na brzuchu aż na oku operowanym narosła mi błonka, którą należy ściągnąć.

Tego mi tylko było potrzeba do szczęścia! Bo operacja odbyła się w nieczuleniu ogólnym a ten zabieg w miejscowym. W trakcie rozmawiałam z panią chirurg, zapytałam czy też ma taki ładny czepek jak pani usypiająca? Usłyszałam, że używa jednorazowego, bo w zielonym jej do twarzy. 

Napiszę krótko -  ten zabieg nie był miłym doświadczeniem.

A propos niemiłych chwil. W szpitalu najgorszy jest stres, ból i … chrapanie współpacjentów. Dwa pierwsze można wyeliminować lekami, chrapaczy nic nie zdoła pozbawić tej przypadłości.

Tak więc pierwszej nocy nie spalam, drugiej tylko 4 godziny, trzecia była najgorsza. Większość czasu spędziłam na korytarzu – nie dało się wytrzymać. Należy albo chrapaczy umieszczać na wspólnej sali, albo dawać niechrapiącym zatyczki do uszu.

Z powodu oka na gazie widzę tylko na jedno. Czytać się nie da.

Zapisano mi 4 rodzaje kropli do stosowania 11 razy na dobę, od siódmej rano (nastawiam budzik) do 21-wszej oraz maść. Na noc przylepiać należy plastikową osłonkę, aby go nie urazić.

Byłam już na badaniu kontrolnym, podobno dobrze się goi. Gaz w postaci bańki (widzę jakby dużą kroplę wody) dopiero po tygodniu zaczął powoli, powoli osuwać się w dół.

Dziękuję Joannie W. za transport, zupę, chleb i wniesienie bagaży oraz zakupów do domu. Krysi za ładowarkę. Sąsiadkom za zupę i gołąbki. Znajomym za pamięć i chęć pomocy. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

poniedziałek, 03 kwietnia 2017

Byłam w szpitalu na operacji oka, bo miałam otwór w plamce oka  http://www.kcmclinic.pl/pl/dla-pacjentow/poradnik,29,co-to-jest-witrektomia,395.chtm. W pakiecie usunięto mi zaćmę.

Dokładnie opiszę sprawę gdy będę już sprawna, bo na razie nic nie widzę na lewe oko. Zakraplam je 11 razy dziennie od 7 rano do 21-szej. Budzik nastawiam, aby nie zapomnieć.

Jutro idę do kontroli - okaże się, że operacja się udała, czy wymaga powtórki.

sobota, 18 lutego 2017

 

W zeszłym roku dowiedziałam się (po gruntownych w prywatnej klinice badaniach), że nie tylko mam zaćmę na oczach ale i otwór w plamce oka lewego. Operacja tamże kosztuje 7000.- zł, więc zaczęłam wydzwaniać po szpitalach. Udało się z tym przy ul. Kamieńskiego gdzie byłam na dokładnych badaniach w październiku.

W wyniku których powiedziano mi, że mam czekać na telefon w sprawie operacji, w przybliżeniu będzie to marzec. Dwa tygodnie temu zaproszono mnie na kolejne, przedoperacyjne już, badania. To była dobra wiadomość, następna to taka, że na godzinę 11,30 a nie świtem. Świt nie jest moją ulubioną porą dnia.

Jak to zwykle u nas, czyli: czeski film - nikt nic nie wie po co przyszłam. Dobrze, że poprzednio poprosiłam o jakiś dokument stwierdzający, że badania przeszłam i zostałam zakwalifikowana.

Tak więc przeczołgano mnie ponownie przez wszystkie chyba możliwe i posiadane przyrządy. Najgorsze było gdy ostrym światłem dawano mi po oczach. I to dwukrotnie.

Pomyślałam, że na ubeckich przesłuchaniach mi tego oszczędzono to teraz diabeł stróż przypilnował, aby mi nie było za dobrze.

Za drugim razem zrobiła to pani chirurg, która potem prowadziła ze mną właściwie dość zabawną, ale czarny to był rodzaj humoru, konwersację.

Bo zapytała mnie którą linijkę liter czytałam gdy miałam pierwsze badanie okulistyczne. 50 lat temu!!!!

I czy mam wyniki badań okulistycznych z poprzednich lat. A przecież te badania ograniczały się tylko do dobrania odpowiednich szkieł.

W przychodniach lekarskich nie mają tak specjalistycznego sprzętu jak w szpitalach. Okulistka w takiej właśnie nie odkryła otworu tylko zaćmę. I pani doktor powinna to wiedzieć.

Mniej zabawne było stwierdzenie pani chirurg, że po operacji wcale wzrok mi się nie polepszy. Żebym przypadkiem nie miała złudzeń.

Zabrzmiało to tak : babo jesteś stara, szkoda naszego czasu i pracy. No, dobrze się po tym nie poczułam ale uparłam, że operacja ma być.

Mam zrobić liczne badania podstawowe i z wynikami iść do lekarza rodzinnego, aby wydał zgodę na operację. Póki co udało mi się zrobić prześwietlenie klatki piersiowej i ekg. Płuca i serce mam w porządku. CDN.

Przy okazji napatrzyłam się na męską modę piżamową (pacjenci) i prześliczny strój młodej pary, którą początkowo wzięłam za osoby z obsługi technicznej. Ubrani byli w komplety - kurtka i spodnie - w kolorze jarzeniowej pomarańczy  z nielicznymi czarnymi akcentami. Na pewno w takich strojach mogą się czuć na ulicy bezpiecznie - nikt ich nie przejedzie. Może nawet fosforyzują w nocy.


sobota, 29 października 2016

 Tytuł wpisu nie oznacza, że najpierw się najadłam a potem leczyłam. Choć teoretycznie mogło się tak (albo i gorzej) skończyć.

W środę na terenie Stowarzyszenia Żółty Parasol duet Kasia i Asia poprowadziły warsztaty kulinarne. Tematem był makaron z różnymi sosami. Uczestników przyszło sześcioro - w tym jeden młodzieniec (lubi gotować), ja jako jedyna seniorka, więc międzypokoleniowo.

Obie z sąsiadką miałyśmy w miseczkach mąkę pszenną i semolinę (Semolina – gruboziarnista mąka lub drobna kasza otrzymywana z pszenicy twardej (durum), używana do przemysłowej produkcji makaronu lub kuskusu). Oczywiście plus jajka, sól, oliwa i woda.

Makaron można barwić różnymi sposobami: burakiem, szpinakiem, przecierem pomidorowym, kurkumą a także sepią (Sepia – czarnobrązowy barwnik otrzymywany z woreczka czernidłowego mątw. Rodzaj atramentu, wytwarzany z głowonogów, stosowany od końca XVIII wieku).

Za radą Kasi ten barwnik zastosowałam no i okazało się, że sepia zrobiła nas na szaro zamiast makaron na czarno. oto dowód (zdjęcie wklejam, bo po pokrojeniu makaron tworzy fajną grafikę):

Mieliśmy do wyboru różne składniki do zrobienia sosu, ja wybrałam grzyby (plus cebula, czosnek, śmietana, natka pietruszki).

Jeśli chodzi o leczenie (otwór w plamce oka mego lewego) to postanowiłam dać szansę publicznej służbie zdrowia. W środę pojechałam do szpitala ze skierowaniem i kserokopią wydruku komputerowego badania. Labiryntem korytarzy dotarłam do pokoju 4A na parterze. Uzyskałam jedynie informację, że mam się stawić nazajutrz na szóstym piętrze.

Pogubiłam się kompletnie wracając, niestety nie miałam takiego szczęścia jak Tezeusz i żadna Ariadna nie obdarowała mnie kłębkiem nici.

Z Wikipedii: Ateny składały coroczną ofiarę królowi Krety Minosowi, wysyłając siedmiu chłopców i siedem dziewcząt na pożarcie przez Minotaura, mieszkającego w Labiryncie potwornego syna Minosa. Tezeusz zgłosił się jako jeden z siedmiu i zabił Minotaura. Następnie wydostał się z Labiryntu przy pomocy Ariadny, córki Minosa, która dała mu kłębek nici (Dedal przed ucieczką powiedział jej, aby osoba która wchodzi do labiryntu przywiązała jeden koniec kłębka nici do progu drzwi i go rzuciła, wtedy kłębek potoczy się do miejsca gdzie nocuje Minotaur).

Nazajutrz był czwartek, czyli "Dzień narzekania" - szpital to doskonałe miejsce na tę czynność.

Spędziłam tam trzy i pół godziny, najpierw czekałam pół, a w środku (z zakropionymi oczami - nie lubię tego) godzinę. Żeby mnie chociaż uprzedzono, że tak długo potrwa przerwa w badaniach. Bo nie wiedziałam czy się coś stało i lekarka gdzieś padła a ja tu siedzę jak ta durna nadaremnie, czy musiała wykonać inne obowiązki, co oznacza, że albo organizacja pracy jest do niczego, albo mają za mało personelu.

Badano mnie znowu najróżniejszymi aparatami i wyszło to samo. Mam otwór w jednym oku i zaćmę w obu. Mam czekać na telefon w sprawie operacji otworu - raczej na wiosnę to będzie.

To na koniec zapytałam panią chirurg czy nie można by było zrobić obu operacji za jednym zamachem. Przecież już i tak leżałabym tam na stole operacyjnym. Ale NIE!

Na operację zaćmy trzeba się zapisać do kolejki - na 2020 rok! Dobrze choć, że dostałam (choć na początku usłyszałam, że muszę iść do okulisty w normalnej przychodni) skierowanie na ten zabieg. No i wtedy powtórzy się dokładne badanie - czy nie szkoda ich czasu?

A teraz scenka rodzajowa jaką usłyszałam w trakcie badania, dwa przyrządy dalej:

Przy aparacie z jednej strony pani chirurg, z drugiej seniorka.

Pani doktor pyta:

- czy może pani leżeć na plecach?

Seniorka:

- Kochana, ja zawsze śpię na brzuchu.

Pani doktor:

- Proszę nie mówić do mnie "kochana" bardzo tego nie lubię. Pytam czy może pani leżeć na plecach, bo tak będzie w czasie operacji.

- Kochana, to chociaż podłóżcie mi poduszeczkę pod głowę.

Pani doktor:

- Prosiłam panią, aby nie mówiła do mnie "kochana".

Seniorka:

- Ale kochana, u nas na wsi ja tak do wszystkich mówię.

Nie żebym się wyśmiewała ze starszej pani. Ale jest to dowód na to, że mówimy jednym językiem a dogadać się trudno.

BIBLIOTEKA Sąsiedzka (ul. Wyszyńskiego 75A) zaprasza:

w poniedziałki, środy i czwartki w godz. 11-14, a w piątki w godz. 12-18.

Mamy też nową "książkę tygodnia":



 


sobota, 15 października 2016

 Tytuł wpisu jak powyżej, bo diabeł stróż daje mi nieźle popalić. Oczywiście są doświadczenia przykre mniej lub więcej. Sami osadźcie jaki s te opisanie. I które się Wam najbardziej podoba - wpiszcie w komentarzu.

Na Kongresie Kultury przy Stoliku Dobrych praktyk powiedziałam o naszej "Bibliotece sąsiedzkiej",która nie ma pieniędzy na zakup nowości i poprosiłam o dary. Wszyscy zapisali numer mojego telefonu i NIKT się nie odezwał. Sukces inaczej.

Niedawno tak było jeszcze ciepło - i komu to przeszkadzało? Chyba moim butom i pięcie oraz diabłu. Tak mi but obżarł piętę, że boli mnie i piecze. Jeśli chodzi o to ostatnie to wolę pieczenie ciasta drożdżowego.

Od jakiegoś czasu boli mnie prawa strona twarzy. Z lewą miałam podobne doświadczenia więc pojechałam prześwietlić ząb. Zdjęcie udane ale niczego nie mówi. Za to gdy dentystka przebiła się przez koronkę to ja zaryczałam ("Niech ryczy z bólu ranny łoś... a nawet łania). Ząb został podtruty co czułam cały dzień ale już bez ryków. W trakcie zabiegu przyszła baba z jajami. I nie chodzi tu o charakter. Załapałam się na 10 sztuk. Jeszcze nie sprawdziłam czy pyszne.

Przed wizytą u stomatolożki wybrałam kasę z bankomatu klikając "tak" na pytanie o wydruk potwierdzenia. A że się spieszyłam to go nie odebrałam. Siedząc na przystanku dotarło to do mnie (refleks szachisty) ale już nie miałam czasu wrócić. No i się stresowałam, że jakiś haker na pewno z tego wydruku może wejść na moje konto i zgarnąć pieniądze. Czasem przy bankomacie leżą cudze wydruki, więc miałam nadziej, że i mój tam jest. Pojechałam więc po wizycie zębowej pod bankomat ale nadzieja ma płonną była. Stres mnie obalił na wznak. A nie mogłam biec do banku, aby zablokować konto bo musiałam iść na masaż.

Fizjoterapeuta stał na korytarzu przed gabinetem, więc zapytałam czy specjalnie na mnie czeka i gdzie czerwony dywan. Powiedział, że go właśnie zwinął, bo sprzątał. Jak dobrze, że ma poczucie humoru! To duża ulga bo możemy w trakcie zabiegu sympatycznie porozmawiać.

W banku okazało się, że panikarą jestem i z wydruku żaden haker nie dostanie się do mojego konta. Ufff....

Uczulenie po pastylkach do prania potraktowane maścią prawie minęło. Ale prawie czyni dużą różnicę.

W środę prowadziłam zajęcia robótkowe w klubie seniora DK "Bakara", udało mi się zapomnieć opaski na głowę ale w porę się spostrzegłam i ją odzyskałam. Diabeł nie mógł tego przeboleć i zepsuł mi napa w kurtce. Zawsze czujny jest, niestety.

Wczoraj w "Bibliotece sąsiedzkiej" dostałam telefonicznie zadanie specjalne, aby w oknie wystawić napis i książkę. Fajnie ale jak ją podeprzeć? No to zajrzałam do stojącego w kuchni pojemnika na papier, wyciągnęłam kartonowe szczątki i udziałam podpórkę. Dobrze, że mam tam kilka kartek z dużego kalendarza - było na czym zrobić napis.

A w domu tak zachłannie jadłam obiad aż ugryzłam się bardzo mocno w język. Aby mi odgryziona część nie przeszkadzała dzisiaj ją odcięłam, bez znieczulenia :). Lancetu nie mam ale siekiery też nie. Nożyczki wystarczyły.

Na dyżur w bibliotece przyniosłam dla koleżanki słoiczek miodu, odłożyłam go, aby na stole (przy robieniu podpórki i napisu) nie przeszkadzał i jak wychodziłam nie mogłam go znaleźć. Szukałam chyba wieczność i trochę dłużej.

Dzisiaj po odrobieniu sobotnich zajęć domowych poszłam - no zgadnijcie dokąd? Oczywiście do biblioteki, aby zdjąć z dwóch regałów książki, bo jutro mają zostać przesunięte w inne (lepsze) miejsce). Książki i półki odkurzyłam. Trwało to godzinę ale niestety przez ten czas w sąsiedniej sali panie tańczyły zumbę przy bardzo głośnej muzyce. A ja hałasu nie znoszę. No i teraz boli mnie głowa.

NIE będzie już dress-party w maju i listopadzie. Gospodyni mieszkania poczuła się zmęczona przygotowywaniem mieszkania do giełdy i sprzątaniem po niej. Doskonale ją rozumiem. Powiedziała, że młodsze pokolenie powinno przejąć pałeczkę i ja się z nią zgadzam. To czekam na zgłoszenia.

A Ani dziękuję za wiele lat sympatycznej współpracy.

ZAPRASZAM do "Biblioteki sąsiedzkiej" przy ul. Wyszyńskiego 75A szczególnie w piątki gdy trzy bibliotekarki (po kolei) mają dyżur w godz. 12 - 18. W listopadzie w piątek wypada święto, więc będziemy tam w czwartek  10-tego godz. 13-17.

Co tydzień w oknie będziemy wystawiać "Książkę tygodnia":



sobota, 08 października 2016

 Życie emeryta przeważnie składa się ze zwyczajnych zdarzeń. Ale staram się wśród nich znaleźć coś zabawnego lub interesującego. Przeczytajcie poniższy tekst i sami zdecydujcie co jest jakie.

Na rozpoczęcie roku akademickiego "Studium 3. wieku" w SKIBie przybyło wiele osób mimo paskudnej pogody. Albowiem "Nie ma złej drogi do mej niebogi" :).

Nagrodzeni zostaliśmy recitalem w wykonaniu Wiesława Gawałki - byłego solisty i tancerza naszej Operetki (której już nie ma) oraz wykładowcy SKIB-y. Artysta senior ma niespożyte siły - śpiewał i  tańczył prawie godzinę bez przerwy. Usłyszeliśmy utwory z różnych musicali - jak "Kabaret", "Hello dolly", "West side story" czy "Upiór w operze". Ten ostatni trochę nas postraszył sprzęgając sprzęt nagłaśniający. Artyście powieka nie drgnęła.

Wczorajszy dyżur w "Bibliotece sąsiedzkiej" był intensywny - a to sprzątaczka z odkurzaczem i hałasem, a to prezeska Stowarzyszenia z wymogami biurokratycznymi dotyczącymi projektu, czyli pozyskania pieniędzy,  czytelniczka jedna, czytelniczka druga (82 lata) z nietypową prośbą, abym jej wyczyściła komórkę z sms-ów, których i tak nie odbiera.

Rozmawiałyśmy m.in. o tym, że robi porządki w domu, w wyniku czego obiecała mi podarować 2 słoiki duże z guzikami. Nie są one (guziki) kiszone, w occie, tomacie lub oleju albo jakiejś zalewie :), czyli przetworzone. I bardzo dobrze. Przydadzą mi się na zajęcia robótkowe w klubie seniora.

Diabeł stróż dokopał mi bardzo za pomocą pastylek do prania. Dostałam koszmarnego uczulenia - smaruję porażone miejsca maścią przepisaną przez dermatologa. A więc alergicy - trzymajcie się z dala od tego wynalazku.

Ukradł mi także obieraczkę do warzyw. Nie mógł sobie jej kupić. Taki oszczędny jest? Skąpiec raczej i złodziej.

Nie poddałam się i jarzyny na zupę obierałam zwykłym nożem.

Postanowiłam (choć parę zębów jeszcze mam, hahahaha), że jarzyny (marchew, pietruszka, seler, brukselka, kalarepka), kilka drobiowych żołądków i mięso z porcji rosołowej, też drobiowej, po ugotowaniu zmiksuję. I wyszło naprawdę coś pysznego. Polecam.

Za to nie polecam gotowych dań zakupionych w "Garmażerce narodowej" mieszczącej się na moim osiedlu. Kiedyś nabyłam tam łazanki z kapustą i kiełbasą. Sama nazwa chyba miała być reklamą polskiej kuchni. Nie udało się.




sobota, 01 października 2016

 Tak wygląda wejście do jednego z budynków Dolnośląskiej Szkoły Wyższej we Wrocławiu. Co najbardziej mi się tu podoba? Oczywiście widok znajomy ten - czyli biblioteka.

A znalazłam się na terenie tej uczelni, bo zaproszono mnie, abym w ramach Międzypokoleniowego Dnia Seniora opowiedziała o tym co robię na emeryturze, aby zachęcić słuchaczy do działania/rozwijania pasji.

W piątki mam dyżur w "Bibliotece Sąsiedzkiej" i nie zdążyłabym dojechać na godzinę trzecią, więc przyjechano po mnie autem. Lubię to :).

Byliśmy na miejscu przed umówioną porą mogłam więc zaobserwować co się dzieje.

Mam parę uwag krytycznych ale biorę pod uwagę, że takie obchody organizowano tam po raz pierwszy.

Nie byłabym sobą gdyby mnie coś nie rozbawiło.

Zaraz przy wejściu (chociaż dość nisko stąd zdjęcie niezbyt udane) wisi "Regulamin Międzynarodowego Dnia Seniora w DSW" podpisany prze rektora Kwaśnicę. Pojęcia nie mam dlaczego uznano za konieczne wywiesić taki druk tym bardziej, że na kartce A-4, zagubiony wśród innych ogłoszeń. Założę się, że nikt tego nie tylko nie przeczytał ale nawet nie zauważył. Zdjęcie pokazuje tylko część tekstu, bo punktów jest 13.

Sympatyczna pani Ania zaprowadziła mnie do biblioteki i przedstawiła. Ja powiedziałam koleżance po fachu o "Bibliotece sąsiedzkiej" dzięki czemu z ich oferty bookcrossingu mogłam wziąć 4 książki.

Oczywiście przeszłam się po bibliotece. Spodobał mi się pomysł - sugestia, aby czytelnicy po wyjęciu książki z półki nie odkładali jej tam z powrotem tylko na stoły, nawet są tam naklejki z numerami działów według Uniwersalnej Klasyfikacji Dziesiętnej. Wszyscy pracownicy wypożyczalni wiedzą, że czytelnicy nader rzadko wstawiają książki na właściwe miejsce. Nawet mając w ręku zakładkę. A odnaleźć źle wstawioną książkę jest bardzo trudno.

Postawiono tam, niestety, bardzo wysoką ladę - barykadę, w dodatku naklejono na niej napis "lada biblioteczna". Czyżby obawiano się, że czytelnicy nie zorientują się w charakterze tego mebla? Lub potraktują jako okazję do ćwiczenia skoku przez płotki?

Coś mi tu (regulamin plus ten napis) pachnie wybujałą biurokracją.

Spotkania z zaproszonymi dla przyjemności i korzyści seniorów odbywały się w holu gdzie były też różne stoiska: NFZ i z bezpłatnymi badaniami kontrolnymi. Nie skorzystałam.

To nie była dobra koncepcja - ten hol. Ciągle przechodziły różne osoby, rozmowy przy stoiskach też nie ułatwiały odbioru tego co mówili zaproszeni goście.

Widziałam też występ zaproszonego młodego mężczyzny. Widziałam, bo nic nie usłyszałam mimo że miał w ręku włączony mikrofon. W dodatku (o zgrozo) rozwalił się na czerwonej kanapie zamiast wstać i nawiązać bliższy kontakt z publicznością. Że nie wspomnę o dużej różnicy wieku między nim a słuchaczami, należało więc okazać im trochę szacunku.

Na spotkanie przywiozłam ze sobą torbę dowodów na moje działania: kolaże, ikony, torby na zakupy, woreczki na prezenty, kartki okolicznościowe, 2 teksty moich opowiadań, kilkanaście zakładek sówek, ramki ozdobione różnie, album ze zdjęciami sleeveface.

Zakładki sówki i kolaż - z adresem mojego bloga zostały rozdane. Z moich doświadczeń wynika, że ludzie lubią coś dostać na spotkaniu - potem mogą to pokazać rodzinie i znajomym, Powspominać. Pochwalić się.  Wiem, że niektórzy to szybko wyrzucą.

Oczywiście stałam w czasie swojego wystąpienia i to blisko krzeseł seniorów.

Przedstawiono mnie jako blogerkę piszącą o książkach, więc ktoś zapytał mnie jaką pozycję mogłabym polecić. Pełna zachwytu opowiedziałam o "Domu tęsknot" http://kotnagalezi1.blox.pl/2015/10/Niezwykla-kamienica.html mówiąc, że to lektura obowiązkowa dla każdego wrocławianina/anki. Wspomniałam także, że warto chodzić na zajęcia z rękodzieła do Dolnośląskiej Biblioteki Publicznej w rynku i do Ecocentrum na Nadodrzu.

A potem okazało się, że wszyscy obecni to byli seniorzy ze Żmigrodu - ha,ha,ha.

Panie prowadzące spotkanie po zakończeniu stwierdziły, że jestem szołmenką.  Chyba nie - po prostu nie jestem gadatliwa typu - ple-ple-pl-bla-bla-bla ale jak mam coś do powiedzenia to nie zapominam języka w gębie.

Na zakończenie tych obchodów był dwuczęściowy koncert piosenek Nataszy Zylskiej, Marii Koterbskiej, Anny Jantar, Niemena i Grechuty, a potem kilka z tekstami Agnieszki Osieckiej. Śpiewały dwie młode kobiety, bardzo się starały, niestety złe nagłośnienie lub akustyka spowodowały, że w miejscu gdzie siedziałam były decybele zamiast śpiewu.

Do domu wróciłam autobusami z dość oddalonego przystanku ale szybko przyjechały, więc nie było to uciążliwe.

Jeśli młodzi organizatorzy przyszłorocznej takiej imprezy nie obrażą się i wezmą pod uwagę moje zastrzeżenia co do organizacji to wróżę im sukces. I dziękuję za zaproszenie.

p.s. żeby nie było niedomówień - wystąpiłam bez honorarium, nawet go nie oczekiwałam.


sobota, 06 sierpnia 2016

Nie przeczytałam żadnej książki, nie obejrzałam filmu, więc wpis będzie o mnie. Rozczarowanych przepraszam. :)

W środę w Polskim Radiu Wrocław robiłam przed mikrofonem za przykład dla seniorów, którzy po przejściu na emeryturę  czują się zagubieni z powodu braku codziennych obowiązków.

Rozmowa/wywiad polegała na tym, że ja mówiłam o jednym ze swoich zajęć, potem była króciutka przerwa, ustalałyśmy o czym opowiem i zaraz dziennikarka wracała na antenę powtarzając za każdym razem: dzisiaj gościmy panią Irenę Brojek, która....

Mówiłam między innymi o swoich opowiadaniach kryminalnych, w których pozbyłam się swoich wrogów. I kolejne słowa pani redaktor brzmiały: gościmy dzisiaj Irenę Brojek, która wymordowała swoich wrogów. Nie dodała, że w opowiadaniach :0.

No to sobie już wyobrażam co się będzie działo po nadaniu tej rozmowy. Brygada antyterrorystyczna otacza cały budynek. Z dachu zjeżdżają młodzi, sprawni, przystojni bardzo sieriozni, nabuzowani przekonaniem, że dopadli seryjną morderczynię.

Już jeden wrocławianin w książce przyznał się do morderstwa, więc dlaczego historia nie mogłaby się powtórzyć?

Na pewno mi nie uwierzą, że wszyscy moi wrogowie żyją.

Tak więc po informacji kiedy rozmowa zostanie nadana przygotuję torbę z niezbędnymi rzeczami. I proszę nie przynosić mi do więzienia ani cebuli, ani czosnku! Raczej brzoskwinie :).

Oto krasnal na dowód, że tam byłam - w PR na ul. Karkonoskiej, oczywiście:

W czwartek spotkałam się z koleżanką i następnymi krasnalami:



 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 26
O autorze
Tagi
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Dodatki na bloga
”znaczek